Szaleństwo Dżemaa el Fna

Marrakesz
Wczorajsze polowanie na marokańskiego Skorpiona (ponaddwugodzinna sesja fotografowania gwiazd) pokażę, jak Ewa poskłada te circa ćwierć tysiąca obrazków w jeden. Drogę do Marrakeszu przez malownicze górskie serpentyny (bardzo popularne danie na dziś: aviomarin) dokumentował przyklejony do maski busa GoPro Hero 3+. Ten materiał też będzie miał premierę później, jak klipy zostaną przejrzane, wyselekcjonowane, przycięte, zmontowane i przeedytowane. Na razie mogę potwierdzić, że przyklejony do maski busa Hero trzyma się wręcz heroicznie, co niekoniecznie ucieszy kierowcę, gdy zechce się tej ozdoby pozbyć. Na w pełni naładownej baterii kamerka rejestruje około 45 minut filmu przy łącznym czasie aktywności przez trzy godziny, z włączonym wifi – włączanie i wyłączanie pilotem jest fantastycznie wygodne.
Jak już wieczorem dojechaliśmy do Marrakeszu i wrzuciliśmy bagaże do bajkowego riadu Jonan, to poszliśmy oczywiście na słynny plac Dżemaa el Fna. Kłębiące się tam tłumy nie są z pewnością mniejsze niż dwa lata temu, ale mniej stresujące i bardziej wyluzowane niż dwa lata temu. Choć może to ja jestem mniej zestresowany i patrzę z większym dystansem. Owszem, sprzedawcy próbują zwrócić uwagę przechodniów, gwar jest niesamowity, chaos totalny, ale nie odczuwam śladu zagrożenia. Nawet pojedyncza awantura, którą sobie zaskarbiłem robiąc zdjęcie kręgowi gapiów, otaczających muzykantów, jest jakby tylko formalna i szybko wygasa, a muzykanci wracają do grania.
Marrakesz
Dzisiaj największe wrażenie zrobiły na mnie te kręgi właśnie. Na obrzeżach każdego z nich muzyk lub kilku ich, w środku niekiedy, choć niekoniecznie, wokalista lub tancerka (sic!), a w kręgu słuchacze, wśród których oczywiście sporo jest turystów, ale dominują tubylcy. Kręgi to czasem kilkunastu, a czasem kilkudziesięciu melomanów. Od jednego do drugiego kręgu niekiedy jest mniej niż dwa metry. Muzyka z każdego z nich rozbrzmiewa różna, rytmy się mieszają, a spacerując przez Dżemaa el Fna płynnie przechodzi się od jednej melodii do drugiej, niekiedy słysząc ich jednocześnie trzy czy cztery. Do tego gwar rozmów, głównie po arabsku, ale inne języki też słychać. Plus nawoływania sprzedawców, klaksony i warkot lawirujących w tłumie skuterów, dzwonki rowerów. Chaos zupełny, ale chaos nie niosący zagrożenia, nie wymagający podejmowania decyzji, działania. Można płynąć z tłumem, można stanąć przy którejś z grup. Można pójść na sok ze świeżych pomarańczy, cztery dirhamy za dużą szklankę. Obok nas w kolejce po sok stanęły cztery młode, tradycyjnie ubrane Marokanki i zaczęły coś śpiewać, by po kilku taktach wybuchnąć śmiechem. Nie dały się przekonać, żeby jeszcze pośpiewać dla naszej grupy, ale śmiały się chętnie. A sok był pyszny.
Marrakesz

Śniadanie u Alibaby
Nasze Mesa Verde

4 komentarze

  1. andy

    Smakowita opowieść 🙂

  2. gimper

    Bardzo interesują mnie wrazenia z obsługi hero 3 w zwiazku z przyszłorocznym wyjazdem do Norweii

  3. Arkadiusz

    Uwielbiam ten chaos 🙂 no i sok z pomaranczy. Czekam na videorelacje i wynik polowania na Skorpiona.

  4. CPH

    .. ach ten Marrakesz.. na razie nie spełnione marzenie… ale nic straconego.. aż Wam zazdroszczę… na północy nic tylko zimno (szeroko rozumiane) … i leje..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *