W Białowieży – polowanie z zasiadki

 

O ile w Dolinie Baryczy próbowaliśmy zwierzęta podchodzić, to na warsztatach zrealizowanych wspólnie z Markiem Kosińskim w Puszczy Białowieskiej postawiliśmy na ukrycie się i czekanie.

 

bielik, Białowieża

Białowieża zimą

Na inne warunki nastawiliśmy się podczas kolejnej edycji warsztatów fotograficznych, którą przeprowadziliśmy na początku grudnia w Białowieży. Tam pomagał nam Marek Kosiński, który udostępnił nam swoje czatownie, co otworzyło przed nami zupełnie nowe możliwości. Oczywiście, kosztem zaakceptowania też pewnych ograniczeń.

Usiądź i czekaj

Zgodnie z zasadami, obowiązującymi przy korzystaniu z czatowni, weszliśmy do niej przed świtem i czekaliśmy. To jest jedyne, co można robić w czatowni, dlatego istotne jest, jak dobrze została ona przygotowana. Oczywiście, wybór miejsca, gdzie została zbudowana kryjówka, ma znaczenie, ale bardziej liczy się praca, jaką włożył właściciel w zanęcenie ptaków. Obowiązuje tu prosta reguła: chcesz mieć przed czatownią ptaki, zadbaj o to, żeby miały po co przylatywać. Oczywiście takim powodem może być tylko pokarm – trzeba wykładać go prawie codziennie. O ile zanęcenie sikorek nie wymaga wielkich nakładów, to już zaproszenie dużych drapieżników, jak bieliki czy myszołowy to już solidna praca i konieczność targania dziesiątków kilogramów mięsa. To ciężka praca i wcale niemałe koszty. Co dostaje się w zamian?

 

bielik, Białowieża

zapraszamy do Białowieży

 

Bielik na wyciągnięcie dłoni

Możliwości fotograficzne w czatowni zależne są od stopnia przygotowania czatowni oraz… szczęścia. Zwierzęta nie są nigdy przewidywalne i świetne warunki jednego dnia mogą zmienić się już dzień później. My jednak nie mogliśmy narzekać. Uczestnicy w warsztatów rozmieszczeni w obu czatowniach mieli w zasięgu obiektywów dziesiątki kruków i kilka bielików. Nie mieliśmy aż takiego szczęścia, żeby pojawił się myszołów, lis czy wilk, choć zdarzają się tam. Z pewnością spędzenie kilku kolejnych dni w zasiadce zwiększyłoby szanse na „ustrzelenie” któregoś z rzadszych gości, ale i tak nie mogliśmy narzekać. Bieliki lądowały kilka metrów od nas, a co istotne – wcale nie spieszyły się z ponownym startem. Spacerek drapieżnika wte i we wte, odgonienie bezczelnego kruka i dopiero wówczas rozłożenie skrzydeł i odlot – z taką sekwencją spotkaliśmy się tego grudniowego dnia kilkukrotnie, a towarzyszył temu oczywiście klekot migawek. Na szczęście na ten odgłos ptaki nie zwracały zupełnie uwagi.

Mieliśmy je więc tak blisko, że ogniskowa 400 mm i matryca formatu APS-C praktycznie wystarczała, żeby wypełnić kadr stojącym drapieżnikiem, a gdy rozłożył skrzydła, potrzeba było szybko skracać ogniskową. W ten sposób powstało wiele atrakcyjnych ujęć, zwłaszcza że padający śnieg dodał scenie dramatyzmu.

IMG_0816_b

Patrz tylko w przód

Siedzimy w czatowni na stołeczkach, przed nami rozstawione statywy z teleobiektywami, do których przykręcone są aparaty. Siedzimy i czekamy. Weszliśmy tu przed świtem, gdy na dworze było jeszcze całkiem ciemno. Ptaki pojawią się dopiero, gdy wzejdzie słońca. Czatownia jest całkiem komfortowa, ma ogrzewanie i toaletę w przedsionku. Zakładamy dodatkowe skarpety, pakujemy się w śpiwory do pasa, rozkładamy w zasięgu ręki wszystkie przedmioty, które mogą nam być potrzebne w ciągu następnych godzin: termos, kanapki, zapasowe karty pamięci, akumulatory.

Teraz trzeba się było zdecydować: górne okienko czy dolne. Do górnego się wygodnie siedzi, ale perspektywa jest lekko z góry, dolne daje naturalniejszy punkt widzenia kosztem cierpień fotografa, który leży i nadwyręża kark, żeby zajrzeć w wizjer (chyba że ma wizjer kątowy). Trzeba się zdecydować od razu i na cały dzień – nie można przekładać obiektywu. Jeśli ktoś ma dwa aparaty, to może jeden zamocować nisko, drugi wysoko i dyskretnie, bez hałasu zmieniać powoli pozycję.

Nim się rozwidni, odchylamy do góry drewniane okiennice i blokujemy je haczykami. Teraz po rozstawieniu statywu trzeba przełożyć obiektyw przez dziurę w siatce maskującej, zwisającej z okna, a następnie zacisnąć linkę, dzięki której siatka nie zsunie się, oraz zamocować aparat i ostrożnie wysunąć obiektyw poza czatownię. Wszystko gotowe, pozostało nam tylko czekać. Czekamy.

 

Bielik, Białowieża

Przez ponad godzinę nic się nie dzieje. Później pojawiają się kruki, najpierw pojedynczo, po kilku minutach na ziemi jest ich spore stado. Wtedy też na pobliskie drzewo przylatuje pierwszy bielik. Siada wysoko i cierpliwie obserwuje okolicę. Pojawią się jeszcze dwa. Czasem któryś odleci, a za jakiś czas przyleci z powrotem (a może to inny ptak?). Trudno je obserwować, bo trzeba się schylić, żeby przez okienko zerknąć na tak wysokie gałęzie.

Wokół nas dzieje się znacznie więcej niż widzimy. Nadlatującego bielika dostrzegamy dopiero wówczas, gdy jest na wprost obiektywów, chyba że zatoczy krąg nad polaną zanim wyląduje. Lądują kilka razy, w pewnym momencie na ziemi są dwa. Nie mamy aż takiego szczęścia, żeby trochę ze sobą powalczyły.

Fotografujemy prawie do zmroku, aż przychodzi Marek, z daleka sygnalizując ptakom swoje zbliżanie się. One odlatują, a my możemy wyjść, nie demaskując czatowni.

 

dzięcioł średni

Małe ptaszki mają krótką pamięć

Gdy dwie grupy spędzają dzień w czatowni bielikowej, trzecia, najmniej cierpliwa, korzysta z osobnej czatowni na małe ptaszki. Czatownia to w tym przypadku chyba za wielkie słowo na prosty namiot z krzesełkiem w środku i okienkiem przysłoniętym siatką maskującą. Tutaj jest o tyle łatwiej, że wyjście czy wejście do namiotu przepłasza ptasi drobiazg tylko na parę minut. Później zapominają o obecności fotografów i wracają do rozsypanego słonecznika i wysmarowanego smalcem pnia.

 

Żubry w Białowieży

Szczęście sprzyja przygotowanym

Marek Kosiński przygotował dwie świetne czatownie bielikowe (przed każdą z nich pojawiały się bieliki i kruki), a ponadto stanowisko do fotografowania mniejszych ptaków. Potrzebowaliśmy jednak szczęścia do pogody – bez śniegu ani ptaki, ani żubry nie są tak skłonne do korzystania z paśników i wyłożonej karmy. I szczęście nam dopisało. Gdy w piątkowy poranek ruszyliśmy w kierunku Białowieży, sypał gęsty śnieg. Sypał też z przerwami przez cały weekend, wiec mieliśmy zimę jak się patrzy. Dzięki temu żubry praktycznie podchodziły nam pod drzwi – para tych zwierząt weszła między zabudowania Białowieży, a później spokojnie przespacerowała się na okoliczne pola – a my za nimi, niekiedy idąc równolegle do nich!

Poniżej uczestnicy i prowadzący warsztaty w sali goszczącego nas Dworu Wejmutka:

IMG_3388_b

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *