Fotowyprawa Planeta Islandia 2020 zbliża się do końca, jutro ostatni dzień eksploracji i nocny lot do Polski. Czas więc przyznać się, jak to wyglądało od kulis, czyli co kryje się za pokazywanymi przez ostatni tydzień zdjęciami. Czyli: krew, pot i łzy na fotowyprawie.
Nie uszło nam na sucho
Nie było łatwo. Żeby dostać się w niektóre miejsca, trzeba było zamienić nasz żółty autobus w żółtą łódź podwodną. Forsowanie górskich rzek odbyło się kilka razy. Za każdym razem największym problemem było skłonienie naszego kierowcy Grześka, żeby jechał w poprzek rzeki, a nie wzdłuż. Grzesiek za kierownicą autobusu 4×4 zmieniał się w wilka morskiego i po każdej koniecznej przeprawie coraz trudniej było go przekonać do korzystania z mostów przy następnych przejazdach. Gdy okazało się, że droga do wodospadu Dynjandi wprawdzie ma kategorię drogi górskiej, ale nie zawiera żadnych przejazdów przez rzeki, był niepocieszony. Ale i tak nas tam zawiózł.
Są gorsze rzeczy niż ostre podejścia
Choć spacer po wzgórzach Landmannalaugar i obszarze geotermalnym Kerlingarfjoll pozwalał wzmocnić kondycję, zadbać o spalenie nadmiarowych kalorii i wylać więcej potu niż na solidnej siłowni, to podejścia były tą łatwiejszą częścią wędrówki. Zwłaszcza na gliniastych zboczach Kerlingarfjoll zejścia po błotnistych po deszczu stokach dostarczały sporo emocji. Na szczęście na emocjach się skończyło, a jeden dekielek od obiektywu to jedyne, co tam zaginęło bez wieści. Za to kolorowe wzgórza zmoczone deszczem znacznie zyskały na intensywności barw, co oczywiście bardzo pozytywnie wpłynęło na zdjęcia.
Powietrze bardzo pospieszne
O ile pogoda podczas całego wyjazdu była niezła, a jak na Islandię nawet bardzo dobra, to w końcówce fotowyprawy załapaliśmy się na nieco ekstremalne warunki. W ostatnich dniach dla północnej Islandii został ogłoszony żółty alarm, a dla Fiordów Zachodnich – pomarańczowy. Ten ostatni komunikat oznacza, że należy zrezygnować z jeżdżenia kamperami i małymi samochodami, bo porywisty wiatr może je zepchnąć z drogi. A my wtedy podziwialiśmy maskonury na klifach Latrabjarg i zachwycali się dynamicznym niebem, na którym tęcza pojawiała się po kilka razy dziennie.
Nie ma odpoczynku od fotografowania
Można by pomyśleć, że po wszystkich tych trudach odpoczniemy w jakimś zaciszu, ale nie ma tak dobrze. Hotele mieliśmy (i ten dzisiejszy też zresztą mamy) w takich miejscach, że trudno zapomnieć o fotografii. Gdy przy śniadaniu ogląda się przez okna jadalni wodospady, pasące się konie islandzkie albo przynajmniej fiord, to… między kanapką a jajecznicą pędzi się po aparat, bo słońce akurat wyszło. Jak widać, nie ma lekko i dylemat: jeszcze trochę komfortu w hotelu czy plener – może doprowadzić do łez.
PS. Dziękujemy Beacie i Lechowi za udostępnienie zdjęć do tego wpisu.