Nowa Zelandia jest piękna z każdej perspektywy, z drona też wygląda ślicznie. Przepisy dotyczące latania dronem nad Nową Zelandią są dość nietypowe, bo jest to jedyny znany mi kraj, gdzie można latać w parkach narodowych. Oczywiście nie we wszystkich parkach, a nawet w tych, gdzie można – to też nie wszędzie. Ustalenie gdzie można, a gdzie nie to swego rodzaju łamigłówka.

Zabieramy drona na Nową Zelandię
Przywiezienie drona nie wymaga rejestracji, zezwoleń itp. Ogólne przepisy są podobne do europejskich – latamy w zasięgu wzroku, do wysokości 120 metrów, co najmniej 4 kilometry od lotnisk, nie latamy w nocy i nie latamy nad ludźmi bez ich zgody. To wszystko jest dozwolone bez uzyskiwania lokalnych licencji i zezwoleń, czyli w sam raz dla turysty na wymarzonych wakacjach. Trochę może komplikować sytuację wymóg, aby uzyskać zgodę właściciela terenu, jeśli jest on prywatny. Problem w tym, że przeważnie nie wiadomo czy przydrożna łąka lub kawałek lasu mają prywatnego właściciela i gdzie go ewentualnie szukać.
Do wymogów trzeba też dodać konieczność korzystania z serwisu AirShare, który jest nowozelandzkim odpowiednikiem polskiej apki DroneTower. Należy się zarejestrować w tym serwisie i najlepiej pobrać apkę na telefon (alternatywą jest korzystanie w przeglądarce, mniej wygodne). Apka AirShare od razu nas znajduje i pokazuje okolicę, a szczególnie lotniska i inne strefy zakazu lotu. Lotnisk jest na Nowej Zelandii sporo, praktycznie każda miejscowość ma lotnisko (niekoniecznie komercyjne, niemniej przepisy obowiązują). Takie np. Glenorchy nad jeziorem Wakatipu ma 390 mieszkańców i lotnisko. Zdarzają się też polowe lotniska na niektórych farmach, więc przed lotem warto sprawdzać sytuację w Airshare.
Latanie dronem w parkach narodowych Nowej Zelandii

Nowa Zelandia wprawdzie pozwala latać w parkach narodowych, ale… jest tu sporo „ale”. Parki podzielone są na strefy: czerwoną, pomarańczową, zieloną i białą. — Strefa biała – można latać na normalnych zasadach bez żadnych zezwoleń.
– Strefa zielona – trzeba wykupić ważne przez rok zezwolenie za 207 N$ (ok. 450 PLN). Zezwolenie kupuje się tutaj i obowiązuje ono na wszystkie obszary „zielone” bez limitu lotów. Wykupiłem pozwolenie na latanie dronem w strefach zielonych – w praktyce nie miałem wielu „zielonych” lotów, ale warto sprawdzić na mapie przed wyjazdem na Nową Zelandię czy nasze plany na użycie drona pokrywają się z tymi strefami.
– Strefa pomarańczowa – trzeba wystąpić do nowozelandzkiej dyrekcji parków narodowych pobierając i wypełniając formularz, a następnie wysłać go na adres [email protected] – trzeba tam uzasadnić po co i dlaczego chcemy latać, a także kiedy i dokładnie w jakich miejscach. Same władze parków narodowych Nowej Zelandii twierdzą, że szanse na uzyskanie takiej zgody na loty rekreacyjne są małe. Jeśli jednak dostaniemy pozytywną opinię, to musimy zapłacić co najmniej 2374 N$ – kwota może być wyższa, jeśli wystąpiliśmy o zgodę na więcej niż jeden lot.
– Strefa czerwona – zakaz lotów dronem za wyjątkiem szczególnych sytuacji uzasadnionych badaniami naukowymi itp.
Podczas fotowyprawy na Nową Zelandię miałem wykupione zezwolenie na loty w strefie zielonej, o pomarańczową nawet nie próbowałem się starać.
Jak to wygląda w praktyce? Wchodzimy na stronę Ministerstwa Ochrony Środowiska Nowej Zelandii i z prawej w menu zaznaczamy opcję „Recreation drone”. I dostajemy coś takiego:

Niezła plątanina, prawda? Duże czerwone w lewym dolnym rogu to Fiordland National Park, gdzie jest całkowity zakaz. Wyżej jest kolorowo z dominacją pomarańczowego, ale tak naprawdę diabeł tkwi w szczegółach, a szczegóły wymagają powiększenia sobie tej mapy.

Weźmy na przykład taką rzekę warkoczową na północnym krańcu jeziora Tekapo. Prawda, że ładne warkocze? To zdecydowanie jeden z widoków, które uzasadniają chęć, aby polatać dronem nad Nową Zelandią. A jak z przepisami tutaj? No to zobaczmy, jak wygląda ten obszar na mapie Department of Conservation.

Sama rzeka jest biała, czyli nad nią można latać bez problemów. Prawy brzeg wymaga trudnego do uzyskania i kosztownego zezwolenia, lewy – zezwolenia łatwego i względnie taniego. Czyli należałoby wyjść na samą rzekę i stamtąd startować – co jak najbardziej było do zrobienia, bo w kwietniu, gdy tam byliśmy, poziom wody był niski.
I taka mozaika jest bardzo często – obszary białe sąsiadują z czerwonymi, na „białym” jeziorze jest „zielona” wyspa itp. Często kolorowe są tereny blisko miast i dróg, więc to nie jest tak, że mamy wyraźnie oznaczone granice rezerwatów, gdzie należy się spodziewać ograniczeń. Plaża Moereki to np. obszar czerwony na zupełnie białym wybrzeżu.
Zanim się więc uruchomi drona, trzeba zrobić dwie rzeczy:
- w apce AirShare sprawdzić, czy nie jesteśmy blisko lotniska albo innej strefy zakazu lotów. Na szczęście apka sama nas znajduje na podstawie lokalizacji GPS, więc pokazuje naszą pozycję i ewentualne ograniczenia. Połączenie z internetem jest konieczne, aby informacje NOTAM do nas dotarły.
- w przeglądarce uruchamiamy mapę Department of Conservation i szukamy, gdzie jesteśmy. Tutaj, niestety, nie ma geolokalizacji, z nazwami też jest średnio, więc trzeba się posiłkować np. mapą Google’a i szukać tego samego miejsca na mapie DoC. Jeśli jesteśmy na białym albo zielonym (i mamy „zielone” zezwolenie), to możemy startować. Oczywiście bez lokalnej karty SIM w telefonie albo innej metody na stały dostęp do internetu się nie obejdzie, bo inaczej nie dostaniemy aktualnych informacji na temat możliwości latania dronem.
Dolecieć, gdzie nie da się dojść

Rzeki warkoczowe to oczywiście bezdyskusyjny hit i dobry powód, żeby polatać dronem nad Nową Zelandią. Jak widać byliśmy w okolicy kilku z nich i to jest motyw, który po prostu wymaga wysokości. Można wynająć lot helikopterem (nigdzie nie widziałem tylu helikopterów w locie!), ale dron jest tańszy i pozwala na dłuższe i spokojniejsze eksplorowanie okolicy. Z drugiej strony, są takie miejsca, gdzie dronem latać nie wolno, a helikoptery z turystami śmigają – na Wyspie Południowej to przede wszystkim okolice Mt Cook, a także park narodowy Fiordland, zwłaszcza w rejonie Milford Sound.

Inny fajny temat do lotu dronem nad Nową Zelandią to jeziora. Czasem są na nich wysepki albo po prostu w wodzie rosną drzewa i takie motywy dają bardzo sympatyczny pierwszoplanowy motyw dla szerokiej panoramy z górami w tle. Często są one dość blisko brzegu i wprawdzie dojść się tam oczywiście nie da, ale dolot jest możliwy z zachowaniem zasady utrzymania drona w zasięgu wzroku.
Pionowe kadry z powietrza

Pewnie daje się zauważyć, że większość zdjęć z drona z Nowej Zelandii jest pionowa. Robiłem oczywiście zarówno poziome, jak i pionowe (DJI Mini 3 pozwala obrócić kamerę o 90 stopni), ale przy selekcji jakoś więcej tych pionowych wyszło. Dlaczego? Tutaj jest sporo miejsc, gdzie jednocześnie chce się złapać jak najwięcej dołu (np. z rzeką warkoczową czy wyspą na jeziorze Wanaka powyżej), a jednocześnie pokazać góry w tle i niebo. Można oczywiście zrobić 2-3 poziome zdjęcia i później połączyć je w panoramę, ale z obrotem kamery do pionu jest prościej.
Dronem nad Nową Zelandią – ostatnie uwagi

Nowa Zelandia jest z powietrza równie piękna co z ziemi. Wprawdzie na znacznej części obowiązuje zakaz lotów, a tam, gdzie jest możliwy, zasady mogą wydawać się skomplikowane (kolorowe strefy), ale łatwo znaleźć piękne miejsca, gdzie nie ma przeciwwskazań. Drzewka na jeziorze Tekapo stoją w wodzie jakieś pół kilometra od słynnego Kościoła Dobrego Pasterza, wokół którego jest zakaz latania – ale te pół kilometra dalej jest to już dozwolone.
Wprawdzie w czasie fotowyprawy nie trafiliśmy na jakąś kontrolę, ale sugeruję przestrzegać obowiązujących zasad podczas latania dronem nad Nową Zelandią. A ponadto – przepisy przepisami, ale uważność i ostrożność też są wskazane. Tutaj lata też sporo helikopterów (w pewnym momencie widzieliśmy ich sześć praktycznie jednocześnie), a ponadto awionetki i wodnosamoloty. One oczywiście powinny latać wyżej niż dozwolone dla drona 120 metrów, ale lepiej dmuchać na zimne i słysząc dźwięk silnika – uciekać dronem w dół.
My mieliśmy fantastyczną pogodę – deszcz tylko trzy razy w ciągu dwóch tygodni, piękne wschody i zachody słońca. Niemniej i tak czasem warunki pogodowe (głównie silny wiatr) nie pozwalały na loty nawet tam, gdzie to było dozwolone. Gdy jednak dało się zobaczyć Nową Zelandię z lotu ptaka – wrażenia były imponujące.
Przypominam, że o zasadach pozwalających na latanie dronem w różnych krajach, w których prowadzimy fotowyprawy, mamy poradnik na Fotezji.