Wspólne patrzenie

Jedno z popularnych złudzeń fotoamatorów, oglądających albumy mistrzów: „jakbym ja był w tym miejscu (miał taką modelkę, dysponował takim sprzętem – niepotrzebne skreślić), to też zrobiłbym takie fajne zdjęcie”. Tymczasem można być w tym samym miejscu, wręcz wejść w buty fotografa i dalej nie widzieć kompozycji, która tak świetnie wygląda w albumie. Niemożliwe? Owszem, jak najbardziej możliwe. Wprawdzie bezpośredni dowód jest dość drogi do przeprowadzenia, bo trzeba się załapać na sesję zdjęciową z kimś klasy Joe McNally’ego czy Davida Notona, ale da się i prościej. Wystarczy wspólny plener (lub warsztaty – takie, jak np. w Szklarskiej Porębie 🙂 ). Warunkiem jest jednak, aby później razem obejrzeć zdjęcia, które wykonali wszyscy obecni na miejscu. Efekt?

„Dlaczego ja tego nie zauważyłem?!”

„To naprawdę tam było?”

„O szlag, prawie miałem taki kadr, gdybym tylko…”

Ok, niektóre myśli będą bardziej pozytywne:

„Eee, wiedziałem, że to nie ma potencjału”

„Też fajne, ale moje lepsze”

I tak dalej. Najważniejsze jednak nie jest to, czy my zrobiliśmy lepsze czy gorsze zdjęcia niż inni fotografujący, ale to, że przekonamy się, że inne osoby inaczej patrzyły na te same rzeczy i znalazły tam inne kadry. Nie trzeba wcale wynajmować mistrza obiektywu. Wystarczy wspólne pstrykanie w tym samym miejscu kilku czy kilkunastu osób, z których każda ma inne pomysły, wrażliwość i spostrzegawczość. Sama świadomość, że na to samo można patrzeć w różny sposób – a więc i różnie pokazywać na fotografiach! – będzie większą korzyścią niż najładniejsze zdjęcia.

Podróżnik w czasie
Tanie jest dobre…

4 komentarze

  1. okuka67

    ja myślę, że są dwie przyczyny takiego stanu rzeczy. Pierwsza to oczywiście doświadczenie w sztuce fotografowania. Wyćwiczone oko osoby od lat obytej z obiektywem łatwiej znajdzie temat warty naciśnięcia migawki. jeżeli ktoś przejrzał tysiące zdjęć np wodospadów, to pewne kadry ma w pamięci i wie, że warto robić podobne, bo takie a nie inne kadrowanie dobrze wygląda.
    Sprawa druga, osoby o podobnym doświadczeniu. Tu już mz wchodzi w grę osobowość fotografa. Jeden lubi mocne, ostre ujęcia i skupi swoją uwagę na surowych skałach, drugi zaś uwielbia łagodne, malownicze kadry i pokaże nam rozmytą wodę opływającą gładkie kamienie. Oba zdjęcia mogą być doskonałe, ale każde inne i inny nastrój wprowadzające. Nawet jak stoimy o pół metra od siebie na brzegu strumienia.

  2. Piotr

    Oczywiście, uczenie się od lepszych, wymiana opinii i doświadczeń, ale też to, że stojąc w tym samym miejscu zwracamy uwagę na różne rzeczy. To niby teoretycznie się wie, ale trzeba to zobaczyć, żeby nauczyć się dostrzegać “te inne rzeczy” – zobaczyć scenę cudzymi oczami.

  3. strzelec

    Po Szklarskiej coraz bardziej przekonuje się do warsztatów. Zawsze myślałem o sobie, że wolę fotografować samotnie, w skupieniu. Piotrze Twój wpis trafia w sedno tą argumentacją. W foto konfrontacja jest bardzo ważna, nie można robić do szuflady – to droga donikąd. W tej naszej dyskusji w Szklarskiej nad trzema wybranymi fotami zabrakło może wypowiedzi autora co chciał pokazać i oceny reszty czy to wyszło. To by dopiero była konfrontacja!

  4. strzelec

    Czytam parę zaległych książek o fotografii. A propos warsztatów cytat z mojego ulubionego Joe Cornisha (Po pierwsze światło): “Nauka kiedy nie fotografować, to jedna z najważniejszych lekcji na temat fotografii”
    Konfrontując zdjęcia z warsztatów można trochę przerobić tę lekcję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *