Peru, czyli nasza najdłuższa i najdalsza fotowyprawa, już za nami. Zapraszam do lektury relacji z fotowyprawy, spisywanej na bieżąco, dzień po dniu. I zapraszam też do galerii ze zdjęciami z Peru!

http://www.ewaipiotr.pl/portfolio-4/peru/

 Garua o poranku
Lima: życie codzienne

W Limie nigdy nie pada deszcz. Przez prawie pół roku na porządku dziennym jest za to garua – stan między mgłą a lekkim kapuśniaczkiem. Garua przywitała nas po przylocie, późnym wieczorem, była także następnego dnia rano. W południe jednak się przejaśniło, widać było nawet trochę błękitu, a temperatura przekroczyła 20 stopni.

Po 12 godzinach lotu (i godzinie czekania na start z Amsterdamu) dotarliśmy na drugą półkulę, a nawet na dwie półkule: południową i zachodnią jednocześnie. Lima to dopiero rozgrzewka, ale już jest ciekawie. Jak na 9-milionową metropolię jest niemal prowincjonalna i… pustawa. Nie można powiedzieć, żeby główny plac w historycznym centrum był bezludny, ale tłumów także tu nie ma. Na wieczornym pokazie największego ponoć na świecie kompleksu fontann też nie trzeba się było wcale przeciskać, a nawet była spora swoboda w doborze miejsca do ustawienia statywu. Do tego większość zwiedzających to miejscowe nastolatki, robiące sobie selfie parami i w grupach na tle podświetlonych fontann. Dość zaskakujące jak na stolicę państwa, stanowiącego jedną wielką atrakcję turystyczną. Ciekaw jestem, czy w następnych dniach utrzyma się to wrażenie, że Peru to miejsce nadal czekające na odkrycie.

Lima: sufit biblioteki

Sporo tu poloników. W ten weekend odbędą się wybory prezydenckie, gdzie według sondaży największe szanse ma kandydat o swojskim nazwisku Kuczyński (i mniej swojskich imionach Pedro Pablo). Większość budynków na centralnym placu projektował Ryszard de Jaxa-Małachowski, a linie kolejowe budował w XIX wieku Ernest Malinowski. Oprócz Polaków w zabudowie historycznej widać udział ducha Gaudiego – jego samego tu wprawdzie nie było, ale duch z pewnością inspirował architektów. Powiew secesji też wyraźnie pokonał Atlantyk, co widać np. na suficie byłego dworca kolejowego, który obecnie pełni funkcję biblioteki.

Pięciu opancerzonych i pies, Lima

Oprócz kolonialnej architektury wiele radości czeka miłośników mundurów i ich nosicieli. Pierwsze wrażenie po krótkim nawet spacerze ulicami: szykuje się wojna, trwają przygotowania do inwazji terrorystów? Ale jednak nic z tego: mnóstwo patroli i posterunków, żołnierze i policjanci w różnorodnych mundurach i z długą bronią to raczej lokalny koloryt niż objaw nerwowości władz. Nie wiąże się to z żadnymi kontrolami, legitymowaniem ani nawet dezorganizacją ruchu samochodów (żeby próbowali go usprawnić, też raczej nie można powiedzieć). Jedyną konkretną działalnością umundurowanych i uzbrojonych, którą dało się zaobserwować, jest pilnowanie, aby turyści nie przeszkadzali za bardzo paradnej warcie wystawionej przed pałacem prezydenckim.

PS. W wyborach prezydenckich wygrał (o włos, czyli jakieś 0,48%) Polak Pedro Pablo Kuczyński, pokonując Japonkę Keiko Fujimori. Były to wybory, przypominam, prezydenta Peru.

 

Western w klasztorze i wulkan o zachodzie

El Misti, Peru

Godzinny przelot do Arequipy zaoszczędził nam 20 godzin – bo tyle co najmniej trwa przejazd autobusem z Limy. Jesteśmy teraz na około 2400 metrów n.p.m. i intensywnie się aklimatyzujemy, bo to jeszcze nie jest wysoko. W ramach aklimatyzacji spędziliśmy kilka godzin fotografując rozległy, pochodzący z XVI wieku klasztor Santa Catalina. Zbudowane z białego kamienia wulkanicznego i malowane na czerwono lub niebiesko (lub niemalowane wcale) ściany, wąskie uliczki i dziedzińce przypominają miasteczka z westernów rozgrywających się w Meksyku.

Klasztor w Arequipa, Peru

Później spacerek na punkt widokowy na wulkan El Misti. Tym razem nie było żadnej efektownej chmurki nad wulkanem, ale sama góra jest ładnie ustawiona bokiem względem zachodzącego słońca, a przedmieścia Arequipy prawie dochodzą do jej podnóża. Stamtąd jeszcze na chwilę taksówkami pod katedrę (owszem, wiedzieliśmy, że za późno, bo albo zachód nad El Misti, albo nad katedrą), a na koniec kolacja z alpaką w roli głównej – znaczy, głównego dania.

 

Koka, wulkany i wikunie

Wikunie w górach Peru

Wszystko ma ze sobą ścisły związek. Dzisiaj jechaliśmy do kanionu Colca i jechaliśmy w górę. Do przodu jechaliśmy również, ale ruch do przodu nie robi takiego wrażenia, jak ruch w pionie. Na 3500 m n.p.m. było nieźle, na 4000 odkrywaliśmy, że chwila bezdechu przy wyzwalaniu migawki wymaga następnie 10 sekund dyszenia, na 4500 przestaliśmy żartować z chodzenia jak zombie, a z 4900 szybko zjechaliśmy na dół. Nocleg mamy na 3500, czyli prawie jak w domu.

Jesteśmy w tej części Peru, gdzie dookoła wznoszą się wulkany (jeden nawet trochę dymi), po łąkach hasają alpaki i wikunie, a za nimi czasem hasają pasterze, którzy muszą mieć gdzieś sprytnie ukryte butle tlenowe, bo przecież niemożliwe, żeby ktoś na tej wysokości biegał i to jeszcze niekiedy pod górkę.

Peruwianki

Zwalczamy problemy metodami naturalnymi, czyli żując liście koki, jedząc cukierki i czekoladki z koką oraz pijąc herbatę z liści koki. Entuzjastów fantastycznych odlotów rozczaruję – trzeba zjeść jakieś 3,5 kilo liści koki, żeby wchłonąć 1 gram kokainy, a że liście koki do żucia są suche i bardzo lekkie, to nie jestem w stanie wyobrazić sobie zjedzenia tego w ilości 3,5 kilograma. Garstka wystarczy, żeby poczuć się krową, bo wygląda to jak liście i smakuje jak liście. Dodawana w śladowych ilościach lokalna substancja, która ma przyspieszyć wydzielanie z suchych liści soku, też nie poprawia smaku (tę substancję można zastąpić sodą oczyszczoną i pewnie będzie to równie apetyczne).

Jutro jedziemy sprawdzić, czy kondory naprawdę latają, czy też, jak podejrzewam, czołgają się i żebrzą o kokę.

Herbatka z koki, Peru

 

O zmroku, gdzieś w Andach

Peruwiańskie pustkowie

Wracając z kanionu Colca i polowania na kondory znowu przekroczyliśmy andyjskie przełęcze, wjechaliśmy na 4900 m n.p.m. i… utknęliśmy w korku. Korek okazał się być zorganizowany – zorganizowano go, żeby wyciągnąć ciężarówkę, która zjechała z drogi i stoczyła się kilkanaście metrów w dół. Nic nie wiem o losie kierowcy, bo cały wypadek miał miejsce co najmniej dzień wcześniej, a teraz zorganizowano odzysk ciężarówki.

Peruwiańskie pustkowie II

Pejzaże w tym miejscu były piękne, więc jeśli kierowca się na nie zagapił, to jest trochę usprawiedliwiony. Choć wątpię, żeby był szczególnie wrażliwy na piękno krajobrazów, bo wówczas by raczej nie popracował jako kierowca w Peru. Pejzaż z okolic miejsca wypadku powyżej.

Zablokowana droga, Peru

Gdy po jakimś czasie zrobiono przerwę w akcji ratowania resztek po ciężarówce i puszczono wahadłowo ruch, pojechaliśmy dalej i dojechaliśmy na zachód słońca. Właściwie to dojechaliśmy do momentu, gdy słońce zachodziło i zatrzymaliśmy się na wieczorną sesję. Efekty wieczornej sesji na górze. Miejsce zupełnie nieplanowane i raczej nieznane, znajduje się jakieś 2 godziny jazdy od Arequipy na trasie z kanionu Colca.

Jak widać, we wpisie nie ma ani jednego kondora, ale po podśmiechujkach z wczorajszego wpisu kondory, wikunie, alpaki i lamy stanowczo zabroniły publikacji wizerunku. O wiskaczy nawet nie ma co mówić – foch i tyle.

 

Grobowce Sillustani

Grobowce, Peru

Wyobrażenie historii Peru to: wpadli Hiszpanie i zabrali Inkom imperium. Bardziej prawdziwe byłoby: wpadli Inkowie i zabrali się do budowy imperium podbijając sąsiednie kultury, ale zanim zdążyli się urządzić, przypłynęli Hiszpanie i zrobili Inkom to, co Inkowie od stu lat robili sąsiadom. Sillustani nad jeziorem Umayo to miejsce, gdzie w przestrzeni (bo nie w czasie) spotykały się różne kultury, wznosząc tu grobowce w formie okrągłych wież. Ludy Colla, Aymara, a później Inkowie grzebali swoich zmarłych, wznosząc dla nich kamienne konstrukcje. Konstrukcje Inków wyróżniają się typową dla tego ludu niezwykłą precyzją spasowania ogromnych głazów – prace kamieniarskie wykonywali przedstawiciele podbitych plemion, przesiedlanych przez Inków w ramach systemu robót przymusowych. Wieże wcześniejszych kultur były budowane mniej trwale. Wkład Hiszpanów w Sillustani to zniszczenia, dokonane przy okazji poszukiwania w grobowcach złota i kosztowności.

El Kondor pasa turystów, Peru

Jak widać kondory jednak dopisały, a jeden próbował lądować na grupie turystów, ale w ostatniej chwili się rozmyślił. Kondory są padlinożercami i nie polują, ale to nie znaczy, że nie potrafią pomóc padlinie stać się padliną – ich znanym popisowym numerem jest straszenie przyszłego obiadu symulowanymi atakami w co bardziej przepaścistych miejscach.

El Condor Pasa, Peru

Jutro relacji nie będzie, bo płyniemy na trzcinowe wyspy na jeziorze Titicaca. Trzcina to doskonały budulec do budowy trwałych wysp na najwyżej położonym zamieszkałym jeziorze, prawda?

 

Kultyści na Titicaca

Pachamama, Jezioro Titicaca

Trzcinowe wyspy i rejs trzcinowymi katamaranami zapowiadane w poprzednim wpisie okazał się na szczęście tylko krótkim występem folklorystycznym. Jakkolwiek wyspy naprawdę zbudowane są z trzciny, a ich mieszkańcy wyjaśnili nam zasady sprawiające, że te konstrukcje utrzymują się na wodzie, to ciekawsza, choć mniej efektowna była następna wyspa, solidna i niewymagająca dokładania z wierzchu tego, co zgniło pod spodem.

Prawie trzygodzinny rejs na Amantani daje wyobrażenie o rozmiarze jeziora Titicaca – a wyspa ta leży dość blisko Puno, skąd nasz statek wyruszył. Wyspa Amantani nie jest duża (raptem nieco ponad 9 km kwadratowych), ale wystarczająco rozległa, żeby zmieściło się tam kilka wiosek i ponad 3,5 tysiąca mieszkańców, a ponadto dwa wzniesienia: Pachatata („Ojciec-ziemia”) i Pachamama („Matka-ziemia”). Ponieważ nie ma jak spacer przed snem, więc po zakwaterowaniu w domu rodziny amantańczyków większa część grupy ruszyła na szczyt Pachamamy. Wejście z 3800 na 4140 metrów n.p.m. zajęło nam… akurat tyle, żeby zdążyć na zachód słońca.

Nazwa wzniesienia pochodzi od miejsca kultu prekolumbijskiej boginii, który pojawił się 500 lat p.n.e. wraz z cywilizacją Pukara i… do dzisiaj ma swoich wyznawców, a rytualne składanie ofiar odbywa się 20 stycznia każdego roku. Próba wchłonięcia Pachamamy przez katolicyzm i włączenia jej w kult maryjny nie do końca się udała, a wyznawcy żyją nie tylko w Peru, ale też w Boliwii, Ekwadorze, Chile i Argentynie.

Rejs na wyspę potwierdził wcześniejsze obserwacje, że w Peru zasięg sieci komórkowej występuje niezupełnie tam, gdzie można by się go spodziewać. Owszem, w dużych miastach jest z tym nieźle, ale niech ktoś będzie miał problem gdzieś na trasie np. do kanionu Colca, to może swojego smarftona użyć do puszczania zajączków i sygnalizacji Morsem. Na wyspie Amantani w najwyżej położonych miejscach zasięg sieci się pojawiał, za to podczas rejsu praktycznie cały czas byliśmy w zasięgu stacji GSM.

Jezioro Titicaca i Puno, Peru

Wspominałem, że w Peru cały czas mamy fantastyczne chmurki od rana do wieczora? 🙂

 

Cuzco jest boskie

Festyn w Cuzco, Peru

Była stolica imperium Inków jest fantastyczna pod każdym względem. Kolonialne, zdobione kamienice obok imponujących solidnością spasowania inkaskich murów, kręte uliczki i hippisowsko-artystyczny klimat okolic rynku… A do tego trafiliśmy jeszcze na festyn – święto miasta. Parady dzieci w strojach ludowych, procesje niosące potężne figury Matki Boskiej, kolorowy tłum widzów, sprzedawcy wszystkiego i – last ale zdecydowanie not least – mnóstwo policjantów z mnóstwa różnych formacji, a każdy ubrany w inny mundur i inne nakrycie głowy. Jestem fanem peruwiańskiej policji we wszystkich jej setkach odmian i uniformów – pewnie będzie o tym kiedyś osobny wpis. Wszystko to gwarne i kolorowe, ale na luzie – bez zadęcia, bez nerwowości czy nachalności. Nawet przechodzenie przez tłum było łatwiejsze niż gdziekolwiek indziej. Policjanci z tak efektownych formacji jak „Esquadron Verde” czy „Special Operations” grzecznie gestami przesuwali widzów, a widzowie równie grzecznie się odsuwali.

Na festynie w Cuzco, Peru

W Cuzco zadomowiły się też różne duchowości alternatywne, z newage’owskimi na czele (były punkty usługowe stawiające tarota i wróżące z liści koki), po ulicach kręcili się hippisi pamiętający chyba pierwszy Woodstock, ale też osobnicy nieco przypominający derwiszy – jasne, to nie ta bajka, choć w sumie tutaj chyba każdy może mieć swoją bajkę. No i nie mogło zabraknąć prawdziwych Inków.

Prawdziwe Inki, Peru

 

Solna mozaika

Salineras de Maras V, Peru

Fotografowaliśmy dzisiaj Moray, czyli inkaskie laboratorium GMO, wspinaliśmy się po tarasach monumentalnej twierdzy w Ollantaytambo, niegdysiejszej siedzibie Pachacuteka – twórcy inkaskiego imperium. Ale o tym wszystkim innym razem. Tym razem zapraszam na szczyptę soli z Salineras de Maras, czyli preinkaskiej fabryki soli. Strumienie wody ze słonych źródeł wpuszczane są w tarasy, gdzie przepływając powoli, pod wpływem słońca parują i wytracają sól. Prosty mechanizm został setki lat temu rozbudowany do gigantycznego kompleksu, z setkami tarasów na wielu piętrach stromego wzgórza. Ta fabryka soli należy do mieszkańców okolicznych wiosek – zgodnie z tradycją każdy z nich ma prawo do własnej części kopalni soli. Nowi członkowie społeczności muszą tylko znaleźć nieużywane tarasy (jest ich zawsze sporo) i uzyskać akceptację lokalnej starszyzny. Jeśli ktoś chciałby zostać właścicielem (i pracownikiem jednocześnie) kopalni soli, wystarczy że przyjedzie tu i ożeni się (względnie: wyjdzie za mąż) za tubylca.

Nasza fotowyprawa obecnie dotarła do Aguas Calientes – miejscowości leżącej tuż poniżej Machu Picchu i stanowiącej bazę wypadową do zwiedzania ruin. Z Ollantaytambo dotarliśmy tu jedynym w swoim rodzaju pociągiem. Obowiązuje w nim ograniczenie przewożonego bagażu do walizeczki podręcznej mniej więcej zgodnej z wymogami linii lotniczych dla bagażu podręcznego. Co gorsza, walizeczka ma prawo ważyć 5 kilogramów, choć podobno nie powinno być problemu, jeśli sięgnie 8 kilogramów. Łaskawcy… Co to jest 5 kilo dla fotografa mającego przez dwa dni eksplorować słynne Machu Picchu? Na szczęście Sławek stanął na wysokości zadania, a następnie wyszedł z siebie i we dwóch załatwił rzecz absolutnie niemożliwą do załatwienia, czyli zgodę dla całej grupy na zabranie całości naszego bagażu. Zanim zostaliśmy zaszczyceni wpuszczeniem na peron musieliśmy ponad pół godziny odstać pod strzeżoną bramą, a następnie każda walizka i torba została zaplombowana plastikową pętlą. Pociąg to straszliwe dodatkowe obciążenie wytrzymał i nawet zgodnie z rozkładem dotarł do Aguas Calientes (aczkolwiek więcej czasu stał niż jechał). My jutro (a właściwie dzisiaj) skoro świt (raczej: solidnie przed świtem) ruszamy do najsławniejszych peruwiańskich ruin.

A teraz coś, co nijak nie da się przekazać na jednym zdjęciu, czyli wrażenia z solniska. Na poniższym zdjęciu znajdują się cztery osoby:

Salineras de Maras I, Peru

Na następnym też są cztery, choć nie te same:

Salineras de Maras II, Peru

I jeszcze bliżej, już w ludzkiej skali:

Salineras de Maras III, Peru

A tak się tam pracuje:

Salineras de Maras IV, Peru

 

Miasto we mgle

Mgły Machu Picchu

Ruszyliśmy szukać dzisiaj jakiegoś zaginionego miasta. Nie wiadomo, kto je zgubił, ale z zebranych informacji wynika, że mieli z tym coś wspólnego Pictowie, którzy zgrywali Macho. Wstępne oględziny potwierdziły, że ostatni użytkownik musiał faktycznie mieć jakiś problem, bo stan techniczny miasta nie był najlepszy. Pogodę zresztą też trudno było nazwać pogodną, co jakoś wyjaśniało, jak doszło do zaginięcia miasta.

Mgły Machu Picchu II

Wstępne próby identyfikacji miasta wskazywały na Angkor Wat lub kopuły indyjskiego Taj Mahal. Upewniliśmy się jednak, że nikt nie zgłaszał zaginięcia tych dwóch lokacji, więc tutaj musi chodzić o coś innego. Dalsze eksploracje stały się bardziej efektywne, gdy pogoda się poprawiła. No i znaleźliśmy zaginione miasto! Oto Machu Picchu!

Odkrycie Machu Picchu

Wizyta w Machu Picchu to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju – całkiem niezależnie od urody inkaskich ruin. Już kilka minut po godzinie piątej rano ustawiliśmy się w… długiej kolejce czekającej na autobus. Jeśli ktoś pamięta kolejki w czasach PRL-u, to i tak byłby pod wrażeniem tej kolejki – solidne kilkaset metrów. Nie przypuszczałem, że w jednym miejscu może spotkać się tylu fanów wschodów słońca. Na szczęście gdy autobusy ruszyły, to całym stadem – podjeżdżały jeden za drugim i kolejkę udało się dość sprawnie rozładować.

Kolejka kolejką, ale najpierw trzeba kupić bilety – i na autobus, i do Machu Picchu. Ten drugi lepiej jest kupić z wyprzedzeniem, bo ilość odwiedzających jest limitowana. Ciekawie kupuje się też bilety na autobus, który w ciągu nieco ponad kwadransa wwozi do położonego na sporej skale inkaskiego miasta. Przy zakupie biletów trzeba okazać paszport i dane z paszportu są wprowadzane na biletach – czyli są one nie tylko imienne, ale też wymagają legitymowania się, bo przed wpuszczeniem do autobusu sprawdzany jest nie tylko bilet, ale też paszport. Bilet wstępu na teren wykopalisk archeologicznych oczywiście również jest imienny i także wymaga okazania paszportu.

Kolejną ciekawostką, zdecydowanie mniej przyjemną, jest zakaz wnoszenia statywów. Prawie cała nasza grupa została zmuszona do oddania trójnogów do przechowalni bagażu. Wyjątkiem były dwie sprytne osoby, które ukryły swoje statywy przed cerberami kontrolującymi wchodzących. Jest jednak wątpliwe, czy dałoby się ich użyć w trakcie pierwszych kilku godzin zwiedzania, bo teren Machu Picchu, choć bardzo rozległy, jest naszpikowany pracownikami pilnującymi, aby turyści ani na krok nie zbaczali z wyznaczonych ścieżek. Co ciekawe, po godzinie 14 robi się pustawo – znika nie tylko większość zwiedzających, ale też mniej widoczni są „dozorcy”, z przechowalni bagażu można odebrać statywy i spokojnie rozstawić je.

Machu Picchu i jego schody

O ile na wschód słońca czeka zaskakująco dużo ludzi (a wśród nich niewielu jest fotografów – zdecydowana większość tworzy wyłącznie selfie na tle), a od 10 rano do godziny 13 zwiedzających jest naprawdę dużo, to już wczesnym popołudniem robi się zaskakująco pustawo. Zresztą nawet w godzinach szczytu da się znaleźć miejsca zupełnie bezludne, bo turyści mają silny instynkt stadny i wędrują grupami po najpopularniejszych ścieżkach. Machu Picchu jest naprawdę rozległe i bez problemu da się unikać tłumów. Nie jestem przekonany, że w ciągu dzisiejszych 10-godzinnych eksploracji (z godzinną przerwą) udało mi się dotrzeć we wszystkie zakątki.

Na terenie samych wykopalisk nie ma ani baru czy restauracji, ani nawet toalety. Wszystko to jest natomiast dostępne przed brama wejściową. Na szczęście na jednym bilecie można dwukrotnie opuścić teren wykopalisk, odpocząć i wrócić do zwiedzania. Oczywiście przy ponownym wejściu sprawdzany jest zarówno bilet, jak i paszport.

Przerwy warto sobie robić, zwłaszcza jeśli trafi się słoneczny dzień, bo na terenie Machu Picchu praktycznie nie ma miejsc ocienionych. Nam się dzisiaj trafił mglisto-mżawkowy poranek, a później słońce było przesłaniane przez cumulusy, co ułatwiło przetrwanie tego… zimowego i momentami gorącego dnia.

Jutro drugi dzień fotografowania Machu Picchu, przed świtem znowu ustawimy się w kolejce do autobusów.

Oglądając Machu Picchu

 

Machu Picchu o poranku i nieco retrospekcji

Machu Picchu o poranku

Nie wchodzi się dwa razy do tego samego Machu Picchu. Za drugim razem wakacyjna stolica Pachacuteka przywitała nas nie gęstą mgłą i mżawką, ale lekką mgiełką i chmurkami przewiewanymi wte i we wte, dzięki czemu przez dobrą godzinę mieliśmy co pół minuty zupełnie inny widok na Machu Picchu. Słońce też wyszło zza góry najszybciej, jak tylko mogło, więc trudno było sobie życzyć lepszego początku dnia. Głównym problemem uczestników fotowyprawy było: jak później wybrać z tych wszystkich wariantów mniej lub bardziej odsłoniętego kamiennego miasta ten najlepszy? Poza porankiem pogoda była jednak gorsza niż wczoraj, bo z nieba zniknęły chmury i został tylko blachobłękit oraz ostre słońce. Nie żałowaliśmy więc, że dzisiaj ze szczytu musieliśmy zjechać znacznie wcześniej, bo po obiedzie pojechaliśmy z powrotem do Cuzco, aby następnego dnia zupełnie zmienić klimat i polecieć do dżungli amazońskiej.

Moray, czyli laoratorium na schodach. Peru

Przy okazji migawki z wcześniej tylko wspomnianych miejsc. Kamienne tarasy z wysuniętymi stopniami schodów to część Moray, gdzie Inkowie prawdopodobnie eksperymentowali z wpływem temperatury i nasłonecznienia na różne odmiany roślin uprawnych. Istnieje też teoria, że była to wielka maszyna do liofilizacji ziemniaków – temperatura mocno tam się zmienia z jednego stopnia na drugi. Reszta tarasów to już Ollantaytambo – forteca, którą Inkowie obronili przed szturmem Hiszpanów. Później jednak uznali, że jest ona nie do obrony i wycofali się do Vilcabamby, gdzie utrzymali resztki imperium przez kilkadziesiąt lat.

Ollantaytambo, Peru

Patrząc na zdjęcia z Ollantaytambo, Machu Picchu, Moray czy Salineras de Maras trudno nie zauważyć, że Inkowie uwielbiali budować tarasy na stromych zboczach. W efekcie zwiedzanie pozostałości po tej cywilizacji to nieustanne chodzenie po schodach – tereny płaskie tam prawie nie występują, a inny sposób pokonywania wzniesień (np. trawersem) chyba kłócił się jakoś z ich wyobrażeniem ergonomii. W efekcie fotografowanie tych zabytków to ćwiczenie z fotografowania schodów: gigantycznie powiększonych, więc można je oglądać nie tylko z góry, ale też z dołu i pod dowolnym kątem.

Na marginesie – Ollantaytambo prawdopodobnie nie było budowlą militarną, a po prostu jedną z siedzib władcy, natomiast tarasy nie miały utrudnić dotarcia na szczyt, lecz służyły za ogródki warzywne dla głównego lokatora. Jak się okazuje, dobrze pomyślany ogródek warzywny może pomóc odeprzeć najeźdźcę. Nie należy też niedoceniać roli schodów.

Ollantaytambo, Peru

 

Powrót z dżungli

Ukrywając się wśród liści. Peru

Nasza peruwiańska fotowyprawa nie zaginęła w dżungli – tam zaginął jedynie internet, stąd brak wieści. Wróciliśmy już do Limy, do nadmorskiej dzielnicy Miraflores, skąd ruszymy na lotnisko i przez Paryż odlecimy do Warszawy. Ale po kolei…

Godzinny przelot z Cuzco do Puerto Maldonaldo zaoszczędził nam całego dnia jazdy busem przez góry i dżunglę. Stamtąd busem dotarliśmy do lodge’y w amazońskiej dżungli, która na 3 dni stała się dla nas domem. Z domu tego robiliśmy fotograficzne wypady.

Zaczęliśmy od porannego rejsu na papugi, które mają zwyczaj rozpoczynać dzień od wizyty w naturalnej solance.

Papugi, dużo papug. Peru

Najbardziej efektywny fotograficznie był rejs rzeką Madre de Dios, później popołudniowy spacer przez dżunglę i wreszcie rejs łodzią po jeziorze, znajdującym się w obrębie parku narodowego. W drodze do jeziora towarzyszyły nam małpki, całymi stadami przeskakując po gałęziach z jednej strony ścieżki na drugą, tym samym testując refleks uczestników i sprawność układów ustawiania ostrości w aparatach. W dżungli fotografuje się paskudnie, bo raz, że jest ciemno i jednocześnie bardzo kontrastowo, a dwa, że prawie zawsze między fotografem a celem są jakieś krzaki, gałązki i liście. Wyzwaniem jest też oczywiście naturalna skłonność wszystkich zwierząt do maskowania się – gdyby przewodnik nie wypatrzył dwóch jaszczurek na pniu drzewa, to z pewnością sami byśmy ich nie dostrzegli.

Mimikra w dżungli, Peru

Na jeziorze było już łatwiej. Uczestnicy fotowyprawy sprawnie wypatrywali ptaki stojące na gałęziach, brodzące w przybrzeżnej wodzie czy ukryte w krzakach. Wracając, już po zmroku, trafiliśmy dwa razy na potężne włochate pająki, przechodzące akurat przez ścieżkę oraz ptaka, który zabrał się do spania praktycznie na naszej drodze powrotnej.

Popołudnie w dorzeczu Amazonki, Peru

Pozostałe sesje nie były tak obfitujące w zwierzynę. Z drapieżników widzieliśmy tylko kajmany, ale w nocy i z odległości wykluczającej udane zdjęcia. Bliżej, nawet zdecydowanie bliżej, były za to krwiożercze moskity, których wprawdzie na terenie lodge’y prawie nie było, ale wystarczyło wejść kilka kroków w dżunglę, by pojawiały się setkami.

Po eksploracji amazońskiej dżungli z Puerto Maldonaldo wróciliśmy samolotem do Limy (z międzylądowaniem w Cuzco), co ponownie zaoszczędziło nam ze dwa dni jazdy busem. W Limie powitała nas znajoma garua. Gdy będziecie ten wpis czytali i oglądali, pewnie będziemy już w samolocie do Europy.

PS. Wszystkie zdjęcia z dżungli zrobione obiektywem EF 70-200/4 IS L USM z telekonwerterem x1.4 i przy wysokich czułościach do 6400 ISO. W dżungli jest naprawdę ciemno, nawet w dzień i na obrzeżach.

Fotowyprawa Peru