Fiordy Zachodnie – najmniej znany, dość mało popularny i do niedawna trudno dostępny region Islandii. Nadal są tu obszary, gdzie dostać się można wyłącznie statkiem. Jeszcze niedawno wszystkie prowadzące na Fiordy Zachodnie drogi były szutrowe i pełne dziur, ostatnio jednak przybywa asfaltu i podróż nie jest już tak wstrząsająca.
Isafjordur – stolica Fiordów Zachodnich
Nadal jednak jest tu pustawo i raczej nieprędko się to zmieni. Tutaj po prostu na razie nie ma miejsca na masową turystykę. Stolica Fiordów Zachodnich, miasto Isafjordu liczy prawie 3 tysiące mieszkańców. Są tu dwa supermarkety, jeden hotel (choć z dwoma budynkami) i stanowiący większość miasta port. Jest też uniwersytet – w trzytysięcznym mieście! Isafjordur jest pięknie położone na wąskim cyplu osłoniętym górami – o zachodzie kolorowe chmurki z odbiciem w wodzie można fotografować w każdą stronę.
No i same fiordy – piękne, a jest sporo czasu na podziwianie, bo przejazd trochę trwa. Owszem, zdarzają się tunele, ale przeważnie podróżuje się wzdłuż linii brzegowej. Dość krętej, jak to w fiordach.
Pogoda, jak widać, nam dopisywała, choć fotografowanie zórz polarnych się skończyło. Takie ładne niebo było w dzień, w nocy zbierały się chmury.
Dynjandi – łagodny olbrzym
To właściwie byłby wystarczający powód, żeby przyjechać na Fiordy Zachodnie. Monumentalny wodospad Dynjandi z jednej strony imponuje rozmiarem, ale jednocześnie nie onieśmiela potęgą spadającej wody. Mierzy 100 metrów wysokości i niewiele mniej szerokości, ale zamiast jednego potężnego strumienia wody składa się dziesiątków małych kaskad. Dzięki temu można do niego podejść blisko – pył wodny daje się we znaki dopiero gdy podejdziemy na kilka metrów.
Powyżej tylko fragment wodospadu Dynjandi z postacią, która pozwala wyobrazić sobie skalę tego giganta. Drugie zdjęcie jest nieco kreatywne, uzyskane techniką opisaną w jednym z naszych ebooków. Ktoś zgadnie jak to zostało zrobione?
Fiordy Zachodnie zasługują na więcej
W trakcie tej fotowyprawy spędziliśmy na Fiordach Zachodnich trzy dni. Z pewnością byłoby tu co robić przez miesiąc. My mieliśmy wschód słońca (całkiem udany) przy stacji radarowej na szczycie klifu (w tym roku ukończono tu platformę widokową, wywieszoną poza krawędź urwiska – bardzo dobre miejsce do rozstawienia statywu o poranku!).
Mniej imponujący, ale sympatyczny był poranek w odtworzonej wiosce rybackiej.
Odwiedziliśmy także większą jednostkę. BA-64 uniknął pocięcia na żyletki, bo ktoś wpadł na pomysł, żeby zamiast złomowania wbić go w brzeg. I teraz stanowi jedną z ciekawostek, po które trzeba przyjechać na Fiordy Zachodnie.