Chaczaturian w tiarze i sandałach

IMG_7368_b

Dzisiaj jedziemy do Gori, miejsca młodości Stalina, ale ta notka poświęcona będzie ciekawszemu wkładowi Gruzji do dziedzictwa ludzkości. Świat byłby mniej przyjemnym miejscem bez gruzińskiej kuchni. Spotkanie z kaukaską gastronomią to jakby marokańska niespodzianka na odwrót – w Magrebie byliśmy rozczarowani bardzo oszczędnym użyciem przypraw, tutaj przypraw nie brakuje, potrawy są często pikantne (choć wypalenie kubków smakowych przeważnie nie grozi), a zawsze aromatyczne i wyraziste.
My od paru dni nie możemy przeżyć dnia bez chaczapuri (wskazówka mnemotechniczna: Chaczaturian): pizzopodobnego placka z warstwą słonego sera w środku. Dzisiaj do chaczapuri dorzuciliśmy adżapsandali (kod: sandały): podsmażone i uduszone warzywa w sosie własnym, aromatycznie przyprawione. Jakie warzywa? Chyba wszystkie.
Dzisiaj w Zugdidi część fotowyprawy odkryła djaroni (kojarzyć przez: tiara): rodzaj zapiekanki z mięsa, pomidorów, sera i jeszcze paru innych dobrych rzeczy.
Nieustającym przebojem wśród fotowyprawowiczów są khinkali (nazwa kodowa: kinkiet) czyli duże pierogi z mięsem i rosołem w środku. Pierogi podczas lepienia mają uformowany uchwyt – coś jakby nóżka odwróconego grzyba – który służy do przytrzymania khinkali, gdy przy pierwszym kęsie wypija się ze środka rosół. Smacznego!
Na obrazku góra Uszba z wczorajszej wieczornej sesji. Jej nazwę tłumaczy się jako “Straszna Góra” i w zgodnej opinii miejscowych nigdy nie widać jej szczytu. Nam, jak widać, pokazała się bardzo ładnie.
No to do naszego następnego spotkania z internetem!

Między Pamukale a Knossos
Dwie wieże

7 komentarzy

  1. Sewo

    No, najważniejsze żeście się znaleźli i dużo jecie. Musicie też dużo pić. jak tam miejscowe wody minaralne? Zdjęcia też udane, nawet bardzo. Dziś był FPBN, Marcin i Krzysztof byli jacyś ospali i w ogóle się nie kłócili.

  2. Uzupełnienie – chaczapuri ma wiele odmian. Od placka z francuskiego ciasta z serem w środku (sprzedają to jako przekąskę prawie wszędzie – pycha), przez chaczapuri imertyńskie (ciasto jakieś drożdżowe, ser w środku – takie sobie) po chaczapuri adżarskie (łódka z serem i jajkiem – chyba najlepsze i starcza za cały obiad).

    A te pierogi to zgodnie z polską ortografią po prostu chinkali 🙂

    A miejscowego chleba próbowaliście? Najlepszy prosto z piekarni (ros.: pieczka). I sulguni – ser. Można kupić na bazarach.

  3. Aha – i orzechy w zalewie – oriechowe warienie (jeśli dobrze pamiętam). Tego nigdzie się nie kupi, ale może ktoś Was poczęstuje. Wygląda nieciekawie, smakuje rewelacyjnie: http://krolestwogarow.blogspot.de/2012/07/konfitura-z-orzechow-woskich.html

  4. szalas

    pogubiłem się – to wyprawa foto, czy kulinarna 😉

  5. Nie samym fotografowaniem człowiek żyje 🙂

  6. sud

    Niedawno przeczytałem książkę Wojciecha Góreckiego „Toast za przodków”, a obecnie czytam „Gaumardżos” Anny i Marcina Mellerów. Tak, że nie dziwię się, że tyle o jedzeniu jest mowa. Wczoraj, po przeczytaniu w tej ostatniej rozdziału o suprze, tak głodny się poczułem, że czym prędzej znad jeziora wracałem do domu. Tak się tylko zastanawiam, kiedy znajdujecie czas na fotografowanie? 😉

    • Piotr

      Tak się tylko zastanawiam, kiedy znajdujecie czas na fotografowanie?

      Jak już nie dawaliśmy rady jeść. 🙂 W Gruzji jest bardzo podstępny zwyczaj podawania potraw po kolei, a nigdy nie wiesz, ile ich jeszcze będzie. Jak przesadzisz z pierwszymi, to później nawet tylko próbując następne możesz skończyć jak Smok Wawelski.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *