Niedoceniane wyposażenie fotografa

Stojąc w jeziorze, Szkocja

Najważniejszym wyposażeniem, które bardzo często decyduje o udanym zdjęciu pejzażowym jest… nie, wcale nie aparat. Obiektyw też nie. Nawet nie statyw. A co? Ubranie. Tak po prostu. Na zdjęciach go nie widać, ale na nie wpływa. Decyduje, czy jeszcze będzie nam się chciało w ogóle złapać za aparat (bo na przykład leje i wnętrze aparatu jest ostatnim suchym miejscem – a przynajmniej taką mamy nadzieję). Ubranie wpływa na kreatywność – zwłaszcza gdy jest zimno, to kreatywność potrafi zamarznąć pierwsza. Nawet nie to, że człowiek już się całkiem poddaje, ale trzęsąc się z zimna, nie wpada na oryginalne pomysły (nie mylić z oryginalnymi wymówkami „dlaczego już wracam z pleneru”). Nie muszą być nawet wcale jakieś syberyjskie mrozy – wystarczy kilkanaście stopni na plusie i silny wiatr, żeby zbliżający się zachód słońca przegrał z perspektywą gorącej herbaty.

Nie chodzi zresztą tylko o ochronę przed wiatrem, deszczem i zimnem. Jak nie masz kaloszy czy woderów, to nie wleziesz do jeziora i nie przejdziesz przez strumień, a w efekcie nie postawisz statywu w miejscach, które być może pozwolą uzyskać nowe spojrzenie na znane miejsca.

Odporność i kondycja też mają znaczenie. Jeśli pod koniec dnia już się nie chce kombinować, próbować, sprawdzać nowe pomysły, to po prostu nie wykorzystuje się pełni swoich możliwości. Dobry ubiór, w którym nie jest za zimno ani za gorąco, wygodne buty, wodoodporne rękawiczki mogą częściowo zastąpić odporność i kondycję, wydłużając czas, gdy chce się jeszcze myśleć o kompozycji innej niż kartofle i kotlet.

Powyżej fotografia, którą Ewa zrobiła stojąc po kolana w szkockim strumieniu. Poniżej wyjątkowy rarytas – jedno z autorów bloga we własnej osobie na zdjęciu (można zgadywać, kto to) – ale ważniejsze tu są rękawiczki, których recenzja będzie w najbliższym wydaniu „Foto Plus” (chyba że uda się jeszcze zmienić nazwę).

Ciepły fotograf, Rogalin

Wywiad, którego nie było

Dumając nad Dettifossem, Islandia

Daaawno temu popularna była opinia, że wiarygodne są jedynie informacje oficjalnie zdementowane. Trochę zgodnie z tą logiką szczególnie ciekawy wydaje się wywiad, który pojawił się i… znikł. Wywiadowany był menedżer Sony odpowiedzialny za aparaty z wymienną optyką, a rozmowa ukazała się w serwisie Imaging-Resource.com (tam już jej nie ma, ale można ją znaleźć w archiwum Google’a).

Naturalne jest pytanie, co takiego było w tym wywiadzie, że znikł. Wydaje się, że kontrowersyjny jest tylko fragment o tym, że niektórych najbardziej zaawansowanych konstrukcji matryc Sony nie będzie sprzedawać innym firmom, a zachowa je wyłącznie dla własnych aparatów, aby zyskać przewagę rynkową. Co ciekawe, o tej wyłączności nie mówi Kenji Tanaka z Sony, a rozmawiający z nim Dave Etchell. Jeśliby jednak to była nadinterpretacja dziennikarza lub efekt jakiegoś nieporozumienia językowego, to spodziewałbym się raczej korekty wywiadu, a nie jego zniknięcia. Być może taka informacja się pojawiła w rozmowie poprzedzającej wywiad, a później Sony uznało, że powiedziano za dużo.

Trzymanie najbardziej zaawansowanych matryc wyłącznie dla własnych aparatów uderzyłoby oczywiście w Nikona, ale… oberwałoby też Sony. Nikon miał kiepski rok i stracił udziały w rynku, ale nadal sprzedaje ponad dwa razy tyle aparatów z wymienną optyką co Sony. Nikon bez matryc Sony będzie miał oczywiście problem, ale Sony bez pieniędzy od Nikona będzie musiało samo finansować opracowanie sensorów, co nieuchronnie spowoduje, że aparaty Sony będą droższe i mniej konkurencyjne. Warto się bawić w psa ogrodnika? Zobaczymy.

Cisza nad Reynisdrangar, Islandia

Ciekawa jest też dalsza część wywiadu. Sprzedaż aparatów pełnoklatkowych jest stabilna i jeśli w ogóle rośnie, to bardzo powoli, a jest to główny obszar zaangażowania Sony, choć padła też deklaracja, że nie będą ignorować APS-C. Zobaczymy… Ciekawostką jest, że w Chinach sprzedaje się dwa razy więcej pełnoklatkowych Alf niż w USA.

Później mamy dość ponury fragment o tym, że Sony koncentruje się na rozwoju trzech aspektów: rozdzielczości, czułości ISO oraz szybkostrzelności. I że ma świadomość, że ludzie nie potrzebują w tych aspektach więcej, niż mają dzisiaj, ale należy ich przekonać, że więcej jest fajniej, a 100 megapikseli i 120 klatek na sekundę to lepiej niż 42 megapiksele i 20 kl/s. Nie jest to specjalnie oryginalne podejście, ale w obliczu wyraźnie kurczącego się rynku i coraz mniejszego entuzjazmu do zmiany aparatów na nowsze modele, spodziewałbym się może jakiejś zmiany strategii. „Zróbmy więcej tego samego i przekonajmy ludzi, że warto za to zapłacić”. Naprawdę?

Jakiś cień optymizmu można mieć po lekturze fragmentu o wykorzystaniu sztucznej inteligencji do wspomagania autofokusa, ale… sporo tam zastrzeżeń, że wymaga to jeszcze wielu badań, więc to wszystko bliżej nieokreślona przyszłość.

PS. Oba zdjęcia z Islandii oczywiście nie stanowią ilustracji aktualnej sytuacji rynku fotograficznego. 😉

Po Pradze po żydowsku 2017

Most Karola, Praga

Nasze siódme warsztaty w Pradze w końcu zaczęliśmy tak, jak należy zaczynać spotkanie w tym mieście – od wizyty w browarze. W browarze znajduje się sporo interesujących wizualnie urządzeń: miedziane kotły, rzędy mosiężnych kraników, tajemnicze czarne schody, a nawet lustrzane sufity, pozwalające z nietypowej perspektywy fotografować aparaturę i… siebie nawzajem. Oczywiście piwo też było. Ale piwa chyba nikt nie fotografował…

W browarze, Praga

Fotograficzną część dnia zakończyliśmy spacerem wzdłuż Wełtawy i zmierzchem nad Mostem Karola. Zachód słońca nie stawił się na spotkanie. Później czekała nas jeszcze kolacja i wieczorne spotkanie z omówieniem fotograficznych możliwości, które nas czekają w dwóch następnych dniach. Zostało jeszcze parę godzin snu przed poranną sesją.

Sobotnia poranna sesja to tradycyjnie już spotkanie z Mostem Karola. Tym razem po raz pierwszy fotografowaliśmy ten most z poziomu mostu (zawsze dotąd mieliśmy świt na jednej z wież, otaczających most). Tym razem było inaczej i to podwójnie – oprócz tego, że zmieniła nam się perspektywa, to jeszcze most był zupełnie bezludny. O wschodzie słońca zawsze jest pustawo (czego nie da się powiedzieć o zachodzie, gdy trzeba przebijać się przez zwarty tłum), ale tym razem cały Most Karola był dla nas. Zasługa w tym deszczu, który wprawdzie nie był intensywny, ale wystarczający, aby zniechęcić innych zwolenników wczesnych spacerów. Wprawdzie słońce znowu nie dopisało, ale była okazja zrobić zdjęcie, które zawsze chciałem zrobić, ale z wież się nie dało – czyli zapalone lampy i praska architektura w tle. Jak się okazało, tu trzeba było się wykazać szybkością, bo lampy zostały wyłączone szybko. Zdecydowanie za szybko, ledwie kilka minut po tym, jak niebo z czarnego zrobiło się granatowe i fotografowanie zaczęło mieć sens.

Trifot Davida Cernego, Praga

Posileni gulaszem na śniadanie (kawa i ciastka też były, ale co gulasz, to gulasz) ruszyliśmy zapoznać się z najnowszymi trendami w sprzęcie fotograficznym. Zupełnie nowej generacji, innowacyjny aparat fotograficzny można obejrzeć, jeśli dotrze się do pewnego tajnego miejsca. „Trifot” (dla niepoznaki aparat ukrywa się pod kryptonimem „Statyw”) to wieloobiektywowa konstrukcja z obiektywami wykorzystującymi elementy biotechnologii. Prototyp ma kilkanaście metrów wysokości, ale do czasu rozpoczęcia masowej produkcji są szanse na miniaturyzację. Autorem „Trifota” jest oczywiście David Černý – wybitny rzeźbiarz-jajcarz.

metro, Praga

Resztę dnia przeplataliśmy fotografowaniem współczesnej architektury Pragi (m.in. Kooperativa, Florentinum) z sesjami na stacjach metra. Praskie metro ma spory fotograficzny potencjał, stacje mają różny wystrój, a dodatkowo atrakcyjność podziemi zwiększała deszczowa momentami pogoda.

Stare w nowym, Praga

Sobota była, jak zwykle zresztą, wyjątkowo długim dniem. Z hotelu ruszyliśmy o 5 rano, a ostatnim punktem programu była wieczorna dyskusja o zdjęciach, która skończyła się przed godziną 23. Do końca dotrwało spore grono uczestników.

Synagoga Hiszpańska, Praga

Niedzielne przedpołudnie to clou tej edycji warsztatów. Przez kilka godzin fotografowaliśmy Żydowskie Miasto, czyli cztery synagogi (w tym fantastyczną Synagogę Hiszpańską) i cmentarz. Nie było łatwo, bo fotografować wolno, ale użycie statywu jest niedozwolone (choć niektórzy uczestnicy warsztatów sprytnie próbowali nagiąć reguły za pomocą stołowych statywów ustawianych na ławkach i gablotach – czasem to przechodziło). Sesje były testem sprzętu i umiejętności – wysokie ISO i umiejętność stabilnego trzymania aparatu (tudzież wynajdywania różnego rodzaju podpór) decydowała o jakości zdjęć. O atrakcyjności zdjęć nadal decydowały pomysł i oko – tutaj trudne oświetlenie nic nie zmienia.

A na koniec był tradycyjny pożegnalny obiad i powroty do domów. I jak zwykle wszystko się udało dzięki pomocy Włodka „Sewo” Krajewskiego, najlepszego praskiego przewodnika.

PS. Praga za nami, a nasze najbliższe warsztaty to „Świętokrzyskie Historie” – zapraszamy!

 

Goniąc za oryginalnością

pustkowia Islandii

Chciałem zacząć od tego, że oryginalność jest przereklamowana, ale nie w tym rzecz. Faktem jest, że w sztuce europejskiej od dwóch stuleci odrębność od wcześniejszych dokonań i innowacyjność jest mocno punktowana przy ocenie dzieła. To wysokoartystyczne kryterium „ścieka” na bardziej masowe i popularne formy sztuki (choć tu spotyka kontrę form wywodzących się ze sztuki ludowej, która oryginalności nigdy nie ceniła). W efekcie także w fotografii jest ciśnienie na bycie oryginalnym, innowacyjnym i odkrywczym – co samo w sobie nie jest oczywiście złe. Gorzej, gdy te cechy są traktowane jako najważniejsze i stanowiące główne kryterium wartości zdjęć.

Oryginalność jest pomysłem względnie nowym i wcale nie tak znowu powszechnym. W Europie kształcenie artystów w relacji uczeń-mistrz odbywało się przez naśladowanie i imitowanie stylu mistrza (do tego stopnia, że do dzisiaj historycy sztuki dyskutują, które ze słynnych obrazów wyszły spod ręki mistrzów, a które są efektem pracy ich uczniów). Podobnie było w Azji, gdzie młody malarz przez lata wykonywał wierne kopie dzieł mistrzów, a dopiero gdy udowodnił, że w imitacji osiągnął biegłość, pozwalano mu malować własne kompozycje.

Uczenie się jest naśladowaniem – podglądaniem, dekonstruowaniem, odtwarzaniem. Z tego dopiero powstaje coś twórczego i nowego, ale powoli i stopniowo, bo wszyscy stoimy na ramionach olbrzymów. Nie da się wymyślić niczego nowego bez wchłonięcia najpierw tego, co już powstało.

Idziemy do przodu drogami wyznaczonymi przez poprzedników. A później, gdy droga się kończy, tworzymy własną drogę. Nie zajdzie się daleko, brnąc przez chaszcze, byle tylko zejść z utartej ścieżki.

PS. Zdjęcie powyżej z Islandii, tam akurat trudno o chaszcze. 🙂

Kiedy sprzęt ogranicza fotografa

Góry Antyatlas, Maroko

Jack Dykinga jako fotograf wykonał w życiu kilka ostrych zwrotów. Zaczął od fotoreportażu, gdzie zdobył m.in. nagrodę Pulitzera, został szefem działu fotoreportażu i głównym fotoedytorem, zmieniał redakcje, by w końcu… zupełnie odejść od reportażu i niemal natychmiast zostać świetnym pejzażystą. Jego pierwsze albumy pejzażowe stały się argumentem przy podejmowaniu decyzji o utworzeniu nowych parków narodowych. W międzyczasie Dykinga stał się nie tylko świetnym fotografem krajobrazowym, ale także uznanym fachowcem od wielkiego formatu – jego „Large Format Nature Photography” to podobno najpopularniejszy za Oceanem podręcznik używania tych aparatów. I wtedy właśnie Dykinga wykonał kolejny zwrot, porzucając wielki format na rzecz Nikona D810. Dlaczego?

Powód był banalny, ale też jedyny rozsądny – aparatem wielkoformatowym nie był w stanie wykonać pewnych zdjęć, które mógł zrobić po zmianie systemu na lustrzankę. Nie, że „nowy aparat robi lepsze zdjęcia”, nie, że „wyniki matrycy w testach DXO są trochę wyższe”, ani „nowszy, modniejszy, z nowymi inteligentnymi funkcjami” itp. itd. Po prostu – chodząc z wielkim formatem Dykinga widział kadry, których nie był w stanie zrealizować. W tym wypadku nie był w stanie zrobić zdjęć, które wymagały bardzo szerokiego albo bardzo wąskiego pola widzenia.

Maroko, Tafraoute

Czy zmiana sprzętu wyszła Dykindze na dobre? Bez wątpienia. Zdjęcie spod kaktusa zrobione na 14 mm (s.196) jest świetne, fotografie wykonane długimi ogniskowymi też bardzo dobre. I wszystkie są bardzo „dykingowe” – można zresztą pobawić się w zgadywanie, która fotografia jest z wielkiego formatu, a która z małego obrazka, na końcu książki są odpowiedzi. (Jakiej książki? Tej, która jest w „Obecnie czytanych” na dole prawej kolumny, czyli „A Photographer’s Life”).

Zmiana sprzętu nie sprawiła, że zdjęcia Dykingi stały się lepsze. Nie stały się też gorsze. Nowy aparat stał się dla niego po prostu wygodniejszym i bardziej uniwersalnym narzędziem do realizacji kadrów, jakie pojawiają się w jego głowie. Zdjęcia robi się w głowie, aparat tylko je zapisuje.

PS. W Zerkaczach polecamy Iczka, który równie ładnie fotografuje, co opowiada o fotografii.

PPS. Kamienie z Antyatlasu tak dobre, jak kamienie z pustyni Sonora u Dykingi. Fotografie kamieni, niestety, zdecydowanie lepsze u Dykingi, zwłaszcza to na s.56.

Upadek giganta

Wzgórza we mgle, Toskania

Stwierdzenie, że zamknięcie czasopisma „Popular Photography” było wydarzeniem zaskakującym, to eufemizm. Wzór i model wszystkich współczesnych czasopism o fotografii, od dziesiątków lat numer jeden na rynku, nakład liczony w setkach tysięcy sztuk, w każdym numerze mnóstwo reklam. I nagle – koniec. Co się stało?

Tutaj prezes wydawnictwa jako przyczyny wskazuje dyżurnego winowajcę, czyli popularność smartfonów. To mnie, delikatnie mówiąc, nie przekonuje. Owszem, ludzie kiedyś kupujący cyfrowe kompakty teraz pstrykają smartfonami, ale też oni nie kupowali czasopism fotograficznych, bo pstrykanie (a ostatnio samopstrykanie) to wszystko, co im potrzebne. Owszem, ludzie porzucający kompakty na rzecz smartfonów są problemem dla producentów aparatów, ale nie dla czasopisma adresowanego do maniaków płytkiej głębi ostrości, pejzaży o wschodzie i portretów na 5 Bowensów. Ale… w tłumaczeniu prezesa jest ziarno prawdy, bo problemy producentów odbijają się na ich budżetach reklamowych, a to z kolei odbija się na mediach nastawionych na finansowanie głównie z reklam. A „Popular Photography”, jak większość zachodnich czasopism, nastawione było na utrzymanie się z reklam, a nie ze sprzedaży egzemplarzowej. Jeśli tylko mieszkało się w USA, to roczną prenumeratę można było kupić praktycznie w cenie okładkowej pojedynczego wydania, do tego jeszcze z gratisową wysyłką. I, wbrew temu co pisze większość internetowych komentatorów, to nie jest efekt kryzysu prasy, ale kryzysu modelu biznesowego opartego na dochodach z reklam. Owszem, prasa jest tu szczególnie wrażliwa, bo ma wysokie koszty stałe (druk, dystrybucja), ale portale utrzymujące się z reklam (a zwłaszcza z reklam producentów sprzętu fotograficznego) nie mają powodów, żeby na upadek „Popular Photography” patrzeć z satysfakcją. Jeśli taki gigant nie dał rady, to kto sobie poradzi? Owszem, nakład „Popular Photography” spadał, ale z jakiego poziomu! W szczycie popularności nakład wynosił milion egzemplarzy, ale nawet jeszcze w tym roku, tuż przed zamknięciem, drukowano 320 tysięcy sztuk każdego wydania! Jeśli oni nie dali sobie rady, to po prostu model utrzymywania mediów fotograficznych z reklam jest martwy.

Jesień w cyprysach, Toskania

PS. Spadająca sprzedaż aparatów (i nurkująca sprzedaż kompaktów), to problem nie tylko producentów sprzętu, ale także sklepów – które również się reklamowały w czasopismach fotograficznych. Tutaj można przeczytać coś w rodzaju epitafium dla ostatniego sklepu fotograficznego w Atlancie – pięciomilionowym mieście, w którym teraz nie ma już ani jednego sklepu fotograficznego!

PPS. Oba zdjęcia z Toskanii. Na wiosenną fotowyprawę do Toskanii są dwa wolne miejsca, na jesienną – trochę więcej.

 

Co uświęca cel

Na wybrzeżu Lofotów

Ile warto zaryzykować dla zdjęcia? Żeby nie było za łatwo, nie chodzi o fotografię, która zmieni losy świata, zwróci uwagę na dziejowy problem czy ujawni straszną niesprawiedliwość. Nie, mówimy o zdjęciu, które korzyści przyniesie tylko autorowi – trochę sławy, może też nieco pieniędzy. To ile warto zaryzykować? Złamanie przepisów chroniących przyrodę w rezerwacie? Zniszczenie zabytku?

Tyle właśnie zaryzykował Lorenz Holder, żeby zrobić zdjęcie, którym wygrał główną nagrodę w konkursie Red Bull Illume 2016. A konkretnie: siecią uporządkował sobie liście w rezerwacie przyrody i ustawił modela na zabytkowym moście, na który wchodzić nie wolno, bo grozi to zawaleniem.

Grupa, która nazwała się „High on Life SundayFunayz”, robiła sobie zdjęcia w różnych ładnych, ale niedostępnych dla turystów miejscach. Tutaj nie skończyło się nagrodą w konkursie, tylko jakby odwrotnie – za łażenie po Grand Prismatic Spring (pięknym gorącym źródle w parku narodowym Yellowstone) jeden z członków grupy otrzymał mandat na parę tysięcy dolarów, a drugi dostał wyrok w zawieszeniu.

Kamienne płyty, Lofoty

Od lat trwa moda na robienie sobie zdjęć w zwisie z krawędzi dachu budynku. Tu też niektórzy zostali ukarani – najwyższym wymiarem kary, gdy coś poszło nie tak i pęd do sławy zmienił się w pęd do ziemi.

Kiedyś mottem fotografów było: „zabierz tylko zdjęcia, zostaw tylko ślady stóp”. Ślady stóp – a nie ruiny i własne zwłoki. Łamanie przepisów stało się głównym sposobem wyróżnienia się w fotografii?

PS. Lorenz Holder już po otrzymaniu nagrody dogadał się z władzami niemieckiego miasteczka Gablenz, na terenie którego znajduje się most ze zdjęcia. Część pieniędzy z nagrody Holder przekazał na konserwację mostu.

PPS. Oba zdjęcia zostały wykonane bez naruszania żadnych przepisów, ryzykowania życia ani bycia oryginalnym w inny sposób.

O potrzebie wyobraźni

Plaże Lofotów

Dziewicze plaże czy połacie śniegu nietknięte ludzką stopą – nie trzeba jechać na Wyspy Dalekie, żeby zobaczyć takie rzeczy. Można je znaleźć właściwie wszędzie – dopóki nie pojawią się ludzie, oczywiście. I tu drobna uwaga: fotograf to też człowiek. W dodatku taki dziwny człowiek, który najpierw musi dokładnie miejsce pooglądać z różnych perspektyw, zanim zrobi to, co lubi najbardziej, czyli zdjęcie. Problem w tym, że po takim oglądaniu plaża tudzież połać śniegu (w zależności od miejscówki i pogody) już taka dziewicza nie jest. A jak sobie nadepczemy, to nici z czystej, naturalnej rzeźby terenu. Jeśli jeszcze piasek (czy też śnieg) jest po prostu gładki, to pół biedy – da się go „wyprasować” w postprodukcji, choć to w sumie robota, której lepiej uniknąć. Przywrócenie delikatnych światłocieni albo tekstury piasku wyrzeźbionej na płyciźnie przez wodorosty to już trudniejsze zadanie, którego z pewnością warto unikać. Warto więc do wymyślania kadru używać raczej wyobraźni, niż nóg – najpierw wymyślić, gdzie trzeba stanąć, a potem przemieścić się tam, zostawiając tak mało śladów, jak to tylko możliwe, i to od najbardziej nijakiej strony. Zanim postawisz gdzieś krok, zastanów się, czy nie będziesz za chwilę potrzebować tego miejsca w kadrze?

 

P.S. Zwolniły się właśnie dwa miejsca na wiosenną Toskanię – korzystajcie z okazji!

Dlaczego bezlusterkowce zawiodły

Zmierzch na Lofotach

Żadna z firm tego nie przyzna, ale dla producentów bezlusterkowców muszą być one wielkim rozczarowaniem. Bezlusterkowce wymyślił Olympus z Panasonikiem, gdy te firmy uznały, że nie radzą sobie z lustrzankową konkurencją i czas spróbować stworzyć własną niszę, gdzie nie panoszy się Canon z Nikonem i nie przepycha Sony. Menedżerowie Olympusa zapowiadali, że pod względem popularności bezlusterkowce będą w połowie między lustrzankami a kompaktami (popularniejszymi wówczas od lustrzanek o rząd wielkości). Bezlusterkowce nie miały więc konkurować z lustrzankami, ale przyciągnąć ambitniejszą i bardziej wymagającą część użytkowników kompaktów. Plan ambitny, ale uzasadniający sens inicjatywy – stworzenie sobie niszy, która byłaby większa niż cały rynek lustrzanek, warte było mszy.

Co z tego wyszło, dzisiaj już widać. Ponownie odeślę do mojego raportu o stanie rynku fotograficznego AD 2016 – drugi od góry wykres bardzo ładnie pokazuje, że przejście części producentów z lustrzanek na bezlusterkowce odbyło się w ramach istniejącego rynku aparatów z wymienną optyką, a żadne poszerzenie nie nastąpiło. Z bliska wygląda to jeszcze gorzej. Olympus z Panasonikiem, które sobie tę niszę stworzyły, są z niej wypychane przez Sony (a także Canona oraz, w mniejszym stopniu, Fuji). Sony też nie ma powodów do radości, bo pod względem popularności nadal jest w tym samym miejscu, gdzie był parę lat temu, gdy grał w lidze lustrzanek (i w tym samym miejscu, gdzie wcześniej była Minolta). Mimo, że bezlusterkowce powstały po to, żeby przenieść się z oceanu, gdzie rządziły rekiny Canikona, na jakiejś spokojniejsze wody, to nadal wszyscy producenci walczą o te same ławice rybek. Co poszło nie tak?

Pingwin z rybą na Lofotach

Usunięcie komory lustra (albo, z drugiej strony patrząc: dorobienie mocowania bagnetowego do kompaktu) pozwoliło zmniejszyć koszty produkcji, ale nie zaoferowało nic, co przyciągnęłoby tych, którzy z jakichś powodów nie chcieli przesiadać się z kompaktów na lustrzanki. Zapotrzebowanie na bezlusterkowce nie wystrzeliło w kosmos, tylko jest ułamkiem zapotrzebowania na lustrzanki. I dlatego stosunek Canona i Nikona do bezlusterkowców jest taki, jaki jest – mało entuzjastyczny, za to bardzo ostrożny. Po co mają się angażować w coś, co radzi sobie gorzej niż ich lustrzanki?

Olympus z Panasonikiem przetarły drogę dla Sony. Jeśli Sony przetrze drogę i poszerzy rynek, to z pewnością wówczas Canon z Nikonem się na niego władują z impetem. Bzdurą jest, jakoby błędem Canona było niezrobienie pełnoklatkowego bezlusterkowca na wzór Sony A7. Jeśli Sony z A7 da radę wyjść ponad swoje odwieczne 15% udziału w rynku, to pewnie wówczas zobaczymy bezlusterkowego pełnoklatkowego Canona.

Kamień na kamieniu, Lofoty

Najbliżej poszerzenia rynku bezlusterkowców o bardziej wymagających użytkowników kompaktów był Nikon. Matryca jednocalowa w Nikonach 1 nie była złym pomysłem, zwłaszcza w połączeniu niezłym (a przez długi czas najlepszym w bezlusterkowcach) autofokusem. Fatalna była natomiast realizacja – koszmarny, niewygodny interfejs, plastikowa jakość i obiektywy gorsze niż w… niektórych kompaktach. No i cena – jak za lustrzankę ze średniej półki (przynajmniej na początku, bo później były paniczne wyprzedaże). Gdyby zamiast tego Nikon 1 charakteryzował się przyzwoitą jakością, przyzwoitą ceną i sterowaniem oraz menu jak w lustrzankach Nikona, to nie dałby szans kompaktom z jednocalową matrycą. A że zrobiono, jak zrobiono, to dzisiaj Nikon sam nie wie, co dalej ma robić ze swoimi bezlusterkowcami.

PS. Wszystkie zdjęcia z Lofotów.

 

Fotografie na tę chwilę

  • Wodospad Seljalandsfoss, Islandia

    Wodospad Seljalandsfoss, Islandia

  • Korytarze Książa

    Korytarze Książa

  • Czarny Dziedziniec w Książu

    Czarny Dziedziniec w Książu

  • Palmiarnia Lubiechowska

    Palmiarnia Lubiechowska

  • Oman

    Oman

  • Jedz, przyjacielu, Dżemaa el-Fna, Marrakesz, Maroko

    Jedz, przyjacielu, Dżemaa el-Fna, Marrakesz, Maroko

  • Palmiarnia Lubiechowska

    Palmiarnia Lubiechowska

  • Kopalnie Króla Salomona

    Kopalnie Króla Salomona

  • Białowieskie śniegi

    Białowieskie śniegi

  • W Rogalinie o brzasku

    W Rogalinie o brzasku

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

M jak Morskie fale

Zalewające fale, Lofoty

Przybrzeżne skały, zalewane przez morskie fale – wdzięczny temat do zdjęć. Aparat na statyw, niskie ISO, filtr polaryzacyjny żeby się skały nie świeciły, do tego lekki szary dla wydłużenia ekspozycji, bo fale mają się rozmyć w smugi. W trybie priorytetu przysłony aparat sam dobierze czas – i dobiera, wychodzi mu półtorej sekundy. Nadchodzi fala, w jej szczycie fotograf robi pstryk… i dostaje zdjęcie bardzo ciemne, z czasem naświetlania pół sekundy. Dlaczego tak, skoro przed chwilą ten sam światłomierz pokazywał, że czas będzie znacznie dłuższy? Odpowiedź wyraźnie widać na zdjęciu powyżej: fale są białe, a skały bardzo ciemne. Ekspozycja mierzona, gdy kamienie były odsłonięte, jest zupełnie inna niż to, co ustawia aparat, gdy ma przed sobą spienioną falę.

Priorytet przysłony sprawdza się w bardzo wielu sytuacjach fotograficznych. Właściwie to sprawdza się prawie zawsze, z nielicznymi wyjątkami. Sytuacja, gdy białe fale zakrywają i odkrywają czarne kamienie, należy właśnie do takich wyjątków. Wtedy jedynym rozsądnym trybem pracy jest manualny: należy zmierzyć czas, zanim fala przyjdzie – można to zrobić w trybie priorytetu przysłony, czemu nie – po czym ten sam czas i przysłonę ustawić w trybie M. I nie zapomnieć sprawdzić, czy przypadkiem nie przemyciło się gdzieś Auto ISO, bo ono potrafi namieszać w czasie naświetlania szczególnie mocno. Wtedy już aparat nie będzie miał możliwości kombinacji: fala duża, mała czy żadna, ekspozycja będzie zawsze taka sama.

Nikon: JESTEM NIEZDECYDOWANY

domek na Lofotach

W czasie, gdy my staraliśmy się nie dać zwiać z Lofotów, Nikon wykonał pionierski w świecie fotografii manewr. Prawie rok temu firma ogłosiła premierę trzech kompaktów z nowej serii DL. Wszystkie miały mieć dużą (jak na kompakt) matrycę o rozmiarze 1 cala, a najciekawszy model obiektyw o zakresie ogniskowych odpowiadających pełnoklatkowemu 18-50 mm, a więc dysponować rekordowo szerokim kątem widzenia (znowu: jak na kompakt) i niezłą jasnością (ten model i DL24-85 miały mieć zoomy o świetle f/1.8-2.8). Do sklepów aparaty miały trafić w lipcu zeszłego roku, ale nie trafiły. A teraz Nikon ogłosił, że jednak żadnego z trzech modeli DL nie będzie w ogóle. Tym sposobem po raz pierwszy mamy sytuację, że produkt oficjalnie zapowiedziany i ogłoszony, okazuje się fikcją technologiczną.

Trzy rybki, Lofoty

Mam od dłuższego czasu wrażenie, że Nikon ma problem z własną tożsamością i najchętniej zostałby kimś innym, byle nie Nikonem. Na przykład chciałby zostać GoPro, dlatego zrobił kamerki KeyMission (które, nawiasem, sprzedają się nędznie – nie tak łatwo zostać GoPro w czasach, gdy samo GoPro ma problemy). Teraz zrezygnował z produkcji zaawansowanych kompaktów, z których co najmniej jeden był unikatowy. Oficjalne wyjaśnienie: dochody nie będą dostatecznie wysokie. Sony potrafi sprzedawać kompakty z jednocalowymi matrycami (seria RX), Panasonic też, ale Nikon po zastanowieniu uznał, że on takich aparatów nie da rady zrobić porządnie i na nich zarobić. Żeby nie było zbyt różowo: Nikon wcale nie ucieka od kompaktów, w zeszłym roku zrobił ich tyle samo, co aparatów z wymienną optyką (dla porównania: Canon wyprodukował o 1/3 więcej lustrzanek i bezlusterkowców niż kompaktów). Z pewnością zobaczymy też niedługo jakieś nowe Coolpixy. Ale zaawansowane modele z dużymi matrycami – to za trudne. Nie bardzo rozumiem, co Nikon chce robić, jeśli uznaje, że na rynku fotograficznym nie jest bardziej kompetentny niż Sony czy Panasonic. Może wejść w budownictwo, produkty gastronomiczne czy usługi turystyczne? Powyżej propozycja do hasła „JESTEM PRZYTULNY”, w środku: „JESTEM POŻYWNY”, a poniżej: „JESTEM PODRÓŻNIKIEM”.

kuter rybacki, Lofoty

Jedyny pozytyw, jaki tu widzę, to potwierdzenie nauczki, żeby nie kierować się w swoich planach zakupowych żadnymi plotkami, przypuszczeniami co do przyszłych produktów ani nawet produktami oficjalnie zapowiedzianymi, ale tym, co jest dostępne w sklepach. Dzięki Nikonie! 😉

PS. Zdjęcia z Lofotów, więcej zdjęć stamtąd w naszej małej, ale rosnącej galerii norweskiej.

Lofoty: faustowska chwila

Słoneczny moment, Lofoty

Lofoty okazały się fotowyprawą, na której mieliśmy najbardziej fotograficzną pogodę – znaczy, pogodę, z której tylko fotograf może zrobić użytek. Dzisiaj było prawie bez deszczu, a nawet późnym popołudniem nastąpiła chwila, gdy słońce błysnęło (nie samo osobiście, ale chmury podświetliło, co udowadniam powyżej). Uprzedzam złośliwców – chwila była znacznie dłuższa niż czas synchronizacji aparatu z lampą błyskową. Chwila wręcz faustowsko trwała – zdjęcie powyżej to dziewięciominutowa ekspozycja.

Domki rorbu, Lofoty

Zanim jednak nastąpiła wieczorna kulminacja, mieliśmy dzień wypełniony fotografowaniem. Rano grasowaliśmy w okolicach naszego rorbuera (czyli grupy domków rorbu), później odwiedziliśmy wioskę o zwięzłej nazwie A, a na koniec kolejną plażę z obfitością głazów do ćwiczeń długiej ekspozycji. Na tej plaży spotkaliśmy surferkę… Pisałem wcześniej, że tu prawie lato.

Plaża za kręgiem polarnym, Lofoty

Przebojem dzisiejszego, ostatniego plenerowego dnia fotowyprawy (jutro rano rozpoczynamy podróż z trzema przesiadkami), były świeżo złowione ryby, ale o lokalnych przysmakach, miejscowych luksusowych hotelach i innych atrakcjach dorównujących tutejszej słonecznej pogodzie – następnym razem. Na razie dajemy ostatnią szansę zorzy, żeby się pokazała. Gęstość pokrywy chmur i okazyjna mżawka nie dają szczególnych nadziei, ale kto wie…

Lofoty: światła w cieniu wielkiej góry

Świt w Reine, Lofoty

Lofoty to nie tylko woda, kamienie i dzikie ostępy, ale też domy, a nawet całe miasteczka. Dziwnym trafem, sporo z tych miasteczek znajduje się w miejscach bardzo malowniczych: nad fiordami, pod górami, wśród skał i lasów. Nie ma to jak oświetlone latarniami miasteczko tuż przed świtem, odbijające się w wodach fiordu, prawda? Norwedzy bardzo lubią oświetlać; nic w tym w sumie dziwnego, skoro naturalnego światła o tej porze roku jest mało. Popularne są na Lofotach czerwone domki (sporo z nich to mieszkanka wynajmowane turystom), a przed każdym takim domkiem – latarnia. Dzięki temu turyści się mniej gubią, a miejscowości stają się bardziej atrakcyjne wizualnie. Same zalety.

Reine o poranku, Lofoty

Nawet gdy latarnie już pogasną, a pogoda utrudnia fotografowanie odbić w wodzie, w miasteczkach jest co robić. Wystarczy się przespacerować, żeby znaleźć mnóstwo charakterystycznych, lofockich detali do uwiecznienia. Zdobione drewniane domy, łodzie, liny, sieci, płotki i kutry tylko czekają na dobrze wycelowany obiektyw.

Odbicie łódki, Lofoty

Lofoty: ręka pewniejsza niż statyw

Kamienie na wybrzeżu, Lofoty

Od dwóch dni sens używania statywu bywa co najmniej wątpliwy. Owszem, jest zachmurzenie, a rozproszone światło jest delikatne i mało intensywne, więc wsparcie aparatu jak najbardziej by się przydało, ale… silny wiatr powoduje, że nawet najbardziej solidny statyw, nawet dociążony, nie gwarantuje dobrych jakościowo zdjęć. Co więcej, przy trójnogu trzeba cały czas zachować czujność, bo podmuchy są tak silne, że mogą wywrócić aparat razem ze wsparciem. Z poprzedniego dnia mamy kilka zdjęć nieudanych, bo poruszonych, mimo porządnego statywu i zachowania staranności – większość to próby wykorzystania dłuższych, wielosekundowych ekspozycji. Bezpieczniejsze okazywało się fotografowanie z ręki na podniesionym ISO, choć to oczywiście ogranicza możliwości twórcze.

Dzisiaj nadal wieje, choć mniej intensywnie, a wieczorna sesja na wybrzeżu nawet pozwoliła na kilkuminutowe naświetlania (powyżej – 154 sekundy z filtrem polaryzacyjnym i szarym ND64, ze statywu oczywiście). Pogoda się powoli poprawia: wiatr słabnie i prawie dzisiaj nie padało. Nadal jest pochmurno, o zorzy nie ma co wspominać, ale liczymy, że każdy następny dzień będzie lepszy.

Zamarznięty wodospad, Lofoty

My tu mamy prawie upały (8-9 stopni powyżej zera), ale na otaczających górach nadal śnieg i zamrożone wodospady, jak na zdjęciu powyżej.

Lofoty: pasażerowie klasy SBY

Odbicie drzewa, Lofoty

Nie bez pewnych komplikacji dotarliśmy na Lofoty. Cztery (!) loty (czyli trzy przesiadki!) poszły całkiem sprawnie, samoloty się nie spóźniały i nawet żaden bagaż się nie zgubił. Oboje z Ewą do Kopenhagi podróżowaliśmy jako normalni pasażerowie, ale od Kopenhagi podróżowaliśmy na biletach oznaczonych jako „SBY”. Jeśli ktoś z Was kiedyś będzie miał okazję dostać bilet lotniczy, na którym zamiast numeru miejsca widnieje „SBY”, może już cieszyć się na czekające go atrakcje.

Kod „SBY” nie oznacza, niestety, „Supreme Business Yuppie”. Oznacza „Stand by”, czyli „klient nadmiarowy, upchnąć w miarę możliwości”. Linie lotnicze robią overbooking, czyli sprzedają więcej biletów niż mają miejsc, a tym razem za nadmiarowych zostaliśmy uznani oboje z Ewą (reszta grupy miała normalne bilety). Jeśli trafi Wam się bilet z oznaczeniem miejsca „SBY” spodziewajcie się nawiązania w najbliższym czasie wielu relacji z pracownikami linii lotniczych. Ponieważ czekały nas jeszcze trzy przesiadki, to na trzech lotniskach mieliśmy okazję do przekonywania obsługi, że naprawdę musimy polecieć z grupą i lepiej, żeby nas zmieścili, bo jakoś nas dostarczyć i tak muszą (wszystkie połączenia mieliśmy na jednym bilecie), a dużo tych lotów na Lofoty nie ma. Po licznych wewnętrznych konsultacjach i wykonaniu sporej liczby telefonów miejsca za każdym razem się znajdowały i razem z resztą fotowyprawy dotarliśmy na Lofoty.

Norweska architektura - detal, Lofoty

Pierwszy dzień był najbardziej – mamy nadzieję – hardkorowy: lało, wiało i chmurzyło. Lofoty się skurczyły, kończą się szybko białymi oparami – jak widać powyżej. Poniżej detal z lokalnego apartamentowca (ale w takim nie śpimy, bo na luksusy nas nie stać).

Po prostu: upraszczaj!

kapliczka na morzu, Kreta

Główny problem początkujących, a nawet średniozaawansowanych fotoamatorów z kompozycją sprowadza się do tego, że chcą pokazać za dużo, a w efekcie skutecznie dekoncentrują widza, który nie bardzo wie, co na takim zdjęciu jest ważne. Najprostsza i najskuteczniejsza metoda poprawy kompozycji: nie komplikuj. A jeszcze lepiej: zobacz, czy nie da czegoś odjąć, usunąć z kadru, zniknąć.

Nie żeby złożone, wieloelementowe kompozycje były złe. Są dobre, jeśli… są dobre. Z pewnością są natomiast trudniejsze do zbudowania. Im mniej klocków, tym łatwiej je poukładać. Ograniczenie sobie liczby klocków do ułożenia na zdjęciu pomoże nad nimi zapanować. Nie jest złym pomysłem, żeby w ogóle zacząć od jednego elementu, który zwrócił naszą uwagę, a następnie sprawdzać krok po kroku, ile można jeszcze dodać, żeby całość stała się mocniejsza. Jeśli zamiast stawać się mocniejsza, zaczyna słabnąć i rozmydlać się, to cofamy się do poprzedniego etapu i już nic nie dokładamy.

Nie przypominam sobie, żebym widział kiedyś fotografię, która była kiepska, bo zbyt ascetyczna kompozycyjnie. A niepotrzebnie przeładowanych jest mnóstwo.

Powyżej zdjęcie z Krety, a my znikamy za chwilę na fotowyprawę na Lofoty – jeśli tylko w tych śmiesznych domkach będzie internet, to spodziewajcie się relacji na żywo.

 

Na Zachodzie bez zmian

rzeźba Sahary, Maroko

Albo Canon zatrudnia wysokiej klasy szamanów i czarnoksiężników, albo fotografowie są konserwatystami. W czasach analogowych kolejność najpopularniejszych marek fotograficznych to: Canon, Nikon, Minolta. Przyszła cyfrowa rewolucja i mamy: Canon, Nikon, Minolta przejęta przez Sony. Pojawiły się bezlusterkowce, które miały zrobić następną rewolucję… Canon, Nikon, Sony. A Olympus, który chciał sobie wykroić bezlusterkową niszę, jest w tym samym miejscu, co zawsze, czyli desperacko walczy, aby przekroczyć 5% udziału w rynku. W bezlusterkowcach wyprzedzają go Sony i… Canon, któremu idzie na tym rynku lepiej, niż na to zasługuje. Ja rozumiem: siła rozpoznawalnej marki, efekt sieciowy („jeśli większość znajomych ma Canona, to ja też kupię Canona”), sprawny marketing, dystrybucja, optymalizacja produkcji itp. oraz brak spektakularnych wpadek, ale nadal to niezmienne panowanie na zmieniającym się rynku zadziwia. Konkurencję pewnie bardziej irytuje niż zadziwia.

Nic się nie zmienia? Trochę jednak się zmienia. Canon pobił historyczny rekord dominacji na rynku, uzyskując prawie 50%, a Nikon zaliczył historyczny dołek. Nikona prawdopodobnie dopadła karma – zadziałał efekt zachlapanych olejem matryc, lewych czujników AF, a zwłaszcza stylu reagowania na te problemy. Jeśli tylko Nikon wyciągnie wnioski z tego dołka, to nikoniarze powinni doświadczyć poprawy jakości serwisu. Oby!

w zaułkach Szafszawan, Maroko

Wyrównanie średniej ceny bezlusterkowca do ceny lustrzanki (przy znacznie niższych kosztach produkcji bezlusterkowca) świadczy o tym, że producenci porzucili ambicję przegonienia lustrzanek i po prostu próbują przeżyć w mniejszej i bardziej zatłoczonej niszy.

Obowiązująca tendencja, co zresztą koncerny potwierdzają wprost w swoich raportach giełdowych, to: aparaty z wyższej półki za wyższą cenę. Jeśli ktoś oczekuje lepszego sprzętu i gotów jest płacić więcej – to najbliższe lata będą dla niego ciekawe. Dla zwolenników aparatów tańszych, pozostaje rynek wtórny, także całkiem atrakcyjny, zwłaszcza że nie robi się już złych aparatów.

Niniejszy tekst to mój komentarz, a konkretne dane są na dfv.pl.

PS. Zdjęcia na ocieplenie nastroju – z Maroka. Fotografia pustyni nie jest metaforą rynku fotograficznego. 😉

PPS. Jeśli ktoś nie dostaje od nas powiadomień o nowych fotowyprawach i warsztatach, a chciałby dostawać, to zapraszamy do zapisania się na listę mailingową: http://www.ewaipiotr.pl/o-nas/powiadomienia-o-fotowyprawach-i-fotowarsztatach/

 

Kto rządzi w lesie

Dęby Rogalińskie trzy

Są różne powiedzonka na temat lasu. A to, że zza niego drzew nie widać, a to znowu, że im w niego dalej, tym tych drzew więcej. Ale żadne z nich nie mówi, jak się za fotografowanie lasu zabrać. Las to wielki chaos: pnie, gałęzie, latem dodatkowo liście. Do tego obiekty niższe: krzaki, trawa, zielsko, jakieś chaszcze. A na zdjęciach chaos nie jest dobry. Na zdjęciu trzeba wprowadzić porządek.

Zacząć najlepiej od znalezienia w kadrze jednej rzeczy, która będzie najważniejsza. To może być jedno drzewo, ale też na przykład kępa kwiatów albo… szczególnie kształtna zaspa, w zależności od sezonu. Potem trzeba coś do tej jednej rzeczy dodać, żeby był jakiś kontekst. Co to będzie – zależy od pory roku i ukształtowania terenu, ale ważne, żeby to coś było ewidentnie tłem, a nie konkurowało z głównym tematem. Są różne sposoby na podkreślenie głównego tematu, można sobie wybrać. Za najważniejsze ludzie uznają zwykle te elementy zdjęcia, które są: najjaśniejsze, najbardziej jaskrawe, najbardziej kontrastowe, ostrzejsze, większe. Jeśli powietrze nie jest całkiem przezroczyste, to ułatwia sprawę: to, co bardziej oddalone, automatycznie staje się mniej wyraziste i schodzi na drugi plan. Oddanie przestrzeni na płaskim obrazku staje się proste, a właściwie robi się samo. Na zdjęciu Wielki Boss Lasu i jego dwaj pomocnicy – nie ma wątpliwości, kto tu jest ważny, prawda?

P.S. Dobra wiadomość dla tych, którzy mają ochotę poćwiczyć fotografowanie w lesie, w cieplejszych okolicznościach przyrody: w sierpniu ponownie zapraszamy do Wrzosowej Krainy!

Dęby, piwo i mróz

Zima w Rogalinie

W ten weekend w Rogalinie było tak zimno, że fotografowie przymarzali do statywów. Dowód na górze: osiem sekund naświetlania, a fotograf przy statywie ani drgnął! Pozdrawiamy kolegę serdecznie. Mroźna pogoda, oprócz unieruchamiania ewentualnych elementów ludzkich w krajobrazie, ma jeszcze inne plusy. Po zamarzniętej wodzie można chodzić, dzięki czemu możliwe są inne niż zwykle punkty widzenia; na przykład można robić zdjęcia ze środka stawu. Zmrożone powietrze nabiera nietypowych właściwości: światło i kolory rozkładają się nieco inaczej niż zwykle, kształty stają się bardziej wyraziste, krystaliczne powietrze nabiera barw. A jak człowiek pobiega po mrozie, to później chętnie idzie na przykład do browaru, gdzie w ciepełku, w fotogenicznych kadziach warzy się piwo. Tak właśnie zrobiliśmy na trzecich warsztatach w Rogalinie, a relację z nich można przeczytać tutaj.

PS. Rogalin 2017 to już historia, ale mamy jeszcze jedno miejsce na warsztaty w Pradze – to dopiero będzie historia! 🙂

Światy nie z tej ziemi

Odcienie czerni, Islandia

Było spokojne, bezwietrzne popołudnie na Islandii, w środku lata. Nic nie zapowiadało, że nagle zostaniemy przeniesieni do innego świata, a jednak się stało. Wystarczyło podjechać na Vestrahorn i odejść kilka kroków od autobusu, a okazało się, że otacza nas szara pustka, w której widać tylko czarne wydmy, porośnięte gdzieniegdzie rozczochranymi kępami trawy. Miejsce zawieszone w przestrzeni nie wiadomo jakiej, nie wiadomo gdzie, bo przecież nie pod wysoką górą, pod którą mieliśmy fotografować. Ciszy nie mącił nawet odgłos kroków, bo nogi miękko zapadały się w czarnym piasku. Czerń, szarość, mgła i od czasu do czasu dźwięk migawki. W takich warunkach nie da się robić normalnych zdjęć – klasyczne ujęcia są po prostu niemożliwe. Pod wrażeniem takich warunków, do głowy przychodzą projekty. Powyżej jedno zdjęcie z mojego nowego projektu: zapraszam do obejrzenia Czarnych ogrodów; na razie w dość skromnej wersji, ale z czasem się rozrosną.