Słowo na „c”

Toskania

Dzisiaj zaczęliśmy dzień jeszcze w nocy, wyjazdem na poranne fotografowanie domków, wzgórz i tych…, no, takich dużych chwastów… cyprysów! Właśnie. Domki, wzgórza, cyprysy. Później śniadanie w przelocie i wyjazd do Montepulciano. Samo miasteczko bardzo miasteczkowe – wąskie uliczki, kamienne domy, kolorowe okiennice, rzeźbione łuki bram itp., ale ponadto podziemne sale i korytarze używane obecnie przez winiarzy, a kiedyś stanowiące część etruskiej architektury. Poza tym Montepulciano to bardzo przyjemne miejsce, aby posiedzieć przy cafe macchiato i tarta ricotta, kontemplując widok na okoliczne domki, wzgórza i te wysokie, no… cyprysy! Poniżej Bogna (uczestniczka fotowyprawy) z zaangażowaniem pochłonięta tą formą aktywności.

Montepulciano

Kolejne punkty programu dnia to wizyta w klasztorze benedyktynów, z drogą dojazdową wysadzaną takimi bardzo powszechnymi drzewami (cyprysami?). Trochę wnętrz (freski, średniowieczna biblioteka). Na koniec dnia prawie trzy godziny fotografowania krajobrazów Crete Senesi, czyli domków, wzgórz i… sami wiecie, czego.

Po tak pracowitym dniu wracamy na obiadokolację, gdzie objadamy się pysznym włoskim jedzeniem. Co jemy, to może Ewa kiedyś napisze, bo jeśli chodzi o nazwanie tego, ja mogę tylko nazwać to pychotą.

Sami widzicie, że fotowyprawa to zajęcie tylko dla najtwardszych. Noc jest zredukowana do minimum – wstajemy około 5 rano, średni czas snu to ok. 4,5 godziny na dobę (choć uczestnicy nieblogujący mogą pospać nieco dłużej). Wszędzie wokół wariaci ganiający z aparatami i statywami, zamiast obejrzeć telewizję, pospać czy obgadać sąsiada. Obiad o godzinie 15 nie istnieje, o 16 ani 17 też go nie ma – główny posiłek następuje dopiero wówczas, gdy już w ogóle nie da się robić zdjęć. A gdy już jemy, to jedzenie jest tak dobre, że trudno przestać jeść, co utrudnia wturlanie się po schodach do pokoju i pójście spać. No i wszędzie te absurdalne cyprysy. Kto by to wytrzymał?

Chcecie zdjęcie cyprysa?

PS. Jutro jedziemy do Arezzo, a stamtąd bezpośrednio do Polski. Następna relacja już z kraju, gdzie zagrożenie napotkaniem cyprysa jest minimalne.

Ciao, Bella!
Od mgieł pod Pienzą po umierające miasto

18 komentarzy

  1. Montepulciano trzeba smakować dłużej niż japońska foto-wycieczka. Zamawiam podwójną porcjé na jesiennej wyprawie!
    Co do blogowania, osobiście jesienią stawiam na dodatkową szklaneczkę Nobile 😉

  2. ania

    Nooo jesienią podwójne relacje Wasze i Darka już się nie mogę doczekać. Uściskajcie cypryska (nie mylić z Cypiska- to nie ten kraj) 🙂

  3. Andrzej2

    No to szkoda, że już musicie wracać. Jak ten czas szybko leci. Ubierzcie się ciepło, kurtki puchowe i takie tam 😉

  4. No światełko na tym górnym bardzo mi się podoba 🙂
    No i dobrze, że już wracacie ile tego można wytrzymać ;P

  5. wzrokowiec

    A ja bardzo lubię cyprysy. Nawet kiedyś jednego hodowałem w doniczce. Niestety biedak nie wytrzymał wakacji beze mnie. Tak tęsknił 🙁

  6. Zosia

    widoki wspaniała !,zdjęcia super!.Myślami jestem z Wami i
    mam nadzieję, że kiedyś los się do mnie uśmiechnie i pojadę razem.

  7. Arkadiusz

    wogóle jakoś mało zdjęć cyprysów robicie… dlaczego??

  8. niko

    Ja już nie mogę się doczekać i to nie tylko cyprysów;)

  9. Bogna

    Bardzo dziękuję Ewo za urokliwe zdjęcie. Najbardziej w nim lubię to moje “zagapienie”, na które normalnie nie ma czasu. Muszę się przyznać, że po nocy na polskiej ziemi nadal zaliczam odloty w te nasze toskańskie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *