Godafoss, Islandia

W lipcu 2015 roku miała miejsce nasza druga fotowyprawa na Islandię, której organizatorem był Klub Podróży Horyzonty. Z relacją z pierwszej fotowyprawy, która odbyła się w lipcu 2014 można zapoznać się tutaj:

http://www.ewaipiotr.pl/wspomnienia-z-warsztatow/warsztaty-fotograficzne-2014/islandia-21-vii-1-viii-2014/

Zapraszamy także do obejrzenia naszego portfolio z Islandii:

http://www.ewaipiotr.pl/portfolio-4/islandia-3/

a także dwóch islandzkich projektów:

http://www.ewaipiotr.pl/projekty-fotograficzne/36-widokow-gory-kirkjufell/

http://www.ewaipiotr.pl/projekty-fotograficzne/islandia-jednego-czlowieka/

A poniżej zapraszamy do lektury zebranej relacji na żywo, którą zamieszczaliśmy na blogu niemal dzień po dniu w trakcie trwania fotowyprawy.

Złote Koło na rozgrzewkę

Gulfoss, Islandia

W pierwszy dzień na Islandii fotografowaliśmy to, co niektórzy bardzo pośpieszni turyści oglądają jako „właściwie cała Islandia w pigułce”. Tzw. Złote Koło (Golden Circle) to trasa w kilka godzin pozwalająca zrobić objazd z Reykjaviku przez Thingvellir, Gulfoss, Geyzir i wrócić do stolicy. Thingvellir to miejsce ważne historycznie (w 930 r. n.e. zebrał się tam pierwszy parlament), ale też dolina ryftowa, gdzie płyta tektoniczna, na której stoi Europa, oddala się od płyty amerykańskiej. Dzięki temu w ziemi są potężne, wypełnione wodą skalne rozpadliny o kolorowych ścianach. Gulfoss to jeden z najpotężniejszych islandzkich wodospadów, a Geyzir sam się przedstawia – z tą poprawką, że nie fotografowaliśmy Geyzira, tóry jest nieaktywny od lat, tylko ładnie i często strzelający gejzer Strokkur.
Pogoda jak na razie jest zaskakująca: sporo chmurek, trochę słońca i żadnego deszczu. Wiatr oczywiście obecny: silny i zimny, ale w końcu to jednak Islandia.

Maskonurza miłość

Maskonury, Islandia

Minął kolejny dzień bez deszczu, grupa uczyła się zakładać pelerynki przeciwdeszczowe na aparaty dopiero przed zanurzeniem się pod wodospad Seljalandsfoss. Wcześniej były natomiast maskonury – to znaczy najpierw ich nie było, co wzbudziło panikę wśród grupy, zwłaszcza że wejście na łuk skalny przy  Dyrholaey było zamknięte, a to tam poprzednim razem spotkaliśmy największą liczbę tych krzyżówek papugi z pingwinem. Później jednak znaleźliśmy je przy dolnym parkingu. Siedziały niemal na wyciągnięcie ręki, wcale się nie przejmując trzaskaniem migawek. Urządziły nam też pokaz kręcenia główkami, tupania i stroszenia piór. I jak tu nie kochać maskonurów?
Poniżej widok z półwyspu Dyrholaey.Dyrholaey, Islandia

 

Nie wszystkie fale są równe

Jökulsárlón, Islandia

Niektóre fale są znacznie większe od innych, o czym dzisiaj przekonała się Ewa. W przekonaniu, że w woderach sięgających bioder może się nie przejmować morzem, stała na plaży Jökulsárlón i fotografowała fale zalewające lodowe bryły. Czasem jakaś fala zalała jej stopy, ale w końcu po to miała wodery, żeby nie zwracać uwagi na takie drobiazgi. Aż nagle jeden z tych drobiazgów okazał się nieco większy i Ewa miała okazję skorzystać nie tylko z wodoszczelności woderów, ale też przetestować szczelność goreteksowej kurtki. Kurtka zdała egzamin, przeżył nawet aparat i obiektyw, które w momencie uderzenia fali znajdowały się na statywie przed Ewą (a przynajmniej teraz działają – jakby im się pogorszyło, damy znać). Wniosek z tego taki, że zabezpieczenia zabezpieczeniami, a szczęście i tak trzeba mieć.
Aparat Ewa od razu wycierała ręczniczkiem, który specjalnie do wycierania aparatu z wody (choć niekoniecznie słonej) zabrała na Islandię. Usuwanie słonej wody zostało też wsparte przez pogodę – akurat zaczął się pierwszy deszcz podczas tej fotowyprawy. Po kwadransie deszcz się skończył – akurat gdy z Lodowcowej Plaży przeszliśmy na ostatnią sesję przy Lodowcowej Lagunie.
U góry Lodowcowa Plaża, na dole – Lodowcowa Laguna.

Jökulsárlón, Islandia

 

Kolory w deszczu

Islandia

Dzisiaj prawie mieliśmy prawdziwą Islandię: kropiło, mżyło, czasem nawet padało, tylko nadal prawie nie ma wiatru. Pochmurna pogoda i chmury nad Kolorowym Kanionem Hvannagil dojście czyniły nieco bardziej uciążliwym, ale ułatwiały samo fotografowanie. Mokre skały były bardziej kolorowe, a warstwa chmur tworzyła wielki softboks, w którego świetle nie było problemów z kontrastami ani ostrymi cieniami.
Nadmiar wody stanowił natomiast pewien problem dla części sprzętu: jeden obiektyw zaliczył bliskie spotkanie ze strumieniem, a jeden Nikon D3200 odmówił pracy w warunkach wysokiej wilgotności. Liczymy jednak, że do jutra rana oba sprzęty odzyskają sprawność.
Na dole detal z Hvannagil, u góry efekt przerwy podczas powrotu na nocleg.

Hvannagil, Islandia

 

Aparaty w deszczu

Selfoss, Islandia

Ostatnie dwa dni to już klasyczna islandzka pogoda: słońce, deszcz, chmury, znowu słońce, znowu deszcz. W powietrzu jest sporo wody – nie tylko tej padającej, ale też wilgoci, która też może niespodziewanie wyłączyć elektronikę. Zawilgocony przedwczoraj Nikon D3200 wysuszony odżył i ma się dobrze, zanurzony w strumieniu obiektyw – również. Wczoraj podczas sesji przy wodospadzie Dettifos Ewie w pewnej chwili zaczęła się lać na rękę woda z… komory baterii aparatu. Dzisiaj jej 60D już robił zdjęcia.
Deszcz się zdarza, zwłaszcza pejzażystom i choć można próbować zabezpieczyć przed nim aparat, to mimo wszystko woda może się dostać tam, gdzie jej nie powinno być. Jeszcze trudniej zabezpieczyć się przed wilgocią w powietrzu, która czasem wystarczy, aby elektronika wysiadła. Jeśli to się zdarzy, nie ma powodów do rozpaczy, natomiast trzeba działać.
Pierwszą i najważniejszą rzeczą jest natychmiastowe wyjęcie akumulatora. Nie wystarczy wyłączyć aparat – wyłączniki są elektroniczne i wcale nie odcinają zasilania. Jeśli do aparatu lub obiektywu dostała się woda, należy spróbować ją wylać. Gdy wrócimy do domu (lub przynajmniej znajdziemy się pod dachem), możemy przystąpić do suszenia: otwieramy wszystkie klapki i zaślepki (klapa blokująca akumulator, klapka do gniazda kart pamięci, zaślepka gniazd wężyka i wyjścia wideo itp.). Najlepiej umieścić sprzęt w pomieszczeniu suchym i ciepłym. Można przyspieszyć procedurę ratunkową za pomocą suszarki do włosów, byle nie dmuchać nią zbyt blisko i nie narażać sprzętu na kontakt z gorącym powietrzem (ciepłe jest ok). No i absolutnie nie spieszyć się – lepiej poczekać dłużej niż włączyć nadal zawilgocony aparat. Pośpiech może skutkować zwarciem gdzieś w układach elektronicznych i wówczas aparat lub obiektyw (lub oba) wymagają wizyty w serwisie – w najlepszym razie.

Fotografowanie w deszczu, Islandia

 

Kamienie i pióra

Pole lawowe Krafla, Islandia

Islandzka fotowyprawa posuwa się naprzód bez przeszkód. Wszystkie aparaty i obiektywy mają się dobrze (problemy miała jeszcze Sigma 18-35, ale po solidnym odsuszeniu już zachowuje się
poprawnie). Pogodę mamy już klasycznie islandzką, choć wieje wyjątkowo mało: dziś rano mieliśmy interesujące zachmurzenie, w południe deszcz, a po południu słońce i chmurki. Dzisiaj przed uczestnikami było najtrudniejsze wyzwanie estetyczne: pola lawowe Krafla. Pod względem fizycznym to spacerek, natomiast pejzaż jest zupełnie nieziemski i… tym bardziej trudny do fotografowania.
Wieczorna sesja dyskusja pokazała jednak, że nasi „islandczycy” całkiem nieźle dali sobie radę z
wyzwaniem. A popołudniowa sesja to polowanie na nura (tym razem nur wygrał – sprytnie był cały czas w zasięgu wzroku, ale poza zasięgiem fotograficznym), upolowaliśmy natomiast nieco innego ptactwa. Powyżej pole lawowe wulkanu Krafla, poniżej perkoz rogaty i jego rybka.

Perkoz rogaty, Islandia

 

Nasycenie po islandzku

W islandzkim fiordzie

Gdy pojawia się słońce, Islandia od razu robi się bardzo kolorowa. Trawy i mchy są intensywnie zielone, skały przybierają barwy od ochry po fiolet – w zależności od zawartości różnych minerałów – a woda przybiera błękit nieba, które się w niej odbija. Nasycenie wszystkich elementów krajobrazu wzrasta, a czerń zastygłej lawy i biel śniegu na szczytach dodaje do tego wszystkiego kontrastu. Dzisiaj jesteśmy przy słynnym Pijącym Łosiu, zwanym z islandzka Hvitserkur, a pogoda jest niezwykła, jak na to miejsce: nie pada ani nawet nie mży, nie ma mgły, widoczność jest bardzo dobra, wiatr nie urywa głowy, a na niebie jest sporo błękitu i trochę chmurek. Poprzednio gór widocznych na górnym zdjęciu po  prostu nie było, a teraz są, wystarczy spojrzeć od Łosia na południe. Łoś w kilku smakach też będzie, już wkrótce.

Poniżej drugi przykład wysokiego nasycenia: barwy narodowe Islandii na przykładzie kościółka katolickiego z Akureyri. Tam też było dzisiaj słonecznie.

Barwy narodowe Islandii

 

Narzędzie zwane uporem
Pijący łoś, Hvitserkur, Islandia

Okazja niewykorzystana przepada na zawsze. Mówienie sobie: „pójdę później/jutro/za tydzień i zrobię lepsze zdjęcie, bo teraz światło jest niezłe, ale mogłoby być lepsze” to wymówka niezła, ale nadal tylko wymówka, a nie argument. Owszem, światło rzadko bywa idealne, ale odpuszczanie dobrej sytuacji, by kiedyś doczekać sytuacji jeszcze lepszej to dobry sposób, aby nie zrobić żadnych zdjęć. Żadnych: bo teraz warunki nie są idealne, a jutro czy za tydzień wcale nie będą lepsze albo będą, ale i tak zdjęcia nie zrobimy, bo na przeszkodzie stanie jedna z miliona przeszkód obiektywnych.
Wczoraj przy pijącym łosiu byłem dwa razy: raz późnym popołudniem, gdy resztki dziennego światła oświetlały skałę, a drugi raz parę godzin później, licząc na spektakularny zachód słońca. Zachód nie był specjalnie spektakularny, więc może lepiej byłoby nie iść drugi raz, tylko zaczekać na wschód słońca? Tylko że wschodu słońca nie było – na godzinę przed świtem przywiało chmur. Jak nauczał Mistrz: jeśli masz możliwość zrobienia dobrego zdjęcia, to je zrób – gdy będzie można zrobić jeszcze lepsze, to je zrobisz i będziesz miał dwa.
U góry islandzki pijący łoś, czyli Hvitserkur, w bardzo rzadki wieczór, gdy nie leje i nie wieje. Na dole kolejne zdjęcie z cyklu „36 widoków góry Kirkjufell” z dzisiejszej popołudniowej sesji. Zaraz idę na wieczorną, a parę godzin później sprawdzę, jak będzie z poranną.

Z cyklu: 36 widoków góry Kirkjufell

 

Islandia to inna planeta

Z cyklu: 36 widoków góry Kirkjufell

Wróciliśmy z naszej drugiej fotowyprawy na Islandię (i dwudziestej fotowyprawy w ogóle!) i jesteśmy nieco zaskoczeni tym, że ledwo starczyło nam kart pamięci. Do tej pory każda kolejna fotowyprawa w to samo miejsce to mniej zdjęć – najbardziej oczywiste kadry robi się za pierwszym razem. Z Islandią jest inaczej: teraz mamy więcej zdobyczy niż przed rokiem.

Po części to efekt pogody: jeśli chodzi o deszczowe dni, to mieliśmy negatyw z zeszłego roku – tam, gdzie poprzednio padało, teraz mieliśmy słońce i vice versa. Mogliśmy teraz więcej czasu poświęcić m.in. wodospadowi Godafoss i klifom koło Arnarstapi. Zdecydowanie mniej też wiało – jak na islandzkie warunki, to wręcz była martwa cisza. Poprzednio normalny, nieustający wicher przechodzący okazjonalnie w huragan dość mocno dawał się we znaki, a zmęczenie nie wpływa dobrze na kreatywność.

Dwugłowy maskonur, Islandia

Kondycja jednak wpływa na to, jakie zdjęcia przywozi się z fotowypraw i szczególnie to widać na Islandii: raz ze względu na dość męczącą pogodę, a dwa przez długość samej fotowyprawy. Nie jest problemem, czy da się radę wykonać wszystkie spacery i sesje plenerowe składające się na program, bo to wszyscy dają radę. Kwestią jest, czy pod koniec dnia nadal szuka się kadrów, czy już tylko wypatruje schroniska. A także, czy wieczorem jeszcze ma się siły i ochotę ruszyć się z aparatem. Pijący łoś z poprzedniego wpisu i zachód słońca nad Kirkjufellem powyżej to efekty takich nadprogramowych sesji – z obu wróciliśmy już po północy, a te spacery były kosztem snu, którego na fotowyprawach nigdy nie jest dużo. Później i tak zawsze żałuje się zaprzepaszczonych okazji, więc warto dać z siebie wszystko i spróbować każdego zachodu słońca, nawet gdy kończą się one o północy.

Warto starać się o każdy kadr, bo islandzkie pejzaże są zupełnie nie z tej Ziemi i druga wizyta na tej wyspie wcale nie zmniejsza wrażenia, jakie ona wywiera. My tam wracamy za rok i zapraszamy, aby razem z nami fotografować tę niesamowitą wyspę!

Na górze góra Kirkjufell, której niedługo będzie u nas jeszcze więcej. W środku dwugłowy maskonur, a poniżej plaża zielonych islandzkich żółwi. 😉

Plaża zielonych żółwi, Islandia

 

I jeszcze zdjęcie grupowe uczestników islandzkiej fotowyprawy przy wodospadzie Dettifoss, razem z naszym przewodnikiem Radkiem Kucharskim. Radek klęczy w czerwonej kurtce, Dettifoss cieknie z tyłu. 🙂

Uczestnicy fotowyprawy na Islandię 2015