Z cyklu: nie da się – obiektyw kitowy

Oglądam sobie to zdjęcie wydrukowane w formacie A3+ i nie mogę się w nim dopatrzyć żadnych problemów. Nie chodzi o to, że je lubię. Owszem, lubię je, ale niezależnie od sympatii staram się być krytyczny i zwracam uwagę na jakość techniczną. I jest dobrze, a powinno być źle, nawet bardzo źle.

Dlaczego powinno być źle? Bo to zdjęcie zostało wykonane obiektywem kitowym. Co więcej – jednym z gorszych obiektywów kitowych, cieszącym się złą sławą Canonem EF-S 18-55 f/3.5-5.6 (wersja bez stabilizacji – starsza i gorsza). Ten długo uchodzący za najgorszy kit lustrzankowy nie ma prawa produkować zdjęcia, które da się oglądać, już nie mówiąc o takim, do którego trudno się przyczepić. A jednak.

No dobra, warunki były dość szczególne. Rozproszone światło i niski kontrast sceny sprawiały, że obiektyw nie pokazał, co „potrafi” przy zdjęciach pod światło. Fotografowałem ze statywu, ze wszystkimi szykanami (wstępne podnoszenie lustra, samowyzwalacz) po przymknięciu przysłony do f/11, więc ostrość była najlepsza, jaką się da z tego „słoika” uzyskać. Do tego, przyznajmy, tutaj nie ma specjalnie miejsca na jakieś mikroszczegóły i drobne detale – gładki kamień i linie spojeń to nie jest dobry materiał na test ostrości. Trochę jestem zaskoczony geometrią – zdjęcie nie było prostowane, a pomimo najkrótszej ogniskowej beczki nie widać.

Oczywiście, w innych warunkach – przy pełnej detali, kontrastowej scenie, w silnym kontrowym oświetleniu nie byłoby już tak ładnie. Jest mnóstwo sytuacji, gdy kit się nie sprawdzi i gdzie różnica między nim a znacznie droższym obiektywem będzie widoczna na zdjęciu. Jednak nie zawsze lepszy i droższy sprzęt pozwala zrobić lepsze zdjęcia. Niekiedy różnicy nie będzie.

Czy fotografujesz obiektywem kitowym?

Zobacz wyniki ankiety

Loading ... Loading …

Efemeryczny przyjaciel fotografa

Kto rano wstaje, ten… się dziwi. Na przykład temu, że Słońce pojawiło się niezupełnie tam gdzie się go spodziewał i z pięknie podświetlonego pierwszego planu nici. Albo temu, że jakaś fasada, która miała być raniutko pięknie oświetlona, jest niestety w cieniu, bo Słońce w tym tygodniu już nie świeci wzdłuż ulicy, tylko zza przeciwległego budynku.

A jeszcze trudniej przewidywalny jest Księżyc. Nie dość, że godziny jego wschodu i zachodu zmieniają się znacznie z dnia na dzień, to jeszcze zamiast wschodzić grzecznie mniej więcej tam gdzie wczoraj, lata po całym niebie jak szalony.

Kto ma już dość nieudanych wypraw w poszukiwaniu nisko wiszących ciał niebieskich, powinien się zaopatrzyć w Efemerydę. The Photographer’s Ephemeris to darmowy program stworzony przez Stephena Trainora: fotografa, który uznał, że lepiej jeszcze w domu sprawdzić jak będzie się układać światło, zamiast dziwić się w plenerze. Chwała mu.

Efemeryda działa bardzo prosto: znajdujemy na mapie (pobieranej z Google Maps, co oznacza że musimy mieć połączenie z internetem) miejsce, w które się udajemy na sesję i ustawiamy tam balonik-znacznik. Pojawiają się cztery linie, oznaczające kierunek wschodu i zachodu Słońca i Księżyca. Wybieramy dzień z kalendarza, a gdy zmieniamy godzinę, widzimy jak przesuwają się linie wyznaczające pozycję obu ciał niebieskich. Widzimy też, jak wysoko są nad horyzontem w tym momencie.

I już wiem, że jutro Słońce będzie świecić wzdłuż Kurzego Targu o 7.54 i będzie wtedy nieco ponad 5 stopni nad horyzontem. Ciekawe, czy nie zaśpię.

Program Photographer’s Ephemeris…

Zobacz wyniki ankiety

Loading ... Loading …

Czy już kupiłeś bezlusterkowca?

Bezlusterkowce zastąpią tanie lustrzanki! Taka opinia krąży po forach internetowych, a jej głosiciele przemawiają z taką pewnością, jakby wszystko było już przesądzone. Czyżby? Pomijając kwestię, czy dla konsumenta zastąpienie taniej lustrzanki za 1200 złotych bezluterkowcem droższym o co najmniej połowę będzie takie pociągające, to pozostaje pytanie: czy sami producenci będą tym zainteresowani? Z ich punktu widzenia taki scenariusz ma podstawową wadę: bezlusterkowce i lustrzanki nie tworzą wspólnego systemu u żadnego producenta. Sprzedając konsumentowi tanią lustrzankę, można go kusić by dokupywał akcesoria i obiektywy, a w perspektywie – przesiadł się na wyższy model lustrzanki.

Z bezlusterkowcem to się nie uda, niezależnie od tego, jakie przejściówki na „duże” obiektywy będą oferowane. Akcesoriów dla bezlusterkowca nie wykorzysta się z lustrzanką. Nikt też nie będzie kupował do bezlusterkowca obiektywów lustrzankowych i męczył się z nimi przez przejściówkę, bo „może kiedyś przejdę na lustro”. Te dwie klasy aparatów istnieją obok siebie i nie ma naturalnego przejścia z „bezlusterkowca dla początkujących” na „lustrzankę dla wymagających”.

Owszem, można to zrobić, ale w taki sam sposób, jak zmienia się kompakt na lustrzankę – bez żadnych ekonomicznych nacisków na to, aby pozostać w ramach oferty tego samego koncernu, którego aparatu używaliśmy do tej pory. Wolny wybór, wszystkie marki równie dostępne. A taka swoboda jest ostatnią rzeczą, której życzą nam producenci. Nie sztuka sprzedać raz, sztuka uzależnić klienta i skłonić go, by zawsze zostawiał pieniądze u nas, a nie w sklepie obok. Tania lustrzanka to początek uzależnienia. Nie tak tani bezlusterkowiec to jednorazowa impreza. Na następną można iść gdzie indziej.

Czy planujesz kupić bezlusterkowca?

Zobacz wyniki ankiety

Loading ... Loading …

Lampa błyskowa i 3x „nie da się”

Nie da się zrobić dobrze wyglądającego zdjęcia z lampą błyskową, nie da się ukryć użycia lampy błyskowej i nie da się odbić lampy od czarnej ściany. Na zdjęciu powyżej ponownie w użyciu lampa błyskowa zamocowana na aparacie. Pomieszczenie ciemne, z ciemnoszarymi ścianami. Światło zastane dość słabe, głównie od okien znajdujących się daleko za modelką, nieco po jej prawej stronie, z góry sporo też od lamp w czerwonych kloszach.

Oczywiście trzeba błysnąć, bo zastanego nie ma. Oczywiście nie należy błyskać na wprost, bo robi się strasznie. Tylko od czego odbić? Ha! Oto jest pytanie. Od szarej ściany czy od szarego sufitu? Błysk od sufitu to jak południowe słońce. Błysk od ściany za plecami to jak lampa na wprost, tylko o większym palniku. Zostają ściany po bokach i wszelkie kombinacje ściany i sufitu. Tutaj światło było odbite od ściany po prawej, ale nie dokładnie po prawej (co dałoby oświetlenie boczne), tylko nieco z tyłu – palnik został skierowany w bok i nieco do tyłu, żeby uzyskać nieco światła także na lewej części twarzy modelki. To wszystko? Prawie 🙂

Jak wyglądało tam światło zastane przy tych samych parametrach ekspozycji widać na dolnym zdjęciu po lewej. Z kolei na prawym widać efekt, jaki przy tak samo ustawionych parametrach ekspozycji w aparacie dało odbicie błysku lampy za moimi plecami.

Oba dolne zdjęcia umieściłem bez zgody modelki, a nawet przy jej zdecydowanym sprzeciwie. Telepizzę na obiad przez najbliższy tydzień mam jak w banku.

Kolor szarości

Wydawałoby się oczywiste, że filtry połówkowe szare są szare. Ba, nawet ich nazwa jednoznacznie to sugeruje. A jednak…

W teście filtrów połówkowych różnych firm opublikowanym w DFV okazało się, że wszystkie one lekko (lub mocniej…) zabarwiają przyciemniany obszar. Cokiny na przykład występują w przeróżnych odcieniach: od zieleni (co jeszcze nie jest takie złe) po różowy. Fioletowe chmury, to dopiero odjazd!

Co jednak ciekawe, nawet najdroższe filtry połówkowe, renomowanej i doświadczonej firmy Singh Ray, również wykazują zabarwienie. Tutaj jednak mamy pełną konsekwencję: wszystkie badane filtry są zabarwione identycznie, na niebiesko. Co jest? Przypadek to, czy tak ma być?

Wieszając bezmyślnie pranie, popatrzyłam za okno na kolorowy zachód słońca, przypomniałam sobie niektóre zdjęcia Galena Rowella i olśniło mnie. Niebieskie filtry to nie przypadek!

Zajrzyjmy w głąb historii. Pierwsze porządne filtry połówkowe powstały na zamówienie Galena Rowella. Firma Singh Ray wyprodukowała je na jego życzenie, według jego wytycznych. Do czego były mu potrzebne? Bynajmniej nie do przyciemniania nieba, wypalającego się w południe. Rowell fotografował o świcie i zmierzchu, w fantastycznym świetle niskiego słońca, często w górach. Potrzebował zrównoważenia jasności oświetlonego słońcem tła i pierwszego planu, który pozostawał w cieniu.

Cień ma nie tylko inną jasność, ale też inną temperaturę barwową. Jest bardziej niebieski niż rozsłonecznione tło. Lekko niebieski filtr pomaga wyrównać jednocześnie i jasność, i barwę. Spryciarz z tego Rowella.

Powrót z Trójmiasta

Wróciliśmy! 8 godzin w pociągu w jedną stronę i tyle samo w drugą. Trochę kilometrów po Trójmieście, środkowonocne wstawanie na plener, wracanie po zmroku. Przeżyliśmy tylko dzięki AC, który był naszym cicerone i duchem opiekuńczym, ratując nam życie (mnie całkiem dosłownie). Bez niego nie powstałaby co najmniej połowa przywiezionych zdjęć, w tym to powyżej. AC zamówił nam też świetną pogodę na poranny plener. Dzięki, Andrzeju!

I jeszcze cytat z kultowego, pierwszego numeru DC:

„Jeśli chcecie robić profesjonalne krajobrazy, potrzebujecie odpowiedniego sprzętu i pozytywnego nastawienia” (s.67)

O kwestii światła, które wydaje mi się dość istotne przy fotografowaniu pejzaży – ani słowa. Czymkolwiek jest „robienie profesjonalnych krajobrazów”.

Z cyklu: nie da się – lampa błyskowa

Jak powszechnie wiadomo, nie da się zrobić ładnego zdjęcia za pomocą lampy błyskowej zamocowanej na aparacie. Będzie płasko, paskudnie, blado, z odblaskami na skórze i ogólnie zieje amatorszczyzną. Mowy nie ma o plastycznym oświetleniu. Jeśli byśmy lampę ściągnęli z aparatu, użyli jakiegoś zaawansowanego bezprzewodowego TTL-a, zamocowali jakieś cuda-wianki typu reporterskie softboksy, lumiquesty i inne gadżety, to może coś z tego od biedy wyniknie.

Ale goła lampa na aparacie? Po prostu nie da się i już.

Powyższy portret został wykonany za pomocą lampy zamocowanej na aparacie, bez żadnych dodatków typu softboks czy odbłyśników. Lampa była jedynym źródłem światła: zdjęcie wykonane przy tych samych parametrach ekspozycji wyłącznie przy świetle zastanym – poniżej.

No dobra, korzystanie z lampy błyskowej nie jest oczywiste, czego dowodem pierwszy numer miesięcznika „Digital Camera”, gdzie na s. 89 mamy w ramach „podpowiedzi ekspertów” poradę „Zapanuj nad błyskiem”. Porada eksperta w skrócie: „Najpierw trzeba zrozumieć, jak to działa. U Nikona działa lepiej niż u Canona, bo u Nikona w trybie auto wychodzi. A może nie wychodzi? Jak nie wychodzi to kombinujemy z kompensacją ekspozycji. Poza tym kombinujemy z FEL. Eeee… dalej nie wychodzi? Przestawiamy aparat w tryb manualny. Hm… Przestawiamy lampę w tryb manualny… i… tak kombinujemy, żeby było dobrze”.

Ależ kusi, żeby sobie zaprenumerować DC.

PS. Znikamy na weekend w Trójmieście molestować fotograficznie AC. Część ewentualnych komentarzy będzie musiała poczekać na zatwierdzenie.

Za darmo umarło

Dzisiaj będzie nostalgicznie. Czy ktoś pamięta Fantę? Nie chodzi o napój gazowany, tylko o taki program do tworzenia animacji. Na czarnym tle kreśliło się ludziki z patyków, a potem one maszerowały przez ekran…

A ktoś pamięta, ile Fanta kosztowała?

Hę? To w ogóle coś „kosztowało”?

Taaa… To były czasy, nie? Mnóstwo darmowych (albo przynajmniej bezpłatnych 😉 ) programików na wyciągnięcie dyskietki. Często technicznie prymitywnych, ale jaka to rozrywka! Niektóre były pożyteczne, inne tylko zabawne. Tworzyli je zapaleńcy informatyki, miłośnicy komputerów, pionierzy edycji cyfrowej, ludzie, którzy w wolnym czasie dłubali w bajtach, bo ich to bawiło. Powstawało Nowe. Freeware, shareware, cardware, programy pod hasłem: jak ci się spodoba, to będzie mi miło.

Pionierskie czasy właśnie się kończą. Romantyczny Dziki Zachód znikł, a razem z nim nikną ludzie, których bawi programowanie dla samego programowania. No, bo czy można być fanem naprawiania pralki? A komputer to już sprzęt domowy jak każdy inny…

Jednocześnie bezkresne prerie potencjalnego oprogramowania zostały zagospodarowane przez duże firmy, tworzące duże programy. Oczywiście, komercyjnie – budowanie pralek kosztuje. Z miesiąca na miesiąc coraz mniej daje się znaleźć ciekawych, małych programików graficznych, lekkich, robiących sprawnie jedną, przydatną rzecz. Jest ich ostatnio tak mało, że niedługo nie będzie z czego robić Programów Miesiąca. A może nie są w ogóle potrzebne? Skoro wszystko jest w Photoshopie?

Na ilustracji jeden z ostatnich Mohikanów: FastStone Image Viewer. Darmowy, lżejszy i szybszy niż Bridge, zaopatrzony w całe mnóstwo dodatkowych narzędzi i szalenie wygodny, bo wyświetla zdjęcie na całym ekranie, powiększa je do 100% po wciśnięciu przycisku myszki, a dodatkowe opcje chowa za krawędziami ekranu i wysuwa tylko, gdy są potrzebne. Zalecam korzystanie, póki jest.

Wilk, koza i kapusta

Jak przewieźć przez rzekę jedną łódką wilka, kozę i kapustę tak, aby nikt nikogo nie zjadł? Właściwe rozwiązanie zakłada pływanie po kilka razy tam i z powrotem, co może dobrze brzmi jako rozwiązanie teoretycznego problemu, ale w praktyce nie jest zbyt zachęcającym pomysłem.

Z nieco uproszczoną do dwóch elementów wersją tej zagadki ma do czynienia każdy fotograf, gdy przyjdzie mu zmienić obiektyw w lustrzance. Aparat na szyi, jeden obiektyw w jednej ręce, drugi – w drugiej ręce? Brakuje jednej ręki. Gdy nosimy obiektyw w futerale, np. z serii Street & Field firmy Lowepro, wyjmujemy go i trzymając w dłoni, drugą odkręcamy obiektyw… Znowu przydałaby się trzecia ręka, choćby do odkręcania i zakręcania dekielka na obiektywie, że nie wspomnę już o przytrzymaniu samego korpusu, kiwającego się na szyi.

Lowepro problem wilka i kozy rozwiązało przez opracowanie rozciągliwej łódki – czyli futerału, który można rozciągnąć, by na chwilę umieścić w nim nie jeden, ale dwa obiektywy. W transporcie, po zapięciu klapy, w Lens Exchange Case jest miejsce tylko na jeden obiektyw, ale po otwarciu mamy dwie przegródki. W jednej umieszczamy obiektyw zdjęty z aparatu, z drugiej wyjmujemy obiektyw zakładany. Później kompresujemy pustą przegródkę, zapinając futerał. Pomysł tak prosty i funkcjonalny, że aż trudno uwierzyć, że ktoś na to wpadł dopiero teraz.

Na razie dostępny jest tylko jeden rozmiar futerału – S&F Lens Exchange Case 200 AW – mieszczący maksymalnie obiektyw 70-200/4 z osłoną przeciwsłoneczną założoną odwrotnie (lub 70-200/2.8 bez osłony). Nie wiadomo jeszcze, czy będą inne rozmiary, ale jeśli nie będzie, warto o nie nękać polskiego dystrybutora, firmę F-System.

Bawmy się!

Dramatycznie

Psychologowie twierdzą, że dzieci powinny się bawić, bo dzięki temu się uczą. A może dorośli również? Ciekawość, próbowanie różnych rzeczy, bezstresowy tryb zabawy, w którym nie liczy się osiągnięcie jakiegoś wymiernego, konkretnego efektu, a tylko sprawdzanie, co będzie, jak zrobię o… tak? To prawdziwy motor postępu.

Również postępu w sztuce edycji fotografii. Najpierw człowiek uruchamia program i zupełnie nie wie, w którą stronę się ruszyć. Więc czyta poradniki, warsztaty, ogląda filmy szkoleniowe. I trochę już wie. Nie wszystko wprawdzie zapamięta, ale przynajmniej orientuje się, czego można się spodziewać po podstawowych narzędziach i potrafi wykonać parę efektów – tych, które mu się szczególnie spodobały w przerabianych warsztatach.

I teraz właśnie jest pora na tryb zabawy. Co będzie, gdy kliknę ten przycisk? A tamten? A gdyby tak pojechać tym suwaczkiem całkiem gdzie indziej, niż pisali w poradniku? Może będzie wielkie nic, a może coś fajnego. Najprostszy sposób dowiedzenia się, to sprawdzić samemu.

Płacą Ci za szybkie wykonanie konkretnego efektu? Pewnie, że nie? To nie przejmuj się efektem. Sprawdzaj, eksperymentuj, nakładaj warstwy, mieszaj kanały, dodawaj filtry. Wiesz, co się stanie, jeśli powielisz warstwę, przerobisz kopię na negatyw, zmienisz tryb jej mieszania na Twarde światło i nałożysz maskę z kanału czerwonego? Nie wiesz – to sprawdź! A potem sprawdź jeszcze inne warianty tego szaleństwa.

Nie bój się eksperymentów: jeśli tylko pracujesz na kopii pliku, na pewno nie zepsujesz zdjęcia.

Powyższy obrazek powstał właśnie w trybie zabawy, ze zdjęcia o zupełnie przeciętnym świetle. Wystarczyło nałożyć kolor jako nową warstwę i zmienić tryb jej mieszania. Jaki kolor i jaki tryb? Może spróbujesz sam odkryć?

PS. Ale nie baw się w edycję, jeśli masz powidła na gazie.

Photokina

Jesteśmy w szczycie cyklu fotograficznego. Złota jesień? Piękne wschody słońca? Gorący okres dla ślubnych? Nic z tego. Targi fotograficzne. Niektórzy pasjonują się fotografiami, inni sprzętem fotograficznym. Fani sprzętu mają uporządkowany rok. Teraz mamy targi, czyli moment zachwytu „o, jakie fajne, nowe!”. Później ochłoną i zacznie się narzekanie: „a dlaczego nie było tego i tamtego? Dlaczego owo było gorsze od owamtego, a siamto nie takie, jak oczekiwaliśmy?”. Jojczenie będzie narastać przez parę miesięcy, aż zacznie się zbliżać kolejny okres targów i premier sprzętu. Wówczas pojawią się nowe tony: „no teraz to X pokaże takiego klamora, że zakasuje wszystkich!” albo „jak Y nie da w nowym modelu obieraczki do marchewek, to przechodzę na aparaty Z!”. I tak do lutego. A później koło maja następny cykl premier. A następny znowu na jesieni. Dobrze mieć uporządkowane życie.

Fotografia powyżej została wykonana aparatem prehistorycznym. Nie sądzę, żebym zrobił ją lepiej dysponując najlepszym aparatem tegorocznej Photokiny. Ani nawet następnej, która będzie za dwa lata. Ale lubię to zdjęcie.

Gęganie po polsku

transparent

Czy ktoś wie, co robi filtr Deformacja? A Skraplanie? A kto wie, że te nazwy oznaczają jedno i to samo narzędzie, tyle że w kolejnych wersjach Photoshopa?

O ile w anglojęzycznych (czyli oryginalnych) wersjach programów, nawet różnych programów, te same narzędzia noszą zawsze te same nazwy, o tyle fantazja „spolszczaczy” wyraźnie nie zna granic. Mamy całe mnóstwo określeń na coś, co we wszystkich angielskich programach od wieków nazywa się USM, czyli Unsharp Mask. Po polsku to Maska wyostrzająca, Wzmocnienie, Maskowanie nieostrości… Przytaczam z pamięci, a jakbym sobie dłużej poprzypominała, to znalazłoby się jeszcze kilka określeń i to bez wykraczania poza najważniejsze programy (czyli Photoshopa, GIMP-a i Paint Shopa). Możliwości jest tysiąc, a robi się ich tym więcej, im mniejsze pojęcie o edycji ma tłumacz. Dobrze, że chociaż Poziomy i Krzywe zachowują swoje nazwy (tfu, tfu, odpukać).

Ktoś wie, co to za kolor: karmazyn? Teraz już tak, skoro Wikipedia podaje nawet jego współrzędne w różnych przestrzeniach barwnych 🙂 A w Photoshopie od pewnego czasu tak się nazywa magenta, kiedyś purpura, czyli środkowa barwa składowa systemu CMY. Nazewnictwo kolorów nie byłoby takim znowu problemem, gdyby nie to, że jest po prostu fałszywe – niezależnie od tego, że zmienne. Karmazyn wygląda inaczej niż magenta. Sytuuje się gdzie indziej na kole barw. Daje inne odcienie po zmieszaniu z żółtym czy niebieskim. A przede wszystkim: nie jest kolorem podstawowym w żadnym systemie barw. Dla tłumaczy z Adobe to wyraźnie żadna różnica.

Czy my, użytkownicy, musimy powtarzać błędy zapisane w programach? Czy powinniśmy zacząć mówić o Odstępie sRGB (tak jest w ustawieniach Camera RAW dodawanego do CS5) zamiast o przestrzeni sRGB? W oryginale było „Space”, więc i tak można się cieszyć, że nie mamy Kosmosu sRGB.

Niestety, niezależnie od podjętej decyzji, czy będziemy powtarzać absurdalne słownictwo stosowane w polskich wersjach programów, dopasowywać się do zmieniającego się nazewnictwa czy uparcie trwać przy jednej, wybranej wersji, i tak mamy problem. Język służy do porozumiewania się. Żeby się porozumieć, wszyscy muszą tak samo rozumieć stosowane wyrażenia. Jak więc rozmawiać o edycji, gdy co roku zmieniają się nazwy narzędzi? I po co w ogóle tłumaczyć programy, skoro i tak trzeba się uciekać do oryginalnych nazw, by móc jednoznacznie powiedzieć o co chodzi?

A jeśli tłumacz się walnie i w którejś wersji Photoshopa autorem programu zostanie nie firma Adobe, tylko Abode, to też mamy tak mówić?

Czy wiesz, kiedy trafiłeś?

Joe McNally swoją książkę zatytułował „The Moment It Clicks”, co po polsku zostało mało zręcznie przełożone jako cartier-bressonowskie „Uchwycić moment”. Tymczasem „klikanie” nie ma nic wspólnego z rejestrowaniem decydującej chwili, tylko z uczuciem, które ma fotograf, gdy zrobi TO zdjęcie. TO, czyli trafione, udane bez wątpienia, kompozycję, jaka śni się po nocach. Do TEGO już nie da się nic dodać i nie wolno niczego odejmować. Jak więc jest naprawdę? Klika nam czy nie klika we właściwym momencie?

Zdarzają się zdjęcia, które okazują się całkiem udane, choć wciskając spust migawki nie miałeś przekonania, że coś z tego wyjdzie. Bywa też oczywiście odwrotnie, gdy spodziewane hity okazują się świetnym materiałem do kosza. Jednak po pewnym czasie, gdy wyjdziesz daleko poza kwestię „do czego w aparacie służy ten przycisk?”, gdy spędzisz więcej czasu oglądając zdjęcia niż je robiąc – a nawet: więcej myśląc o zdjęciach niż chodząc z aparatem na szyi. Wtedy może zaklika.

Jakie to uczucie? U mnie: spokój i pewność, że mam ten kadr. Przekonanie, że nie muszę już nigdzie chodzić, nic próbować, zastanawiać się. Że wszystko jest jasne i oczywiste – wystarczy unieść aparat, ustawić parametry, które nasuwają się same, i wcisnąć spust migawki. Nawet patrzeć na LCD później nie trzeba. TO tam jest. Bo zaklikało.

Czy tak się objawia arcydzieło? Raczej nie, chyba że jesteś arcymistrzem. Natomiast „klikanie” to znak, że osiągnąłeś wszystko, na co Cię stać przy obecnej wrażliwości i poziomie umiejętności. „Klik” – i osiągasz swój szczyt. Tak naprawdę ów szczyt może okazać się niskim wzgórzem, ale to będzie jeden z Twoich najlepszych kadrów. Może tak w ogólnym rozrachunku – mocno średni na tle najpopularniejszych fotek w internetowych galeriach i daleko w tyle za osiągnięciami światowej fotografii (tej przez duże F), ale Twój jeden z najlepszych.

Właściwie kończył się już dzień na greckiej wyspie. Wracałem zacienioną uliczką. Mury domów po obu stronach. Aparat jeszcze na szyi, ale tylko z niechęci do rozkładania się z plecakiem i pakowania go. Nagle – mały prawosławny kościół. Sama bryła budowli mało ciekawa, zresztą od tej strony zupełnie w cieniu. Ale dach… Gra późnopopołudniowego światła i cieni, kształty kopuł, linie i kolory… Wtedy był „klik”.

Parytet

„Rozważymy wprowadzenie przymusowego odsetka kobiet na ważnych stanowiskach w biznesie” – zapowiedziała komisarz UE ds. sprawiedliwości Viviane Reding (według „Wybiórczej”). Nie wiem, czy ten blog to jakiś biznes, a już szczególnie mam wątpliwości co do jego ważności, ale jednak na wszelki wypadek wolałbym, żeby ten parytet nie przekraczał 50%, bo będę miał problem.

Zupełnie przypadkowe kadry

Nowoczesność spotyka się z tradycją

Nie robi się zdjęć krajobrazowych w południe. Każdy pewnie to słyszał. Cienie są paskudnie głębokie i nie w tych miejscach co trzeba, kolory wypadają fatalnie, niebo się wypala, no po prostu zgroza.

Ale co zrobić, jeśli akurat w południowych godzinach znajdzie się człowiek w uroczej okolicy, w której za parę godzin na pewno go już nie będzie? I jak zniechęcająco często taka sytuacja ma miejsce na urlopie?

Moje rozwiązanie problemu brzmi: używany kompakt, nabyty tanio na Allegro.

Hę? Kompakt? I to niby ma lepiej sobie radzić z paskudnymi, południowymi kontrastami? Owszem, bo jest to kompakt z wymontowanym filtrem podczerwieni. Taki mały myk: zamiast szybki odcinającej podczerwień, szybka zatrzymująca promieniowanie widzialne. Efekt: zdjęcia czarno-białe, które najlepiej wychodzą właśnie w ostrym słońcu. Biała roślinność, ciemne niebo, nawet najlżejsze chmurki wyraźnie zarysowane. Każdy krajobraz nabiera niesamowitego blasku.

No więc siedzę sobie z tym aparacikiem w samo południe na dziobie łodzi i pstrykam – z ręki, bo czasy naświetlania wypadają w okolicy 1/500 s na 100 ISO. Luzik, tyle to na pewno utrzymam. No ale kompakt jak to kompakt, mimo przeróbek dalej ma swoje wady. A przypomnę, że sprzęt ma już swoje lata. Ekranik jest malutki – większy od paznokcia na moim kciuku, ale niewiele. Fakt, że jest obracany, niewiele tu zmienia – w słońcu tak czy siak trudno na nim cokolwiek zobaczyć. Kadrowanie na LCD więc odpada, niezależnie od moich personalnych preferencji. Pozostaje wizjer (jest wizjer, a jak! To był swego czasu topowy kompakt). Wizjer mały, ciemny, z fantastyczną beczką i aberracjami takimi, że nawet w podczerwieni obraz jest kolorowy. Nie wiem jaki procent kadru obejmuje, ale do 100% z pewnością brakuje mu sporo.

Biorąc pod uwagę oba powyższe oraz to, że łódź cały czas się przemieszcza, co raczej wyklucza staranne kadrowanie, nie da się ukryć, że moje południowe zdjęcia były kadrowane tak mniej więcej: o, w stronę tego budynku, tak żeby się na pewno cały zmieścił. A co się zmieściło jeszcze? To zobaczę w domu.

I czasem były niespodzianki. Może inaczej: przeważnie były niespodzianki. Weźmy na przykład to zdjęcie powyżej; gdy wciskałam spust migawki, w okolicy kadru nie było żadnego samochodu… Ale patrząc po fakcie – błyszcząca karoseria świetnie pasuje przez kontrast do trzcinowego dachu. Świadome komponowanie kadru? Nie w tych warunkach.

A najzabawniejsze, że te zdjęcia podczerwone pstrykane w biegu uważam za moje najlepsze fotografie z wakacji. Mimo, że kadrowanie odbywało się pi razy oko w mniej więcej określonym kierunku, a czas reakcji aparatu był taki, że nigdy nie wiadomo co zdąży w kadr wleźć, a co z niego uciec.

Bo najważniejsze jest światło. A takiego blasku, jak w podczerwieni, nie ma nigdzie.

Fotozagadka

Jatki

Pstrykać każdy może… tylko później nie zawsze jest zadowolony z efektu. A właściwie wszyscy intuicyjnie czujemy, jak powinno wyglądać zdjęcie. Mamy je w głowach, ale niestety, to co wychodzi z aparatu często dość znacznie różni się od oczekiwań. Najbardziej popularna diagnoza: zmienić aparat. Proste, szkoda tylko, że nieefektywne. Zresztą jakby się chwilę zastanowić, to będzie dość oczywiste, że dopóki aparat nie czyta w myślach, dopóty nie zrobi w trybie automatycznym takich zdjęć, jakie sobie wymyśliliśmy. Pozostaje więc znalezienie środków, które pozwolą dopasować wyobrażenie do finalnego efektu. To swego rodzaju zagadka: co mam zrobić, żeby kolory były czystsze, kontrast właściwy, a perspektywa przyjemna? Rozwiązywanie tej zagadki może być nawet bardziej atrakcyjne niż oglądanie później gotowego zdjęcia. Zabawa jest tym lepsza, że do celu można iść różnymi drogami, a finalny efekt uzyskać na różne sposoby. Są metody lepsze i gorsze, prostsze i trudniejsze, tańsze i wymagające specjalnych narzędzi.

Fotografią można się bawić na różne sposoby. Jednym z nich jest traktowanie każdego ujęcia jako problemu do rozwiązania, testu na pomysłowość, łamigłówki do ułożenia. To co, łamiemy głowę razem?