Toskania: nie tylko pejzaże i architektura

Poranek w Val d'Orcia

Są miejsca, gdzie jeździ się dla zdjęć, są też takie, gdzie jeździ się z poświęceniem i zaciskaniem zębów, bo czekają tam takie zdjęcia, że ach… Toskania to przypadek z drugiej strony skali – zdjęcia, owszem i jak najbardziej, ale nic nie trzeba poświęcać ani zaciskać zębów. Aczkolwiek zęby się przydają, bo oprócz pejzaży z cyprysami i uroczych uliczek małych miasteczek czekają tu na fotografa takie cuda jak pecorino, porchetta i cantucci z obowiązkowym vinsanto. Zresztą tych kulinarnych cudów jest więcej, a dyskusje, czy lepszym powodem odwiedzin w Italii są gnocchi al tartufo u Saracena w Arezzo czy też lody przy studni w San Gimignano, można toczyć długo. W każdym razie fotograf jadący do Toskanii nie może nawet pozować na twardziela, co to dla kadru cierpi trudy i niedostatki, bo i tak mu nikt nie uwierzy. Próby imponowania znajomym opowieściami o wstawaniu o 6 rano na wschody słońca skończą się na pytaniu: „no, a co później robiłeś?”. Odpowiedź: „poszedłem na espresso i ciabattę z prosciutto” niweluje szansę wzbudzenia podziwu wśród słuchaczy. Za to z pewnością wzbudzi zazdrość.

No to teraz sami rozumiecie, jak tu wszyscy cierpimy. Na wschody słońca wyjeżdżamy o 6 rano, a później też nie mamy spokoju, bo uganiamy się po miasteczkach wyszukując sklepiki, bary i trattorie, żeby dla Was fotografować np. deskę serów. Obiecujemy nie ustawać w tych wymagających pełnego zaangażowania i ogromnego poświęcenia wysiłkach.

Pecorino

Toskania: plenery szczęśliwe
Fotograficzny Brexit

5 komentarzy

  1. Jorg

    Zazdroszczę tych serów. Mniam…

  2. sewo

    Najgorsze jest to, że można pojechać tylko dwa razy, wiosną i jesienią. A co, gdy ktoś ma niedosyt?

  3. Maciej

    Dostałem ślinotoku, na głos bym tego nie przeczytał 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *