Holandia w podczerwieni

Pomysł na aparat cyfrowy, który wszystko miałby łatwo wymienne, krąży po świecie pewnie od początku techniki cyfrowej. Dawno temu były nawet przymiarki, żeby zrobić tylną ściankę do aparatów analogowych, które w te sposób stawałyby się cyfrowe. Silicon Film miał nawet jakieś prototypy, ale do sklepów nie trafił. Jasne, są aparaty średnio- i wielkoformatowe, do których można doczepić tylną ściankę z cyfrową matrycą. Tylko że to pierwszy krok w stronę aparatu modułowego, a drugiego… nadal nie ma. Do tego ten pierwszy krok już pokazuje część problemów związanych z takim podejściem – przede wszystkim wcale nie jest to tańsze niż aparat „scalony”. A przecież podział na szkielet z obiektywem jako jeden składnik i cała elektronika jako drugi składnik to jeszcze wcale nie aparat modułowy. Wymienna matryca niezależnie od wymiennego wizjera (pryzmat lub kominek, jak to potrzebuje, a pentalustro dla oszczędnych), autofokus prosty (do krajobrazu i architektury) lub wyrafinowany (do sportu i ptaków w locie), wydajna elektronika zoptymalizowana pod kątem szybkiego trybu seryjnego lub składania hdr-ów i panoram mozaikowych. No i oczywiście unowocześnianie tylko tego komponentu, którego przestarzałość nam przeszkadza – bez wymiany całego aparatu. Fajnie by było…

Tak naprawdę nie jestem przekonany, że byłoby to takie fajne. Jeszcze więcej mam wątpliwości, czy byłoby to tańsze niż zmiana całego aparatu co parę lat. Raczej nie byłoby lżejsze i poręczniejsze niż dzisiejsze lustrzanki i bezlusterkowce. Być może jednak będziemy mogli się przekonać bo… nie, nic mi nie wiadomo, żeby któryś z producentów zdecydował się na prawdziwie modułowy aparat fotograficzny. Google natomiast zdecydował się na modułowy smartfon – na razie w formie Projektu Ara. Nie chodzi nawet o to, jakie moduły fotograficzne będzie można w takim telefonie wymieniać, ale na ile cały pomysł wypali rynkowo. Jeśli Ara okazałaby się to sukcesem, to rosną szanse, że któryś z producentów fotograficznych zdecyduje się na modułową lustrzankę lub bezlusterkowca.

Wiatraki o wschodzie, Holandia

PS. Ewa wraca z Umbrii, więc jako ilustrację wrzucam, co mam – padło na zdjęcia z Holandii, z bardzo starych czasów.

PPS. Z Sieci zniknął blog Steve’a McCurry’ego, bo… autor go usunął. To efekt afery, o której pisał Petapixel (tutaj i tutaj), a dość wierne tłumaczenie artykułów Petaxela można znaleźć tu i tu. Wszystko zaczęło się od tego, że ktoś na wystawie zdjęć McCurry’ego we Włoszech zauważył efekty nieudolnego klonowania. Wówczas więcej osób zaczęło szukać i porównywać fotografie autora sławnej „Afganki”. I znaleźli więcej przykładów klonowania różnych rzeczy. Sam McCurry przysłał Petapixelowi oświadczenie – na początku zapowiadało się, że po prostu przyzna, że reporterem był kiedyś, a teraz jest opowiadaczem historii obrazami („and thus became a photojournalist […] Today I would define my work as visual storytelling […] Much of my recent work has been shot for my own enjoyment in places I wanted to visit to satisfy my curiosity about the people and the culture.”). Ale pod koniec oświadczenia nie postawił kropki nad i, tylko zwalił winę na asystentów.

No i bloga też zniknął. A szkoda. Ale nic w internecie nie ginie, więc jeśli ktoś chce pooglądać fotografie McCurry’ego, to znajdzie je tutaj. Nic nowego już tam oczywiście się nie pojawi, ale i tak jest co oglądać.

PPPS. 🙂 Wygląda na to, że McCurry jednak zdecydował się postawić kropkę nad “i”: http://time.com/4351725/steve-mccurry-not-photojournalist/

 
Dziękujemy! Niech Ci światełko zawsze świeci z właściwej strony! :)

Ewa i Piotr