Jeśli ktoś ze zmianą aparatu czekał na nową lustrzankę Canona, to właśnie jest. Ale… może czekać dalej? Nie, nie chodzi o to, że z 70D jest coś nie w porządku. Natomiast nie jest to szczyt możliwości, jakie ma do zaoferowania Canon. Nawet w ramach aparatów z matrycą APS-C można oczekiwać czegoś więcej. Właśnie – niekoniecznie lepiej, ale więcej. I dlatego, wbrew (po)głosom z forów internetowych – będzie Canon 7D II, który to „więcej” będzie miał.
W lustrzankach wyższe modele niekoniecznie dają lepszą jakość obrazu – i Canon, i Nikon mają długą tradycję pakowania tych samych matryc w aparaty najmniej i najbardziej zaawansowane. Tym, za co płaci się w wyższych modelach, jest dodatkowa funkcjonalność. Owszem, w wyższych modelach cenę windują także nieco droższe elementy konstrukcyjne (pryzmat zamiast układu lusterek, większy bufor, czasem dodatkowe procesory), ale atrakcje to dodatkowe funkcje. Atrakcyjne oczywiście dla tych, którzy tego potrzebują, bo generalnie te dodatkowe funkcje nie wpływają na jakość wykonanego zdjęcia, natomiast determinują, czy to zdjęcie uda się w ogóle zrobić, a także ile się trzeba będzie naklikać i naprzewijać w menu. Niekiedy to ma znaczenie, a niekiedy nie.

No to teraz garść powodów, dla których 70D nie jest następcą 7D. Owszem, powrót mikroregulacji AF w obiektywach jest miły, 19-punktowy AF z wszystkimi punktami krzyżowymi (taki, jak w obecnym 7D) także, a wizjer o 98% pokrycia kadru przy powiększeniu 0,95 to prawie to samo co 100% pokrycia kadru przy powiększeniu 1,0 w 7D, ale nadal tylko prawie. Czego brakuje?
- Paru guzików na obudowie. Balans bieli i korekcję ekspozycji lampy w 70D nadal, podobnie jak w 60D, wprowadzamy przez menu (choć którąś z tych funkcji można sobie przypisać do przycisku Set). W 70D zaraz obok spustu migawki jest nowy, mały przycisk, ale tutaj ma on stałą funkcję, podczas gdy taki sam przycisk w 7D można sobie przeprogramować. Na tylnej ściance 7D także ma więcej przycisków, w tym joystick do wyboru punktu AF. Interfejs 70D jest bardzo ok, jak na aparat dla zaawansowanego amatora, ale jeszcze bardziej zaawansowani, zwłaszcza gdy nie są amatorami, mogą oczekiwać czegoś więcej.
- Trochę opcji konfiguracyjnych. Ten sam 19-polowy autofokus w 7D można ustawiać na więcej sposobów niż w 70D. Tylko jeden tryb C w 70D to znacznie mniejsza możliwość przygotowania się na różne sytuacje niż tryby C1, C2 i C3 w 7D. Tryb HDR w 70D od razu składa zdjęcia do JPEG-a, nie zostawiając oryginałów – spodziewam się, że w 7D II będzie to działało tak samo, jak w 5D III, czyli można złożyć w aparacie HDR do JPEG-a, ale jednocześnie zostawić na karcie składowe RAW-y.
- Wydajność. Szybkostrzelność na poziomie 7 kl/s w 70D to prawie tak dobrze, jak 8 kl/s w 7D, ale jest jeszcze kwestia pojemności bufora i szybkości zrzucania jego zawartości na kartę. Według producenta przy zastosowaniu zapisu w RAW-ach 70D utrzymuje maksymalną szybkostrzelność przez 2 sekundy, podczas gdy 7D dawał radę przez trzy sekundy, a później zwalniał do 5 kl/s.
- Cena i inne drobiazgi. 70D jest za tani, żeby miał być najbardziej zaawansowaną lustrzanką APS-C w ofercie Canona, a cena jeszcze spadnie za kwartał. Dla wielu użytkowników będzie też za mały. Tylko jedno gniazdo na karty pamięci, do tego typu SD, oznacza łatwą przesiadkę z tanich lustrzanek i kompaktów, ale już niekoniecznie ucieszy tych, którzy mają sporą kolekcję kart CF.
Będzie więc zarówno 7D II, jak i Nikon D400, bo do możliwości Nikona D7100 można mieć tego samego typu zastrzeżenia, co do 70D. Będą oba, ale czy są potrzebne bardziej niż 70D – to już każdy musi sam rozstrzygnąć. Nie każdy i nie zawsze potrzebuje najbardziej zaawansowanego, najbardziej konfigurowalnego aparatu. Ale jeśli potrzebuje – to musi jeszcze poczekać.
Znudzonym sprzętowymi analizami polecam marokańską galerię w Portfolio.
