Dolomity, Jezioro Misurina

Świat namalowany

Fotografia nie różni się znowu aż tak bardzo od malarstwa. Owszem, inna jest technika, inne narzędzia, ale w kwestii spojrzenia i kompozycji – nihil novi sub sole. A przynajmniej do takiego wniosku można dojść, oglądając prace chińskiego (choć praktykującego przez pewien czas w Wietnamie, a później w Stanach) fotografa, Don Hong-Oai. To jeden z mistrzów azjatyckiego piktorializmu – nie mylić z europejskim piktorializmem, bo to całkiem co innego…

Dolomity, Jezioro Misurina

A jeśli jeszcze przy okazji zerknie się na prace Hokusai czy Hiroshige, mistrzów japońskiego malarstwa z okresu wcześniejszego o pi razy oko sto lat z hakiem, widać wyraźnie, że oprócz narzędzi, nic się nie zmieniło.

Co jest takiego w azjatyckiej fotografii, co ją łączy z malarstwem tego regionu? Powiedziałabym, że pewna dowolność: spłaszczona perspektywa jak przy długiej ogniskowej, duża głębia ostrości i mocny pierwszy plan jak przy krótkiej. Połączenie drobnych, ale intensywnych elementów z dużymi, ale słabszymi wizualnie. Duże ramy z gałęzi, czasem kwitnących, a wszystko to w głębi ostrości i z pewnym uproszczeniem rysunku, jak przy drzeworytach, gdzie uproszczenia były konieczne, a głębia ostrości, no cóż, drzeworyt łatwiej zrobić ostry niż rozmyty.

Jak się robi takie zdjęcia? Niełatwo. Trzeba by nie dość, że znaleźć odpowiednio proste kompozycje, to jeszcze wygrać z prawami fizyki, by zachować odpowiednią ostrość i proporcje obiektów. Jak je robił Don Hong-Oai? No cóż, przeważnie robił fotomontaże. Nie widać? W tym cała sztuka… Na pocieszenie mogę tylko dodać, że selfie ma fatalne.

 

P.S. No i znowu jedno miejsce na Pragę wolne…

 
Dziękujemy! Niech Ci światełko zawsze świeci z właściwej strony! :)

Ewa i Piotr