Pod słońce Toskanii

Czego nie było na Photokinie

Lekką przesadą jest powiedzenie, że czego nie ma w internecie, to nie istnieje. Podobnie jest z Photokiną – największymi, odbywającymi się co dwa lata targami fotograficznymi. Nie jest jeszcze tak, że czego nie było na Photokinie, to nie istnieje na rynku fotografii. Niemniej jest to przesada z solidnym ziarnem prawdy. Kilka nieobecności na kolońskich targach jest znaczących.

Pod słońce Toskanii

Zacznę od tego, czego nie pokazał Nikon. To, że nie było żadnych nowych lustrzanek, to nie problem – w tym roku była premiera dwóch topowych modeli i jednego amatorskiego. Nie było jednak śladu po nowym bezlusterkowcu z serii Nikon 1 – a to już prawie dwa lata od premiery ostatniego bezlusterkowca. Podejrzenia, że Nikon po cichu pogrzebał aparaty z wymienną optyką i matrycą formatu CX, są bardzo uzasadnione.

Nie było też śladu po serii kompaktów DL. Oficjalna premiera była w lutym tego roku, a do tej pory aparatów nie ma w sprzedaży. I na Photokinie nawet nie udostępniono działających egzemplarzy. Nikon chce pobić rekord fotograficznego falstartu? Dodajmy do tego kolejne wersje dziwacznych kamerek sportowych KeyMission jako główną nowość Nikona na targach i trudno się oprzeć wrażeniu, że Nikon trochę się pogubił.

cyprysy w deszczu, Toskania

Za zdecydowanie martwe można uznać oba bezlusterkowe systemy Pentaxa – najnowszy aparat bezlusterkowy od tego producenta pochodzi z 2014 roku i na targach w Kolonii nie było nawet wzmianki o nowych modelach.

Sony z tej listy wybroniło się rzutem na taśmę – konkretnie na tę taśmę (produkcyjną) mają rzucić A99 II. Bagnet A daje więc znaki życia, choć mam cień wątpliwości, czy to nie jest życie po życiu. Gdyby jednocześnie pojawiły się choć zapowiedzi nowych obiektywów dla bagnetu A – nie miałbym tych wątpliwości.

Duże targi zawsze wysyłają sygnał, w którą stronę zmierza rynek. Tegoroczna Photokina pokazała, że niektórzy na tym rynku kręcą się w kółko. Sam rynek też musi być w nieco odmiennym stanie świadomości, skoro najwięcej emocji wywołały prezentowane na targach aparaty średnioformatowe. Owszem, Fuji GFX 50S i Hasselblad X1D to ciekawe konstrukcje, ale średnioformatowców sprzedaje się około 6000 sztuk rocznie. Nic ciekawego, a mniej niszowego producenci nie mieli do pokazania?

PS. Powyżej zdjęcia z tegorocznej, momentami deszczowej Toskanii. A my ruszamy do Andaluzji. Jak tylko znajdziemy jakieś wi-fi, to będziemy relacjonować co słychać u Don Kichota.

  1. Co do kręcenia się w kółko „kiedyś” uznanych producentów – pełna zgoda. Ja jednak podjarałem się nowościami, raczej bezlusterkowymi. Panasonic gh5 wygląda na przyszły hit!

      1. Mówisz, że niszowy? Możliwe…
        W każdym razie znam więcej filmujących GH4 niż fotografujących Nikonami. O Canonach nawet nie wspomnę…

        1. Masz naprawdę bardzo dziwnych znajomych. Całkiem bez złośliwości. Po prostu udziały Panasonica w rynku aparatów z wymienną optyką są homeopatyczne i w Polska nie jest tu wyjątkiem.

          1. „udziały Panasonica w rynku aparatów z wymienną optyką są homeopatyczne”
            Ale do filmowania w 4K jest idealny. GH4 ma najlepszy stosunek możliwości do ceny.

            1. Nigdzie nie napisałem, że z filmowaniem GH4 jest coś nie tak. Tylko – że to bardzo egzotyczny aparat.

          2. Prawdopodobnie słabo interesujesz się tematem filmowania. Całkiem bez złośliwości. Możliwe, że widzisz fotografujących Canonami, ale nie wiesz, że ci sami ludzie filmują Lumixem GH4.

            1. Jakby tylko co dziesiąty fotografujący Canonem także filmował GH4, to Panasonic byłby potentatem w bezlusterkowcach.

            2. Amatorów nie liczmy. Amatorom nie jest potrzebne filmowanie w 4K. Ale ludzie, którzy zarabiają na filmowaniu w 4K używają GH4. Z różnych względów. I potrafią mieć po kilka sztuk. Plus GoPro4 Black do filmowania z drona. Okazuje się po prostu, że droższy sprzęt nie spełnia ich oczekiwań. A stać ich na droższy sprzęt, skoro do GH4 montują cały zestaw Voigtlanderów f/0.95 – 10.5 mm, 17.5 mm i 42.5 mm.

        2. mam te same odczucia – znam sporo osób filmujących panasami, i nie ukrywają się jakoś z tym:) z tego co wiem, to są bardzo zadowoleni. być może też mam „bardzo dziwnych znajomych” 🙂

          1. Każdy, kto zna sporo osób filmujących, ma dziwnych znajomych. 🙂 Filmujących (tak poważniej, a nie komórkami) jest bardzo mało. Fotografia (nawet tylko brana pod uwagę wśród użytkowników lustrzanek i bezlusterkowców) to znacznie popularniejsze hobby.

    1. Oczywiście, że Leica jest egzotyczna. Różnica jest taka, że Leica celowo i świadomie jest niszowa, a Panasonikowi tak wyszło, że nawet w świecie m4/3 jest malutki.

      1. Egzotyczna brzmi dość protekcjonalnie, żeby nie powiedzieć lekceważąco. Tak można powiedzieć o tuk-tuku na Marszałkowskiej. Panasonic może jest niszowy, ale nie egzotyczny, ani wyglądem, ani parametrami nie odstaje zbytnio od innych cyfrówek.
        Tak, tak, mam Lumixa i bardzo go lubię. 🙂

          1. Niszowy, mało popularny, rzadko spotykany to jest dla mnie Canon 1D X, bo nie znam nikogo, kto by go używał. Ba! Nawet nie słyszałem o nikim, kto by go używał. A jak zacznę liczyć Lumiksy GH4, to mi palców u rąk i nóg nie starczy.

            1. 1DX to model nie dla każdego, drogi, wielki, nieporęczny i przez to rzadko spotykany. Piotr miał na myśli wszystkie Canony jak sądzę, a te faktycznie opanowały rynek. Bo u nas to tak jest, że jak nie masz Canona albo Nikona to z ciebie żaden fotograf, jak nie masz BMW albo Audi, choćby dwudziestoletniego, to nie masz samochodu. Zawsze lubiłem nietypowe rozwiązania, tak trochę pod prąd.

            2. Wydawało mi się, że ocenianie fotografa po sprzęcie już dawno jest passe, ale może mi się tylko wydaje.
              Niszowe systemy są interesujące, ale nieco kłopotliwe przy zakupach i przy serwisowaniu. No i zawsze ten dreszczyk emocji – czy nie skończy się jak z systemem Samsunga…

  2. Wychodzi na to że kończą się powoli producentom pomysły. Wyścig na megapixele chyba powoli się kończy (już nie interesuje to tak jak kiedyś), a skoro nie megapixele to co?
    Elektronika, matryce, systemy stabilizacji. To wszystko już jest. Nie twierdzę, że nie można coś tam jeszcze z tego wycisnąć ale jak widać to wyciskanie idzie dość topornie. Szczególnie w APS-C ostatnio jakiś marazm. Czyżby w następnej dekadzie nowości dotyczyły tylko bezlusterkowców?

    Piotr, gdybyś mógł spojrzeć w szklaną kulę to jaki byś chciał zobaczyć aparat przyszłości? Albo inaczej – gdybyś złowił złotą rybkę taką „fotograficzną” to o jaki sprzęt byś poprosił?

    1. To, czego brakuje, to ułatwienia w fotografowaniu dla zaawansowanych. Dla początkujących są tryby tematyczne (co one warte to osobny temat), dla zaawansowanych jest niewiele: programowalne tryby C/U i możliwość przeprogramowania sobie przycisków i pokręteł. A przydałoby się np. zacząć od sensownej (znaczy: wygodnej, a nie dla programistów) implementacji funkcji z MagicLantern. Programowalne tryby pracy światłomierza (np. „zero przepaleń”, „do X% przepaleń”), automatyczny pomiar jasności sceny pod kątem liczby potrzebnych ujęć w bracketingu dla zarejestrowania HDR-a (i jednoprzyciskowa realizacja takiej wyliczonej sekwencji).
      Presety do obróbki i wysyłki zdjęć prosto z aparatu do wybranych miejsc w Sieci (serwisy społecznościowe, FTP, chmura takaczyowaka, blog, dfv.pl wreszcie 🙂 ). W sensie: w domu sobie ustalam, że na fejsa potrzebuję 1000 pikseli na dłuższym boku, PictureStyle takiiowaki, nałożenie podpisu i wysłanie na moje konto (podaję dane i hasło) – programuję to sobie raz, a później przy przeglądaniu zdjęcia wybieram sobie z menu odpowiednią pozycję i wysyłam. Przecież to jest chore, że ludzie fotografują lustrzankami i bezlusterkowcami, a zaraz po tym wyciągają komórki, żeby zrobić zdjęcie, które da się łatwo wysłać. Chora jest oczywiście nie chęć wysyłania, tylko to, że mając zaawansowany aparat, który zrobi takie zdjęcie, jakie chcemy, trzeba korzystać z kulawej fotograficznie komórki, żeby to zrobić.

      1. Obróbka w aparacie? No proszę Cię Piotruś 🙂 Tak, już widzę jak na tym 3 calowym ekraniku Ewa klonuje pojedyncza źdźbła trawy 🙂
        Ale np. taki d5300 Wzrokowca ma chyba moduł Wifi?
        A poza tym na pustyni, w dżungli, czy innym końcu świata (tam gdzie ciągle śmigasz) i tak nie będziesz miał zasięgu. 😉

        1. Tak jest wi-fi i działa świetnie. Jak dla mnie. Ale nie używam go do przesyłania zdjęć tylko do kadrowania i wyzwalania migawki przy pomocy tabletu. Są sytuacje, kiedy to się przydaje.

        2. Nie chodzi o skończone dzieło tylko o relację na żywo. W zasadzie wystarczą te mechanizmy edycji, które już są w aparatach (choć oczywiście to da się udoskonalić – nie pod kątem docelowego wyglądu, tylko prostego dokontrastowania, podostrzenia po zmniejszeniu itp.), ale kluczowa jest kwestia automatyzacji i komunikacji.
          Wi-Fi to żadne rozwiązanie, wi-fi masz dopiero w hotelu. Natomiast zasięg komórek jest wszędzie, nawet na marokańskiej pustyni, na większości bezludnych obszarów Islandii, na trasach przez peruwiańskie Andy.

  3. jeśli można, ja mam cichą nadzieję, że C w końcu wypuści FF z uchylnym/obrotowym/dotykowym wyświetlaczem, takim jaki montują w 60-80D – może 6D II taki będzie…

    1. W sumie to nie wiem, co Canona powstrzymuje. Przecież w 6D jest miejsce na przegub ekranu.
      Z kolei w analogicznych Nikonach nie ma szans, bo po lewej są przyciski i mają tam zostać!
      Trzeba się zadowolić ekranem uchylnym jak w D500.

  4. Polityka sprzedaży sprzętu foto jest dość pokrętna dla statystycznego zjadacza chleba ale pod kątem wyników – świadoma i przemyślana. Zobaczcie serię OM-D w Olku. M-10 ma to czego nie ma M-5 i na odwrót M-5 ma coś lepszego czego nie ma M-10, a zlepkiem tych dwóch aparatów jest flagowy M-1 tyle że jest qresko drogi.
    I mniej więcej na tym to „gonienie króliczka” polega. Przecież producent musi wsłuchiwać się w głos rynku, musi rozpoznawać potrzeby rynkowe. Teoretycznie powinien wiedzieć jakiego aparatu oczekuje „Kowalski”. Tylko że – jeśli taki N czy C wypuściłby na rynek „wszystkomającą” puszkę to automatycznie skazuje wszystkie niższe serie na spadek sprzedaży. Chyba, że przykładem wspomnianego Olka wywinduje cenę „wszystkomającego flagowca” do takiego poziomu, że będzie to bariera dla Kowalskiego nie do udźwignięcia i automatycznie zdecyduje się na zakup sprzętu z niższej półki (licząc się z jego niedoskonałościami).
    A poza tym rynek chyba jednak w większości napędzają „zieloni” którzy sami nie wiedzą czego chcą i jak ktoś się wkręci w tą pasję to z czasem zaczyna podejmować bardziej świadome wybory i przemyślane zakupy.

    1. Zobaczcie serię OM-D w Olku. M-10 ma to czego nie ma M-5 i na odwrót M-5 ma coś lepszego czego nie ma M-10, a zlepkiem tych dwóch aparatów jest flagowy M-1 tyle że jest qresko drogi.

      Olympus pewien standardowy problem producentów rozwiązuje w sposób niestandardowy i niekoniecznie optymalny. Problem to: co robić, jeśli po wypuszczeniu aparatu topowego A opracujemy zarąbistą technologię? Możliwości są dwie:
      1. Pakujemy zarąbistą technologię do najbliższego wypuszczanego aparatu, nawet serii niższej.
      2. Czekamy z tą zarąbistą technologią na moment, gdy będziemy szykować kolejny topowy model (A Mark II), a do modeli niższych stopniowo dajemy technologie z aktualnego modelu A.
      Wersję 2 stosuje Canon i Nikon, wersję 1 – Olympus, co powoduje właśnie niezłe zamieszanie, gdy modele niższe mają lepsze funkcje niż niedawno wypuszczone modele wyższe.

      Tylko że – jeśli taki N czy C wypuściłby na rynek „wszystkomającą” puszkę to automatycznie skazuje wszystkie niższe serie na spadek sprzedaży.

      Eee, serio? Przecież Canikon od lat tak robi. Wszystkomające puszki to modele topowe, a te tańsze są stopniowo okrajane (im niższe i tańsze, tym bardziej okrojone). I żadnego spadku sprzedaży nie ma, bo i dlaczego miałby być? Sytuacja jest jasna – sprzęt okrojony, ale tańszy. Każdy sobie wybiera stopień okrojenia i cenę adekwatną do potrzeb i możliwości.

  5. „w APS-C ostatnio jakiś marazm”

    Nie żartuj sobie! Gdzie widzisz marazm? Najlepszy APS-C na świecie jest całkiem OK, tylko wciąż zastanawiam się skąd wziąć tyle pieniędzy…

    1. Marazm – zastój – bierność – brak nowinek, świeżynek.
      Nawet jak wychodzi nowy model w serii to czym się różni od poprzednika poza kolejnym numerkiem w serii? Tym że ten przycisk co był po prawej jest po lewej, a kółko które było z prawej jest trochę dalej z prawej. I dwa punkty AF więcej i dwa megapixele więcej 🙂

  6. a co więcej można zaproponować? 😀 w pogoni za nowinkami wymyślono bezlustra, małe i teoretycznie tańsze, które ostatnio jednak coś coraz bardziej puchną i cenowo przeganiają innych, za kilka pewnie lat wypasiony Olek będzie ważył 700g 😉
    jedyne chyba co można poprawić, to jakość obrazowania i mnie akurat jedynie to kryterium interesuje, wszelkie wodotryski 4K, 8K, dziesiątki trybów tematycznych, filtrów itd. to nie dla mnie… ja poproszę lusterko z baterią na 3 tys. klików, uchylnym wyświetlaczem i matrycą o rozpiętości 18EV, bezszumowa do ISO25600 😉

  7. Mission impossible. 🙂
    Masz rację. Rozpiętość tonalna matrycy, wysokie użyteczne ISO i snajperski AF. Te trzy parametry mówią o klasie sprzętu. Cała reszta to „hłyt marketingowy” .

    1. Myślisz (koledzy-komentatorzy zresztą też) jak producenci sprzętu: trochę więcej punktów AF, parę megapikseli więcej, ISO o 1/2 EV lepsze, rozpiętość tonalna o 1/3 EV wyższa i będzie super. Tylko że nie jest super i sprzedaż aparatów wygląda, jak wygląda. Więcej tego i tamtego nie powoduje, że zdjęcia robi się łatwiej i lepiej.

      1. jako jeden z komentatorów stwierdziłem jedynie, co mnie zachęci do zmiany korpusu za jakiś czas – nie jest to dodanie funkcji, których i tak nie używam 😀

      2. „Więcej tego i tamtego nie powoduje, że zdjęcia robi się łatwiej i lepiej.”

        Nie wiem, co miałeś na myśli, ale chyba nie mogę się zgodzić. Od lat czekałem na aparat z autofokusem i funkcjami z D300s i matrycą z D5300. Żeby zdjęcia robić łatwiej i lepiej. Nikon D500 daje mi wszystko lepsze od D300s i D5300.

        1. Nie, z D500 robisz dokładnie tak samo, jak robiłeś D300s. Jedynie efekt może być lepszy technicznie przez niższe szumy lub częściej trafiający AF. Ale procedury radzenia sobie z nadmiernym kontrastem, koniecznością użycia flesza, przesłaniem zdjęcia z aparatu dokądkolwiek będą takie same. No dobra, w ostatnim punkcie Snap Bridge coś próbuje zmienić, ale obawiam się, że nie dość próbuje.

          1. „Jedynie lepszy efekt”? Sorry, ale od tego zależy być albo nie być zdjęć. Parametry iso 3200 i 1/20 s. powodowały, że zdjęcia z D300s były do wyrzucenia. Tak było na wielu ważnych imprezach, które chciałem fotografować. Za to D5300 spokojnie daje radę przy iso 10000 i 1/100 s. Niestety w tych warunkach autofokus zawodzi na całej linii.
            Także przy pomocy D500 wreszcie zrobię zdjęcia, których wcześniej robić nie mogłem.

      3. To trochę się z Tobą podrażnię, bo wiem że się z tą teorią nie zgadzasz. 😉
        Trochę statystyki. Na Ziemi jest już podobno około 6 miliardów zarejestrowanych komórek (w Polsce to już ponad 1,5 komórki na głowę). Wiadomo – niektórzy mogą mieć 2 telefony lub więcej. Czyli idąc dalej tym tropem ok.4,5 –5,0 miliarda Homo Sapiensów ma telefon komórkowy. Niech ¾ tych telefonów ma aparat fotograficzny – 3 miliardy. Tyle jest fotografów na naszej planecie. Ja wiem – ty ich nie nazwiesz fotografami tylko pstrykaczami. Tyle, że widzisz – dla mojego 13-letniego syna fotografia to nie „Brzeg rzeki Ren” czy inny „Phantom” tylko „Selfie ze stadionu Śląska – i tak jak mówisz na Fejsa”. Ilu z tych pstrykaczy rozważając zakup aparatu fotograficznego zadowoliła się „kaszaniastym pstrykiem ze smartfona”? Niech będzie to co setny – tyle osób nie kupiło aparatu fotograficznego zadawalając się smartfonem. Już nie chcę brnąć dalej i dodawać, że tego smarfona mamy zawsze w kieszeni, a plecak fotograficzny troszkę rzadziej.
        Piotr, nie dasz sobie wmówić, że spadek sprzedaży aparatów jest pokłosiem smartfonowego pstrykania ale tak jest. Zobacz co sam napisałeś na końcu postu dwa piętra wyżej w „życzeniach do złotej rybki”. Mamy społeczeństwo fejsbukowe, a rozwój i znaczenie portali społecznościowych będzie coraz większy. I pstrykaczy będzie też coraz więcej

        1. Tomku, bardzo chciałbym z Tobą polemizować, ale napisałeś same oczywistości. Może sformułuj krótką tezę do dyskusji, to będziemy dyskutować 😉
          Mój syn ma 11 lat, więc mam jeszcze gorzej. Dla niego zdjęcie istnieje tylko na ekranie telefonu, więc nie ma szansy zobaczyć różnicy jakości. Mam problem, jak przekonać go, że prawdziwy aparat robi lepsze zdjęcia.

        2. Ale w czym jest problem? Fotografia to jedno z wielu możliwych hobby, dlaczego mielibyśmy oczekiwać, że liczba pasjonatów będzie liczona w miliardach? Jest liczona w solidnych milionach – i to dużo, jak na hobby.
          Smartfony zabiły sprzedaż kompaktów – ale też użytkownicy kompaktów nie interesowali się fotografią, tylko bieżącą dokumentacją własnego życia. I ok – dla nich smartfon w tym zastosowaniu jest lepszy niż kompakt.
          Problem jest gdzie indziej. Ludzie, dla których liczy się estetyka kadru, którzy są pasjonatami fotografii, targają statywy i wymienne obiektywy, starannie komponują kadry. A zaraz później wyciągają komórkę i robią ten sam kadr komórką – żeby go wysłać rodzinie, wrzucić na fejsa itp. Oni widzą różnicę między zdjęciem z aparatu, a zdjęciem z komórki, ale po prostu aparat nie pozwala im w prosty sposób udostępnić zdjęcia bez zastosowania procedury, która powstała w zeszłym stuleciu.
          Nie chodzi o to, żeby producenci aparatów próbowali odzyskać smartfonowców, bo to daremne. Chodzi o to, żeby użytkownicy lustrzanek i bezlusterkowców mieli takie same możliwości dystrybucji zdjęć, jak mają dzisiaj użytkownicy smartfonów.

          1. Czy ja dobrze rozumiem? Chciałbyś, żeby lustrzanki też miały slot na kartę sim, dzięki której łączyłyby się z internetem?

            1. SIM czy Wi-Fi albo BT do parowania z komórką – w tej części nie jest istotne, jak to będzie zrobione. Ważna jest reszta – możliwość zdefiniowania w aparacie automatycznej procedury wysłania wybranego zdjęcia do wybranego miejsca w Sieci. Optymalnie na dwa, równoległe sposoby:
              – z poziomu komputera i wgranie takiego makra do aparatu;
              – bezpośrednio z poziomu aparatu – oczywiście mniej wygodnie, ale na sytuacje wyjątkowe, gdy w terenie się dowiedziałeś, że te zdjęcia powinny dzisiaj być w konkretnym miejscu.
              Zrobienie czegoś takiego nie wymaga fizyki kwantowej. Wifi i BT są już montowane w aparatach, narzędzia do wgrywania do aparatu copyrightu użytkownika czy profili do stylów także, podobnie jak narzędzia do obróbki i wywołania RAW-ów w aparacie. Niektóre aparaty mają częściowo programowalny przycisk Rate, służący do klasyfikacji zdjęć – może posłużyć do wysyłania wybranego zdjęcia do jednego z predefiniowanych miejsc, po zaaplikowaniu predefiniowanej obróbki.

          2. „… dlaczego mielibyśmy oczekiwać, że liczba pasjonatów będzie liczona w miliardach? Jest liczona w solidnych milionach – i to dużo, jak na hobby.”

            Zgoda. Fotografia jest bardzo popularnym hobby. Prowadząc parę razy rekrutacje w CV bardzo często widziałem jako hobby podane – fotografia. „Film, muzyka, fotografia” to taki standardowy zestaw.

            … ale też użytkownicy kompaktów nie interesowali się fotografią, tylko bieżącą dokumentacją własnego życia…

            Ooooo, to mnie zabodło, ale mnie kłuje w boku, ojjojjoj. 🙂
            Własnego i własnej rodziny. Dla mnie amatora (ale również dla sporej grupy fotografów wywodzących się z nurtu „tatusiowego”) fotografia to w 85% dokumentacja własnego życia, czyli mojej rodziny – reszta to taka wisienka na torcie, przy okazji. Nie ma chyba w życiu nic ważniejszego niż rodzina. Czy to będą zdjęcia zrobione analogiem, smartfonem czy Hasselbladem – to nie ma żadnego znaczenia. Fotografia rodzinna jest również fotografią, a czy mniej ambitną?

            „Problem jest gdzie indziej. Ludzie, .. którzy są pasjonatami fotografii.. wyciągają komórkę i robią ten sam kadr komórką – żeby go wysłać rodzinie, wrzucić na fejsa itp. „

            Dla mnie to nie jest absolutnie żaden problem. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
            Bo widzisz – my tu z Wzrokowcem zastanawiamy się jak tu pstryknąć udane technicznie, niezaszumione i ostre zdjęcie (i tak się po cichu zastanawiamy czy D500 przypadkiem nie zrobi tego za nas :)), a ty się zastanawiasz jak to udane zdjęcie przesłać jak najszybciej na fejsa.

            „Nie chodzi o to, żeby producenci aparatów próbowali odzyskać smartfonowców, bo to daremne.”

            Nie zgodzę się z tym. Zbyt ortodoksyjnie rozwarstwiasz ten cały świat fotografujących na „smartfonowców” czy „kompaktowców” nicniewiedzących, zielonych, mało ambitnych pstrykaczy selfie i super zawodowców, czy jak to nazwałeś „pasjonatów” z wielkimi lustrzankami i statywami. Ja bym tak radykalnie nie stawiał kreski pośrodku. MSZ gdzieś się te dwa światy płynnie przenikają i w tym miejscu właśnie mają polować producenci.
            Nikt nie rodzi się od razu geniuszem, od czegoś trzeba zacząć (na pewno nie od pełnej klatki czy średniego formatu).

            1. Czy to będą zdjęcia zrobione analogiem, smartfonem czy Hasselbladem – to nie ma żadnego znaczenia.

              Nie ma znaczenia. Znaczenie ma to czy dla fotografującego ma znaczenie jak będą wyglądały. Prosta kwestia: priorytetem jest żeby widać było, kto i gdzie jest na zdjęciu, czy też jak to zdjęcie wygląda estetycznie. Można robić portrety rodzinne tak, jak tutaj:
              a można robić tak, jak 99% ludzi używających smartfonów.

              Zbyt ortodoksyjnie rozwarstwiasz ten cały świat fotografujących na „smartfonowców” czy „kompaktowców” nicniewiedzących, zielonych, mało ambitnych pstrykaczy selfie i super zawodowców, czy jak to nazwałeś „pasjonatów” z wielkimi lustrzankami i statywami.

              Te światy się same rozwarstwiły. I wcale nie wzdłuż linii wiedzy i umiejętności, tylko potrzeb. Jedni potrzebują dokumentacji chwili, a kwestie estetyczne są nieistniejące – i im w zupełności smartfon wystarczy. Dla innych fotografia, nawet rodzinna, powinna spełniać pewne wymogi estetyczne i oni szybko się orientują, że smartfonem tu wiele nie ugrają. Zupełnie nieistotne jest, czy potrafią robić zdjęcia, czy nie potrafią – różnicuje ich to, że oczekują pewnego efektu wizualnego. Nauczą się go osiągać lub nie, ale dążąc do tego efektu będą szukali sprzętu, który da im odpowiednie możliwości – np. kadrowanie czym innym niż pełnoklatkowy odpowiednik 28 mm, kontrola głębi ostrości, kontrola ekspozycji, możliwość użycia akcesoriów takich, jak filtry czy lampa błyskowa (lampa błyskowa – a nie to pstrykadełko w smartonach).

              Nikt nie rodzi się od razu geniuszem, od czegoś trzeba zacząć (na pewno nie od pełnej klatki czy średniego formatu).

              Oczywiście, jeśli chce się cokolwiek zacząć. Tu jest właśnie linia podziału – użytkownikom smartfonów en masse nie chce się niczego zaczynać. Dobrze im z tym, co mają.

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *