Islandia: z kanionu na plażę

Popołudnie przy Vestrahorn, Islandia

Dzisiejszy dzień miał w programie tylko dwa plenery: kanion Hvannagil oraz plaża Vestrahorn. Tylko dwa, ale jakie! Kanion, do którego szliśmy 3,5 godziny do fantastyczna mozaika kolorowych skał, głazów i kamieni. Jego szerokie dno to wyłożona otoczakami wszelkich kształtów i kolorów niekończąca się układanka, w którą miłośnicy form i detali mogliby wsiąknąć na całe dni. Musiało nam jednak wystarczyć łącznie siedem godziny na Hvannagil, bo czekała na nas plaża.

Kanion Hvannagil, Islandia

Przy Vestrahorn byliśmy już rok temu i wówczas to miejsce zrobiło na nas ogromne wrażenie, choć niewiele było widać ze względu na mgłę. Tym razem mgły nie było i Vestrahorn pokazał się w pełnej krasie. Do tego trafiliśmy na odpływ, więc niemal po horyzont ciągnęła się absurdalnie szeroka i płaska plaża, miejscami zaakcentowana białymi kamieniami. Gdy jeszcze do tego zaświeciło niskie (bo było już około godziny 21) słońce, to sceneria była nie z tej ziemi. Co zresztą zgodnie i niezależnie stwierdziło kilku uczestników fotowyprawy, stwierdzając, że trafiliśmy na Księżyc. Tym samym zaskakująco prawdziwy okazał się napis na koszulce: „Don’t go to the Moon, visit Iceland, it’s much cheaper”.

Koniec świata w Vestrahorn, Islandia

Deszczu dzisiaj nie widzieliśmy, za to na plaży pogoda zadziwiała zmiennością, przechodząc w kilka minut od huraganowego wiatru do zupełnej ciszy. I z powrotem.

Islandia: lód w każdej formie

Lody Jökulsárlón, Islandia

Islandia zrekompensowała nam poprzednie deszcze, pięknie spisując się na dzień z lodem. W jeziorze przed czołem lodowca pływały niewielkie góry lodowe w barwach bieli i błękitu, a jeszcze więcej lodowych rzeźb było w Lodowcowej Lagunie. Także na plaży Jökulsárlón lód dopisał: bryły były różnej wielkości – aż po rozmiar samochodu – i różnego koloru, z pięknym przejrzystym niebieskim włącznie. Część grupy zdecydowała się na rejs amfibią po Lagunie, reszta biegała od laguny do plaży i z powrotem, w wolnych chwilach fotografując liczne ptaki. Rezultatem są zdjęcia brył lodu robione na długim, średnim i krótkim czasie, do tego wielkiej, nieregularnej bryły jęzora lodowca, oraz ptaków od rybitw po wydrzyki, które regularnie odwiedzają te rejony.

Przed lodowcem, Islandia

Islandia: deszczowe początki

Ukryta perełka, Islandia

Pierwsze dni tegorocznej fotowyprawy okazały się deszczowe. Mieliśmy więc gejzer na mokro, Gulfoss w strugach wody, a dzisiaj zmoknięte maskonury i wyjątkowo ociekający Skogafoss. Mamy nadzieję, że przez te dwa dni wypadało się już za całą resztę fotowyprawy.

Deszcz wprawdzie zmniejsza komfort fotografowania, ale go nie uniemożliwia. Nie wyklucza też wędrówek i poszukiwania nowych fajnych miejsc. Powyżej właśnie takie znalezisko – wodospad (jego nazwę musimy dopiero ustalić), który jest w zasięgu spaceru od znanego i mocno obleganego Skogafossa. Tymczasem idąc do tego nowoodkrytego minęliśmy raptem jedną parę, a później mieliśmy wodospad wyłącznie dla siebie. Co ciekawe, jest to kolejny – obok słynnego Seljalandsfossa – gdzie można wejść za spadającą kaskadę wody.

Ciąg dalszy nastąpi.

Maskonur, Islandia

“A czy Ty wypatrujesz następnego wpisu z Islandii?”

Oglądanie złych zdjęć szkodzi

Kinderdijk o poranku, Holandia

Jesteś tym, co oglądasz – przynajmniej jako fotograf. Uczysz się i rozwijasz nie tylko przez czytanie o technikach, zasadach, zależnościach między ISO a rozpiętością tonalną, ale przede wszystkim przez oglądanie fotografii: swoich, ale też cudzych (i nie tylko fotografii zresztą). Estetyką się nasiąka, więc to, co się ogląda, wpływa na to nasiąkanie. Trzeba więc po prostu nie tyle uważać, co się ogląda, ale świadomie dobierać oglądane fotografie, z pełną świadomością, że my je oglądamy – a one nas zmieniają.

Oglądanie słabszych, nie do końca udanych zdjęć – zwłaszcza takich, które miały potencjał na naprawdę dobre kadry – też bywa rozwijające. Ale te gorsze obrazy trzeba oglądać świadomie, analizując je i szukając powodów, dla których w danym przypadku fotografowi nie udało się zrealizować potencjału. I wyciągać z tego wnioski.

Natomiast masowe, bezrefleksyjne oglądanie kiepskich zdjęć jest po prostu toksyczne.

Kinderdijk o poranku, Holandia

Tymczasem na takim masowym wciskaniu chały oparty jest mechanizm konkursów internetowych, takich jak realizowane w serwisie GuruShots.com i podobnych. Na czym polega to wciskanie? Wrzucamy własne zdjęcia na konkurs (lub konkursy, bo tam równolegle idzie kilkanaście konkursów tematycznych), ale żeby ktokolwiek nasze fotografie zobaczył, musimy zadbać o ich ekspozycję. Ekspozycję uzyskujemy głosując: wyświetlane są nam strony z innymi zdjęciami z tego konkursu i mamy wskazać najlepsze z nich. Żeby uzyskać maksymalną ekspozycję – czyli żeby innym wyświetlały się także nasze fotografie jako propozycje do wyboru – trzeba wskazać codziennie kilkanaście zdjęć do wyróżnienia. Ale żeby znaleźć tyle choćby przyzwoitych kadrów, trzeba przebić się przez taką masę totalnej sieczki, że mózg się wygładza, a estetyka wypłaszcza.

To nie znaczy, że w tych konkursach są tylko fatalne zdjęcia – pierwsza setka wygląda wcale dobrze. Ale rządzi Gauss i jego krzywa: większość osób startujących w takich konkursach wrzuca pstryki, których nie da się oglądać. A jednocześnie trzeba się przez nie przebić, żeby dać szansę swoim zdjęciom.

Tylko czy trzeba? Szanse wygrania konkursu (albo przynajmniej zajęcia wysokiego miejsca i podbicia swojej rangi, co oczywiście podbija też ego) nie są warte masakry, jaka dokonuje się jednocześnie na własnej estetyce. Zdjęcia należy oglądać powoli i starannie dobierać, co oglądamy.

Ja w ramach hobby zwiedzam różne serwisy fotograficzne, ale GuruShots.com żegnam ostatecznie i z ulgą.

PS. Powyżej kadry z Holandii, a my przez następne dwa tygodnie będziemy prezentować na blogu wyłącznie Islandię. Czujcie się ostrzeżeni! 😉

Czy od przybytku boli głowa

Godziny szczytu w Amsterdamie, Holandia

Ludowa mądrość na temat przybytków i bólów została ukuta w epoce przedcyfrowej. Od tej pory sporo się zmieniło i może się okazać, że co za dużo, to… trudno ogarnąć. A całe te rozważania z powodu tego, że od wczoraj ogarniam zastosowanie monitora 4k. I jest coraz lepiej, choć do ideału wygodnego użytkowania jeszcze chwila.

Ten monitor to Benq SW 320, przysłany nam do przetestowania. 32 cale, prawie pełne Adobe RGB, rozdzielczość 4k, jednym słowem – full wypas. To od czego tu miałaby boleć głowa? Są powody. Jeśli komuś się wydaje, że taki monitor po zakupie po prostu stawia się na biurku, używa i cieszy się wielkim ekranem, to jest w błędzie. Po pierwsze, zanim się go ustawi, trzeba wszystko pozdejmować z biurka, bo inaczej się nie zmieści. 32 cale to dużo, no chyba że trzymamy monitor komputerowy na szafce rtv, wtedy ze zmieszczeniem nie powinno być problemu. Jak już się go uda ustawić, podłączamy kabelki i włączamy. Po minucie rzucamy się szukać, gdzie tu się przyciemnia ekran (bo jeśli nie, to ból głowy murowany). Po następnych dwóch minutach przyciemniamy bardziej. Gdzieś tak po kwadransie przyciemniania ekran już ma dobrą jasność i można zacząć patrzeć na kolory. Adobe RGB, jak pamiętamy. To oznacza, że w celu niewypalenia oczu jaskrawymi kolorami można: a) przełączyć go w tryb sRGB (ale nie po to się kupuje wypasiony monitor z Adobe RGB, żeby go przełączać na sRGB, prawda?) lub b) wykonać kalibrację. Więc wykonujemy (tylko trzeba mieć czym). No i wreszcie przychodzi pora na przyjrzenie się słynnym 4k. To naprawdę dużo pikseli. Zdjęcia w całości wyświetla się na takim ekranie przy powiększeniu 50%. Fotografia rzucona na 32 cale robi większe wrażenie, niż ta sama fotografia na 24 calach. To już właściwie wielkość wystawowa. Tylko że ten ogrom ma pewien skutek uboczny: 4k, nawet na tak dużej powierzchni, oznacza bardzo małe piksele. Widzimy więc na stuprocentowym podglądzie połowę zdjęcia jednocześnie, ale żeby się dobrze przyjrzeć detalom, potrzebujemy… dobrego wzroku, po prostu. Bo te detale są wprawdzie ładnie, ostro zarysowane, ale małe. Drobne są też np. elementy interfejsu Photoshopa, więc z jednej strony – dobrze robi się retusz, gdy widać dużo zdjęcia naraz, ale z drugiej strony – trzeba się nieźle wślepiać, żeby kliknąć co trzeba. Im starszy system operacyjny i pozostałe oprogramowanie, tym gorzej przystosowane do wysokich rozdzielczości interfejsy. To oczywiście nie jest wina monitora, no ale na monitorze ten problem obserwujemy. Wynika on nie tyle z wysokiej rozdzielczości, co z małej plamki (rozmiaru pojedynczego piksela), więc im mniejszy ekran 4k, tym lepszych okularów wymaga. 32 cale to w tym kontekście już całkiem nieźle, istnieją monitory o znacznie gęściej upakowanych pikselach. Ale gdyby monitor 4k miał mieć taką plamkę co monitory 24-calowe full hd, to musiałby mierzyć… 36 cali. Co w sumie wydaje mi się całkiem dobrym pomysłem. Tylko skąd wziąć tyle miejsca na biurku?

P.S. O monitorze jeszcze będzie, bo na razie mam tylko dużo pierwszych wrażeń. Oba zdjęcia w tym wpisie pochodzą z Holandii, gdzie wybierzemy się znowu z Horyzontami w kwietniu przyszłego roku. Jeśli ktoś chciałby się tam wybrać z nami, zapraszamy serdecznie.

Zakręcona Holandia

Nasze fotografie na Twojej ścianie

Islandia, Dettifoss

Jeśli ktoś chciałby mieć którąś z naszych fotografii ładnie oprawioną na ścianie u siebie w domu lub biurze, to jest to teraz nie tylko możliwe, ale też łatwe. Kilkadziesiąt naszych zdjęć dostępnych jest do zamówienia w serwisie WydrukujFotografie.pl – można sobie wybrać rozmiar od skromnego 30×45 cm aż po słusznie się prezentujące 60×90 cm (z możliwością wyboru formatów pośrednich). Do wyboru jest 10 rodzajów papierów fotograficznych (włącznie z barytowym i bawełnianym), a także ramy (drewniane lub aluminiowe) oraz kolor passe-partout.

Co istotne, dostępność fotografii jest zupełnie niezależna od naszych wyjazdów – my możemy być z fotowyprawą na drugim końcu świata, a w tym czasie zamówiona fotografia zostanie przygotowana, oprawiona i wysłana.

Dostępnych do zamówienia fotografii będzie przybywać, ale jeśli ktoś ma w naszym portfolio ulubione zdjęcie, które nie jest dostępne w WydrukujFotografie.pl, to proszę nam dać znać – postaramy się dostarczyć.

Oczywiście powyższe zdjęcie wodospadu Dettifoss też można sobie powiesić na ścianie.

Co się na Jurze działo

Świt na Górze Zborów

Ten weekend był wśród jurajskich skałek bardzo fotograficzny, a to za sprawą zlotu czytelników DFV. Było krajobrazowo, portretowo, kulinarnie, a przede wszystkim – dyskusyjnie i bardzo, ale to bardzo inspirująco.

Bazą zlotu był hotel Fajkier w Lgocie Murowanej – przyjazny fotografom do tego stopnia, że na strychu ma urządzone studio, a na piętrach galerie fotografii.

Zlot Barbarzyńców, Ogrodzieniec

Po piątkowej kolacji przystąpiliśmy do rozgrzewania migawek: część uczestników zajęła się fotografowaniem dynamicznych scen z udziałem modelki, lamp studyjnych i mąki, a pozostała część udała się w skałki, by na spokojnie pomalować światłem latarek Okiennik, czyli górę z wielką dziurą. Sobotę zaczęliśmy z przytupem już o 3.30, wyjazdem na wschód słońca na Górę Zborów. Potem był czas jeszcze na małą drzemkę przed śniadaniem, by zebrać siły na cały dzień atrakcji: prezentację fotografii przyrodniczej w wykonaniu Marka Kosińskiego, warsztaty z fotografii fashion, dziecięcej i kulinarnej, naukę obsługi sprzętu studyjnego i obejrzenie całej masy fotograficznych zabawek, od wspaniale wydrukowanych albumów, przez monitory marzeń i statywy po najnowsze aparaty Canona i Sony. Fotografowaliśmy też grupy rekonstrukcyjne w strojach z różnych epok na terenie Ogrodzieńca. Wieczorem odbyła się prelekcja Tomasza Tomaszewskiego, zakończona długą dyskusją o sensie, przeznaczeniu i granicach fotografii.

Świt na Górze Zborów

W ten sposób sobotni wieczór niemal płynnie przeszedł w niedzielny wschód słońca (jeszcze piękniejszy niż poprzedniego dnia). Po śniadaniu podyskutowaliśmy sobie o decyzjach fotograficznych i pooglądaliśmy wspólnie zdjęcia z fotowypraw. W kąciku sprzętowym odbyły się prezentacje i warsztaty na temat drukowania i zarządzania kolorem, a na basenie – fotografowanie modelek w wodzie.

Dziękujemy serdecznie wszystkim uczestnikom za wspólny fotograficzny weekend. Zapraszamy do relacji na DFV.pl i na następne spotkania z aparatem przy oku!

Zlot Barbarzyńców, Ogrodzieniec

Fotografowanie to podejmowanie decyzji

Życie na Islandii

Wciskanie spustu migawki to nie jest wcale kluczowy etap fotografowania. Wcześniejsze kręcenie pokrętłami i wciskanie guzików na aparacie też wcale nie jest najważniejsze. To wszystko to tylko skutki tego, co się działo wcześniej. Trzask migawki nie jest wcale momentem powstawania zdjęcia – jest tylko końcem pewnego etapu jego tworzenia, cezurą w procesie, który zaczął się znacznie wcześniej, ale wcale nie został zamknięty wraz z naświetleniem matrycy czy kliszy. Ważne jest to, co działo się wcześniej – o czym pomyślał fotograf, zanim podniósł aparat do oka, ale także każdy krok, który zrobił, każde zmrużenie oka, przechylenie głowy, zawahanie się, zastanowienie. To wszystko były decyzje, które sprawiły, że zdjęcie wygląda na końcu tak, jak wygląda (plus jeszcze decyzje, które podejmuje się na etapie edycji).

Więc najpierw trzeba wiedzieć, co się chce pokazać. To bywa najtrudniejsze albo najłatwiejsze. Później – jak to chcemy pokazać: duże czy małe, samotne lub w towarzystwie, w całości lub we fragmencie. Następnie trzeba sprawić, żeby – cytując klasyka – „ten cholerny aparat nie przeszkadzał zrobić takiego zdjęcia, jak chcemy”, czyli pokręcić kółkami i powciskać guziki.

No i wreszcie jest moment wciśnięcia spustu migawki. Ale który moment? Teraz czy za chwilę? Czasem ma to ogromne znaczenie, czasem nie ma żadnego.

W tym wszystkim automatyka aparatu nam niewiele pomoże. Nawet w kręceniu pokrętłami i wciskaniu guziczków nie zastąpi, bo nie zgadnie, czy chcemy z płytką głębią ostrości czy z dużą, z krótką ekspozycją czy długą. O tym i wielu innych rzeczach musimy sami decydować. A jak nam się wydaje, że wcale nie musimy, bo pstrykniemy to, co akurat będzie – to też podejmujemy decyzje: zrzucając je na przypadek. Te wszystkie decyzje i tak zostają podjęte, tylko nie są nasze.

O fotograficznych decyzjach, zarówno tych przed wciśnięciem spustu migawki, jak i po nim, będziemy oboje opowiadali podczas Zjazdu DFV.

Z pieskiem, czy bez pieska

Toskański poranek

Dzisiaj spieszymy na ratunek wszystkim niezdecydowanym, niepewnym i roztrzepanym. Jeśli nie wiecie, jak kadrować – jest sposób, który uratuje sesję. Gdy nie macie pewności, czy kadr powinien być z pieskiem (albo bez pieska, jak pewna dama w znanym filmie), czy z drzewkiem, albo może bez drzewka, ale za to z dodatkowym domkiem – jest rada.

Róbcie więcej zdjęć. Z pieskiem i bez niego, z drzewkiem i domkiem oraz z domkiem ale bez drzewka albo odwrotnie. Z pewnością lepiej jest zrobić za dużo kadrów w różnych odmianach, niż później w domu żałować, że lepiej by wyglądało, gdyby tamten domek/piesek/drzewko jednak się zmieściło albo gdyby ująć trochę kadru z lewej, a dodać z prawej. Klisza jest w dzisiejszych czasach tania, można ją spokojnie zużywać. W razie wątpliwości: strzelaj.

Jest tylko jedno „ale”. Właściwie to ono jest podwójne, to „ale”. Metoda zadziała, jeśli: a) podczas fotografowania będziemy jednak myśleć o kadrowaniu, a nie strzelać na oślep, oraz b) po zakończeniu sesji, na dużym ekranie, przyjrzymy się wykonanym zdjęciom i wybierzemy z nich to najlepsze. Jeśli te dwa warunki nie zostaną spełnione, to niestety, ale takich sesji nic nie uratuje.

Dla chętnych do fotografowania domków, drzewek, pagórków, a może i piesków mamy nowinę: można się już w Horyzontach zapisywać na Toskańską Wiosnę 2018. Zapraszamy!

PS. Zwolniło się jedno miejsce na fotowyprawę na Islandię! Kto chce spędzić koniec lipca wśród pejzaży nie z tej ziemi, proszony jest o pilny kontakt z Horyzontami!

Adobe: na fotografii się zarabia!

Światła i cienie Alhambry

Niedawno ogłoszone rekordowe przychody Adobe to, wbrew pozorom, dobry sygnał dla fotografów. Adobe zarobiło w zeszłym roku o 1/3 więcej niż rok wcześniej i choć tylko część przychodów to wpływ z subskrypcji Creative Cloud, to, jak twierdzi Adobe w raporcie giełdowym, subskrypcji przybywa. Oczywiście płacą nie tylko fotografowie za Photoshopa i Lightrooma, ale także graficy za Illustratora czy filmowcy za Premiere Pro, niemniej płacą wszyscy i to coraz więcej. Dlaczego to dobrze?

To pokazuje, że fotografia nadal jest bardzo popularnym hobby (a może nawet coraz popularniejszym) i mimo spadającej sprzedaży aparatów, fotografów przybywa. No i co nie mniej ważne – fotografowie gotowi są płacić za oprogramowanie. Te rekordowe dochody z pewnością zrobiły wrażenie na firmach software’owych. Zresztą już wcześniej widać było próby podgryzania pozycji Adobe – np. przez Affinity Photo czy On1 PhotoRAW. Adobe chwaląc się coraz szerszym napływem pieniędzy po prostu wabi wilki. Serif – firma stojąca za Affinity Photo – już zdążyła puścić przeciek, że pracuje nad rywalem Lightrooma, wcześniej podobne sugestie płynęły ze strony On1 i MacPhun. Więcej specjalizowanych programów dla fotografów to oczywiście dobry kierunek, ale nie o samą liczbę chodzi.

Światła i cienie Alhambry

Konkurenci będą kusić przede wszystkim tradycyjnym modelem sprzedaży: żadna subskrypcja, tylko jednorazowa opłata i dożywotnie prawo użytkowania. Subskrypcja na oprogramowanie, zwłaszcza oprogramowanie od prawie monopolisty, to zło – bo jak pokazało Adobe, można pobierać comiesięczną opłatę i nic więcej nie robić. Od czasu wprowadzenia Creative Cloud w Photoshopie i Lightroomie nie zmieniło się nic istotnego. Nie tylko nie przybyło żadnych naprawdę istotnych funkcji, ale nawet nie poprawia się starych błędów, a oprogramowanie staje się coraz bardziej ociężałe (zwłaszcza Lightroom). Dość naiwne są głosy, że skoro Adobe tak dobrze zarabia, to wreszcie zabierze się za robotę. Skoro tak dobrze zarabia, robiąc tak mało, to po co miałoby się bardziej starać? Ale to też dobra wiadomość – ta „wbrew pozorom” dobra. Bo ułatwia konkurencji dogonienie funkcjonalności Photoshopa i Lightrooma. A tylko agresywna i groźna konkurencja może zapędzić Adobe do roboty.

Oba zdjęcia z Alhambry edytowane za pomocą Photoshopa CS5 – nie CC, tylko właśnie CS.

PS. Zwolniło nam się miejsce na łowy na rosiczki 🙂 Zapraszamy!

Co jest do wszystkiego…

Fale Sahary, Maroko

… to jest do niczego. Tę ludową mądrość warto też rozciągnąć na kompozycję fotografii: mianowicie jeśli w kadrze wszystko jest równie ważne, to nic nie jest naprawdę ważne. A po czym można poznać, co jest w kadrze ważne? To akurat proste: istotne jest to, co przyciąga wzrok. Ważność rzeczy poznajemy więc po ich jasności, kontraście, wielkości, wyrazistości detali, intensywności kolorów, powabowi linii. Wcale nie po temacie. Jeśli zdjęcie samo w sobie nie przyciągnie wzroku i go nie zatrzyma, to temat w ogóle nie zostanie zauważony.

Na każdej fotografii powinna się znaleźć rzecz wizualnie najważniejsza: ta, od której zaczyna się oglądanie. Nawet zdjęcia tekstur, wzorów i rytmów mają swoją dynamikę: jakieś miejsce, gdzie wzrok pada najpierw, bo, na przykład, wzór został w tym miejscu przełamany. Jeśli wszystko na zdjęciu jest równie duże lub małe, równie kontrastowe i ostre, to obserwator właściwie nie wie, na czym miałby tu oko zawiesić. No i to oko zjeżdża sobie wtedy spokojnie na inne zdjęcia – a w naszych rozbuchanych wizualnie czasach na pewno będzie miało gdzie zjechać.

Jeśli komuś zdjęcie na górze wydaje się mało dopasowane do tematu wpisu, to proszę spojrzeć na nie jeszcze raz. Najpierw zauważa się połączenie nieba i piasku, z powodu kontrastu barwy. A tak konkretnie, to wzrok pada na sam czubek wydmy, bo tam jest jednocześnie najjaśniejszy fragment nieba i cień na wydmie, więc też największy kontrast jasności. Później wzrok zjeżdża sobie, jak jakiś narciarz, zakosami prosto w dół – po bardzo kontrastowych łukach, bo z jednej strony mają one intensywnie pomarańczowy, oświetlony piasek, a z drugiej zacieniony i stonowany. Na dole oko napotyka obszar o największym kontraście miejscowym: drobne fale piasku, mocno zarysowane i bardzo ostre, ale malutkie, więc nie tak ważne jak duże, kontrastowe elementy, które podziwialiśmy na początku tego akapitu. Po tych falach wzrok wspina się do ozłoconego słońcem obszaru powyżej, a na koniec ma jeszcze chwilę oddechu na zauważenie, że z lewej strony wydma się osypuje – w cieniu, dyskretnie.

Zdjęcie pochodzi z Maroka, a najbliższa okazja na tego typu klimaty już w listopadzie, w pustynnym Omanie.

Nie czytajcie instrukcji obsługi aparatu!

Macchu Pichu we mgle, Peru

Co trochę trafiam na różne mądre porady dla początkujących fotoamatorów, które zalecają dokładne przestudiowanie instrukcji do aparatu. Pewnie jestem w stanie wymyślić coś bardziej zniechęcającego do fotografii, ale musiałbym się dłużej zastanowić. A nawet pomijając niewielką atrakcyjność takiej lektury, to jeszcze jest znikoma przydatność dla początkujących. Serio, serio – przeczytanie instrukcji obsługi aparatu nie posunie fotograficznego neofity ani o krok w stronę nirwany.

Nie jest trudno stwierdzić, co jest nie w porządku z instrukcjami: opisują funkcje aparatu, a nie proces fotografowania. Tymczasem funkcji jest mnóstwo, spora część z nich nie ma praktycznego znaczenia, a niektóre wykluczają się z innymi (co zresztą nie zawsze jest wyraźnie zaznaczone). Nawet wykucie na pamięć podręcznika obsługi aparatu nie przybliża ani o krok do zrobienia ciekawego zdjęcia. Tymczasem gdyby instrukcje zamiast funkcji aparatu, opisywały proces fotografowania – w rozbiciu na różne typy sytuacji… O, to byłaby zupełnie inna instrukcja. I, być może byłyby to też inne aparaty, w których nie zdarzają się cuda typu umieszczenie wstępnego podnoszenia lustra i samowyzwalacza na tym samym pokrętle.

Instrukcje nie są oczywiście zupełnie bezużyteczne, tyle że teraz najbardziej przydatne są osobom, które wiedzą, czego i dlaczego chcą użyć, a jedynie nie pamiętają, gdzie to znaleźć.

Macchu Pichu we mgle, Peru

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochodzą z Machu Picchu, gdzie właśnie zmieniono reguły gry: wejścia są tylko dla zorganizowanych grup z miejscowym przewodnikiem, a bilety czasowe: od rana do południa albo od południa do popołudnia. Nie wiadomo, na ile przewodnicy będą próbowali utrzymać swoje grupy w kupie (co w przypadku grup fotograficznych wydaje się trudno wykonalne bez łańcucha i kajdan), ale z pewnością konieczność zdecydowania się na poranek lub popołudnie ograniczy możliwości czekania na światło z właściwej strony. Teraz się trzeba będzie decydować: rano, gdy są szanse na mgiełki, czy po południu, gdy mniej ludzi. Podczas peruwiańskiej fotowyprawy mieliśmy łatwiej – ale o tym, że nie fotografuje się dwa razy tej samej rzeki, pisaliśmy już.

Macchu Pichu we mgle, Peru

Do czego służy wschód słońca (i zachód też)

Wiatraki o poranku, Andaluzja

W pierwszym rzędzie wschód słońca służy oczywiście do gnębienia nieszczęsnych fotografów, którzy muszą zrywać się o nieludzkich godzinach, żeby być na miejscu w porze, kiedy fotografowie być na miejscu muszą. Zachód też rzecz jasna jest po to, żeby fotograf nie mógł spokojnie zjeść kolacji jak wszyscy, tylko musiał pędzić tam, dokąd popędzić musi. Czyli na zachód słońca. Żeby sobie ktoś czegoś nie pomyślał, no!

Ale jak już fotograf na miejsce dotrze, to w nagrodę zobaczy, po co się tak męczył. Nie, absolutnie nie chodzi o podziwianie wschodzącego (tudzież zachodzącego) słońca. We wschodach i zachodach najmniej ciekawe jest właśnie słońce. Naprawdę interesujące jest to, co słońce po drodze wyprawia ze światem. Zwykłe białe rzeczy stają się fantastycznie złociste, i proszę nie regulować odbiorników – balans bieli tu nie zawinił. Żółte, pomarańczowe i różowe budowle, które w dzień są po prostu nudnie białe, tworzą piękny kontrast barwy z błękitnym niebem, a jeśli jeszcze trafi się jakaś chmurka, to tym lepiej. Zresztą nie tylko niebo jest błękitne, ale zacienione miejsca też. To, co w dzień płaskie i jednobarwne, nagle staje się przestrzenne i kolorowe. Magia! I właśnie dla tej magii warto się pomęczyć.

Wiatraki prosto z Andaluzji.

Kolory podczerwonego świata

Światło latarni

Powszechnie wiadomo, że jest siedem kolorów tęczy: fioletowy, indygo, niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy i czerwony. Możemy je nawet czasem zobaczyć. A właściwie, to tylko te możemy zobaczyć… oraz wszystkie barwy pośrednie, oczywiście. Przyjmujemy na wiarę, że poniżej fioletowego jest ultrafiolet – nie widzimy go, ale nas opala, a to już jakiś dowód na istnienie. Sądząc po dotkniętej nim skórze, ultrafiolet musi mieć kolor czerwonoróżowy, przechodzący z czasem w brązowy. A jaki jest kolor podczerwieni?

W przeciwieństwie do ultrafioletu, podczerwień daje się fotografować aparatem cyfrowym, więc właściwie powinno się na zdjęciu dać zobaczyć, jakie ma kolory – i czy w ogóle można tu mówić o kolorach w liczbie mnogiej. Tylko że cyfrówki to straszne kłamczuchy. Trójkolorowe matryce, filtry, wreszcie balans bieli – ten ostatni szczególnie! – sprawiają, że kolory na zdjęciach mogą być takie, jak w rzeczywistości albo takie, jak chce fotograf. Albo, oczywiście, dowolne barwy pośrednie. No i w ogóle dowolne. I w tym jest optymistyczna odpowiedź na pytanie o kolory podczerwieni: mogą być takie, jakie uznamy za stosowne.

Najczęściej zdjęcia podczerwone prezentuje się w formie czarno-białej i taka też jest w większości nasza podczerwona galeria. Jeśli na aparacie zamontowano filtr odcinający światło widzialne z dużym zapasem (830 nm), zdjęcie prosto z aparatu jest od razu monochromatyczne: czarno-białe lub czerwono-białe, zależy czy ustawiono balans bieli na trawę czy nie. Ale to nie wyczerpuje możliwości pokazywania kolorów podczerwonego świata. Filtry odcinające światło widzialne w okolicy 700 nm (najpopularniejsze) zarejestrują też trochę koloru, ale zupełnie innego, niż to co widzimy oczami. Niebo będzie rude, trawa biała, a niektóre rzeczy nawet niebieskie – na przykład goreteksowe ubrania albo obiekty pomalowane farbą zawierającą ultramarynę. Taką kolorystykę można zachować albo zmienić przez mieszanie kanałów tak, że niebo będzie na powrót niebieskie. Górne zdjęcie to właśnie przykład takiego twórczego podejścia do koloru w podczerwieni: kanały czerwony i niebieski zostały zamienione. Ten pomarańczowy blask to flara – przed obróbką była niebieska. Dolne zdjęcie to kolor taki jak z aparatu: ciepłe niebo, biała zieleń. Rzecz jasna, możliwe są też przeróżne inne operacje na kolorach; balans bieli w parze z mieszaniem kanałów daje prawie nieograniczone kombinacje. Co ciekawe, niektóre zdjęcia aż się proszą o usunięcie koloru, a inne wyglądają lepiej w kolorze – takim czy innym. No i można też połączyć barwy zdjęcia podczerwonego i normalnego, ale o tym to już kiedy indziej.

Podczerwone wieże San Gimignano

Obiektywy i filtry w fotografii podczerwonej

Wiatraki Kinderdijk w podczerwonym świetle poranka

Przy fotografowaniu w podczerwieni nie tylko uzyskuje się zdjęcia, które trzeba edytować w dziwny sposób, ale też właściwości optyki stają się… nieco inne. Najprościej jest z filtrami: szare nie działają wcale. Dokładnie tak: filtry szare w fotografii podczerwonej są przezroczyste i wcale nie wydłużają czasu naświetlania. Nie znam sposobu wydłużenia czasu ekspozycji przy zdjęciach podczerwonych innego niż operowanie przysłoną. Nawiasem – tak samo przezroczyste są okulary przeciwsłoneczne, więc ludzie w takich okularach wyglądają, jakby mieli ogromne okulary korekcyjne.

Filtry polaryzacyjne działają, ale efekt jest nieco inny niż przy normalnej fotografii. Przede wszystkim dają efekt, jakby zdjęcie było zrobione nie z użyciem aparatu wyposażonego w filtr typu „Red”, ale typu „Black”. No, prawie tak wygląda. W każdym razie znika prawie zupełnie kolor, który można wykorzystać do zamiany kanałów i uzyskania np. niebieskiego nieba, za to uzyskuje się mocniejszy kontrast. Polaryzować czy nie polaryzować? Odpowiedź zależy, czy lubimy podczerwone zdjęcia z niebieskim niebem, czy wolimy jednolicie czarno-białe. W tym ostatnim przypadku – polaryzować. A jak się nie ma pewności – robić po dwa zdjęcia.

filtr polaryzacyjny w podczerwieniPo lewej zdjęcie spolaryzowane, po prawej – bez polaryzacji

Obiektywy w fotografii podczerwonej to jeszcze ciekawsza historia, choć niekoniecznie przyjemna. Powłoki przeciwodblaskowe – nie działają. Jeśli jesteśmy dumnymi posiadaczami obiektywu, który świetnie sobie radzi przy zdjęciach pod światło, to użycie go do zdjęć podczerwonych może rozczarować. Kontrast spadnie na pysk, za to pojawią się ogromne plamy flar. Dlaczego tak jest? Pewnie z tego samego powodu, dla którego nie działają filtry szare – wszelkie powłoki są projektowane pod kątem zachowania w widzialnym paśmie światła. O ile nowoczesne obiektywy pozwalają śmiało i bezkarnie fotografować pod światło, to jednak przy zdjęciach podczerwonych zdecydowanie lepiej mieć słońce poza kadrem. No chyba, że celem jest uzyskanie flary.

Wiatraki Kinderdijk w podczerwonym świetle poranka

To jeszcze nie koniec atrakcji. Powłoki powłokami, ale w podczerwieni spada ostrość. Spada w niektórych obiektywach, w innych nie. A w jeszcze innych spada gdzieniegdzie, za to całkiem na pysk. Konkretnie i na przykładach: Canon EF 24-70/4L IS USM to „żyleta” zarówno w paśmie widzialnym, jak i „infrared”. Sigma 10-20/4-5.6 jest w podczerwieni wyraźnie gorsza niż przy normalnych zdjęciach, ale efekt nadal jest użyteczny, a spadek ostrości dotyczy całego kadru. Za to Canon 10-22/3.5-4.5 to dramat: o ile normalnie trudno zdjęcia zrobione tym obiektywem odróżnić od zdjęć z Sigmy 10-20, to w podczerwieni rogi kadru są zupełnie mydlane. Wyjaśnienie, dlaczego tak się dzieje, to pewnie temat na doktorat z optyki, ale wniosek jest jednoznaczny: trzeba samemu się przekonać, jak dany obiektyw będzie się sprawował przy fotografii podczerwonej. To, że „szkło” jest normalnie świetne, wcale nie oznacza, że w takiej specyficznej fotografii będzie równie dobre. I nie powiedzą nam tego żadne testy, bo jak dotąd nie słyszałem, żeby ktokolwiek testował obiektywy pod kątem fotografii podczerwonej.

To jest kolejny wpis związany z galerią „Świat w podczerwieni”. I jeszcze nie ostatni. 🙂

 

Do czego jest potrzebne Digital Photo Pro, albo o wyższości JPEG-a nad RAW-em*

W Holandii, nad wodą

Zacząć trzeba od krótkiego wyjaśnienia, bo zapewne nie wszyscy wiedzą, co to jest Digital Photo Pro. Otóż jest to canonowska wywoływarka RAW-ów z Canonów. Daje dobrą jakość obrazu (przynajmniej dopóki korzystamy ze sprzętu Canona, łącznie z obiektywami), ale możliwości manipulacji obrazem ma stosunkowo ograniczone, a interfejs, jak by to łagodnie wyrazić, niecodzienny. Bywają jednak takie sytuacje, gdy DPP jest jedynym wyjściem, a Lightroom z kolegami zupełnie się nie sprawdzają. Zdjęcia w podczerwieni.

Ustawiony w aparacie prawidłowo dla takich zdjęć balans bieli (WB użytkownika ustawiony na wzorzec: nasłonecznioną trawę) ma tak skrajne parametry, że nijak nie dałoby się go ustawić inaczej. Skala w Kelwinach zostaje daleko z tyłu, podobnie jak korekcja tinty, ale WB użytkownika działa. Szkopuł w tym, że wywoływarki Adobe nie biorą pod uwagę balansu bieli ustawionego według wzorca w aparacie. I wiecie co? Mają za krótkie suwaczki, żeby ten balans bieli przynajmniej w miarę poprawnie ustawić na komputerze. RAW-y zdjęć podczerwonych wyświetlają się więc jako pomarańczowe lub brązowe. Razem z balansem bieli obrywa się też szczegółowości zdjęć, bo jednak część detali jest widoczna jako różnice barwy (owszem, nawet w podczerwieni), a przy dużym przebarwieniu takie różnice zanikają. W rezultacie dostajemy sytuację paradoksalną: JPEG z aparatu jest lepszy niż RAW wywołany w programie wiodącego producenta oprogramowania graficznego. A DPP, przy wszystkich swoich wadach, ustawienia z aparatu jednak przejmuje i są one punktem wyjścia do dalszych zmian.

Sprawdziłam jeszcze nuworysza w postaci Affinity i tu jest sytuacja ciekawa: RAW wyświetla się domyślnie z kolorami takimi, jak z aparatu, a korekcja balansu bieli jest wyłączona. Jeśli te kolory nam odpowiadają – super. Natomiast jeśli zechcemy je trochę zmienić, to… nie da się, a przynajmniej nie przy użyciu balansu bieli na RAW-ie. Włączenie narzędzia do korekcji balansu bieli powoduje bowiem, że kolory odlatują w kosmos barw – tu też suwaczki są zdecydowanie za krótkie… A z kolei ciotka-przyzwoitka DxO Optics Pro zachowuje się jak rasowa angielska dama: nie zauważa problemu. Sfotografowałeś pomarańczowy świat? Bardzo ładnie młody człowieku, skorygowałam twój pomarańczowy świat. Jest pięknie pomarańczowy.

Wnioski z tych rozważań? Balans bieli normalnych zdjęć można sobie ustawiać na komputerze (choć uważam, że lepiej i tak robić to w aparacie, ale o tym innym razem), ale balans bieli zdjęć podczerwonych obowiązkowo ustawiamy w aparacie, biorąc wzorzec z trawy w słońcu. Jeśli bowiem ustawimy go w aparacie, mamy później różne możliwości: skorzystać z wywoływarki producenta aparatu albo z takiego na przykład Affinity, albo pójść na skróty i posłużyć się gotowym JPEG-iem. Ale jeśli go nie ustawimy w aparacie, to zrobić to później będzie bardzo, bardzo trudno.

To był drugi, ale nieostatni odcinek minicyklu związanego z projektem „Świat w podczerwieni”, cdn.

* Proszę doczytać przynajmniej do 2/3 tekstu przed podniesieniem krzyku o herezję. Dziękuję.

Wiosenne śniegi

W ogrodzie, pod drzewami

Ostatnio gorąco, więc dla ochłody proponujemy zdjęcia ze śniegiem. Taki śnieg najlepiej fotografuje się wiosną lub wczesnym latem, gdy liście na drzewach jeszcze są młode, a pierwsza trawa nieskoszona. Nie, nie chodzi o tak zwanych „zimnych ogrodników” majowych. To pozorny śnieg, który powstaje podczas fotografowania w świetle podczerwonym. Zieleń rejestruje się w podczerwieni jako bardzo jasna, kamień zachowuje jasność naturalną, pnie drzew są przeważnie ciemne (choć to zależy od gatunku), a obiekty metalowe – bardzo ciemne. Niebo nabiera mrocznej głębi, podobnie jak woda, a każda, nawet najcieńsza chmurka jest wyraźnie zarysowana. Oblany podczerwonym blaskiem świat sprawia wrażenie wspaniałej, pełnej bujnego życia i światła zimy. Zapraszamy do oglądania naszej nowej galerii zdjęć podczerwonych.

Backup 3-2-1

schody w klasztorze w Tomar, Portugalia

Jeśli w fotografii jest coś mniej pasjonującego niż selekcja i porządkowanie zdjęć, to z pewnością tym czymś jest robienie kopii zapasowych. Kopie zapasowe trzeba jednak robić, z entuzjazmem lub bez – to i tak jest znacznie fajniejsze niż odzyskiwanie danych.

Wbrew pozorom dane cyfrowe są trwałe, a ich trwałość można jeszcze zwiększyć – właśnie przez multiplikację. Jeśli ryzyko utraty cennych zdjęć wynosi – bądźmy pesymistami – 1:10, to gdy będziemy mieli trzy kopie, wówczas zagrożenie spada do poziomu 1:1000. Można oczywiście kopie mnożyć i przy pięciu poziom bezpieczeństwa rośnie do całkiem komfortowego „jeden do stu tysięcy” – cały czas przy założeniu, że mamy 10% szans utraty pojedynczego nośnika. Jednak mnożenie kopii powyżej pewnej liczby nie ma specjalnego sensu, znacznie ważniejsze jest ich właściwe rozmieszczenie. I tutaj przychodzi na pomoc reguła: 3-2-1.

Owo 3-2-1 oznacza: trzy kopie, na dwóch różnych typach nośników, w tym jeden poza domem.

Pierwsza część nie wymaga wyjaśnień. Dwa typy nośników to np. dysk twardy i płyta DVD/Blu-ray lub też dysk twardy i taśma streamera. Albo też dysk twardy i chmura, choć to akurat mniej dobre połączenie. Dlaczego tak? Najlepiej mieć jeden nośnik niekasowalny (lub trudno kasowalny) – to zabezpiecza przed wirusami, atakami hakerów czy modnym ostatnio zdalnym szyfrowaniem dysków. Wszystkie kopie na dyskach twardych, jeszcze do tego cały czas podłączonych do komputera, to proszenie się o problemy w przypadku przepięć. Z kolei jeden egzemplarz każdego zdjęcia poza domem daje pewną ochronę na wypadek pożaru, powodzi czy włamania. Nagrywanie fotografii na dyski optyczne i wynoszenie ich np. do dalszej rodziny jest oczywiście metodą pewniejszą niż automatyczna synchronizacja z chmurą, ale też – równie oczywiście – mniej wygodną i wymagającą dyscypliny.

A właśnie z dyscypliną przy tworzeniu backupów jest najtrudniej. Można opracować sobie najlepszy system na wszelkie złośliwości losu, ale jeśli się go nie stosuje regularnie, to tak, jakby skakać ze spadochronem, w którym niektóre linki zostały przecięte – może te ważne, a może nie.

Nie tak całkiem osobną kwestią jest struktura danych: porządkowanie zdjęć w katalogi. Tutaj nie ma co trzymać się cudzych reguł, trzeba wymyślić własne – po to, aby dziwaczny dla nas sposób segregacji materiału nie zniechęcał do tworzenia kopii bezpieczeństwa. Łatwiej stosować system, który jest dla nas wygodny i zrozumiały, nawet jeśli teoretycznie gorszy od opracowanego przez kogoś innego. No i własna, intuicyjna metoda rozdzielania zdjęć przyda się, jeśli kiedyś trzeba będzie sięgnąć do kopii zapasowej i coś tam znaleźć.

schody w klasztorze w Tomar, Portugalia

Choć reguła 3-2-1 jest rozsądnym sposobem postępowania w odniesieniu do wszelkich danych cyfrowych, to jej twórcą jest fotograf Peter Krogh, który jednak bardziej niż ze swoich zdjęć znany jest z porad dotyczących zarządzania danymi cyfrowymi (Digital Asset Management). Więcej porad Krogha na temat backupu, ale także odnajdywania się w cyfrowym bałaganie można poczytać tutaj.

Moja metoda? Skopiowanie z karty pamięci na dysk komputera, stamtąd na dysk zewnętrzny i dopiero wówczas ewentualne kasowanie karty pamięci. Później jeszcze, po wstępnym uporządkowaniu materiału (usunięcie zdjęć z poważnymi wadami technicznymi) kolejna kopia na serwer plików NAS. Wybrane, edytowane fotografie kopiowane są do katalogu, który synchronizowany jest z chmurą Irista. Czasem (przyznaję, zdecydowanie zbyt rzadko i nieregularnie), wrzucam zbiory na płyty Blu-ray. Moje 3-2-1 to więc bardziej: 3 i 2/3 – (1 (i częściowo 2 oraz 3)) – niekiedy 1. Prawda, że proste i logiczne? 🙂

Meandry archiwizacji ilustrują schody z klasztoru Tomar w Portugalii.

„Jeśli coś wygląda dobrze…

O świcie w Chani, Kreta

… zrób zdjęcie. Jeśli później będzie wyglądało lepiej, zrób drugie.” Warto posłuchać Galena Rowella, tym bardziej, że film jest ostatnio tani i nie ogranicza nas do 36 klatek. Przyjeżdżamy w piękne miejsce, rozglądamy się i myślimy: nieźle, gdy słońce będzie niżej (albo wyżej, albo gdy już wzejdzie, albo gdy zajdzie – niepotrzebne skreślić) lub gdy ta chmura przesunie się bardziej w prawo, to będzie idealny moment na zdjęcie! Prawda jest jednak taka, że będzie albo i nie będzie. Przy całym staraniu, przygotowywaniu się i studiowaniu prognoz pogody, jednak nie jesteśmy w stanie przepowiadać przyszłości, a wspaniały zachód od beznadziejnego może się różnić położeniem jednej chmurki. Kto jest w stanie przewidzieć pozycję każdej chmury na niebie, gdy wpływają na nią nawet tak niewielkie i niestabilne formy krajobrazu, jak na przykład krzaki? Jeśli więc widzisz dobrą kompozycję, ale światło nie jest optymalne – nie przejmuj się, zrób zdjęcie. Gdy zauważasz ciekawy kadr, nie czekaj, zrób zdjęcie teraz. Świat cały czas się zmienia, cienie się przesuwają, latarnie zapalają się i gasną, w urocze uliczki wjeżdżają samochody dostawcze i parkują w najlepszych miejscach. A jak już zrobisz, to poczekaj, bo może a nuż jednak uda się zrobić lepsze.

Zdjęcie na górze powstało w pewien wietrzny poranek w porcie w Chani, na Krecie. Aby łapać fale rozbryzgujące się na brzegu, ustawiłam aparat na statywie, ułożyłam w kadrze latarnię, ławkę i całą resztę, po czym zrobiłam zdjęcie próbne, żeby mieć pewność co do ekspozycji. To jest właśnie to zdjęcie próbne: druga tak efektowna fala już się nie pojawiła.

Świętokrzyskie Historie 2017

Panoramowanie amazonki, świętokrzyskie

Siódmą już edycję warsztatów Czarowne Świętokrzyskie zaczęliśmy od sesji w zabytkowej, pochodzącej z XVIII wieku hucie w Maleńcu. Mnóstwo prastarego żelastwa, trudne, ale ciekawe światło, przesączające się przez deski ścian budynku i parę godzin na szukanie interesujących form stanowiło niezłą estetyczną rozgrzewkę przed resztą fotograficznego weekendu.

Wewnątrz koła młyńskiego, świętokrzyskie

Sporym zainteresowaniem cieszył się „Szaleniec z Maleńca” – ogromne, 38-tonowe koło zamachowe, ale atrakcji było więcej – można było m.in. zrobić zdjęcie z wnętrza koła młyńskiego. A w ramach wzmożenia sił – pójść na grilla.

Staw w podczerwieni, świętokrzyskie

Zachód słońca zastał nas – wcale nie przypadkowo – nad pobliskim jeziorem.

Kolacja i wieczorne warsztaty nie były wcale końcem dnia, bo przed północą poszliśmy jeszcze fotografować gwiazdy. W środku miasta – a co! No dobra, Modliszewice nie są miastem, a wsią, a my starannie wybieraliśmy miejsce jak najmniej oświetlone lampami ulicznymi. Naszym pierwszym planem były ruiny obronnego dworu, fotografowane przez fosę, a nad nimi oczywiście rozgwieżdżone niebo. Ruiny sami sobie oświetliliśmy – latarką.

Gwiazdy nad Modliszewicami, świętokrzyskie

Sobotni poranek znowu przywitaliśmy przy tych samych ruinach, po śniadaniu czekała nas sesja w klasztorze w Sulejowie, a później – gwóźdź programu, czyli dwie dziewczyny w historycznych strojach, fantastycznie jeżdżące na koniach. Matylda i Dagmara chyba miały nie mniej frajdy, pędząc wokół naszej grupy niż my, fotografując je. Jeździecki pokaz trwał ponad półtorej godziny, było więc sporo czasu na poćwiczenie różnych sposobów fotografowania koni, w tym także na niełatwą technikę panoramowania.

Fotograficzne ćwiczenia ułatwiało nam to, że dziewczyny świetnie jeździły – prowadziły konie równo, szybko i płynnie, a co więcej – przewidywalnie. No i potrafiły skłonić konia do chodzenia nie tylko na czterech nogach…

Konne popisy, świętokrzyskie

Zachód słońca wśród rzepaku, kolacja i tradycyjna wieczorna dyskusja o wykonanych zdjęciach zakończyły sobotnią część warsztatów. A następnego dnia zeszliśmy do podziemia – przez godzinę mieliśmy tylko dla siebie jaskinie Kadzielni.

Jaskinie Kadzielni, świętokrzyskie