IMG_5048_pasek

Fotowyprawa W górach Gruzji – 7-16 czerwca 2013

Choć fotografowanie kaukaskich 5-tysięczników było bez wątpienia jednym z kluczowych momentów naszej fotowyprawy, to atrakcji było znacznie więcej. Podczas wyjazdu organizowanego wspólnie z biurem podróży Horyzonty.pl biegaliśmy z aparatami od Morza Czarnego aż po szczyty Kaukazu. No dobra, nie biegaliśmy aż tak daleko, bo niekiedy podjeżdżaliśmy autobusem i samochodami terenowymi. 🙂

 

Świt w Tbilisi

Najpierw fotografowanie, wygody później – już pierwsze minuty na gruzińskiej ziemi były podporządkowane temu, po co tam przyjechaliśmy. Prosto z samolotu udaliśmy się… nie, wcale nie do hotelu, tylko na sesję o wschodzie słońca. Z tej sesji pochodzi zaprezentowane na następnej rozkładówce zdjęcie mostu nad Kurą, czyli rzeką przepływającą przez Tbilisi. Oprócz fotografowania mostów, twierdz i kościołów poranek był też czasem dokręcania szybkozłączek do aparatów, wykładu na temat fotograficznego BHP i innych działań mało porywających, ale mających zapewnić nam bezpieczne fotografowanie przez następny tydzień. Dopiero później zawieźliśmy bagaże do hotelu i udaliśmy się na śniadanie.

IMG_5106_b

 

Batumi, ach, Batumi

Ktokolwiek w ostatnich latach odpowiada za rozwój architektoniczny Batumi, musi lubić fotografów. Ten kurort nie tylko jest bajkowy, ale też pięknie oświetlony wieczorem. Co więcej, jest to oświetlenie doskonałe dla wieczornej fotografii: szerokie, równomierne, włączane ze sporym wyprzedzeniem przed zmrokiem. Tbilisi też było świetne pod tym względem, ale Batumi jest jeszcze bardziej kolorowe, wręcz odjechane, a przy tym bardzo fachowe w ustawieniu reflektorów iluminujących budynki. Wieże, biurowce przeróżnego kształtu, zabytkowe kamieniczki nie mogą wieczorem po prostu stać – muszą stanowić rusztowanie dla kolorowych neonów, animowanych i nieruchomych plam barwnego światła.

Wieczór i następujący po nim poranek to oczywiście sesja na plaży, gdzie ćwiczyliśmy zarówno uspokajanie morskich bałwanów i zamienianie ich w delikatną mgiełkę za pomocą długich czasów naświetlania, jak i dramatyczne zamrażanie krótkimi ekspozycjami. Drugiego dnia zdążyliśmy jeszcze odwiedzić… Daleki Wschód – w pobliskim, rozległym ogrodzie botanicznymi można było znaleźć lasy bambusowe, a parę kroków dalej gaje eukaliptusowe.

IMG_5204_b

 

Kaukaz od świtu do zmierzchu

Nasze następne poranne i wieczorne sesje to wysokie góry. A wczesnym świtem fotograf w górach musi być szybki. Okrzyk: „Ooo, tam słońce wylazło!” i czternaście obiektywów kieruje się w lewo. „Stąd widać prześwit w chmurach!” – stado składające się z dwunogów z trójnogami pędzi zobaczyć, co widać przez prześwit w chmurach. Poranna sesja nad Mestią obfitowała w liczne dramatyczne zwroty akcji, gdy zmiana konfiguracji chmur nad szczytami otwierała i zamykała możliwości kompozycyjne.

Tak wyglądały wszystkie nasze poranne i wieczorne sesje na Kaukazie, bo pogoda była bardzo zmienna, ale zaskakująco dla nas przychylna. O dwóch najsłynniejszych szczytach – Uszbie i Kazbeku – miejscowi mówią, że nigdy nie pokazują one swoich szczytów. Jak widać na ilustracji otwierającej – Uszba pokazała nam się bardzo ładnie, a i ładnie się zaprezentował, co z kolei widać na zdjęciu grupowym. Nawet jednak w tak nadzwyczaj dobrych warunkach pogodowych fotografowanie pejzaży wymaga szybkiego podejmowania decyzji. Układy chmur zmieniają się dosłownie z sekundy na sekundę, mgliste pasma odkrywają i zakrywają fragmenty scenerii – na ocenę, kiedy scena daje możliwość stworzenia dobrej kompozycji, nie ma dużo czasu.

IMG_5176_b

Kamienne wieże

Prawdopodobnie udało nam się pobić rekod: zapewne nikt od czasów carskich nie pokonał trasy z Mestii do Uszguli w wolniejszym tempie, co osiągnęliśmy, zatrzymując się na plener za każdym razem, gdy pojawiło się coś ciekawego. Czyli co chwila. Atrakcją były zarówno wioski z kamiennymi wieżami, widoki na ośnieżone kaukaskie szczyty, strome górskie kaniony z rwącymi potokami, jak i pasące się na łąkach stada krów, kóz i świń, te ostatnie w umaszczeniu a la „Pustynna Burza”.

IMG_5446-5448_b

Ton pejzażom nadają słynne kamienne wieże: szare słupy, wznoszące się między domami miast, w wioskach, ale też czasem niespodziewanie przy drodze lub nad strumieniem. Najmłodsze z nich pochodzą z XVI wieku, najstarsze z IX wieku, choć oczywiście odnawiano je jeszcze długo po tym, jak przestano wznosić nowe. Te wieże dzisiaj są tym bardziej absurdalne i surrealistyczne, że solidnością i elegancją biją na głowę otaczające je byle jakie domki z dachami z blachy falistej, budynki znacznie nowsze i praktyczniejsze. Wieże nie są ani praktyczne, ani nowoczesne, ale to one nadają ton gruzińskiej prowincji, przenosząc ten postradziecki kraj nieco w stronę baśni z 1001 nocy.

IMG_5332_b

Malowanie jaskiń

Nasz kolejny przystanek to najpierw Gori (miasteczko związane z Józefem Stalinem) oraz znacznie ciekawsze Upliscyche, czyli skalne miasto, gdzie naturalna sieć grot i jaskiń od czasów prehistorycznych była rozbudowywana i zamieniana na domy i pałace. Ta niegdysiejsza siedziba królów dzisiaj jest królestwem dla miłośników faktur i form skalnych oraz kamiennej architektury. Sceneria jest spektakularna, co nie znaczy, że nie można jej efektowności jeszcze podkręcić przez malowanie kamiennych jaskiń światłem. Po pokazaniu, jak to robić, oddaliśmy naszą lampę błyskową w ręce uczestników fotowyprawy i… zobaczyliśmy ją ponownie dopiero wówczas, gdy baterie zostały całkiem rozładowane.

 

To nie jest kraj dla ludzi na diecie

Posiłki mieliśmy wprawdzie podporządkowane fotografowaniu, czyli przeważnie późne, ale jak już usiedliśmy do stołu… to później trudno nam było od niego wstać. Gruzińska kuchnia jest zróżnicowana, wyrazista i aromatyczna, co sprawia, że jak się zacznie jeść, to nie jest łatwo przestać. My się uzależniliśmy od chaczapuri (pizzopodobnego placka z warstwą słonego sera w środku), ale będziemy też z rozrzewnieniem wspominać djaroni (rodzaj zapiekanki z mięsa, pomidorów, sera i jeszcze paru innych dobrych rzeczy) oraz khinkali – duże pierogi z mięsem i rosołem w środku, podczas lepienia uformowane tak, aby miały uchwyt – coś jakby nóżka odwróconego grzyba. Uchwyt służy do przytrzymania khinkali, gdy przy pierwszym kęsie wypija się ze środka rosół. Improwizowane zawody w jedzeniu khinkali doprowadziły do ustanowienia rekordu 11 zjedzonych pierożków.

IMG_7038_b

Przyjaźnie i fotogenicznie

Gruzja to kraj bardzo przyjazny dla fotografów i… Polaków – nie tylko dlatego, że to prawdopodobnie jedyny kraj spoza Unii Europejskiej, do którego możemy wjechać na dowód osobisty. Przejawy sympatii spotykaliśmy często, a szczególnie na jednym z postojów, gdzie grupka Gruzinów rozpoczęła wznoszenie na naszą cześć tradycyjnych śpiewanych na głosy toastów – wrażenie nie do zapomnienia! Także pod względem swobody fotografowania nie mogliśmy lepiej trafić – nawet w kościołach nikt nie przeganiał rozstawiających statywy.

IMG_5424_56_b

Architektura, a zwłaszcza pejzaże to materiał do długich fotograficznych eksploracji. Te ostatnie są jednak trudno dostępne dla typowego turysty. Najbardziej efektowne scenerie, czyli szczyt Kaukazu i wioska Uszguli to miejsca, do których jechaliśmy terenowymi samochodami po niemal kozich ścieżkach. Do tego te najciekawsze senerie najładniej wyglądają o mało turystycznych porach: Uszbę fotografowaliśmy w porze, gdy wszyscy normalni ludzie jedzą kolację, a Kazbek spod słynnej kaplicy Cminda Sameba podziwialiśmy o szóstej rano, bo pół godzinie wytrzęsania w terenówkach, które wiozły nas ze Stepancmindy. Gdy my po zakończeniu sesji wracaliśmy na śniadanie, mijaliśmy pierwszych normalnych turystów, wjeżdżających na normalne zwiedzanie, czyli takie, które zaczyna się po wyspaniu i zjedzeniu solidnego śniadania. My byliśmy niewyspani, a śniadanie dopiero nas czekało, za to mieliśmy kadry, których nie da się zrobić z „normalną” wycieczką.

IMG_7746_b

 

 

Horyzonty

Więcej zdjęć z fotowyprawy do Gruzji w naszym portfolio. A do Gruzji z pewnością wrócimy! 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *