Islandia nie należy do krajów będących celem pielgrzymek miłośników sztuki kulinarnej. Jednak aby fotografować i przeżyć, trzeba się też odżywiać, pojawia się więc pytanie: co jeść na Islandii?

pole lawowe, Krafla, mgła, Islandia, ścieżka, wędrowiec

Islandzkie smakołyki

Islandia ma swoje kulinarne specjalności i mówią one sporo na temat możliwości gastronomicznych tego regionu. W menu mieszkańców tradycyjnie dominują potrawy z ryb i owiec. Są jednak też lokalne specjalności – np. hákarl, czyli zakopany na 3 miesiące w ziemi rekin polarny, później suszony przez następne 2 miesiące i podawany świeżo po wysuszeniu. Pewnym usprawiedliwieniem takiej metody przyrządzania tej ryby jest fakt, że rekin polarny zawiera toksyny, które neutralizują się w procesie, hm, fermentacji hákarla.

W konsumpcji tradycyjnego rekina po islandzku zdecydowanie pomaga lokalna wódka z kminkiem o nazwie brennivin.

W sklepach można spotkać też mniej wyrafinowane potrawy z ryb – powszechnie dostępne są paczki z suszonymi kawałkami ryb, które je się jak chipsy. Tylko dłużej, dużo dłużej.

Na obiad do restauracji

Najprostsze metody rozwiązania problemu głodu, czyli udanie się najbliższej restauracji lub baru, świetnie sprawdza się we Włoszech, ale znacznie gorzej na Islandii. Po pierwsze dlatego, że ta najbliższa restauracja może być oddalona o kilkadziesiąt kilometrów. Większość infrastruktury gastronomicznej znajduje się w okolicy Reykjaviku, a we wschodniej czy północnej części wyspy o lokale gastronomiczne trudno. Turyści najłatwiej trafiają na bary o nazwie restauracja 😉 w okolicach atrakcji turystycznych, co nie dziwi. Jednak ceny w takich przybytkach potrafią ściąć z nóg lepiej niż tygodniowa głodówka. Dodajmy do tego, że bardzo często owe „restauracje” serwują faktycznie dania fastfoodowe. Niemniej jednak…

Zdarza się możliwość kupienia, nawet w kawiarniach, lokalnej zupy – zwykle warzywnej lub przypominającej gulasz z baraniny. Cena miski zupy to ok. 2000 koron (czyli mniej więcej 60 zł), ale przeważnie dolewki są gratis. Dobrą, sycącą, gęstą zupę można dostać nawet na stacjach benzynowych albo w barach dla turystów w okolicy atrakcji turystycznych. Poza tym bary te serwują zwykle rzeczy typu hamburgery i frytki – czyli nic ciekawego, za to w wysokich cenach.

Prawdziwe islandzkie restauracje

Jeśli się jednak człowiek dobrze rozejrzy, może trafić na prawdziwe perełki kulinarne (a my na naszych fotowyprawach staramy się wyszukiwać takie perełki). Najlepsze dania rybne jedliśmy właśnie na Islandii! Po pierwsze – trzeba omijać jadłodajnie serwujące pizze, frytki i hamburgery. No nie da się ukryć: jeśli chodzi o robienie pizzy, Islandczycy to nie Włosi i nie ma na co tu liczyć. Ale ryby to co innego. W Reykjaviku, w porcie znajduje się słynny bar rybny Seabaron. Wystrój bardzo portowo-barowy, ale ryby pyszne i świeżutkie, a ceny przystępne. Zawsze jest tam kolejka, ale idzie szybko. Prawie że po drugiej stronie wyspy, w porcie w Hofn znajduje się doskonała restauracja o bezpretensjonalnej nazwie Pakkhus (co oznacza magazyn). Rezerwacji nie przyjmują, więc albo trzeba być wcześnie, albo przygotować się na czekanie, bo miejsce jest popularne. Czeka się w barze, więc nie jest źle – na głowę nie pada. Natomiast najlepsza restauracja rybna na świecie (zdaniem naszym i całej naszej grupy z fotowyprawy Planeta Islandia 2022, która skusiła się na jedzenie tam) znajduje się w Isafjordur, stolicy Fiordów Zachodnich. Tjöruhúsið działa w tradycyjnej drewnianej chałupie, jest prowadzone przez trzy pokolenia lokalnej rodziny, serwuje wyłącznie dania rybne i z owoców morza (plus dodatki oczywiście), i nie ma pisanego menu, bo na stole ląduje to, co akurat danego dnia udało się złowić – przyrządzone na sposoby absolutnie pyszne. Trzeba rezerwować miejsce z wyprzedzeniem, nie ma mowy żeby po prostu wejść z ulicy i się zmieścić. Płaci się jedną kwotę za osobę i je, ile wlezie. Napoje są płatne osobno. Uczta zaczyna się o 18 pogadanką i zupą rybną, kończy się wraz z wyjściem ostatniego gościa. Kto ma ambicję skosztować choć odrobinę z każdego dania, prędko nie wyjdzie. Drugiej tury nie ma: trzeba być na szóstą i już. Tjöruhúsið nie ma swojej strony internetowej, ma tylko telefon do rezerwacji: +3544564419. Tanio nie jest (7000 ISK), ale zdecydowanie warto, nawet gdyby to miała być jedyna restauracja odwiedzona w trakcie całego pobytu na Islandii.

Jeśli odwiedzamy słynną Górę Kirkjufell, to tuż obok znajdziemy kolejną restaurację w starym islandzkim domu, który w swoim długim drewnianym życiu kilka razy zmienił miejsce pobytu (słowo „nieruchomość” w niektórych rejonach jest mniej dosłowne) aby na końcu osiąść koło portu w Grundarfjordur. Bjargarsteinn Mathús, bo o tej restauracji mowa, nie tylko ciekawie wygląda, ale też serwuje pyszną i ciekawą kuchnię, nie tylko rybną. I można w nim usłyszeć ciekawe opowieści.

 

pole lawy, Krafla, Islandia, mgła, wulkan

Wałówka z Polski

Może się wydawać, że w obliczu powyższego, jeśli chce się jeść na Islandii i nie wydać za dużo, trzeba sobie to jedzenie przywieźć. Nie jest jednak tak źle. Przywożenie ze sobą żywności na cały pobyt jest nie tylko zbędne, ale też nieco utrudnione. Oficjalnie można wwieźć na Islandię kilogram żywności. Ponadto, jeśli przylatujemy samolotem, musimy się liczyć z limitem wagowym bagażu – przeważnie do 20 kilogramów (a przecież w bagażu musi być miejsce na odzież niezbędną do przeżycia dynamicznej islandzkiej pogody).

Można przywieźć trochę suszonych wędlin (np. kabanosów; teoretycznie nie można wwozić wędlin, ale nie zdarzyło się żeby ktoś się czepiał polskich kabanosów) i jakieś przekąski na drogę, ale większość produktów żywnościowych bez problemów kupimy w miejscowych sklepach. Co istotne – w cenie niewiele wyższej niż w Polsce. Istotne jest, gdzie się kupuje. Lokalne sklepiki potrafią być drogie, natomiast sieci supermarketów Kronan, Netto czy Bonus pozwolą sporo zaoszczędzić. Z tych trzech lepiej zaopatrzone są sklepy Kronan i Netto. Mapka sklepów Bonus tutaj.

Lista zakupów

Największym wyzwaniem jest kupienie normalnego chleba – znaczy, nie sprawiającego wrażenia zrobionego z waty. Taki chleb występuje, ale czasem trzeba się go naszukać. Uwaga też na lokalną specjalność, czyli rúgbrauð – tzw. chleb gejzerowy. Tradycyjnie był wypiekany w okolicach gorących źródeł, a pieczenie polegało na zakopaniu go na dobę w ziemi. Ze względu na to temperatura pieczenia nie przekracza 100 stopni Celsjusza, a rúgbrauð jest słodkawy i przypomina konsystencją pumpernikiel.

Masło występuje w wersji solonej (saltað) i niesolonej (osaltað). Mleko w kartonach przeważnie jest niepasteryzowane (chyba że ma wyraźnie napisane UHT). Najlepszą islandzką specjalnością jest skyr, czyli coś między jogurtem a serkiem homogenizowanym. My najbardziej lubimy skyr firm KEA albo Isey – występuje w różnych wersjach smakowych, a do każdego pudełka dołączona jest składana łyżeczka. To świetna przekąska na koniec parogodzinnego pleneru. Skyr trzeba koniecznie jeść na Islandii, bo to co pod tą nazwą pojawia się w Polsce, to nędzne podróbki.

Wiele produktów jest opisanych zrozumiale nawet dla osób nie znających języka, np. widywaliśmy białe torebki, na których jedynym napisem było: „Kasza gryczana”, a także paczki zatytułowane „Kiełbasa zwyczajna”. Nie mam pojęcia, jak sobie z takimi zagadkami lingwistycznymi radzą Islandczycy. 🙂

Przykładowe ceny żywności na Islandii

Poniżej ceny wybranych produktów w sklepach Netto. W innych, zwłaszcza małych sklepach, ceny mogą być nawet dwu-, trzykrotnie wyższe. Pierwsza cena w koronach islandzkich, następna w przeliczeniu na złotówki po kursie 100 ISK = 3,5 PLN. Nie da się ukryć, że aby jeść na Islandii, trzeba głębiej sięgnąć do portfela, ale jeśli tylko nie liczymy na restauracje, wyżywienie na nieco ponad tygodniowym wyjeździe nie powinno przekroczyć 500 zł.

chleb 0,3 kg – 450-620 ISK – 15-21 PLN

0,5 L sosu pomidorowego – 400-480 ISK – 14-17 PLN

0,5 kg makaronu – 200 ISK – 7 PLN

1,5 L soku pomarańczowego – 300 ISK – 10 PLN

Skyr Isey 170g – 170 ISK – 6 PLN

0,5 L jogurtu – 265 ISK – 9 PLN

ser camembert 150g – 520 ISK – 18 PLN

puszka tuńczyka  – 300 ISK – 10 PLN

szynka 70g – 400 ISK – 14 PLN

1 kg bananów – 230 ISK – 8 PLN

Hverarond, pole geotermalne, wyziewy, Islandia,

Co jeść na Islandii – wersja dla leniwych

Szybki obiad bazujący na łatwo dostępnych w Netto czy Bonusie produktach to makaron, puszka tuńczyka i słoik sosu pomidorowego. To akurat zestaw na dwie osoby. W sklepach są też gotowe zestawy do podgrzania: pizza, ziemniaki z mięsem i warzywami, a także oczywiście gotowe zupy do zalania.

Jeśli ktoś jednak nie ma zaufania do miejscowych wyrobów lub chce obiadu wymagającego minimum wysiłku, to zostaje mu jeszcze przywiezienie ze sobą obiadów liofilizowanych – np. pakietów polskiej firmy Lyofood. Liofilizowane obiady są lekkie – w dozwolonym kilogramie zmieścimy z sześć posiłków. Wariant z zamianą pakietów liofilizowanych na racje żywności wojskowej będzie cięższy.

Jeść na Islandii aby przeżyć

Islandia jest droga, ale przy odrobinie zapobiegliwości można wyżywić się za podobną kwotę, co w Polsce. Samodzielne żywienie się przez 11 dni kosztuje 800-1000 zł na dwie osoby – bez szaleństw, ale do syta. Wahania cenowe są zależne od tego, jak często nie uda nam się powstrzymać, żeby pójść na kawę z ciastkiem. 🙂

Są kraje, gdzie lokalna kuchnia jest jednym z celów podróży. Na Islandii po prostu trzeba jeść, aby przeżyć i mieć siłę na noszenie aparatu i statywu. Jeśli jednak zdecydujemy się na większy wydatek, ten kraj może bardzo pozytywnie zaskoczyć wspaniałymi daniami z jagnięciny, ryb czy owoców morza.

Dwa górne zdjęcia z pola lawowego Krafla, gdzie tym razem mieliśmy najlepszą fotograficznie pogodę. Z naciskiem na „fotograficznie”, bo mgła i okazjonalna mżawka nie były szczególnie przyjemne, za to w końcu pozwoliły wyodrębnić plany, uprzestrzennić bryły lawy i nadać klimat, o którym nie ma co marzyć przy słońcu i błękitnym niebie. Na dole oddech Islandii – wyziewy na polach geotermalnych Hverarond. Na każdym z trzech zdjęć jest jedna osoba – znaleźliście wszystkie? 🙂 Więcej zdjęć z tych miejsc w naszej islandzkiej galerii.

  1. Jedynie słuszna dieta na Islandii to skyr i hot dogi, niekoniecznie konsumowane jednocześnie. 🙂
    Islandia to chyba jedyny kraj na świecie mający swoją własną nazwę na pizzę.
    Ciekawostką jest też to, że nie utrzymał się w Reykjaviku McDonald, za to w tym miejscu nadal jest knajpa z hamburgerami. 🙂

  2. Zapomniałem o lodach, takich maczanych w ciepłej czekoladzie i posypywanych dodatkami wg indywidualnych upodobań. 🙂

  3. I tak się miotam, czytam „Planeta Islandia” i myślę – jadę, czytam „Co jeść na Islandii” – ło Jezu, banany z owcy, nie jadę. Ale u nas w sklepie widziałem ten skyr, nazwa straszna, jutro spróbuję.

  4. Skoro Fotowyprawowicze nie są zmuszani ratować się przed wygłodzeniem, konsumpcją gałek ocznych padłych owiec, przegryzanych chrobotkiem reniferowym…to chyba nie jest tak źle. 😉

    1. Na padłe owce nie ma szans – trzeba by być szybszym od mew. A tu nawet nie można się położyć, żeby jakieś ptaszysko nie zaczęło sprawdzać, czy na pewno tylko śpisz… 😉

  5. Oczywiście, jeśli ktoś ślepo przestrzega wszelkich przepisów, to niech lepiej nie czyta. A dla mniej radykalnych formalistów – osiem fotowypraw na Islandię i żadnej kontroli wwożonych kabanosów. 🙂 Zresztą, nie słyszałem, żeby komukolwiek zakwestionowano żywność w bagażu, jeśli ktoś miał taką przygodę, to będę wdzięczny za informację.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *