Latarnia na Mykinesholmur, Wyspy Owcze

Wyspy Owcze – fotowyprawa sierpień 2020

Pierwsza fotowyprawa na Wyspy Owcze za nami, poniżej relacja z wyjazdu fotograficznego, który prowadziliśmy na przełomie sierpnia i września 2020. Miłej lektury!

Wyspy Owcze: all clear

Fotowyprawa na Wyspy Owcze była pełna emocji, zanim jeszcze się zaczęła. Na tydzień przed wyjazdem Fareje trafiły do projektu rozporządzenia o zakazie lotów. Gdy jednak po weekendzie opublikowano rozporządzenie, nie zmieniło się ono prawie względem poprzedniego, a Wyspy Owcze nie były strefą zakazaną. Na kilka dni więc przed rozpoczęciem mogliśmy uczestnikom wysłać informację, że mamy zielone światło i lecimy. To jednak nie był koniec emocji.

Wyspy Owcze, warsztaty fotograficzne

Znikający lot

Mniej więcej wtedy, gdy wyszło, że możemy lecieć, okazało się też, że nie wiadomo, jak wrócimy. Wykupiony lot powrotny z przesiadką w Kopenhadze został skasowany. Na uprzejmy telefon do Atlantic Airways z pytaniem: “co jest?” pani wyjaśniła, że planowała nas zawiadomić, że z dwóch lotów Kopenhaga-Warszawa akurat nasz został skasowany, więc będzie nam zmieniała lot z Farejów tak, żebyśmy zdążyli na drugi. W obecnych czasach nieustannej zmiany lotów cała sytuacja jest mniej więcej normalna – oprócz braku informacji ze strony linii lotniczej. Kilka telefonów i maili później mamy już poprawne loty powrotne.

Wyspy Owcze z samolotu, Atlantic Airways i Fareje, fotowyprawa

Witamy testem na Covid-19

Ostatnią przeszkodą w tej pandemicznej Wielkiej Pardubickiej był test na coronawirusa, który przechodzą wszyscy przyjeżdżający na Wyspy Owcze. Sama procedura wykonywania testu była prawie tak sprawna jak na Islandii. Wieczorem, podczas warsztatowego spotkania, wszyscy uczestnicy fotowyprawy jednocześnie dostali SMS-a z informacją, że testy wszystkich pasażerów z naszego lotu wyszły negatywne, co było oczywiście bardzo pozytywne. Jednocześnie dostaliśmy też maila, rozpoczynającego się od “All clear” i powtarzającego tę dobrą wiadomość. “All clear”, czyli w luźnym tłumaczeniu “droga wolna” to dobre podsumowanie finału tego tygodnia. Było trochę nerwów i mnóstwo redundantnej roboty, ale teraz jesteśmy wraz z pełną grupą na Wyspach Owczych i rzucamy się w wir fotografowania. Już jutro od 4.20 rano.

Palec Wiedźmy i morskie opowieści

Zgodnie z planem po czwartej rano ruszyliśmy oglądać Palec Wiedźmy, a później zaczęły się niespodzianki. Największą z nich było, że mimo zupełnego przemeblowania planu dnia udało się zrobić tyle fajnych plenerów.

Trøllkonufingur - Palec Wiedźmy, Wyspy Owcze, fotowyprawa

Wschód słońca pod Trøllkonufingur

Czekając na przebłyski słońca przez pędzące po niebie chmury, grupa zastanawiała się, który to jest palec wiedźmy. Opinie, że to palec środkowy, nie znalazły potwierdzenia wobec faktu, że było całkiem kolorowo i to nawet we wszystkie strony. Nad położonym opodal miasteczkiem, widocznym z naszego porannego pleneru po obróceniu się tyłem do słynnej skały, niebo nie tylko pełne było czerwonych chmur, ale nawet na chwilę pojawiła się tęcza. Po porannej sesji przy skale Trøllkonufingur wróciliśmy do hotelu na śniadanie. I był to ostatni punkt dnia zgodny z planem.

Klify Wysp Owczych

Nie ma rejsu, więc płyniemy

Przy śniadaniu dowiedzieliśmy się, że nasze zarezerwowane bilety na prom na wyspę Mykines jednak nie zostały zarezerwowane. Ale może zrobią dla nas dodatkowy rejs, tylko trochę droższy. Hm, jednak nie zrobią, ale z drobnym, trzykrotnym przebiciem względem oficjalnej ceny mogą nas jednak na Mykines dostarczyć. Zostawiliśmy miejscowych fachowców od transportu z ich kreatywnymi pomysłami i popłynęliśmy na zupełnie inny rejs. Z miasteczka Vestmanna niewielki wycieczkowiec zabrał nas na przejażdżkę wzdłuż zachodnich klifów wyspy Streymoy. Płynęliśmy tuż przy skałach, między skałami, a nawet pod skałami, pozostając pod wrażeniem sprawności sternika, który bezpiecznie pakował statek w miejsca, gdzie, zdawałoby się, ledwo zmieściłby się kajak.

Tjornuvik, troll i wiedźma, Wyspy Owcze

Jedna wiedźma dziennie to za mało

Po rejsie zajrzeliśmy do osady Tjornuvik, znanej z dwóch skał, zgodnie z legendą będących trollem i wiedźmą przyłapanymi przez słońce na próbie przyciągnięcia Wysp Owczych do Islandii. Mniej znanym wyróżnikiem Tjornuvik jest brak baru czy restauracji – była jedna, ale padła ofiarą koronawirusowej katastrofy turystycznej. Na pyszną rybę wpadliśmy więc do baru na wyspie Eysturoy, w drodze do wioski Saksun.

Sama wioska Saksun wygląda jak skansen składający się z tradycyjnych farejskich domów, krytych żywą trawą. Skansen to jednak bardzo szczególny, bo domy zostały wykupione przez Duńczyków szukających odosobnienia i bardzo oburzonych, że ich nieruchomości przyciągają jakichś turystów. Co jeszcze bardziej oburzające, ci turyści czasem czasem ośmielają się zejść z asfaltu na trawę, więc cała okolica jest obstawiona ogrodzeniami i groźnie brzmiącymi tabliczkami chroniącymi cenną trawę przed hordami najeźdźców.

Laguna pod Saksun, Wyspy Owcze, warsztaty fotograficzne

Prawdopodobnie najciekawszym pomysłem aktualnych mieszkańców Saksun jest stworzenie solidnego płotu z automatyczną bramą, którą można otworzyć za pomocą karty płatniczej. Wpłacając 75 DKK (ok. 40 zł) możemy się uprawnić do wejścia na łąkę i niewielką lagunę u stóp skalnej ściany. Jak widać prywatność ma swoją cenę, za którą płatność można wnieść kartą Visa. Ale trzeba przyznać, że sceneria laguny jest… może nie bezcenna, ale z pewnością urocza.

Maskonury, wszędzie widzę maskonury!

Mimo znikających w tajemniczy sposób biletów na prom, dostaliśmy się jednak na wyspę Mykines. Była to wstrząsająca historia, w której występują kobiety w pędzących motorówkach, dramatyczny, acz dzięki zespołowemu wysiłkowi skuteczny atak na skalną ścianę w porcie, a nawet powiązania z kręgami rządowymi Farejów. Szczegóły tej historii poznacie, jak Hollywood kupi prawa do jej sfilmowania.

Sama wyspa Mykines okazała się opanowana przez maskonury. Mimo szczerych wysiłków trudno było zrobić zdjęcie w taki sposób, aby nie było na nim żadnego z tych ptaków, przypominających skrzyżowanie pingwina z papugą. Ot, zobaczcie portret naszej przewodniczki Agaty na tle farejskiego pejzażu. Kto postanowił zostać bohaterem drugiego planu?

Agata na Farejach, Wyspy Owcze

Pół biedy, gdy maskonury ograniczały się do pozostania na drugim planie. Niektóre mają takie parcie na szkło, że zrobią wszystko, aby znaleźć się w centrum uwagi. Oto próba sfotografowania latarni morskiej została udaremniona przez brawurowy lot koszący maskonura, który w ostatniej chwili zdołał przechwycić pomiar ostrości.

Maskonury i latarnia morska na Mykines, Wyspy Owcze

Chciałem Wam zaprezentować pewną ścianę skalną o oryginalnej i ciekawej fakturze. Niestety, za każdym razem, gdy próbowałem zrobić takie zdjęcie, w kadr pakował mi się intruz. Poznajecie go?

Maskonur w locie, Wyspy Owcze

Maskonury próbowały bez zaproszenia władować się w kadr, na którym miał być inny maskonur. A możecie sobie wyobrazić, do jak niebezpiecznych sytuacji mogło wówczas dojść! Jeden, niespodziewający się niczego maskonur siedzi, drugi próbuje awaryjnie wylądować przed nim, tuż przed nimi ja – katastrofa była blisko!

Maskonur siedzący, maskonur w locie, Wyspy Owcze

Na szczęście były też przyzwoicie zachowujące się maskonury, które odpowiedzialnie zajmowały się zaopatrzeniem, karmieniem młodych i pilnowaniem norek.

Maskonur i rybki, Wyspy Owcze, fotowyprawa

Jak możecie się domyślić, karty pamięci uczestników fotowyprawy pełne są maskonurów. Mamy jednak nadzieję, że otrząsną się oni z tego i będą jeszcze kiedyś robić jakieś normalne zdjęcia.

Przestrzenie poziome i pionowe

Tym, co najbardziej widać na Wyspach Owczych, jest przestrzeń. Na bezludne obszary można trafić w Szkocji czy Jordanii, wrażenie robią wulkaniczne równiny Islandii, ale to na Wyspach Owczych pustka jest na wyciągnięcie ręki niemal w każdej chwili.

Klify Traelanipan, Wyspy Owcze, wyprawa foto

Za to wrażenie bardzo intensywnej przestrzenności odpowiada geologia Farejów. Wyspy są dość niewielkie, za to ich brzegi to przeważnie wysokie klify – czasem na kilkaset metrów – więc prawie zawsze ma się w zasięgu wzroku Atlantyk, i to widziany z wysoka. Nie ma żadnych lasów, nie ma nawet krzaków, więc nic nie zaburza fantazyjnych kształtów tutejszego krajobrazu. Wyspy Owcze składają się z klifów i trawy, a że zwykle jesteśmy nad jednym i drugim, a nie pod, to wokół jest tylko powietrze. I to przeważnie dość szybkie.

Klify niewolników, Wyspy Owcze

Owszem, bywa wysoko – jak widać na załączonym obrazku. Trzeba oczywiście zachować rozsądek i nie podchodzić za blisko krawędzi, trzeba też uważać na podmuchy wiatru. W tym klifowo-trawiastym otoczeniu człowiek to rarytas: to rzadkie zjawisko (człowiek, znaczy się) przydaje się, żeby pokazać skalę. A jest to skala ogromna, bo właśnie na Farejach znajdują się najwyższe klify Europy: ponad 700 metrów skały wystającej nad poziom morza. Postacie nikną w tym krajobrazie. Całe szczęście, że jest nas cała grupa, bo dzięki temu można kogoś w kadrze umieścić.

Panorama Gjogv, Wyspy Owcze

To, że w kadrze pokazującym wybrzeże niknie pojedynczy człowiek, to w sumie nic dziwnego. Na Wyspach Owczych jednak nawet całe miasta okazują się ledwo zauważalne wśród potężnych wzgórz. Na zdjęciu powyżej miasteczko Gjogv, w którym mamy hotel, a wokół niego wielkie przestrzenie stromych wzgórz.

Klify Traelanipan, Wyspy Owcze, fotowyprawa

Największe wrażenie robi jednak zmienność tutejszego terenu. Niemal płaskie, bardzo łagodne trawiaste przestrzenie potrafią nagle przejść w wysokie urwisko albo w zielone wzgórze o nachyleniu większym niż piramidy. Aż trudno uwierzyć, że na tak nachylonych zboczach swobodnie pasą się owce. Chodzi się po terenach, które z daleka wydają się bardzo łatwe do przebycia, a w trakcie napotykamy przepaść albo okazuje się, że stromizna jest znacznie większa niż by się można spodziewać. Dlatego lepiej jednak trzymać się szlaków.

Jutro jedziemy na wyspę Kalsoy, na spotkanie z miejscową syrenką i z latarnią morską na końcu świata, a pojutrze rano kończymy przygodę z Wyspami Owczymi i odlatujemy z powrotem do Polski.

Na Wyspy Owcze wracamy za rok!

Pierwsza fotowyprawa na Wyspy Owcze za nami, za nami też wrażenia i decyzja, żeby wrócić na Fareje za rok. To niezwykłe miejsce, zamieszkane przez dość dziwnych ludzi – organizacja wyjazdu na Wyspy Owcze nie jest łatwa, ale widoki rekompensują wszelkie trudności.

Pogoda pod owcą

U nas za chłód i deszcz wini się psa, tam więc należałoby przerzucić winę na owcę. Muszę jednak przyznać, że mieliśmy szczęście co do pogody. Padało mało i rzadko, dopiero ostatniego dnia mieliśmy trochę więcej deszczu – ale też bez przesady. W najważniejszym momencie tego dnia, czyli podczas sesji na Kalsoy, chmury ciężko wisiały, ale nie padało z nich.

Najbardziej obawiałem się nie opadów, ale mgły. Mgła jest fajna i fotogeniczna, ale na Farejach bardzo często występuje w wersji “własne buty zobaczysz, jak się schylisz”. Nie ma wówczas widoku rozległych przestrzeni, panoram z klifów, niesamowitych zielonych zboczy. Na szczęście w ciągu tygodnia fotowyprawy czasem trafiały się niskie chmury, ale nie mgła.

Klify, skały, urwiska

Płaskie powierzchnie zdarzają się tutaj, ale nie są szczególnie częste. Za to pod względem liczby efektownych urwisk na kilometr kwadratowy Wyspy Owcze nie mają sobie równych. Do krawędzi urwisk można się zbliżać, ale nie trzeba – nawet z bezpiecznego dystansu przestrzeń robi wrażenie. Ostatnio zaczęły się też pojawiać ogrodzenia w co bardziej popularnych miejscach, ale nadal zabezpieczenia i barierki to rzadkość.

Latarnia na wyspie Mykines, Wyspy Owcze, fotowyprawa

Na szczęście nie ma konieczności chodzenia blisko krawędzi urwisk. Trasy prowadzą w rozsądnej odległości od wszelkich miejsc, z których można spaść. Nieoficjalne ścieżki to inna para kaloszy – fotografia latarni na wyspie Kalsoy z tej perspektywy wymagała przejścia trzydziestu metrów ścieżką po dość wąskiej grani. Po obu stronach bajeczne widoki i mnóstwo przestrzeni! 🙂 Z pewnością nie była to trasa dla osób z lękiem wysokości, ale przy w miarę bezwietrznej pogodzie i zachowaniu ostrożności jest to do zrobienia dla każdego.

Prawdziwe wyzwanie przy zwiedzaniu Farejów to nie groźne klify, ale trawa i błoto. Gdzie tylko się dało podjeżdżaliśmy autobusem, ale czasem trzeba było trochę podejść – jak właśnie do tej latarni morskiej. Ścieżka, jak wiele tutaj, nie tylko prowadziła lekko pod górę, ale też trawersowała stok. Zarówno więc wchodząc, jak schodząc, trzeba było uważać, żeby nie poślizgnąć się na mokrej trawie i błocie. Do fotografowania Wysp Owczych nie jest potrzebna wysoka sprawność, ale zdrowe stawy nóg są zdecydowanie wskazane.

Kościół w Gjogv, Wyspy Owcze

“Lubimy turystów. Najlepiej z ziemniaczkami”

Stosunek Farejczyków do turystów można określić jako ambiwalentny. Pieniądze przywożone przez turystów są mile widziane, ale zwiedzający łażący sobie po łąkach i depczący trawę to powód do awantur. Podobno zdarzały się mandaty za wejście na łąkę (nie u nas), widać też wyraźnie akcję grodzenia, płotowania i tabliczkowania. Jeśli kojarzycie takie ikoniczne fotografie z Saksun, na których widać kryte zieloną trawą domy z zatoką w tle, to… zapomnijcie. Raz, że wśród tradycyjnych budynków postawiono wysoką, nowoczesną chałupę, a dwa, że dokładnie zagrodzono łąki, z których takie ujęcia się robiło.

Problemy z Farejczykami to nie zawsze kwestia złego nastawienia, ale też tajemniczych problemów komunikacyjnych. Problemy komunikacyjne dlatego są tajemnicze, bo występują między samymi Farejczykami: właścicielka hotelu nie przekazuje ustaleń obsłudze, obsługa nie rozmawia z właścicielką, kierowca autobusu nie wie, co zostało uzgodnione z jego pracodawcą. Podobno wszyscy mieszkańcy Wysp Owczych, niezależnie od wieku, mnóstwo czasu spędzają w mediach społecznościowych (nasz kierowca każdą wolną chwilę spędzał na Instagramie, przeglądając zdjęcia… z Farejów), ale bezpośrednia komunikacja idzie im tak sobie.

W porcie rybackim, wycieczka na Wyspy Owcze

 

Tymczasem na Wyspach Owczych trzeba ciągle ustalać i negocjować. Tematem negocjacji mogą być np. godziny otwarcia restauracji. Normalne godziny pracy: od 15 do 17. “Grupa chce przyjechać o 18? Będzie 19 osób? No dobrze, w drodze wyjątku…” Negocjacji wymagało też wejście do jedynego sklepu w Trollanes – wprawdzie miał być otwarty od 13 do 15, ale o 14 trzeba było grzecznie prosić właściciela, żeby pofatygował się za ladę i coś sprzedał. Trafiały się też mało sympatyczne sytuacje, gdy ktoś próbował nas naciągać, mimo wcześniejszych uzgodnień.

Pejzaż z maskonurami

Mimo trudności organizacyjnych Wyspy Owcze zdecydowanie warte są spędzenia na nich kilku dni. Oprócz fantastycznych pejzaży atutem jest bogactwo ptaków. Na wyspie Mykines w zasięgu wzroku ma się setki maskonurów, które tam są znacznie mniej płochliwe niż na Islandii. I o ile na Islandii maskonury się zdarzają, o tyle na Mykines trudno zrobić zdjęcie, na którym nie będzie tych ptaków. Powinno się tam umieścić ostrzeżenie dla fotografów: “Proszę nie czyścić matrycy, te plamki na zdjęciach to latające maskonury”.

Port w Gjogv, Wyspy Owcze

Dodam jeszcze, że trafialiśmy na świetne posiłki, zwłaszcza obiady w hotelu w Gjogv były rewelacyjne.

Wracamy za rok, niedługo będziemy zapraszać na fotowyprawę (tu można się zapisać na priorytetowe informacje o naszych inicjatywach).

Fotowyprawa Wyspy Owcze 2020

Uczestnicy fotowyprawy na Wyspy Owcze 2020 przed naszym hotelem w Gjogv.

 
Dziękujemy! Niech Ci światełko zawsze świeci z właściwej strony! :)

Ewa i Piotr