Jesteśmy plagą czy ratunkiem?

Brama do Civita di Bagnoregio, Toskania

Turystyka ostatnio wzbudza dość negatywne reakcje u tych, których turyści odwiedzają. Protestują mieszkańcy Wenecji, Barcelony, Rzymu i Dubrownika, a nawet Majorki, oskarżając przyjezdnych o nowe wersje plag egipskich. Z pewnością jest sporo racji w tym, że przez odwiedzających rosną ceny nieruchomości, miejscowym trudno wynająć mieszkanie (bo B&B bardziej się opłaca), a sklepy spożywcze są wypierane przez restauracje (więcej o tym tutaj – po angielsku).

Z drugiej strony, gdy po zamachach w Paryżu masowo odwoływano wycieczki i hotelowe rezerwacje, też nie było powodów do radości, gdy francuski rząd dostał ultimatum, że albo przyciągnie z powrotem odwiedzających, albo tysiące paryżan stracą pracę, gdy hotele i restauracje nie będą miały kogo obsługiwać.

W Pitigliano, Toskania

Sytuacja nie jest więc jednoznaczna, a miło nam, że bywamy częścią tego dobrego i pożytecznego ruchu turystycznego. Civita di Bagnoregio, które od 5 lat odwiedzamy każdą wiosną i jesienią, odżyło dzięki turystom. Odżyło dzięki opłatom za wejście po stalowym moście do miasteczka na skale (dotąd było to 1,5 euro, od tych wakacji – 3 euro), ale też dzięki zapotrzebowaniu na usługi turystyczne – w ostatnich latach przybyło 400 miejsc pracy i Bagnoregio stało się włoskim ewenementem: małym, peryferyjnym miasteczkiem bez bezrobocia (więcej o fenomenie Bagnoregio – w Guardianie).

Mam też wrażenie, że podobnie animujemy Monticchiello i Pitigliano. Gdy pierwszy raz prowadziliśmy fotowyprawy do tych miasteczek, byliśmy dla miejscowych wyraźnie zaskoczeniem i atrakcją. Ostatnio nadal tam nie ma tłumów, ale turystów przybyło, a miejscowe knajpki już nie świecą pustkami.

Gdzie leży różnica między złym a dobrym turystą? Długa, skomplikowana (i miejscami dyskusyjna) odpowiedź w serwisie post-turysta, a prostsza… Odwieczną etyczną zasadą fotografii krajobrazowej jest: „zostaw za sobą tylko ślady stóp, zabierz ze sobą tylko zdjęcia”. Jeśli dodać do tego „…i daj zarobić miejscowym parę euro”, to chyba wystarczy, żeby przestać być częścią plagi.

U góry zatłoczona brama wejściowa do Civita di Bagnoregio (chwilę żeśmy czekali, żeby w bramie coś się zaczęło dziać), poniżej jedna z dwóch głównych ulic Pitigliano.

Fotobook: 7 fotografii II – Islandia

Fotobook 7 Fotografii II - Islandia

Islandia to wyspa nie z tej Ziemi, a jej niezwykłe pejzaże zachwycają, ale też… utrudniają tworzenie zdjęć. Przy pierwszej wizycie nikt nie jest przygotowany na fantastyczne scenerie, a bardzo silne wrażenia przeszkadzają myśleć. Łatwo odstawić swoją wiedzę i doświadczenie fotograficzne do kąta, zdać się na emocje i intuicję, aby… zmarnować wiele potencjalnie świetnych kadrów.

Emocje, entuzjazm, zachwyt pomagają, bo dodają energii, inspirują, skłaniają do wysiłku, ale przed wciśnięciem spustu migawki trzeba na chwilę ochłonąć: na zimno sprawdzić parametry, z dystansu zerknąć na kompozycję, rozejrzeć się za innymi pomysłami niż ten pierwszy, który wpadł nam do głowy.

Warto wiedzieć, jak technicznie zrealizować pewne pomysły nie tylko dlatego, aby nie zepsuć ujęć, ale też po to, aby nie tracić na miejscu czasu na myślenie o technice. Gdy ma się know-how w małym palcu, więcej zostaje energii i czasu na szukanie ciekawych kompozycji, świeżych pomysłów czy wsłuchanie się w to, co podpowiadają nam emocje. Do wizyty na Islandii warto się przygotować, żeby pełniej ją przeżyć i ciekawiej fotografować. Mam nadzieję, że to wydanie „7 fotografii” będzie pomagać i inspirować.

Miłej lektury!

Naszego nowego fotobooka można znaleźć tutaj: https://ewaipiotr.pl/sklep/produkt/siedem-fotografii-ii-islandia/

 

PS. Przez tydzień będzie działał kod zniżkowy: 7fotografiiIslandia

 

Walka o profil

Lodowa fala, Islandia

RAW daje możliwości, RAW łatwo się edytuje, bez RAW-a nie ma kołaczy, czy jakoś tak. No niby ten RAW jest fajny, ale… jego wywoływanie już nie zawsze. A przecież wywołać trzeba, to oczywiste, po to zostawiamy sobie możliwości edycji, żeby je wykorzystywać. W czym właściwie problem? W wywoływarkach. A szczególnie w ich profilach.

Kiedyś Adobe Camera Raw (oraz Lightroom) miały profile barwne do poszczególnych aparatów tak ustawione, żeby wygląd zdjęcia z tym profilem odpowiadał w miarę dokładnie wyglądowi JPEG-a z aparatu, wykonanego z aparatowym profilem o tej samej nazwie. Czyli: jeśli ustawiłam w moim Canonie 400D (to były czasy, a co!) profil Neutral, to po wczytaniu RAW-a w Adobe Camera Raw i ustawieniu tamże profilu Camera Neutral, obrazek wyglądał tak samo jak JPEG z aparatu. Od pewnego czasu jednak przestało tak być. RAW-y z nowych Canonów, wczytane do Camera Raw (albo LR, profile są te same) „na dzień dobry” wyglądają fatalnie: są przekontrastowane, z dziwnymi przesunięciami kolorów w światłach, ubogie pod względem barwy. Zaznaczę od razu, że to nie jest kwestia Canona – po prostu takie aparaty są w domu, więc na nich obserwuję zjawisko. Profile barwne Adobe do nowszych aparatów są po prostu fatalne. W efekcie trzeba walczyć najpierw o uzyskanie jako-takiego oddania świateł i cieni, a dopiero potem można się zastanowić nad cyzelowaniem.

Tylko że w trakcie tej walki stanowczo zbyt szybko kończy się amunicja. Żeby doprowadzić cienie do jasności „jotpegowej”, suwak cieni trzeba by często przesunąć do +100. By uratować to, co zostało wypalone albo ciężko przebarwione w światłach, suwak świateł często ląduje na -100. No i co dalej? Suwaki się kończą, jeszcze zanim zacznę cokolwiek „wyciągać” w stosunku do JPEG-a! Uznając, że tak być nie może, postanowiłam sprawdzić, jaki czart tam w środku siedzi i psuje mi zdjęcia. Czart wygląda jak czerwona linia na wykresie poniżej:

Ten wykres to oczywiście krzywa tonalna. Prosta kreska od lewego dolnego rogu do prawego górnego daje zdjęcie w miarę neutralne: kontrast nie jest ani podbity, ani obniżony, żadne odcienie nie są obcięte. To jest wykres typu „tu masz wszystkie kolory tak jak były, a teraz się baw”. Natomiast wygięta czerwona linia pokazuje, co ze zdjęciem robi domyślnie Adobe: całość jest mocno rozjaśniona (wygięcie w górę), głębokie cienie są obcięte (czerwona linia nie zaczyna się w rogu), średnie cienie dokontrastowane (bardziej stromy przebieg krzywej po lewej stronie), a światła spłaszczone (bardziej płaski przebieg krzywej po prawej). Co gorsza, to jest krzywa RGB a nie jasności, więc dotknięty jej działaniem jest nie tylko kontrast zdjęcia, ale też jego kolory – stąd mój problem z barwami na zdjęciach. W przypadku zdjęć ciemnych i niskokontrastowych byłoby wszystko w porządku, ale… przecież nie wszystkie takie są!

Wykres pochodzi z programu DNG Profile Editor, którego serdecznie polecam użytkownikom wywoływarek marki Adobe. Służy on do robienia własnych profili do aparatu, a pośrednio do zwalczania kiepskich profili fabrycznych. By z niego skorzystać, trzeba mieć zdjęcie z tego aparatu (!) w formacie DNG. Wystarczy jedno, nie ma potrzeby przerabiać na DNG wszystkich zdjęć, jakie zamierzamy edytować. Zdjęcie otwieramy w DNG Profile Editor, po czym zmieniamy to, co nam w dotychczasowym profilu Adobe przeszkadza. Ja wyrównałam krzywą tonalną, wybierając Linearną zamiast domyślnej Camera Raw Default. Mając kartę typu Color Checker, można też zrobić sobie pełny profil barwny aparatu w zakładce Chart (czy warto, to inna sprawa, ale można). Można też sobie nieźle w kolorach namieszać, więc ostrożność zalecana. Na koniec eksportujemy nasze ustawienia (File | Export…) do pliku w formacie .dcp, który będzie czytelny jako profil dla programów Adobe. By z tego własnego ustawienia skorzystać, trzeba w ACR czy LR, w zakładce z profilami, zamiast Adobe Standard wybrać nazwę utworzonego właśnie profilu. Domyślnie nazywa się on „Untitled Recipe”, więc przed wyeksportowaniem warto nadać mu jeszcze jakąś bardziej znaczącą nazwę w zakładce Options. I już – jeśli do tej pory trzeba było na wielu zdjęciach walczyć z tą samą przypadłością, to problem od tej pory będzie się rozwiązywał sam. Tylko dlaczego trzeba sobie taki prosty profil robić osobiście?

Piekielne kominy, Islandia

Album: Yfirsýn Sigurgeira Sigurjonssona

Sigurgeir Sigurjonsson, Yfirsýn

Islandia w albumie „Yfirsýn” Sigurgeira Sigurjonssona to zupełnie inna planeta. Fotografie przywodzą na myśl malarstwo – niekiedy pędzla Chagalla, innym razem chińskie pejzaże stylu Shan Shui. Na pierwszy rzut oka to abstrakcje i trzeba się uważnie przypatrzeć, żeby zobaczyć w nich rzeki warkoczowe, linie brzegowe, jeziora i lodowce. Kompozycje oparte na teksturach i rytmach zachwycają też kolorem. Co istotne, malarskość i abstrakcyjność kadrów to nie efekt zabiegów technicznych,a zdjęcia nie były poddawane żadnym przekształceniom ani stylizacjom. Uzyskany efekt to wyłącznie zasługa umiejętności dostrzegania i wyizolowania z islandzkich pejzaży świetnych kompozycji. Owszem, fotografowanie z góry (z helikoptera i awionetki) pozwala pokazać inny obraz Islandii, ale to nie perspektywa ani technika odpowiada za estetykę albumu.

Sigurgeir Sigurjonsson, Yfirsýn

Nie należy mylić „Yfirsýn” z innym albumem: Björna Rúrikssona „Iceland from above”. Ten ostatni to w większości sympatyczne obrazki znanych miejsc z nietypowej perspektywy, ale zupełnie nie robią wrażenia. To znaczy, owszem, robi wrażenie, ale uroda miejsc, a nie oko fotografa. Zestawienie tych dwóch albumów to zresztą głos w dyskusji na ile w fotografii ważny jest temat, a na ile autor. Rúriksson pokazał Islandię z góry, a Sigurjonsson – autorskie kompozycje, które niewiele mają wspólnego z turystycznym obrazem wyspy.

Sigurgeir Sigurjonsson, Yfirsýn

Do kupna tego albumu zbierałem się rok, a moje dylematy dotyczyły różnych aspektów: rozmiaru, wagi, ceny – tylko nie atrakcyjności „Yfirsýn” Sigurgeira Sigurjonssona. Pierwszy raz ten album zobaczyłem w 2016 w Akureyri, do tego w przecenie na skromne 14 tysięcy koron islandzkich (niespełna 500 PLN). Cena ceną, ale przed wyciągnięciem karty płatniczej powstrzymała mnie przede wszystkim waga albumu. Jego rozmiar robi wrażenie: 35×35 cm. Sprzedawany jest z foliową torbą z uchwytami, co jest bardzo praktyczne, bo trudno o plecak, do którego dałoby się go zapakować (komora na 15-calowego notebooka jest zdecydowanie za mała). Wówczas, w Akureyri, dostępna była wersja w kartonowym pudełku, ważąca jakieś 5 kilogramów. Miałem wątpliwości, czy wygospodaruję tyle w bagażu, gdzie limit wyznaczony przez linie lotnicze to 20 kilogramów. Była jeszcze mniejsza edycja, ale nie robiła takiego wrażenia: przy dobrych albumach fotograficznych rozmiar ma znaczenie. Liczyłem, że uda się ten album kupić na Amazonie i wówczas niech kurier się męczy. Niestety, na Amazonach (amerykańskim, brytyjskim i niemieckim) „Yfirsýna” nie ma (choć inne albumy tego autora są dostępne), więc plan zdalnego zakupu wziął w łeb.

Sigurgeir Sigurjonsson, Yfirsýn

Rok później, zdeterminowany i z wygospodarowanymi kilogramami w bagażu, szukam: w Akureyri brak. Parę dni i kilka księgarni później, w Reykjaviku – jest! Co ciekawe, jest wersja, jakiej wcześniej nie spotkałem. Duża (35×35 cm), w foliowej torbie, ale bez kartonowego pudła, przez co znacznie lżejsza. No i zaskakująco tania: 6000 koron, czyli około 200 zł.

Album bardzo polecam, choć prawdopodobnie trzeba się po niego wybrać na Islandię. Czy to jednak utrudnienie? Czy kolejny dobry powód, żeby polecieć na tę fantastyczną wyspę?

Sigurgeir Sigurjonsson, Yfirsýn
format: 35×35 cm
stron: 156
ISBN: 978-9979-53-549-2
wydawca: Forlagid, Reykjavik 2011
cena: 6000 koron islandzkich (ok. 200 PLN)

PS. Na górze okładka „Yfirsýna”, niżej fragmenty albumu.

PPS. Można też spróbować kupić tutaj, ale do zakupu może być potrzebna znajomość islandzkiego.

Cytaty: „Cały świat jest pełen zdumiewających detali”

Bajki z mchu i porostów, Islandia

Amerykański fotograf Christopher Burkett od dzieciństwa jest bardzo krótkowzroczny. Jako dziecko nie wiedział o tym, więc nauczył się funkcjonować w świecie złożonym z ogólnych, niekonkretnych plam. Ludzi rozpoznawał po sylwetce i sposobie chodzenia, a drzewa nie miały liści, tylko wielki kleks zieleni na górze. Świat nie miał detali, były tylko grubo, niewyraźnie zarysowane kształty i kontrasty.

Gdy poszedł do szkoły, zauważono problem i siedmioletni Christopher dostał swoje pierwsze okulary. To było niesamowite odkrycie świata pełnego szczegółów. Mówi, że od tej pory wciąż pozostało w nim zdumienie wspaniałą różnorodnością fantastycznych detali, jakie zawiera nasze otoczenie. A ma już swoje lata…

Życie na wietrze, Islandia

Jeśli więc myślisz czasem, że żyjesz w nudnym, banalnym miejscu, że nie ma tu czego fotografować albo że już wszystko sfotografowano – może po prostu potrzebujesz okularów. Takich zwykłych, szklanych, albo może takich mentalnych, które sprawią, że zauważysz w swoim otoczeniu drobiazgi, których istnienia nawet nie podejrzewałeś.

Rzeka zieleni, Islandia

Na zdjęciach od góry: porosty na kamieniach, ślady na piasku  empiria w poszukiwaniu absolutu i wodorosty w strumieniu.

Filtry szare: Manfrotto na Islandii

Selfoss z filtrem Manfrotto ND500, Islandia

Na tegorocznej fotowyprawie na Islandię miałem do dyspozycji nowinkę: zestaw filtrów szarych marki Manfrotto. Firma znana przede wszystkim ze statywów weszła w filtry i, jak się okazało, było to wejście z przytupem! Ale po kolei.

filtr szary Manfrotto ND500

Od polskiego dystrybutora Manfrotto, firmy Foto7 z Gliwic, wypożyczyłem trzy filtry szare o średnicy 77 mm i gęstości: ND8, ND64 i ND500. Same filtry wyglądają standardowo: czarny, oksydowany, delikatnie karbowany pierścień aluminiowy z obustronnym gwintem i czerwonymi napisami. Napisy informują o producencie (Manfrotto), kraju produkcji (Made in Japan) oraz średnicy (77 mm) i gęstości (odpowiednio: ND8, ND64 lub ND500). Grubość pierścienia (bez gwintu wkręcanego w obiektyw) to 4 mm – czyli dokładnie tyle, ile trzeba, żeby zmieścić jeszcze zewnętrzny gwint.

Selfoss i filtr szary Manfrotto ND8, Islandia

Jak sprawdziły się w islandzkich krajobrazach? Filtracja była zgodna z deklarowaną, czyli ND8 wydłuża ekspozycję trzykrotnie, ND64 – sześciokrotnie, a ND500 – dziewięciokrotnie. Zaskoczyć może praktycznie idealna neutralność filtrów. „Od zawsze” wiadomo, że filtry neutralnie szare wcale nie są neutralne, a i z szarością bywa różnie. Jakiś czas temu z entuzjazmem pisałem o serii Pro ND firmy Hoya, które były prawie idealnie neutralne – tam odchylenie wynosiło ok. 400 kelwinów, co było świetnym wynikiem. Tymczasem przy filtrach Manfrotto jest jeszcze lepiej, bo przy ND64 ocieplenie sięga ledwie ok. 300 kelwinów, a przy ND8 i ND500 jest jeszcze mniejsze. Te trzy filtry Manfrotto to najbardziej neutralne filtry szare, z jakimi miałem do czynienia. Nie dało się też stwierdzić wzrokowo jakiegoś pogorszenia ostrości względem zdjęć robionych bez filtrów.

No właśnie – wyszło, że ND8 i ND500 są tak samo minimalnie ocieplające, a pośredni ND64 ociepla odrobinę bardziej. Różnice nie są na tyle duże, żeby to miało praktyczne znaczenie i żeby je stwierdzić, trzeba użyć na zdjęciach pipety.

filtr szary Manfrotto ND500

Warto zwrócić uwagę też na pudełka, w jakich dostarczane są filtry. Opakowania filtrów to tylko pozornie temat dla estetów. Typowe pudełka z twardego, ale kruchego plastiku, jeśli mają przetrwać podróż, wymagają ochrony i uwagi równie dużej, co same filtry. Brak uwagi i staranności szybko kończy się popękanym i pokruszonym pudełkiem, a ostre odłamki opakowania mogą zarysować filtr. Z pudełkami Manfrotto to nie grozi, bo wykonane są z polipropylenu – twardego, ale elastycznego plastiku. Z podobnego materiału wytwarzane są pudełka na filtry B&W, ale Manfrotto ma dodatkowo ciekawszy, owalny kształt, a przede wszystkim świetne zamknięcie: zatrzask odblokowywany wygodnie przez naciśnięcie naciętego zaczepu na „szczycie jajka”. Jest to najwygodniejsze opakowanie na filtry, jakie spotkałem.

Selfoss i filtr szary Manfrotto ND64, Islandia

Orientacyjna cena filtrów dla średnicy 77 mm to ok. 330 zł za ND8, 350 zł za ND64 i 370 zł za ND500. Filtry dostępne są w rozmiarach od 52 do 82 mm, a największą oferowaną gęstością jest właśnie ND500. Trochę szkoda, że na razie nie istnieje wersja ND1000 – wprawdzie to tylko 1 EV więcej, ale skoro konkurencja oferuje taką gęstość…

Wodospad Selfoss bez filtra, Islandia

Przez 11 dni islandzkiego fotografowania filtry spisywały się bez zarzutu, a przy analizie wykonanych zdjęć trudno się do czegoś przyczepić. Jak zwykle jednak taki test nie może dać odpowiedzi na dwa pytania: o powtarzalność wierności barwnej różnych egzemplarzy, a także o trwałość i odporność powłok przeciwodblaskowych. Mam jedynie nadzieję, że tutaj także nie znajdzie się powodów do narzekań.

Zdjęcia wodospadu Selfoss od góry: z filtrem Manfrotto ND500, ND8, ND64 i bez filtra szarego.

Filtrów używałem z magnetycznym systemem mocowania Xume, także dostępnym w ofercie Foto7, ale o Xume innym razem.

Adobe i numer z kozą

Wracając z Vestrahorn, Islandia

Lightroom jest powolny. Czeka się na import, eksport, zadziałanie niektórych narzędzi. Im więcej zdjęć w bazie Lightrooma, tym jest wolniejszy. To żadne zaskoczenie – użytkownicy wiedzą to od bardzo, bardzo dawna. Nawet Adobe się o tym ostatnio dowiedziało. Dowiedziało się i postanowiło coś z tym fantem zrobić, jak doniósł PetaPixel trzy tygodnie temu. „Poprawa wydajności jest naszym aktualnym priorytetem”, tak powiedział o Lightroomie niejaki Adobe Photo Product Manager, czyli zarządzający produktami dla fotografów w Adobe.

Przychodzi biedny Icek do rabina i mówi: „Rabi, ja już nie mogę. Żona, teściowie, dwie ciotki, pięcioro dzieci, a tylko jedna izba w domu. Co ja mam zrobić?” Na to rabin: „Icek, potrzebujesz kozy. Kup kozę i trzymaj ją w domu”. I Icek poszedł kupić kozę.

Teraz już wiemy, w jaki sposób spece z Adobe zamierzają osiągnąć stan, w którym Lightroom zostanie przez użytkowników uznany za program szybki. Powstaje nowy program, Nimbus, który ostatnio wyciekł na chwilę do części użytkowników Creative Cloud (pozostaje otwartym pytanie, czy wyciek był naprawdę przypadkowy, czy jednak trochę celowy, żeby narobić szumu). Nimbus to program w całości istniejący i działający w chmurze, tam też przechowujący zdjęcia i efekty ich wywołania. Fotografujemy, przerzucamy RAW-y do chmury, edytujemy bezstratnie softem, którego ani linijka kodu nie postanie na naszym komputerze, a efekty możemy podziwiać (lub edytować dalej) na dowolnym urządzeniu, byle tylko się do tej chmury zalogowało. Miodzio.

Jeśli komuś się wydaje, że Lightroomowy import za długo trwa, niech spróbuje importu do chmury, zaraz zmieni zdanie. Na efekty siódmego stempla klonowania trzeba sekundę poczekać? A co powiecie na „Przekroczono czas oczekiwania, spróbuj później”? Spece z Adobe znaleźli sposób, żeby przekonać każdego o wystarczającej szybkości Lightrooma. Jeszcze będziemy do niej wzdychać.

Po miesiącu Icek wraca do rabina. „Rabi, ja już tego naprawdę nie wytrzymam. Tyle nas w tej jednej izbie, a teraz jeszcze ta koza, jak żyć?” Na to rabin: „Icek, sprzedaj kozę”. Po tygodniu rabin poszedł odwiedzić Icka i pyta, jak mu się teraz żyje. „Och rabi, taki jestem szczęśliwy, ile my teraz mamy miejsca w domu!”

Przepraszam za opowiadanie starych dowcipów. Na zdjęciu ponownie islandzki Vestrahorn, złożony z trzech RAW-ów po około 23MB każdy. Cieszę się, że nie robiłam tego w chmurze.

PS. Zwolniło się jedno miejsce na fotowyprawę w Dolomity i do Wenecji – zapraszamy, wskazane szybkie podejmowanie decyzji! 🙂

Islandia zawsze fantastyczna

Lodowcowa Laguna, Islandia

Nawet jeśli się wie, że Islandia jest zaskakująca, to i tak potrafi zaskoczyć – nawet przy piątej wizycie. Pogoda nam się trafiła zupełnie nieislandzka. Najpierw dwa dni praktycznie ciągłego deszczu (co jest nieislandzkie, bo tam normalnie trochę pada, trochę świeci, trochę chmurzy, za to zawsze wieje), po których nastąpił zupełnie niewiarygodny tydzień upałów. Przez większość tego tygodnia dominowała całkiem bezchmurna pogoda – a dotąd, przez ponad miesiąc, jaki łącznie spędziłem na Islandii, ani razu nie widziałem tam blachobłękitu. W sumie dobrze, że były te pierwsze deszczowe dni, bo inaczej grupa pewnie oskarżyłaby mnie o bezzasadne naciągnięcie ich na kupowanie goretexów i peleryn. Dopiero ostatni dzień miał typową pogodę: bezdeszczową, ale z dynamicznymi chmurami. Jeśli miałbym powiedzieć, jakiej pogody można się spodziewać na Islandii w lipcu, musiałbym przyznać: absolutnie każdej. Widziałem już opady topniejącego śniegu, a teraz także egipskie upały przy błękitnym niebie.

Wieczór na Vestrahorn, Islandia

Islandia się zmienia. Rok temu część pola geotermalnego pod Námafjall wyglądała inaczej – teraz znikły dwie spore błotne kałuże, za to na wcześniej pustym obszarze pojawiły się siarkowe wykwity. Erozja zmieniła część wzorów na ścianach wąwozu Hvannagil. W jeziorze przed czołem Vatnajökull, zawsze pustym, tym razem pływały niewielkie, błękitne góry lodowe. Górę Kirkjufell w chmurze o zachodzie słońca już widzieliście. Tutaj nawet idąc po raz czwarty po swoich śladach można zostać zaskoczonym.

Omszałe pole lawowe, Islandia

Czwarta fotowyprawa dookoła Islandii (przy tym piąta na Islandię w ogóle – a przy okazji: to była nasza czterdziesta fotowyprawa!) zakończona. Poważnych strat sprzętowych tym razem nie było (mimo lekkiego stresu, gdy drugiego ulewnego dnia padło kilka aparatów – wszystkie jednak odżyły następnego poranka, po intensywnym suszeniu na grzejnikach), a najbardziej groźne okazały się… rybitwy, których ofiarą padło dwoje uczestników.

Na Islandię wracamy za rok i jesteśmy pewni, że znowu nas czymś zaskoczy. A zdjęciami z tej wyspy z pewnością będziemy Was dręczyć. Tym razem od góry: lodowcowa plaża Jökulsárlón, odpływ przy Vestrahorn i porośnięte mchem pole lawy gdzieś po drodze.

Islandia: nie trać wiary w Kirkjufella

Zachód słońca przy górze Kirkjufell, Islandia

Wygląda na to, że są wśród islandzkich zjawisk pogodowych rzeczy niezmienne – i do takich należy fantastyczny, bajkowy zachód słońca przy górze Kirkjufell. Nawet jeśli nie wygląda na to i absolutnie się nie zapowiada pogodny wieczór, to i tak należy spróbować i ruszyć na wieczorną sesję. Brak wiary jest nieuchronnie karany utratą kadrów zrobionych w pięknym świetle, a za to wiara tutaj nie tyle przenosi góry, co przenosi chmury znad góry.

Zaczęło się tak, jak widać powyżej. Chwilę później (chwila to w tym przypadku 5 minut) chmury coraz bardziej nachodziły na górę. Słońce w dół i chmury też:

Zachód słońca przy górze Kirkjufell, Islandia

Szybko góra w ogóle zniknęła i tylko momentami przebłyskiwał delikatnie kształt jej wierzchołka. I tak było przez następne pół godziny:

Zachód słońca przy górze Kirkjufell, Islandia

Cierpliwe tupanie w miejscu po kolejnych 20 minutach przyniosło przebłysk nadziei:

Zachód słońca przy górze Kirkjufell, Islandia

A pokolejnych 5 minutach zaczęło się! I trwało pewnie do rana, bo jeszcze dwie godziny później niebo obok góry jest kolorowe, a do wschodu słońca coraz bliżej.

Zachód słońca przy górze Kirkjufell, Islandia

Islandia: idź o krok dalej

Popołudnie w Osar, Islandia

Przy okazji fotowyprawy pokazujemy tym razem mniej znane miejsca, często leżące o kilka kroków od tych najbardziej popularnych. Był wcześniej nieodwiedzany sąsiad Seljalandsfossa, tym razem u góry scena blisko Hvitserkura (Łosia) – tylko obiektyw skierowany w drugą stronę. Nawiasem, Łoś okazał się łosiem i na zachód słońca schował się pod ciężkimi chmurami, ale popołudnie było ładne.

Wodospad na półwyspie Snaefellsnes, Islandia

Następne zdjęcie to wodospad, którego nazwę musimy dopiero ustalić. Leży bardzo blisko drogi prowadzącej przez półwysep Snaefellsnes, ale jeśli się nie wie, gdzie go szukać – to minie się go, nie zauważając. Tutaj było zresztą o dwa kroki dalej – ten drugi doprowadził Ewę (w woderach) na środek strumienia.

Kościół koło Gerduberg, Islandia

I jeszcze na koniec odbicie w oknach kościółka, który widzieliśmy kilka razy fotografując monumentalne formacje skalne Gerduberg – ale dopiero teraz podeszliśmy te kilkaset metrów, żeby obejrzeć świątynię.

A my ruszamy na zachód słońca pod Kirkjufellem – zobaczymy, czy uda się coś dodać do „36 widoków”.

Islandia: ptasie uprzejmości

Leszek na Islandii

Islandzkie smażenie trwa nadal, a jak bardzo pogoda jest nietypowa, widać na powyższym zdjęciu. Co tutaj nie pasuje? Kapelusz oczywiście! Nie to, żeby nie pasował właścicielowi, ale Islandia i kapelusze to dość nietypowe połączenie. Wyspa jest słynna z wiatrów – niemal nieustannych, często bardzo silnych. Często, ale nie tym razem. Teraz częściej wzdychamy do jakiegokolwiek ruchu rozgrzanego powietrza. Niekiedy powieje trochę mocniej, ale gdzie te huragany, co wyrwać dekielek z dłoni potrafiły…?

Kamień przed Godafossem, Islandia

Zapewne to afrykańska pogoda sprawiła, że przy wodospadzie Godafoss (zdjęcie powyżej) kręcili się wyjątkowo liczni turyści. Co do liczby odwiedzających to mamy sprzeczne wrażenia: w niektórych miejscach ludzi jest więcej niż w poprzednich latach, w innych wyraźnie mniej.

Pardwa górska, Islandia

Przy Godafossie można spotkać jednak nie tylko turystów. Kręciło się tam też kilka pardw górskich, z których jedna zgodziła się pozować do zdjęcia. Nie wszystkie ptaki były jednak tak uprzejme. Dobrego wychowania zabrakło rybitwie, która zaatakowała uczestniczkę fotowyprawy idącą plażą do Pijącego Łosia. Uczestniczka będzie żyła, rybitwa zapewne też, chyba że ją wstyd zeżre za tak niegościnne zachowanie.

A już całkiem serio: rybitw nie należy lekceważyć i jeśli jest się celem ataku, wskazane jest trzymać coś nad głową. Rybitwy atakują głowę – czyli to, co jest najwyżej. Fotograf może unieść statyw, oddalając zagrożenie od własnej czaszki.

Islandia – piekielny dzień (albo dwa)

Menhir islandzki

Wczoraj i dzisiaj wstępowaliśmy do piekieł, było nam po drodze. Wczoraj, po spacerze koroną wulkanu, zawitaliśmy do lawowego labiryntu Dimmuborgir, uważanego w lokalnych wierzeniach za bramę do piekieł. Czarne, ostre kamienie istotnie robią wrażenie miasta wypalonego w diabelskich piecach. Później wąchaliśmy wyziewy diabelskiej kuchni wśród sulfatarów i fumaroli pod górą Namafjall. Dzisiaj odwiedziliśmy obszar wulkaniczny Krafla, uważany przez miejscowych, no zgadnijcie za co? Bramę do piekieł, oczywiście. Dopiero co zastygła lawa (ma jakieś trzydzieści parę lat, w skali geologicznej to mniej niż moment) uformowała nieprawdopodobny, księżycowy krajobraz, zasadniczo czarny, ale z elementami czerwieni, fioletu, zieleni, pomarańczu… Miejscami wciąż wydobywają się tam dymy, widać piekielne kominy nie wygasły. Na koniec zajrzeliśmy jeszcze w śliczne miejsce: błękitne jeziorko Viti, umiejscowione w kraterze i bardzo, bardzo głębokie, z którego to powodu jest ono uważane za bramę piekieł, oczywiście.

Pole lawowe Krafla, Islandia

Tak wiele piekielnych bram, umiejscowionych na dość niewielkim terenie, ma swoje konsekwencje: te dwa dni były słoneczne i piekielnie gorące, co widać na zdjęciu grupowym. W sam raz pogoda, żeby poszukać pięknego zachodu słońca na górce nad schroniskiem, w którym śpimy.

Uczestnicy fotowyprawy na Islandię 2017

Islandia: nie pokażemy Dettifossa

gdzieś na Islandii

Ile razy by się nie było na Islandii, zawsze będzie coś po raz pierwszy. Ostatnie dwa dni to upały i ostre słońce. Smażymy się tam, gdzie w poprzednich latach marzliśmy. I pierwszy raz mieliśmy sesję przy potężnym Dettifossie w pełnym słońcu – zawsze dotąd jeśli nawet nie padało, to było pochmurnie. Żeby było śmieszniej, to zarówno przy Dettifossie, jak i przy sąsiednim Selfossie było pustawo – to też widzieliśmy po raz pierwszy.

Dzisiejszy spacer po kalderze wulkanu Hverfjall, skalnym mieście Dimmuborgir oraz sesja na polach geotermalnych u stóp Namafjall połączony był z intensywnym, acz niekoniecznie planowanym opalaniem się.

gdzieś na Islandii

Wodospadu Dettifoss tym razem nie pokażemy – jest go sporo w naszej galerii. Zamiast tego zdjęcia z przejazdów: z miejsc nieturystycznych, właściwie przypadkowych. Takich skarbów na Islandii pełno, co potwierdza też spotkany troll błotny, widoczny poniżej.

Troll błotny, Islandia

Islandia: z kanionu na plażę

Popołudnie przy Vestrahorn, Islandia

Dzisiejszy dzień miał w programie tylko dwa plenery: kanion Hvannagil oraz plaża Vestrahorn. Tylko dwa, ale jakie! Kanion, do którego szliśmy 3,5 godziny to fantastyczna mozaika kolorowych skał, głazów i kamieni. Jego szerokie dno to wyłożona otoczakami wszelkich kształtów i kolorów niekończąca się układanka, w którą miłośnicy form i detali mogliby wsiąknąć na całe dni. Musiało nam jednak wystarczyć łącznie siedem godziny na Hvannagil, bo czekała na nas plaża.

Kanion Hvannagil, Islandia

Przy Vestrahorn byliśmy już rok temu i wówczas to miejsce zrobiło na nas ogromne wrażenie, choć niewiele było widać ze względu na mgłę. Tym razem mgły nie było i Vestrahorn pokazał się w pełnej krasie. Do tego trafiliśmy na odpływ, więc niemal po horyzont ciągnęła się absurdalnie szeroka i płaska plaża, miejscami zaakcentowana białymi kamieniami. Gdy jeszcze do tego zaświeciło niskie (bo było już około godziny 21) słońce, to sceneria była nie z tej ziemi. Co zresztą zgodnie i niezależnie stwierdziło kilku uczestników fotowyprawy, stwierdzając, że trafiliśmy na Księżyc. Tym samym zaskakująco prawdziwy okazał się napis na koszulce: „Don’t go to the Moon, visit Iceland, it’s much cheaper”.

Koniec świata w Vestrahorn, Islandia

Deszczu dzisiaj nie widzieliśmy, za to na plaży pogoda zadziwiała zmiennością, przechodząc w kilka minut od huraganowego wiatru do zupełnej ciszy. I z powrotem.

Islandia: lód w każdej formie

Lody Jökulsárlón, Islandia

Islandia zrekompensowała nam poprzednie deszcze, pięknie spisując się na dzień z lodem. W jeziorze przed czołem lodowca pływały niewielkie góry lodowe w barwach bieli i błękitu, a jeszcze więcej lodowych rzeźb było w Lodowcowej Lagunie. Także na plaży Jökulsárlón lód dopisał: bryły były różnej wielkości – aż po rozmiar samochodu – i różnego koloru, z pięknym przejrzystym niebieskim włącznie. Część grupy zdecydowała się na rejs amfibią po Lagunie, reszta biegała od laguny do plaży i z powrotem, w wolnych chwilach fotografując liczne ptaki. Rezultatem są zdjęcia brył lodu robione na długim, średnim i krótkim czasie, do tego wielkiej, nieregularnej bryły jęzora lodowca, oraz ptaków od rybitw po wydrzyki, które regularnie odwiedzają te rejony.

Przed lodowcem, Islandia

Islandia: deszczowe początki

Ukryta perełka, Islandia

Pierwsze dni tegorocznej fotowyprawy okazały się deszczowe. Mieliśmy więc gejzer na mokro, Gulfoss w strugach wody, a dzisiaj zmoknięte maskonury i wyjątkowo ociekający Skogafoss. Mamy nadzieję, że przez te dwa dni wypadało się już za całą resztę fotowyprawy.

Deszcz wprawdzie zmniejsza komfort fotografowania, ale go nie uniemożliwia. Nie wyklucza też wędrówek i poszukiwania nowych fajnych miejsc. Powyżej właśnie takie znalezisko – wodospad (jego nazwę musimy dopiero ustalić), który jest w zasięgu spaceru od znanego i mocno obleganego Skogafossa. Tymczasem idąc do tego nowoodkrytego minęliśmy raptem jedną parę, a później mieliśmy wodospad wyłącznie dla siebie. Co ciekawe, jest to kolejny – obok słynnego Seljalandsfossa – gdzie można wejść za spadającą kaskadę wody.

Ciąg dalszy nastąpi.

Maskonur, Islandia

“A czy Ty wypatrujesz następnego wpisu z Islandii?”

Oglądanie złych zdjęć szkodzi

Kinderdijk o poranku, Holandia

Jesteś tym, co oglądasz – przynajmniej jako fotograf. Uczysz się i rozwijasz nie tylko przez czytanie o technikach, zasadach, zależnościach między ISO a rozpiętością tonalną, ale przede wszystkim przez oglądanie fotografii: swoich, ale też cudzych (i nie tylko fotografii zresztą). Estetyką się nasiąka, więc to, co się ogląda, wpływa na to nasiąkanie. Trzeba więc po prostu nie tyle uważać, co się ogląda, ale świadomie dobierać oglądane fotografie, z pełną świadomością, że my je oglądamy – a one nas zmieniają.

Oglądanie słabszych, nie do końca udanych zdjęć – zwłaszcza takich, które miały potencjał na naprawdę dobre kadry – też bywa rozwijające. Ale te gorsze obrazy trzeba oglądać świadomie, analizując je i szukając powodów, dla których w danym przypadku fotografowi nie udało się zrealizować potencjału. I wyciągać z tego wnioski.

Natomiast masowe, bezrefleksyjne oglądanie kiepskich zdjęć jest po prostu toksyczne.

Kinderdijk o poranku, Holandia

Tymczasem na takim masowym wciskaniu chały oparty jest mechanizm konkursów internetowych, takich jak realizowane w serwisie GuruShots.com i podobnych. Na czym polega to wciskanie? Wrzucamy własne zdjęcia na konkurs (lub konkursy, bo tam równolegle idzie kilkanaście konkursów tematycznych), ale żeby ktokolwiek nasze fotografie zobaczył, musimy zadbać o ich ekspozycję. Ekspozycję uzyskujemy głosując: wyświetlane są nam strony z innymi zdjęciami z tego konkursu i mamy wskazać najlepsze z nich. Żeby uzyskać maksymalną ekspozycję – czyli żeby innym wyświetlały się także nasze fotografie jako propozycje do wyboru – trzeba wskazać codziennie kilkanaście zdjęć do wyróżnienia. Ale żeby znaleźć tyle choćby przyzwoitych kadrów, trzeba przebić się przez taką masę totalnej sieczki, że mózg się wygładza, a estetyka wypłaszcza.

To nie znaczy, że w tych konkursach są tylko fatalne zdjęcia – pierwsza setka wygląda wcale dobrze. Ale rządzi Gauss i jego krzywa: większość osób startujących w takich konkursach wrzuca pstryki, których nie da się oglądać. A jednocześnie trzeba się przez nie przebić, żeby dać szansę swoim zdjęciom.

Tylko czy trzeba? Szanse wygrania konkursu (albo przynajmniej zajęcia wysokiego miejsca i podbicia swojej rangi, co oczywiście podbija też ego) nie są warte masakry, jaka dokonuje się jednocześnie na własnej estetyce. Zdjęcia należy oglądać powoli i starannie dobierać, co oglądamy.

Ja w ramach hobby zwiedzam różne serwisy fotograficzne, ale GuruShots.com żegnam ostatecznie i z ulgą.

PS. Powyżej kadry z Holandii, a my przez następne dwa tygodnie będziemy prezentować na blogu wyłącznie Islandię. Czujcie się ostrzeżeni! 😉

Czy od przybytku boli głowa

Godziny szczytu w Amsterdamie, Holandia

Ludowa mądrość na temat przybytków i bólów została ukuta w epoce przedcyfrowej. Od tej pory sporo się zmieniło i może się okazać, że co za dużo, to… trudno ogarnąć. A całe te rozważania z powodu tego, że od wczoraj ogarniam zastosowanie monitora 4k. I jest coraz lepiej, choć do ideału wygodnego użytkowania jeszcze chwila.

Ten monitor to Benq SW 320, przysłany nam do przetestowania. 32 cale, prawie pełne Adobe RGB, rozdzielczość 4k, jednym słowem – full wypas. To od czego tu miałaby boleć głowa? Są powody. Jeśli komuś się wydaje, że taki monitor po zakupie po prostu stawia się na biurku, używa i cieszy się wielkim ekranem, to jest w błędzie. Po pierwsze, zanim się go ustawi, trzeba wszystko pozdejmować z biurka, bo inaczej się nie zmieści. 32 cale to dużo, no chyba że trzymamy monitor komputerowy na szafce rtv, wtedy ze zmieszczeniem nie powinno być problemu. Jak już się go uda ustawić, podłączamy kabelki i włączamy. Po minucie rzucamy się szukać, gdzie tu się przyciemnia ekran (bo jeśli nie, to ból głowy murowany). Po następnych dwóch minutach przyciemniamy bardziej. Gdzieś tak po kwadransie przyciemniania ekran już ma dobrą jasność i można zacząć patrzeć na kolory. Adobe RGB, jak pamiętamy. To oznacza, że w celu niewypalenia oczu jaskrawymi kolorami można: a) przełączyć go w tryb sRGB (ale nie po to się kupuje wypasiony monitor z Adobe RGB, żeby go przełączać na sRGB, prawda?) lub b) wykonać kalibrację. Więc wykonujemy (tylko trzeba mieć czym). No i wreszcie przychodzi pora na przyjrzenie się słynnym 4k. To naprawdę dużo pikseli. Zdjęcia w całości wyświetla się na takim ekranie przy powiększeniu 50%. Fotografia rzucona na 32 cale robi większe wrażenie, niż ta sama fotografia na 24 calach. To już właściwie wielkość wystawowa. Tylko że ten ogrom ma pewien skutek uboczny: 4k, nawet na tak dużej powierzchni, oznacza bardzo małe piksele. Widzimy więc na stuprocentowym podglądzie połowę zdjęcia jednocześnie, ale żeby się dobrze przyjrzeć detalom, potrzebujemy… dobrego wzroku, po prostu. Bo te detale są wprawdzie ładnie, ostro zarysowane, ale małe. Drobne są też np. elementy interfejsu Photoshopa, więc z jednej strony – dobrze robi się retusz, gdy widać dużo zdjęcia naraz, ale z drugiej strony – trzeba się nieźle wślepiać, żeby kliknąć co trzeba. Im starszy system operacyjny i pozostałe oprogramowanie, tym gorzej przystosowane do wysokich rozdzielczości interfejsy. To oczywiście nie jest wina monitora, no ale na monitorze ten problem obserwujemy. Wynika on nie tyle z wysokiej rozdzielczości, co z małej plamki (rozmiaru pojedynczego piksela), więc im mniejszy ekran 4k, tym lepszych okularów wymaga. 32 cale to w tym kontekście już całkiem nieźle, istnieją monitory o znacznie gęściej upakowanych pikselach. Ale gdyby monitor 4k miał mieć taką plamkę co monitory 24-calowe full hd, to musiałby mierzyć… 36 cali. Co w sumie wydaje mi się całkiem dobrym pomysłem. Tylko skąd wziąć tyle miejsca na biurku?

P.S. O monitorze jeszcze będzie, bo na razie mam tylko dużo pierwszych wrażeń. Oba zdjęcia w tym wpisie pochodzą z Holandii, gdzie wybierzemy się znowu z Horyzontami w kwietniu przyszłego roku. Jeśli ktoś chciałby się tam wybrać z nami, zapraszamy serdecznie.

Zakręcona Holandia

Co się na Jurze działo

Świt na Górze Zborów

Ten weekend był wśród jurajskich skałek bardzo fotograficzny, a to za sprawą zlotu czytelników DFV. Było krajobrazowo, portretowo, kulinarnie, a przede wszystkim – dyskusyjnie i bardzo, ale to bardzo inspirująco.

Bazą zlotu był hotel Fajkier w Lgocie Murowanej – przyjazny fotografom do tego stopnia, że na strychu ma urządzone studio, a na piętrach galerie fotografii.

Zlot Barbarzyńców, Ogrodzieniec

Po piątkowej kolacji przystąpiliśmy do rozgrzewania migawek: część uczestników zajęła się fotografowaniem dynamicznych scen z udziałem modelki, lamp studyjnych i mąki, a pozostała część udała się w skałki, by na spokojnie pomalować światłem latarek Okiennik, czyli górę z wielką dziurą. Sobotę zaczęliśmy z przytupem już o 3.30, wyjazdem na wschód słońca na Górę Zborów. Potem był czas jeszcze na małą drzemkę przed śniadaniem, by zebrać siły na cały dzień atrakcji: prezentację fotografii przyrodniczej w wykonaniu Marka Kosińskiego, warsztaty z fotografii fashion, dziecięcej i kulinarnej, naukę obsługi sprzętu studyjnego i obejrzenie całej masy fotograficznych zabawek, od wspaniale wydrukowanych albumów, przez monitory marzeń i statywy po najnowsze aparaty Canona i Sony. Fotografowaliśmy też grupy rekonstrukcyjne w strojach z różnych epok na terenie Ogrodzieńca. Wieczorem odbyła się prelekcja Tomasza Tomaszewskiego, zakończona długą dyskusją o sensie, przeznaczeniu i granicach fotografii.

Świt na Górze Zborów

W ten sposób sobotni wieczór niemal płynnie przeszedł w niedzielny wschód słońca (jeszcze piękniejszy niż poprzedniego dnia). Po śniadaniu podyskutowaliśmy sobie o decyzjach fotograficznych i pooglądaliśmy wspólnie zdjęcia z fotowypraw. W kąciku sprzętowym odbyły się prezentacje i warsztaty na temat drukowania i zarządzania kolorem, a na basenie – fotografowanie modelek w wodzie.

Dziękujemy serdecznie wszystkim uczestnikom za wspólny fotograficzny weekend. Zapraszamy do relacji na DFV.pl i na następne spotkania z aparatem przy oku!

Zlot Barbarzyńców, Ogrodzieniec

Fotografowanie to podejmowanie decyzji

Życie na Islandii

Wciskanie spustu migawki to nie jest wcale kluczowy etap fotografowania. Wcześniejsze kręcenie pokrętłami i wciskanie guzików na aparacie też wcale nie jest najważniejsze. To wszystko to tylko skutki tego, co się działo wcześniej. Trzask migawki nie jest wcale momentem powstawania zdjęcia – jest tylko końcem pewnego etapu jego tworzenia, cezurą w procesie, który zaczął się znacznie wcześniej, ale wcale nie został zamknięty wraz z naświetleniem matrycy czy kliszy. Ważne jest to, co działo się wcześniej – o czym pomyślał fotograf, zanim podniósł aparat do oka, ale także każdy krok, który zrobił, każde zmrużenie oka, przechylenie głowy, zawahanie się, zastanowienie. To wszystko były decyzje, które sprawiły, że zdjęcie wygląda na końcu tak, jak wygląda (plus jeszcze decyzje, które podejmuje się na etapie edycji).

Więc najpierw trzeba wiedzieć, co się chce pokazać. To bywa najtrudniejsze albo najłatwiejsze. Później – jak to chcemy pokazać: duże czy małe, samotne lub w towarzystwie, w całości lub we fragmencie. Następnie trzeba sprawić, żeby – cytując klasyka – „ten cholerny aparat nie przeszkadzał zrobić takiego zdjęcia, jak chcemy”, czyli pokręcić kółkami i powciskać guziki.

No i wreszcie jest moment wciśnięcia spustu migawki. Ale który moment? Teraz czy za chwilę? Czasem ma to ogromne znaczenie, czasem nie ma żadnego.

W tym wszystkim automatyka aparatu nam niewiele pomoże. Nawet w kręceniu pokrętłami i wciskaniu guziczków nie zastąpi, bo nie zgadnie, czy chcemy z płytką głębią ostrości czy z dużą, z krótką ekspozycją czy długą. O tym i wielu innych rzeczach musimy sami decydować. A jak nam się wydaje, że wcale nie musimy, bo pstrykniemy to, co akurat będzie – to też podejmujemy decyzje: zrzucając je na przypadek. Te wszystkie decyzje i tak zostają podjęte, tylko nie są nasze.

O fotograficznych decyzjach, zarówno tych przed wciśnięciem spustu migawki, jak i po nim, będziemy oboje opowiadali podczas Zjazdu DFV.