Fotowyprawa do Maroka – 4 – 11 listopada 2011 

 

Pierwsza nasza fotowyprawa zakończona. Przez nieco ponad tydzień w Maroku przejechaliśmy przeszło 1500 kilometrów, przeszliśmy lub przejechaliśmy na wielbłądach 25 km i zrobiliśmy ponad 50 tysięcy zdjęć. Jak wyszło nasze spotkanie z Afryką? Poczytajcie i pooglądajcie!

 

 

Organizowaliśmy już wiele razy warsztaty fotograficzne, zarówno krajowe, jak i zagraniczne (w Pradze), jednak po raz pierwszy wybraliśmy się tak daleko. Jako redakcja miesięcznika DIGITAL FOTO VIDEO wspólnie z Fundacją Marka Kamińskiego przygotowaliśmy naszą pierwszą wspólną fotowyprawę, a jej celem było Maroko. Nie błądziliśmy po bezdrożach, nie gubiliśmy się w zaułkach medyn i suków, tylko zawsze trafialiśmy we właściwe miejsce o właściwej porze – czyli gdy światło było najlepsze. Tym właśnie różniła się nasza fotowyprawa od wycieczek objazdowych organizowanych przez biura podróży – my chcieliśmy być w najładniejszych miejscach w porze najlepszego światła, aby tam robić zdjęcia. I byliśmy.

 

 

Gdzie są walizki?

 

Zaczęło się z przygodami. Wczesnym popołudniem 4 listopada wylecieliśmy z Warszawy do Lizbony, gdzie prawie biegiem przesiedliśmy się do samolotu do Marrakeszu. Jeszcze półtorej godziny lotu i już jesteśmy w Afryce, tylko… gdzie są nasze walizki? Portugalczykom udało się zgubić bagaż aż sześciu osób na 20 uczestników! Na szczęście w Marakeszu pracownik lotniska w 10 minut ustalił, że nasze walizki nie opuściły Lizbony, i załatwił, aby zostały dostarczone następnego dnia.

 

 

A następnego dnia pojechaliśmy nad fantastyczne wodospady Ouzoud. Niespecjalnie dopisała nam pogoda – solidnie zmokliśmy, choć pod koniec sesji się wypogodziło. Za to dopisało nam szczęście – po ulewnych deszczach wodospady były wyjątkowo burzliwe i obfite, a woda miała niezwykły kolor. Spontaniczna akcja wzajemnej wymiany statywów pozwoliła swobodnie fotografować sześciu pechowcom, których trójnogi utknęły w Portugalii. Wieczorem zresztą wszyscy dostali swoje bagaże, a przy okazji przeżyli przejażdżkę miejscową taksówką – nasza cała szóstka zmieściła się w jednym starym mercedesie! Tak się tam podróżuje!

 

 

Na szczęście w takim ścisku jechaliśmy tylko raz. Przez Maroko podróżowaliśmy dużym, wynajętym autobusem, gdzie każdy miał dla siebie dużo miejsca. Autobus był sceną długich dyskusji o fotografii, tam też redaktorzy DFV, czyli my, wygłaszaliśmy pogadanki o technice i estetyce oraz odpowiadaliśmy na pytania uczestników, a Sławek Adamczak zaznajamiał wszystkich z kulturą Maroka i przygotowywał na to, co zobaczymy za chwilę.

 

 

Zamki z gliny

 

Następnego dnia pokonujemy góry Atlas i wieczorem mamy sesję w bajkowej Ait Benhaddou – formalnie wiosce, która wygląda jednak jak położone na zboczu góry skrzyżowanie baśniowych zamków z wielkomiejskimi wieżowcami, a całość zbudowana jest z… gliny i słomy. Przechodzimy przez labirynt ni to uliczek, ni to korytarzy, a na szczycie na końcu czeka nas fantastyczny zachód słońca – z jednej strony z widokiem na osadę poniżej, a z drugiej – na pastelowe wzgórza w zupełnie niewiarygodnych odcieniach różu i pomarańczu.

 

 

Do Ait Benhaddou wróciliśmy jeszcze siódmego dnia fotowyprawy, tym razem przed świtem. Dzięki temu mogliśmy fotografować najbardziej malowniczą wioskę świata zarówno o zachodzie, jak i o wschodzie słońca. Priorytetem dla nas było dobre światło, stąd pobudki o czwartej lub piątej rano, aby zdążyć dojechać na wschód słońca, a główny posiłek jedliśmy w stylu śródziemnomorskim – późno, gdy już robiło się tak ciemno, że nie było mowy o zdjęciach. Takie tempo dobrze wpływało na urodę tworzonych fotografii, ale nie da się ukryć, że pod koniec wszyscy byli już dość zmęczeni, zwłaszcza że i w hotelach czyhały na nas różne pokusy. Fotograficzne pokusy, oczywiście.

 

 

Spać czy robić zdjęcia?

 

Marokańskie hotele to kolejna odsłona baśni z 1001 nocy – bardziej karawanseraje niż miejsca do spania. Fantastyczne architektonicznie, bogate w łuki, kolumny, zawijasy płaskorzeźb i barwne malunki. W ciągu tego tygodnia mieszkaliśmy kolejno w czterech hotelach i prawie każdy z nich stanowił bogactwo motywów wartych zarwania nocy. Co ciekawe, hotel o najniższym standardzie, znajdujący się w zaułkach medyny Marrakeszu, był jednocześnie najbardziej malowniczy.

 

 

Wycieczka – stop!

 

Jedną z cech, która odróżniała naszą fotowyprawę od wszelkiego typu wycieczek objazdowych, był pewien element spontaniczności i nieprzewidywalności. Ot, jedziemy późnym popołudniem przez góry, w zasadzie już na kolację, gdy nagle ktoś w autobusie krzyknął: „Stop! Zobaczcie, jaki Księżyc nad górami!”. No to do kierowcy poszła komenda „Cała stop! Przystanek na fotografowanie!”. Wprawdzie kierowca nie zahamował w miejscu, bo właśnie przejeżdżaliśmy przez most, ale zaraz za nim zatrzymał autobus i wszyscy wybiegli, by z mostu i jego okolic fotografować Księżyc nad górami odbijający się w rzece. Kierowca takie postoje „tu natychmiast chcemy fotografować” znosił z anielską cierpliwością.

 

 

Wieczór w kanionie

 

Kolejnym tematem, przed którym stanęliśmy kilkukrotnie, były górskie kaniony. Zawsze malownicze i zawsze trudne – wymagały pomysłowości tak przy komponowaniu scen, które miały oddać ich monumentalność, jak i przy ustalaniu ekspozycji i radzeniu sobie z bardzo dużymi kontrastami. W hotelu położonym w kanionie Todra spędziliśmy zresztą noc. Nie wiem, czy jest dużo miejsc na świecie, gdzie czy się wyjdzie z hotelu, czy się w nim zostanie – zdjęcia same się robią i człowiek ledwo nadąża zmieniać karty pamięci i baterie. Malownicze – to słowo zdecydowanie nie oddaje urody miejsca.

 

 

Rajd na wielbłądach

 

Największą atrakcją w zgodnej opinii uczestników okazała się pustynia. A była to nie byle jaka pustynia! Nie dość, że Sahara, to jeszcze jej najbardziej urokliwa część – Erg Chebbi. Ten relatywnie niewielki (około 27 na 7 kilometrów) obszar pokryty jest wydmami piaskowymi o pięknej, pomarańczowej barwie i wysokości dochodzącej do 200 metrów. Wyruszyliśmy do serca Ergu Chebbi po południu piątego dnia wyprawy – stylowo, wierzchem na wielbłądach. Widoki po drodze były wspaniałe, jednak fotograficznie warunki bardzo trudne – nie wiem, czy istnieje bardziej niestabilna, nierytmiczna i chwiejna platforma niż grzbiet wielbłąda. Niektórzy uczestnicy w imię dobrych ujęć rezygnowali z przejażdżki i szli z aparatami wzdłuż karawany – a siedem kilometrów po piachu to nie jest spacerek!

 

 

Zachód słońca zastał nas w drodze. Niektórzy z nas rozbiegli się po wydmach, łapiąc kadry w ostatnich chwilach dnia, a później, już po zmroku, goniliśmy karawanę. Na szczęście obozowisko Berberów było niedaleko, nawet zdążyliśmy na mocno słodzoną herbatę miętową (zwaną żartobliwie przez tubylców „Berber Whisky”). No i na kolację, oczywiście.

 

Długa noc na pustyni

 

Zaraz po kolacji, jeszcze przed nocą zaczęło się fotograficzne szaleństwo. Pokaz urządzony przez Berberów zamienił się w spontaniczną imprezę strobingową. A zaczęło się od tego, że wyciągnąłem lampę błyskową, i zamiast zamontować ją na sankach aparatu, trzymałem w wyciągniętej ręce, wyzwalając za pomocą lampy wbudowanej Canona 60D. Zaraz wszyscy canonierzy zainteresowali się, jak mogą się „podpiąć” do mojego flesza, a później… lampa ledwo nadążała się ładować. Oddałem lampę rozszalałym canonierom i wspólnie z Ewą poszliśmy wyjaśniać innosystemowcom, jak oni mają ustawić swoje aparaty, żeby też zabłyskać na amen Berberów przy ognisku. Berberowie znosili to dzielnie.

 

 

Noc nie przyniosła wytchnienia. Najpierw towarzystwo rozeszło się po okolicznych wydmach, bawiąc się fotografowaniem nocnych pejzaży, rozmywaniem pędzących chmur za pomocą długich czasów ekspozycji i próbą rejestrowania przebłyskujących gwiazd, ale później stopniowo ci, którzy nie poszli spać, schodzili się wokół palmy rosnącej tuż obok obozowiska. Zaproponowałem, że trochę pomacham latarką pod tą palmą i… zaczęło się. Sesja malowania światłem trwała prawie do drugiej w nocy. Jeden z uczestników, biegając wokół palmy z trzema czołówkami, podsumował wieczór stwierdzeniem, że jeszcze nigdy się tak dobrze nie bawił na trzeźwo. Na ilustracji otwierającej artykuł widać jeden z efektów zbiorowych wysiłków w wymachiwaniu latarkami. Była to okazja do poćwiczenia zarówno ustalania ekspozycji w słabym świetle, jak i bardzo długich czasów naświetlania oraz ujęć interwałowych. Niestety, częściowe zachmurzenie nieba pozbawiło nas możliwości uprawiania astrofotografii. Ale i tak robiliśmy interwały i jeszcze je zobaczycie.

 

 

Interesujące, że w tych warunkach wizjery optyczne okazały się zdecydowanie lepsze niż wizjer elektroniczny. Ani w wizjerze, ani na LCD nowiutkiej Alfy A77 jednego z uczestników nie było widać nic oprócz szumu, a tymczasem osoby z tradycyjnymi lustrzankami cyfrowymi nie miały żadnych problemów z kadrowaniem. Na oko księżycowa noc wydawała się całkiem jasna i chodziliśmy po wydmach bez latarek.

 

A później wstał dzień, dla niektórych już po trzech godzinach snu w namiocie. Nieliczni dali radę zebrać się o piątej, żeby przy rozpogodzonym już niebie zapolować na gwiazdy, jednak na wschód słońca, który nastąpił przed siódmą rano, wszyscy uczestnicy fotowyprawy byli w gotowości ze statywami na szczytach wydm. A później słychać było tylko szum osuwającego się piasku, piski samowyzwalaczy i trzask migawek, gdy powstawały pejzaże Ergu Chebbi.

 

Negocjujemy?
– Nieustannie.

 

Powyższy cytat z filmu „Adwokat diabła” dobrze oddaje atmosferę na ulicach Marrakeszu. Trzeba było być bardzo czujnym i asertywnym, żeby niechcący czegoś nie kupić. I choć sprzedawcy bywali natrętni, to nigdy nie przybierało to formy napastliwej – owszem, zagadywali, ale nie łapali za ręce, nie próbowali zaciągać do stoisk, nie zastawiali drogi.

 

 

Fotografowanie nie było tutaj łatwe, ale jakże ekscytujące! Kolorowe stragany, barwne ubrania mieszkańców i niezwykłe fizjonomie. Do tego piękna architektura, z medresą Ibn Jusufa na czele, ale także mury i bramy miejskie. Ciekawostką jest, że budynki od zewnątrz dość nijakie, wewnątrz ujawniały fantastyczne bogactwo zdobień, misternych roślinno-geometrycznych motywów i subtelności, w których fotograf mógł się zagubić na długie godziny.

 

Od Marrakeszu zaczęliśmy fotowyprawę i w tym mieście spędziliśmy ostatnie dwa dni.

 

Nie takie straszne to Maroko

 

Przed wyjazdem niektórzy forumowicze na DFV straszyli nas statystykami przestępczości, ostrzeżeniami z różnych przewodników na temat niebezpieczeństwa na ulicach, rabunków popełnianych na turystach itp. Na szczęście nic z tych strasznych rzeczy nam się nie przydarzyło, a najbardziej niekomfortową przygodą było opisane wcześniej czasowe zaginięcie walizek (zawinione zresztą przez Portugalczyków).

 

 

Za to byłem świadkiem innych sytuacji, dość zaskakujących. Przy wodospadach Ouzoud jeden z kręcących się tam sprzedawców pamiątek klepnął mnie w ramię i wskazał palcem na rozpięty plecak fotografa z naszej grupy. Gdy zaś wieczorem szliśmy grupą przez Ouarzazate i jeden z fotowyprawiczów filmował uliczny ruch komórką w wyciągniętej ręce, mijający nas przechodzień wykonał ręką ruch, jakby chciał wyrwać komórkę i uciec, a następnie rzucił: „Be careful”.

 

 

Nie chcę tu robić jakichś generalizacji, ale wygląda na to, że o nasze bezpieczeństwo niektórzy Marokańczycy dbali bardziej niż my sami. Rozpięte plecaki i torby były plagą. Uczestnicy wyprawy nawzajem łapali sobie wypadające lub prawie wypadające obiektywy. Niestety, nie zawsze udało się zapobiec wypadkowi. Z dwóch utopionych w strumieniach obiektywów jeden udało się wysuszyć i uruchomić (działał bezproblemowo do końca fotowyprawy), drugi natomiast miał po powrocie powędrować do serwisu.

 

Ciąg dalszy nastąpi?

 

Powrót, choć długi, bo z 9-godzinną przesiadką w Lizbonie, przebiegł bez niespodzianek. Pożegnanie na lotnisku i rozjeżdżamy się do domów. Teraz każdy uczestnik musi sam zmierzyć się z wyzwaniem, jakim jest selekcja i edycja fotograficznych perełek spośród tysięcy przywiezionych zdjęć. Może pozbieramy je w naszyjniki i kolie, prezentując w postaci wspólnego albumu z fotowyprawy do Maroka?

 

 

W tej relacji nie starczyło miejsca na opisanie wszystkich przygód, interesujących miejsc i ciekawych sytuacji, które wypełniły nam te listopadowe dni. Nie obyło się bez wypadków, takich jak upadki z wielbłądów czy topienie obiektywów, ale wszystko dobrze się skończyło. Po fotowyprawie zostaną nam wspomnienia, zdjęcia i doświadczenie – zarówno te fotograficzne, jak i zdobyte przez zetknięcie z marokańską kulturą, przestrzenią i światłem.

 

 

Nasza pierwsza fotowyprawa zakończona. A następna? Świat jest wielki i piękny. Dokąd chcielibyście z nami pojechać?

 

[poll id=”21″]

 

I jeszcze filmowo-fotograficzna impresja z Maroka:

  1. Właśnie na taką opowieść czekałem! Z drugiej strony, zaczynam bardziej żałować, że mnie tam z Wami nie było. 😉 Świetny tekst, świetne zdjęcia.

    Ps. Czy zdjęcie z kanionu Todra jest w oryginale tak czerwone, czy to mój monitor błaga o kalibrację?

    1. Tak w ogóle, to w Maroku uwierzyłem, że w Afryce jest po prostu inne światło i inne kolory. Natomiast w tym konkretnym przypadku źródłem światła było słońce po zachodzie – czyli poniżej linii horyzontu, które podświetlało niebo dokładnie za moimi plecami. I źródłem światła na tym zdjęciu było właśnie do światło od podświetlonego na czerwono nieba. Więc tak – zdjęcie jest wściekle różowo-czerwone. I żeby było śmieszniej, tak tam dokładnie w tym momencie wyglądało.
      A tak przy okazji, to nie jest kanion Todra, tylko widok z Ait Benhaddou. Tutaj niekoniecznie zdjęcia są skorelowane z tekstem. Mamy klęskę urodzaju 🙂 jeśli chodzi o ilustracje, więc tutaj, w DFV i w zbliżającej się prezentacji multimedialnej będą różne zdjęcia.

      1. Na kanion nie wyglądało mi od samego początku, ale nie byłem-nie chciałem polemizować. Pytanie odnośnie koloru wbrew pozorom zadałem świadomie. Mój monitor ma opcję „super bright mode”. Opcja „on” i biel Waszego blogu staje się bielsza, ale to konkretne zdjęcie robi się jeszcze wścieklej czerwone. 😉
        Ps. Cieszę się, że w końcu wyłączyłeś odpowiednią wtyczkę 😉

  2. Piotrze, Ewo, skromni ludzie jesteście! Zerkam sobie ja na vimeo, a tu znów świetna relacja z Maroka. Mocny zespół ją wyprodukował: Piotr i Ewa! No żebym ja stary człowiek musiał sam po różnych portalach latać! ;-/ Bez żadnej reklamy na naszym forum, bez linka, bez żadnego info! Niedopuszczalne! Dobrze, że Ania Małkowicz jest i trzyma rękę na pulsie vimeo… 😉 Tylko dla siebie chcecie mieć te wspomnienia!? A niedoczekanie Wasze: http://vimeo.com/33084299

    1. Ania jest czujna 🙂 A to jest wersja nieostateczna, jeszcze pracujemy nad wersją HD i usunięciem paru błędów. Jak będzie gotowe, to ogłosimy oficjalnie 🙂

      1. Ania mi maila przysłała, bo ma abonament na vimeo. Jakbyś teraz nie napisał, że wersja jest nieostateczna, to nigdy bym się nie domyślił. Trzeba było w komentarzu umieścić, że to wersja beta 🙂 Czekamy na nową wersję i Wasze doniesienia o niej.

  3. Mieszkańcy skromnej wioski w województwie Opolskim są pod wrażeniem rozmachu wyprawy. Ciekawe ujęcia, kolor, ludzie, kultura, symbole…wielbłądy 🙂 Szanowna Pani Luiza aka. babcia przecierając oczy stwierdza, że trudno Jej sobie wyobrazić jak bardzo różni się swiat o tam, daleko 😉

  4. Z przyjemnością czytam takie sprawozdanie. W ogóle świetna wyprawa i dobrze zorganizowana. I z przygodami, które się dobrze skończyły. Pozostaje szczerze pozazdrościć.

    Zdjęcie, o którym piszesz: „Natomiast w tym konkretnym przypadku źródłem światła było słońce po zachodzie – czyli poniżej linii horyzontu, które podświetlało niebo dokładnie za moimi plecami. I źródłem światła na tym zdjęciu było właśnie do światło od podświetlonego na czerwono nieba. Więc tak – zdjęcie jest wściekle różowo-czerwone. I żeby było śmieszniej, tak tam dokładnie w tym momencie wyglądało.”
    Ma bardzo ładne kolory. Uchwycone dokładnie o tej porze, gdy na niebie przez kilka minut dzieją się niesamowite rzeczy. Trzeba się uwijać by to sfotografować. Dodatkowo w tym momencie kontrast sceny jest już taki, że często da się zarejestrować bez filtra połówkowego. Wszystko zmieści się w możliwościach matrycy. Cienie są miękkie, światło odbite od chmur doświetla „podłogę”.

    Ciekaw jestem tych zdjęć z kanionów. Też mam wrażenie, że na innych szerokościach geograficznych światło jest inne. Choć jak wiadomo najlepsze i najbardziej spektakularne zachody słońca są we Wrocławiu, gdy wracamy ze sklepu lub jedziemy samochodem, a aparat został w domu.

    1. Dzięki za miłe słowa 🙂

      „Uchwycone dokładnie o tej porze, gdy na niebie przez kilka minut dzieją się niesamowite rzeczy. Trzeba się uwijać by to sfotografować. Dodatkowo w tym momencie kontrast sceny jest już taki, że często da się zarejestrować bez filtra połówkowego.”
      Jakbyś tam był 🙂

      „Ciekaw jestem tych zdjęć z kanionów. „
      Wrzucimy i kaniony. Strasznie dużo zdjęć przywieźliśmy i nie dajemy rady wrzucać 😉

      „Choć jak wiadomo najlepsze i najbardziej spektakularne zachody słońca są we Wrocławiu, gdy wracamy ze sklepu lub jedziemy samochodem, a aparat został w domu.”

      O właśnie! I to jest to światło, którego nigdy nie ma, gdy się marźnie gdzieś z aparatem czekając na zachód słońca, który przecież miał być taki ładny…

    1. Było i fajnie, i męcząco. Uczestnicy dość zgodnie uznali, że tak około tygodnia w takim tempie to męczenie jeszcze jest przyjemnością, dłużej byłoby już tylko mordęgą.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *