Cytaty: W każdym zdjęciu jest dwóch ludzi…

IMG_9195_b

„W każdym zdjęciu jest dwóch ludzi: fotograf i widz.” – to zdanie Ansela Adamsa tylko pozornie jest paradoksem u słynnego pejzażysty, który rzadko umieszczał postaci ludzkie na swoich fotografiach. Dla prawdziwości tego zdania nie ma żadnego znaczenia, ile osób jest pokazanych na zdjęciu. Na fotografii może być sto osób lub nikt, ale w fotografii są zawsze dwie: jej twórca i jego widz. Twórca wkłada tam swoje spojrzenie, umiejętności, wrażliwość i doświadczenie. Wkłada tam też swojego widza, dla którego tę fotografię stworzył. Widz może być konkretną osobą albo może w ogóle nie istnieć. Widz to osoba, dla której fotografia jest doskonała. Może takich osób być tysiące, a może nie być nikogo i wówczas widz pozostaje wirtualny i istniejący tylko w obrazie. Twórca powinien znać swoją publiczność, zaczynając od wirtualnego widza.

Blaski i cienie słonecznych dni
Pogawędki w Lanckoronie

14 komentarzy

  1. ” Twórca powinien znać swoją publiczność, zaczynając od wirtualnego widza.”

    Ta zasada dotyczy zawodowca. On powinien, a może nawet musi, bo od tego zależy materialnie. Tymczasem u fotoamatora, a myślę, że i u fotografa artysty (kiedyś wyróżnianego mianem fotografika) może, ale wcale nie musi i nie powinien. Tak jest w każdej dziedzinie sztuki. Najlepszym przykładem byli impresjoniści, którzy wystąpili przeciw malarstwu akademickiemu. I to dotyczyło nie tylko wielowiekowej koncepcji i estetyki malarskiej, ale też zastosowanej techniki. Zamiast delikatnego, miękkiego pędzla pozwalającego na subtelne oddanie detalu i koloru, zastosowali szorstkie pędzle ze świńskiej szczeciny tworząc bardzo chropowate obrazy. Ówcześni akademicy, krytycy i towarzystwo wystawowe nie pałali chęcią zaakceptowania tak obrazoburczych obrazów; wręcz przeciwnie. Tymczasem impresjonistów nic to nie obchodziło – robili to co chcieli robić, niejako dla siebie. No może jeden dla drugiego, a przecież “powinni” dla odbiorców kupujących obrazy, przecież znali tę “publiczność”. Minęło trochę czasu i stało się odwrotnie – “publiczność” poznała twórców. Dzisiaj powszechnie podziwiamy obrazy impresjonistów jako wielkie arcydzieła.

    Zasada jest prosta: chcę sprzedać towar – powinienem znać modę i gust odbiorcy; chcę wygrywać konkursy – powinienem znać reguły gry w danym konkursie. Ale co, jeżeli jedno i drugie mi nie odpowiada? Amator rezygnuje z profitów i nie musi wysyłać na konkursy. Czasem znajduje grono chętnych do oglądania, czasem ma nawet wystawy, czasem jest chwalony. To miłe, ale nie wynika z tego, że zna upodobania odbiorców i dla nich robi zdjęcia. Jest przeciwnie – robi zdjęcia po swojemu i niejako dla siebie, a odbiorca może zaakceptować to co proponuje twórca, albo nie – no to trudno.

    • Piotr

      Ta zasada dotyczy zawodowca. On powinien, a może nawet musi, bo od tego zależy materialnie.

      Niezupełnie. Zawodowiec musi robić pod odbiorcę, ale… nawet to nie do końca prawda, bo na wyższej półce zawodowcom płaci się za styl, wizję i pomysłowość, a nie za realizowanie wytycznych.

      Tymczasem u fotoamatora, a myślę, że i u fotografa artysty (kiedyś wyróżnianego mianem fotografika) może, ale wcale nie musi i nie powinien.

      Nie musi, ale powinien. A im bardziej świadomy twórca, tym bardziej powinien. I nie mylmy zdefiniowania sobie odbiorcy z produkowaniem pod zapotrzebowanie rynkowe. Możesz zrobić cztery zdjęcia tego samego kwiatka:
      – pierwsze, żeby podobało się wnuczkom;
      – drugie, żeby podobało się w popularnej galerii internetowej;
      – trzecie, żeby podobało się znajomemu botanikowi;
      – czwarte, żeby podobało się widzowi, którego chciałbyś mieć, choć niekoniecznie wiesz, czy masz.
      Każde z tych zdjęć może być robione wbrew sobie, ale też każde może być robione bez specjalnego cierpienia duszy – wystarczy świadomość, dla kogo się zdjęcie robi.

      Najlepszym przykładem byli impresjoniści, którzy wystąpili przeciw malarstwu akademickiemu.

      Dobry przykład. Robili dla widza, który wówczas nie istniał masowo. Niemniej taki widz w sposób oczywisty był obecny w ich obrazach – technika, tematyka, estetyka bardzo jasno określała tego widza.

      Tymczasem impresjonistów nic to nie obchodziło – robili to co chcieli robić, niejako dla siebie.

      Nie ma “robienia dla siebie”, jeśli istotny jest efekt. Dla siebie może być proces twórczy: “fotografuję, bo lubię fotografować, ale nawet nie oglądam, co z tego wyszło, a już w ogóle nie dążę do konkretnego celu.” Jeśli efekt finalny jest istotny, jeśli dąży się do realizacji pewnej estetyki, wizji, tworzy styl, to w tym wszystkim jest też zdefiniowany odbiorca, dla którego ta estetyka, wizja i styl są doskonałe. Taki odbiorca może fizycznie nie istnieć, ale on jest tym precyzyjniej określony, im wyraźniejsza i bardziej klarowna jest estetyka, wizja i styl.

  2. Przepraszam, ale będzie chyba serial, i to bardzo osobisty.
    Zacznijmy od „kwiatka” – bardzo dobry wybór tematu, bo fotografuję też „kwiatki”. Odpowiem zatem, ale tylko za siebie. Niektóre trafiają do firmy zielarskiej sponsorującej moje wystawy – do jej kalendarzy, na opakowania produktów, a ostatnio na ścianę lokalu firmy. Nigdy nie fotografuję docelowo dla tej firmy ani też dla wnuczki (też coś wzięła sobie na ścianę). Zdziwiłem się bardzo, kiedy poproszono mnie o zdjęcia dla Zakładu Botaniki (nazwa jest dłuższa) w mojej Uczelni, bo ja nie robię zdjęć botaniczno-dydaktycznych. W moich zdjęciach botanicy uniwersyteccy często nie mogą rozpoznać sfotografowanej rośliny. To po co im moje zdjęcia? A zdjęcia do Internetu? Dawałem takie jakie mnie się podobają, a nie jakie zostały na danym forum (jedno jest bardzo specjalistyczne zresztą) zostały wypromowane jako wzorce do naśladowania – detale, idealna ostrość, możliwie duża GO, idealna tonalność, prześwietlenie albo niedoświetlenie to grzech. O dwóch latach te ideały stały się dla mnie nie do oglądania. Wszystko (no prawie) jak buty zrobione na jednym kopycie przez tego samego szewca. Od dwóch lat nic tam nie daję, chociaż nie byłem krytykowany za swoje zdjęcia Wręcz przeciwnie, to ja czasem zdobywałem się na krytykę technicznej doskonałości przy częstym zatraceniu klimatu i urody fotografowanych tematów. Moje zdjęcia tam nie pasują. Innych portali internetowych też staram się już nie zaśmiecać, nawet swojej strony od wielu miesięcy nie uzupełniałe. Ba, zastanawiam się nawet nad jej zamknięciem.
    Nie wysyłam też zdjęć na konkursy, bo… też tam nie pasują. Wiem, bo za często zdjęcia wysoko nagradzane mi się nie podobają. Śledzę konkursy i oglądam wystawy pokonkursowe. Oglądam je z wielką przyjemnością, bo… są to zdjęcia inne niż moje, i często podobają mi się bardziej niż moje. Ale czerpiąc wielką przyjemność z ich oglądania, nie mogę „zmusić się” do robienia podobnych. Chociaż może? Jest jeden fotograf przyrody, do którego chciałbym się nieco zbliżyć – Vincent Munier. Nie naśladować, ale zbliżyć się do klimatu jego zdjęć. Do podobnego wykorzystania minimalnego światła. Chyba to nie jest możliwe – talentu brak  Innych wybitnych, wspaniałych fotografów przyrody (w Polsce też ich nie brakuje) wolę tylko oglądać.
    A wracając do kwestii fotografowania dla odbiorcy, Nie adresuję zdjęć do nikogo. Fotografuję wyłącznie tak jak mi się podoba, a nie pod gusta rzeczywistego czy wyimagowanego odbiorcy (to by było chyba najgorsze); czyli że chyba fotografuję dla siebie, dla własnej przyjemności, a nawet od dawna uważam, że fotografowanie jest dla mnie tylko narzędziem do wtapiania się w przyrodę i jej amatorskie przeżywanie. A zdjęcia są tylko zapisanym śladem tego co przeżywałem.

    Pozdrawiam, c.d.n.

    P.S. Dobrze, że nie wszyscy jesteśmy podobni do siebie w tym co robimy.

    • Piotr

      Świetnie Ci idzie określanie odbiorcy przez negację. 🙂 To też metoda, choć mocno okrężna – po wyeliminowaniu cech i upodobań, których Twój modelowy odbiorca nie ma, łatwiej znaleźć te cechy, które ma.

      Fotografuję wyłącznie tak jak mi się podoba, a nie pod gusta rzeczywistego czy wyimagowanego odbiorcy (to by było chyba najgorsze)

      Dlaczego najgorsze?

      chyba fotografuję dla siebie, dla własnej przyjemności, a nawet od dawna uważam, że fotografowanie jest dla mnie tylko narzędziem do wtapiania się w przyrodę i jej amatorskie przeżywanie. A zdjęcia są tylko zapisanym śladem tego co przeżywałem

      Jeśli w fotografowaniu nie chodzi o zdjęcia, tylko o samą czynność fotografowania, to rzeczywiście odbiorca się nie liczy, zwłaszcza że nie ma czego odbierać. 🙂

  3. Część 2. Przejdźmy teraz do przykładu impresjonistów.
    Odniosę się do dwóch sentencji:
    1. „Robili dla widza, który wówczas nie istniał masowo. Niemniej taki widz w sposób oczywisty był obecny w ich obrazach – technika, tematyka, estetyka bardzo jasno określała tego widza.”
    2. „Taki odbiorca może fizycznie nie istnieć, ale on jest tym precyzyjniej określony, im wyraźniejsza i bardziej klarowna jest estetyka, wizja i styl.”
    Pierwszej nie bardzo rozumiem – widz był obecny w ich obrazach? (takie myślenie jest mi obce), a z drugim się zgadzam.
    Ale do trzeczy – widz nie „nie istniał masowo”, tylko przez długi czas nie istniał w ogóle, nie licząc samych buntowników impresjonistów *jeden widzem obrazów drugiego). Wyimaginowany czy też potencjalny przyszły odbiorca nie miał dla nich najmniejszego znaczenia. Nie mogli wystawiać, nie mogli sprzedawać, niektórzy głodowali, niektórzy wspierali kolegów ekonomicznie, i robili swoje. Robili to co dla nich samych stanowiło wartość, malowali po swojemu wbrew atakom akademików, opiniom krytyków, niechęci kolekcjonerów czy obojętności marszandów. Z czasem, powoli i z wielkim wysiłkiem przekonali do swoich dzieł pojedynczych odbiorców (nawet marszandów – chyba najważniejsze), a jeden z dość wcześnie przekonanych (E. Zola) odegrał wielką rolę w promocji Impresjonizmu. Trwało to długie lata, zanim Impresjonizm trafił na salony i zdobył powszechnego odbiorcę. Czy impresjoniści malowali dla jakiegoś określonego odbiorcy? Nie, oni go dopiero wykreowali. Impresjoniści mieli jedno wielkie szczęście – było ich kilku w jednym środowisku, dzięki czemu mogli się wspierać w swoim działaniu i uporze.
    Za co ja właściwie tak bardzo lubię właśnie impresjonistów, a szczególnie C. Moneta? Za szukanie światła i wydobywanie z niego koloru, a najbardziej gorliwy w tym był właśnie C.Monet. Za szukanie światła lubię też np. Rembrandta. Obok wspomnianego wcześniej V. Muniera w fotografii, w malarstwie mam właśnie C. Moneta, do którego widzenia i odbieranie światła chciałbym się chociaż trochę zbliżyć. No cóż, marzenie ściętej głowy.

    A ze stanowczym stwierdzeniem „nie ma robienia dla siebie” pozwolę się jednak nieśmiało nie zgodzić. Nawet w tedy, kiedy zdjęcie jest dobrze odbierane (a może nawet chwalone) przez innych, było robione dla mojej próżności 🙂
    A tak naprawdę, to dużo bardziej przeżywam czas, kiedy fotografuję przyrodę, niż kiedy oglądam swoje zdjęcia czy też ktoś je pochwali.

    • Piotr

      1. „Robili dla widza, który wówczas nie istniał masowo. Niemniej taki widz w sposób oczywisty był obecny w ich obrazach – technika, tematyka, estetyka bardzo jasno określała tego widza.”
      [..]
      Pierwszej nie bardzo rozumiem – widz był obecny w ich obrazach?

      Nie wiem, czy pojęcie odbiorcy wirtualnego coś rozjaśni? Tak, modelowy odbiorca, do którego kierowane jest dzieło sztuki, jest obecny w tym dziele – niebezpośrednio, ale przez postawienie pewnych wymogów estetycznych, kulturowych, niekiedy także społecznych, potrzebnych do pełnego i poprawnego odbioru dzieła. Prosty przykład: parodię może oglądać każdy, ale sama parodia zakłada, że widz zna parodiowany oryginał.

      O impresjonistach, choć nie tylko:
      Wyimaginowany czy też potencjalny przyszły odbiorca nie miał dla nich najmniejszego znaczenia.

      To jest romantyczna legenda, wyjątkowo trwała zresztą. Artysta tworzy dla siebie i dla Sztuki, a na widzach, poklasku, zaszczytach i – last oraz least – kasie mu wcale nie zależy. Terefere. Wystarczy poczytać korespondencję romantyków, żeby zobaczyć, jak bardzo pragnęli uznania, zaszczytów oraz – last but not least – kasy. Za wyjątkiem, oczywiście, tej grupy artystów, która z racji urodzenia i pozycji społecznej kasę miała.

      Robili to co dla nich samych stanowiło wartość, malowali po swojemu wbrew atakom akademików, opiniom krytyków, niechęci kolekcjonerów czy obojętności marszandów.

      Nihil novi. Każdy nowy prąd w sztuce najpierw był ignorowanym marginesem, później oburzającą degeneracją, modnym stylem, a wreszcie stawał się obowiązującym kanonem i wskazywał, gdzie się zaczynają ignorowane marginesy, obrastając w akademików, krytyków i marszandów.

      A ze stanowczym stwierdzeniem „nie ma robienia dla siebie” pozwolę się jednak nieśmiało nie zgodzić. Nawet w tedy, kiedy zdjęcie jest dobrze odbierane

      Zdjęcia robione dla siebie nie są pokazywane. Jeśli się pokazuje, to znaczy, że wierzy się, że jest dla tych zdjęć publiczność. “Zdjęcia dla siebie” to przekonanie, że nie istnieje nigdzie ani jeden widz, który spojrzy na te zdjęcia w taki sposób, jak chciałby autor, żeby patrzono.

  4. Sewo

    Bardzo interesująca wymiana poglądów, czytam z zaciekawieniem i zastanawiam się nad sobą. Ja wszystko przeżywam dwa razy, gdy fotografuję i gdy oglądam efekty. Trzeciej fazy, czyli chwalenia lub ganienia raczej nie przeżywam, myślę już o nowych tematach.

  5. Nie studiowałem filozofii i nie jestem “myślicielem” (jestem tylko inzynierem), zatem stwierdzenia, że widz był/jest w obrazach nadal nie rozumiem. Podobnie jak kilku innych kwestii, ale nie wracajmy do nich. Dla mnie sprawa jest prosta. Ktoś zobaczył moje zdjęcia, ktoś chce oglądać, ktoś chce sponsorować – to pokazuję (coraz rzadziej). Nie doszukuję się jednak (nie widzę) wyimaginowanego widza w swoich zdjęciach. Wydaje mi się, że często do prostych faktów dorabiana jest zbyt głęboka filozofia.

    Mimo że na książki nie mam już miejsca, kupiłem ostatnio “Estetykę fotografii” F. Soulagesa, bo temat ten interesuje mnie niezmiernie. Niestety, nie trawię jej treści – czysta filozofia. Zakładam, że to nie jest poziom dla mnie. Zastanawiam się, czy nie jest podobnie z niektórymi Twoimi Piotrze (przepraszam, ale zbyt “książkowymi” jak dla mnie) rozważaniami “nie dla inżyniera” 🙂

    • Piotr

      Zastanawiam się, czy nie jest podobnie z niektórymi Twoimi Piotrze (przepraszam, ale zbyt „książkowymi” jak dla mnie) rozważaniami „nie dla inżyniera”

      Dzięki za komplement, ale zdecydowanie na niego nie zasłużyłem. 🙂 Odbiorca wirtualny to pojęcie ze strukturalizmu – metody badania kultury, używane również do analizy dzieł sztuki. Niestety, strukturalizm nie jest moim pomysłem, trochę za późno się urodziłem. 🙂 Choć można się trochę poprzyznawać do niego podłączając się pod naszego rodaka, sławnego etnologa Bronisława Malinowskiego, który był jednym z twórców tej metody. A tutaj tylko komentuję cytat z Ansela o odbiorcy w fotografii.
      Do Soulagesa Cię nie przekonuję. Francuska szkoła kulturoznawcza nie jest, delikatnie mówiąc, moją ulubioną.
      Rozumiem, że przez grzeczność jedynie nie stawiasz wprost pytania: po co to komu potrzebne? Poniekąd nie jest nikomu potrzebne, podobnie jak cała sztuka, która mieści się na ostatnim piętrze piramidy potrzeb. Natomiast dla twórcy świadomość estetyczna, w tym także rozumienie uwarunkowań odbioru jego dzieła, wydają się dość istotne. A moim zdaniem świadomość istnienia odbiorcy jest bardzo przydatną dla fotografa (nawet fotoamatora), a bez wątpienia najmniej znaną i rozumianą kwestią.

  6. Piotrze, nie przez grzeczność. To, że ja czegoś nie rozumiem albo jest mi niepotrzebne, nie oznacza, że nie jest potrzebne innym – zwykle najbardziej potrzebne jest autorowi myśli.  Dyskusja z Tobą (i to też nie jest przez grzeczność) pokazuje mi, jak bardzo światy fotografii mogą być różne w odbiorze tak przez fotografujących, jak i oglądających. I ja te różnice akceptuję, a bywa że coś z tego rozszerza mój stosunek do fotografii. To taka wartość dodana z różnych dyskusji z Tobą. Z książkami nie da się dyskutować; można zawarte w nich mądrości przyswajać albo odrzucać. Niestety kilka już odrzuciłem. 
    Oglądając zdjęcie, nieważne – swoje czy innego autora, i nieważne czy temat jest bliski temu co fotografuję czy bardzo odległy, mam odbiór jakby dwuwarstwowy. Trzeciej, jescze głębszej, do której mnie przekonujesz, nie ogarniam. Pierwsze jest wrażenie ogólne – czy odpowiada mi estetyka zdjęcia, kompozycja, czytelność tematu, poprawność techniczna (jednak na ostatnim miejscu). Druga warstwa mojego odbioru ma charakter bardzo subiektywny bo emocjonalny – czy i jakie emocje oglądane zdjęcie wywołuje u mnie. Nie, jakie może wywoływać u kogoś innego, ale jakie wywołuje właśnie u mnie. Stąd stwierdzenie, że „fotografuję dla siebie”. I co się okazuje? Moje zdjęcia, które cenię, bo wywołują u mnie duże emocje (często wynikające z odniesienia do przeżyć związanych z ich powstaniem (miejsce, warunki, sekwencja zdarzeń/sytuacji podczas fotografowania i może coś jeszcze), dość często nie znajdują uznania u fotografujących kolegów. A chyba najbardziej krytyczna jest w tym moja rodzina. I tu muszę się przyznać, że fotografując rodzinę staram się fotografować tak, żeby im się podobało. Kogo, jak kogo, ale rodzinę należy (musi się) zadowolić. 
    P.S. A co do A. Adamsa – napisał co napisał, a ponieważ był Mistrzem fotografii, uznaję zatem że napisał prawdę. I to mimo, że nie ogarniam tego co napisał.  Uznaję, bo bardzo celnie zaadresował swoje fotografie również do mnie; bardzo mi odpowiada ich estetyka, tonalność, nastrojowość, ba nawet detaliczność często całego lub prawie całego kadru.

  7. > Nie ma „robienia dla siebie”, jeśli istotny jest efekt. Dla siebie może być proces twórczy: „fotografuję, bo lubię fotografować,
    > ale nawet nie oglądam, co z tego wyszło, a już w ogóle nie dążę do konkretnego celu.”

    Ej, czy nie podchodzisz do tematu zbyt restrykcyjnie? Robię dla siebie, bo chcę mieć dobry efekt, efekt, który cieszy moje oko. W ekstremalnym przypadku wieszam sobie zdjęcie w salonie. W innym oglądam od czasu do czasu i czuję satysfakcję, że zrobiłem takie a nie inne zdjęcie.

    > Jeśli efekt finalny jest istotny, jeśli dąży się do realizacji pewnej estetyki, wizji, tworzy styl, to w tym wszystkim jest też
    > zdefiniowany odbiorca, dla którego ta estetyka, wizja i styl są doskonałe. Taki odbiorca może fizycznie nie istnieć, ale on
    > jest tym precyzyjniej określony, im wyraźniejsza i bardziej klarowna jest estetyka, wizja i styl.

    To mi wygląda na albo podejście marketingowe (“grupa docelowa”) albo szukanie dziury w całym 🙂 Robię dla siebie, z wewnętrznego przekonania, dla zaspokojenia własnych gustów estetycznych (lub jakiejś innej potrzeby serca). Jeśli to przekonanie czy potrzeba są stałe, to wygląda to jak robienia dla dla stałej grupy. A mi przez myśl nie przeszło, żeby pomyśleć o odbiorcy innym niż ja.

    Może być? 🙂

    • Piotr

      Ej, czy nie podchodzisz do tematu zbyt restrykcyjnie? Robię dla siebie, bo chcę mieć dobry efekt, efekt, który cieszy moje oko. W ekstremalnym przypadku wieszam sobie zdjęcie w salonie. W innym oglądam od czasu do czasu i czuję satysfakcję, że zrobiłem takie a nie inne zdjęcie.

      Czyli jest co najmniej jeden widz, któremu zdjęcie się podoba, a więc istnieje model widza, którego gustom ta fotografia odpowiada. Oczywiście przy założeniu, że podoba Ci się samo zdjęcie, a nie wspomnienia związane z jego robieniem.

      Robię dla siebie, z wewnętrznego przekonania, dla zaspokojenia własnych gustów estetycznych (lub jakiejś innej potrzeby serca). Jeśli to przekonanie czy potrzeba są stałe, to wygląda to jak robienia dla dla stałej grupy. A mi przez myśl nie przeszło, żeby pomyśleć o odbiorcy innym niż ja.

      Odbiorca wirtualny nie musi mieć żadnego przełożenia na konkretnych rzeczywistych odbiorców. Odbiorca wirtualny też nie jest z żadnym odbiorcą rzeczywistym tożsamy. Odbiorca wirtualny to zbiór cech wymaganych do tego, aby fotografia się podobała, tymczasem ludzie są nieco bardziej złożeni i wielowymiarowi niż tylko zespół cech.
      Odbiorca wirtualny to jakby spojrzenie na zdjęcie z drugiej strony: nie, jak wygląda samo zdjęcie, tylko jak wygląda odbiorca, który tym zdjęciem się zachwyci. Określanie odbiorcy wirtualnego nie służy marketingowi wśród rzeczywistej publiczności (a przynajmniej nie głównie), ale doprecyzowaniu fotografii, którą się tworzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *