Techniki zakazane

Santorini rybim okiem

Jeśli ktoś myśli, że w fotografii mu wszystko wolno, to może tak myśleć dopóki nie pójdzie na jakieś forum, nie zgłosi się na konkurs albo nie zechce aplikować do jakiegoś stowarzyszenia, fotoklubu itp. Jak pójdzie, zgłosi się albo zechce, to się dowie, że pewnych rzeczy w fotografii się nie robi, choć można, a jak się je zrobi – to to już nie będzie fotografia.

Postawa „można, ale nie wolno”, także w odmianie „błee, ale to już nie jest fotografia” ma długą i szacowną tradycję. A im bardziej szacowna fotografia, tym i zakazy bardziej rygorystyczne, a „błeee” donośniejsze. Co ciekawe, im większy opór, tym większą rewolucję można zrobić przekonując, że jednak wolno pewne rzeczy robić, a fotografia jest szersza niż się do tej pory wydawało. Parę wielkich nazwisk w fotografii stało się wielkimi właśnie przekonując, że robienie „błeee” przystoi tylko baranom. Zaczęło się to jeszcze w czasach, gdy dinozaury pozowały do dagerotypów – wówczas to Steichen ze Stieglitzem przekonywali, że fotografia to nie dziwactwo, tylko forma sztuki, jak malarstwo czy rzeźba. Znacznie później Eggleston równouprawnił kolor – bo o ile czarno-białe fotografie już mogły być sztuką, o tyle kolorowe nadal były pstrykami. Inna sprawa, że zdobywanie terenu niekoniecznie skutkuje jasnym poszerzaniem granic – Ansel Adams mógł sobie w ciemni lokalnie maskować, wysłaniać i doświetlać, ale lokalne rozjaśnianie i ściemnianie w cyfrowej ciemni nadal jest w wielu środowiskach postrzegane jako „błeee”. A czasem nie wiadomo, czy jest ok, czy nie ok, więc można dostać nagrodę, a później szanowne jury się zaczyna zastanawiać, czy dobrze przyznało nagrodę, co przytrafiło się Paulowi Hansenowi, który najpierw dostał World Press Photo, a teraz musi się tłumaczyć z tego, jak on to zdjęcie zrobił i obrobił. Różne szacowne grona, a szczególnie te związane z konkursami fotografii prasowej, czują się szczególnie niepewnie w towarzystwie cyfrowych technik fotograficznych, co skutkuje tym, że co i rusz czegoś próbują zabronić, zakazać i zdelegalizować, ale niepewnie, niekonsekwentnie i bez jasnych reguł. A co ciekawe, ta cała nieufność i lęk względem fałszujących rzeczywistość technik cyfrowej edycji zupełnie znika, gdy na fotografiach są ewidentne ustawki. Wysłanianie i doświetlanie to ohydne kłamstwa, nie przystające do fotografii prasowej, ale sceny pozowane są ok. Można i tak.

W ogóle można, jak się chce. Tak z nieco ponad dekadę temu śledziłem poważną dyskusję toczoną wokół legalności filtra polaryzacyjnego. Serio, serio – było parę osób, które całkiem poważnie twierdziły wówczas, że zastosowanie filtra polaryzacyjnego to oszustwo, które kłóci się z prawdziwą i czystą fotografią. Nie wiem, czy to przekonanie zostało im do dzisiaj, ale na własne potrzeby i z wewnętrznego przekonania można przyjąć i bardziej dziwaczne założenia. Można zostać jedynym na świecie wyznawcą szkoły, że „prawdziwa fotografia musi być zrobiona na płytkach szklanych” albo „lampa błyskowa to oszustwo” – dla własnych potrzeb, dla określenia swojej własnej uprawianej fotografii, takie decyzje są całkiem zasadne i sensowne. Natomiast głoszenie, że prawdziwa fotografia to to czy tamto, ale absolutnie nie wolno tego i owego, jest trochę XIX-wieczne. No chyba że się jest prezesem ważnego grona lub członkiem jury ważnego konkursu, wówczas można ustalać, co jest prawdziwą fotografią, a co nią nie jest. Przynajmniej dopóki nie przyjdzie jakiś nowy Steichen z Egglestonem.

PS.  Paul Hansen chyba przeżyje, bo szanowne jury jednak uznało, że nie narozrabiał za bardzo. Nie wiem natomiast, czy przeżyje jury – ja bym na ich miejscu się zwinął w kłębek i spalił ze wstydu (dodge & burn?). Kompromitacja jury jest potrójna – że najpierw nie potrafili jasno określić dopuszczalnych reguł, a później akceptowalność pewnych technik rozstrzygali już po przyznaniu nagrody – do tego jeszcze wysuwając bzdurne podejrzenia, jakie to straszliwe oszustwa zostały przez Bogu ducha winnego fotografa dokonane. Robienie „błeee”  na postęp techniczny jednak wymaga nieco zrozumienia rzeczywistości.

 

Chmura zakrywająca koniec historii

Katedra w Sienie

Po przedwczorajszym wpisie rozwinęła się dyskusja, którą jak sądzę warto kontynuować – od takich dyskusji zresztą huczy pół fotograficznego internetu. No bo tak: Adobe gwałtownie zrobiło radykalny krok – a co mają zrobić użytkownicy ich programów? A konkretnie, pozostając na gruncie fotografii: użytkownicy Photoshopa i Lightrooma?

Najprostsza odpowiedź na to pytanie brzmi: NIC. Użytkownicy nie mają powodu do paniki – przynajmniej na razie. Osoby korzystające z LR mogą się przyjrzeć obiecanej na „za chwilę” wersji 5 i zastanowić się nad ewentualnym przejściem na nią, dokładnie tak samo, jak zastanawiałyby się w normalnej (czyli przedprzedwczorajszej) sytuacji. Jeśli stwierdzą, że „czwórka” im wystarcza – to zapewne będzie im wystarczała również w przyszłym roku i za dwa lata, niezależnie od tego, czy Adobe będzie normalnie sprzedawać nowe wersje programów, czy znowu wyskoczy z jakąś genialną innowacją*. Bądźmy rozsądni: dotychczas używane programy nieprędko się zużyją. To nie części mechaniczne w pralce.

To samo dotyczy Photoshopa, którego od teraz można nabyć wyłącznie w formie usługi abonamentowej – bo przecież zakupiona niedawno „szóstka” nie uległa nagle rozkładowi, a nawet nabyta parę lat temu „trójka” nie zestarzała się moralnie na tyle, żeby się z dnia na dzień przestała nadawać do użytku. Masz Photoshopa? To sobie miej i używaj na zdrowie. Dopóki nie nastąpi jakaś radykalna zmiana w systemach operacyjnych, problem nie istnieje. Bardzo możliwe, że Photoshop, którego masz teraz, to Twój ostatni Photoshop w życiu. Czy to taka nieprzyjemna myśl?

Chcesz Photoshopa, ale nie lubisz chmury? Nadal można bez problemu znaleźć w sklepach pudełkowe wersje CS6 – kupić i używać przez długie lata. Można też odkupić od kogoś pudełkową wersję starszego Photoshopa – odsprzedaż i używanie oprogramowania z drugiej ręki jest jak najbardziej legalne.

A może jednak warto „wejść w chmurę”? Owszem, istnieją sytuacje, gdy to się finansowo opłaca, ale nie prywatnemu człowiekowi. Pisałam już o tym, kto chce to sobie zajrzy… Teraz natomiast warto wspomnieć, dlaczego chmura nie jest taka znowu niegroźna. Przyczyną jest umowa licencyjna, którą podsuwa nam Adobe. Cała umowa licencyjna CC dostępna jest tutaj, a poniżej perełki:

„6.4 Adobe may modify or discontinue, temporarily or permanently, the Services or Materials, or any portion thereof, with or without notice. You agree that Adobe shall not be liable to you or anyone else if we do so.” – Czyli Adobe może wstrzymać lub zawiesić w dowolnym momencie dowolną usługę, czasowo lub trwale, uprzedzając o tym lub nie uprzedzając. I nie będzie się z tego tłumaczyć nikomu ani za to przed nikim odpowiadać.

„You agree that Adobe may display advertisements adjacent to Your Material, and you agree that you are not entitled to any compensation.” – Niezależnie od płacenia przez klienta subskrypcji, klient może się spodziewać wyświetlania reklam. I nie ma co liczyć na odszkodowanie czy zwrot pieniędzy z tytułu wyświetlania mu tych reklam.

„11.4 The Software may automatically download and install updates from Adobe. These updates are designed to improve, enhance and further develop the Services and may take the form of bug fixes, enhanced functions, new Software modules, and completely new versions. You agree to receive such updates (and permit Adobe to deliver these to you with or without your knowledge) as part of your use of the Services.” – Wszystkie zmiany, dodatki, poprawki i aktualizacje będą realizowane i instalowane bez pytania użytkownika o zgodę. Co jest dodatkowym źródłem problemów, bo poprawki, które coś psuły, nie są wcale takie rzadkie, także u Adobe. W przypadku samodzielnego programu w skrajnej sytuacji można go odinstalować i zainstalować ponownie, nie aktualizując go o kłopotliwe poprawki. W przypadku korzystania z chmury nie ma możliwości korzystania z innej wersji niż najnowsza. Nie da się także wrócić do którejkolwiek starszej wersji.

Ładnie? Dodam jeszcze, że jeśli ktoś będzie miał zastrzeżenia do działania chmurnej usługi, to może się sądzić. W Kalifornii.

No dobrze, można wzruszyć ramionami na całą tę chmurę, pozostając przy aktualnych wersjach programów. Ale co, jeśli zmienimy aparat, a stary PS nie będzie czytał nowych RAW-ów? To przykra sytuacja, ale nie beznadziejna. Rozwiązań jest kilka. Po pierwsze, można uprzeć się na dalsze korzystanie z ACR (albo LR), konwertując najpierw pliki do DNG. Niezbyt to wygodne i można się zastanawiać czy sensowne, ale da się. Po drugie, z każdym aparatem jest dostarczany jakiś rawer. Z Canonami nawet niezły. Po trzecie – może czas sobie przypomnieć, że istnieją też rawery niezależne? DxO, Capture One, Nama5, Photivo (no ok, ten akurat jest mało intuicyjny, ale istnieje), Scarab Darkroom, oraz cała plejada innych, mniej lub bardziej znanych. Poza tym do wywoływania RAW-ów mogą też posłużyć programy do HDR obsługujące pojedyncze pliki, jak na przykład SNS-HDR, do kupienia tu, a dla naszych warsztatowiczów – ze zniżką. Coś z pewnością da się wybrać.

Jeśli da się obecnie pracować (pracować – znaczy się, zawodowo), przygotowując materiały do druku na Photoshopie 6.0 (sześć i już, nie CS6!), to oznacza, że naprawdę pogoń za nowinkami nie jest konieczna (Pozdrowienia dla Wzrokowca). Oznacza też, że przygotowanie materiałów do druku w CMYK-u jest jedynym zastosowaniem, w którym trudno Photoshopa zastąpić. Wszystkie pozostałe rzeczy da się zrobić programami spoza Adobe – być może dwoma zamiast jednym, ale się da. Powyżej i poniżej zdjęcia prosto z SNS-HDR, przeskalowane i podpisane FastStone’m.

Pitigliano

* Lightroom w chmurze? Oczywiście! Pytanie tylko, czy i kiedy LR będzie wyłącznie w wersji CC. Tutaj jest ciekawy wywiad z bossem Adobe, który mówi m.in.: „We don’t have plans to make Lightroom a subscription-only option but we do envision added functionality for CC members using Lightroom.” – czyli: „Nie mamy planów zrobienia Lightrooma w modelu wyłącznie subskrypcji, natomiast przewidujemy dodatkowe funkcje dla użytkowników CC”.

Photoshop dostępny tylko w abonamencie Creative Cloud

Zobacz wyniki ankiety

Loading ... Loading …

 

Koniec historii

Toskania

Nie jestem wprawdzie Francisem Fukuyamą, ale nowina ostatnich dni jakoś tak przybliża mnie do jego tezy: właśnie skończyła się historia. Konkretnie, skończyła się historia Photoshopa. Koniec z uroczymi, fantazyjnymi nazwami wersji beta, koniec z zastanawianiem się co nowego wymyślili i jak z tego korzystać, koniec z kamieniami milowymi na drodze rozwoju, koniec z rozwojem. Choć z tym ostatnim pewnie by w Adobe chętnie popolemizowali, ale czy mają argumenty?

Od teraz nie ma numeracji kolejnych wersji, nie będzie jak wspominać: „A pamiętasz pierwszego CS-a? Narzędzia dla fotografów wtedy dołożyli…”. Jest tylko Photoshop CC, co nie oznacza niestety Creative Common, tylko Creative Cloud, czyli Kreatywna Chmura, dostępny wyłącznie poprzez opłacaną co miesiąc subskrypcję. Jeśli ktoś jeszcze chciałby normalne, legalne CS6, to pozostaje mu popędzić szybko do jakiegoś sklepu po pudełko, bo Adobe już takiego artykułu nie prowadzi.

Nie będę tu pisać o cenach i opłacalności subskrypcji, bo o tym już pisałam (Podaj mi tylko rękę, a też: Stół jest gotowy i Kup pan cegłę). Dzisiaj tematem jest koniec historii, koniec rozwoju. Adobe publicznie ogłosiło – choć oczywiście nie wprost, tylko tak między wierszami, wstydliwie i ukradkiem – że nie ma pomysłów na dalszy rozwój programu. Gdyby mieli pomysły na nowe wersje, lepsze funkcje, jakikolwiek postęp – to by próbowali je spieniężyć, sprzedając CS7, 8 i następne. Ale widocznie nie mają, skoro stawiają ludzi przed wyborem: abonament albo nic.

Taka decyzja świadczy o sytuacji, która zasadniczo jest dla użytkownika dobra: programy do edycji zdjęć są dojrzałe. Da się nimi zrobić to wszystko, co zrobić trzeba. Wygodnie albo nie, ale możliwości działania jest na tyle dużo, że w końcu wszystkie operacje, jakie chcemy przeprowadzić na zdjęciach, przeprowadzić się da. Zamiast więc czekać na nowe narzędzia, można się spokojnie skupić na nauce korzystania z dotychczasowych tak, by osiągać za każdym razem zamierzony efekt.

Z drugiej strony – wiem, że Photoshop wcale doskonały nie jest. Z punktu widzenia fotografa jest mnóstwo rzeczy, które mogłyby być zrobione lepiej, inaczej, skuteczniej, wygodniej. Nie tylko ja o nich wiem, i oczywiście nie od dzisiaj. Ale najwyraźniej w dalekiej Ameryce uznano, że unowocześnianie i poprawianie działania starych funkcji nie jest na tyle seksowne, żeby sprzedać nowe wersje programu. Więc się nie poprawia i nie unowocześnia. Koniec złudzeń: Adobe już nie poprawi modułu do HDR, nie wprowadzi profesjonalnego odszumiania, nie unowocześni Poziomów. Gdy wszystko będą sprzedawać w subskrypcji, naprawdę nie musi im zależeć na nowościach. Poddali się, odpuścili, przyznali, że inwencja się skończyła. Szkoda.

Napoleonem też nie jestem, ale powtórzę za nim: Rewolucja się skończyła. Teraz pozostaje już tylko nauczyć się sobie radzić z tym, co mamy. I nie musi to być koniecznie Photoshop opłacany co miesiąc.

Twoje zdjęcia są moimi zdjęciami

Etiopia, góry Semien, Siemen

Nie, tym razem nie będzie o plagiatach, kradzieży zdjęć ani innych zagadnień interesujących Darka. Będzie o czymś subtelniejszym, ale na dłuższą metę jeszcze groźniejszym: urawniłowce.

Nie tylko wyrównywanie w dół jest szkodliwe. Wysoce niepokojące jest też zjawisko ujednolicania gustów – bardziej lub mniej przymusowego. Z przymusowym wyrównywaniem gustów mamy do czynienia w szkołach – zjawisko dotyczy niestety nawet szkół artystycznych – gdzie to nauczyciel mówi, co zachwyca, a co jest błędem, nieudaną próbą albo efektem niewystarczającego talentu/warsztatu (niepotrzebne skreślić). I przerabia swoich uczniów na własny obraz i podobieństwo, aż ich zdjęcia stają się jego zdjęciami, tylko rzecz jasna mniej doskonałymi. Trzeba już wcześniej być dojrzałym artystą, żeby mimo takiego szkolenia pozostać sobą…

Ale jeśli ktoś myśli, że wystarczy unikać apodyktycznych profesorów, żeby spokojnie rozwijać własną wizję fotograficzną, to jest w grubym błędzie. Bo takich domorosłych „profesorów” pełno jest w internecie, a konkretnie w internetowych galeriach fotograficznych. Ludzi, którzy mają jasną wizję jedynie słusznego stylu fotograficznego. Którzy najlepiej wiedzą, jak Twoje zdjęcia powinny wyglądać. I którzy nie omieszkają przekazać Ci tej informacji… ale zrobią to subtelnie, uprzejmie, po prostu chwaląc tylko te zdjęcia i tylko takie podejście, które jest zgodne z ich gustem. Krzywiąc się ewentualnie lekko na wszystkie pozostałe. I tak, krok po kroku, klatka po klatce, jeśli zechcesz zyskać powodzenie w galeriach, Twoje zdjęcia staną się ich zdjęciami… i może nawet kiedyś będą równie doskonałe. W końcu, w galerii internetowej nie potrzeba dyplomu, żeby dołączyć do grona profesorów.

Te wszystkie dobre, acz lekko zamordystyczne rady pod hasłem „Co musi mieć zdjęcie, żeby było dobre” nie są nawet wynikiem złej woli czy jakichś zapędów totalitarnych. Po prostu: każdy fotograf o jakimś tam doświadczeniu ma jakieś tam swoje pomysły na zdjęcia. Swoje ulubione sposoby kadrowania, kolorystykę, wiodące tematy. Te pomysły i poglądy stara się przekazać – w swoich zdjęciach rzecz jasna, ale też w opiniach o innych zdjęciach. Uważa, że tak jest dobrze, a inaczej jest źle. Niektórzy z nich są bardziej aktywni, asertywni, pewni siebie od innych – i w rezultacie, nawet niekoniecznie świadomie, pracują nad przerabianiem innych na własny obraz i podobieństwo. Jeśli ich posłuchasz, Twoje zdjęcia staną się ich zdjęciami: takimi, jakie oni by zrobili, gdyby je zrobili.

Ile asertywności potrzeba, żeby zachować własne spojrzenie na otaczający świat?

10 tysięcy

Okolice Pienzy

Na pytanie, jak być w czymś naprawdę dobrym, jest kilka podobnych, a różniących się kulturowym kontekstem odpowiedzi. Mniej więcej sprowadzają się one do mądrości ze starego dowcipu, gdzie przyjezdny wysiada z pociągu i pyta tubylca:
- Panie, jak trafić do filharmonii?
- Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć – odpowiada tubylec, ruszając swoją drogą.

I tu pojawia się pierwsza ludowa mądrość wskazująca źródło doskonałości w jakiejś dziedzinie: „ćwiczenie czyni mistrza”. Typowa reakcja adepta to: „a długo mam tak ćwiczyć?”. To nie jest najbardziej celne pytanie, ale zacznijmy od odpowiedzi na nie. Można nawet udzielić precyzyjnej odpowiedzi. Odpowiedź brzmi: 10 tysięcy.

Ale 10 tysięcy czego?! No, to już zależy, z której części świata pochodzi owa mądrość. Na Dalekim Wschodzie to będzie 10 tysięcy powtórzeń – czy to określonej figury gimnastycznej, czy kopii dzieł mistrzów (tak, tam wierne kopiowanie jest uznawane za najlepszą metodę nauki, a własnych oryginalnych pomysłów można próbować dopiero po osiągnięciu doskonałości w podróbkach). Na uwielbiającym konkret Zachodzie będzie to 10 tysięcy godzin ćwiczeń.
Czy da się te zalecenia ilościowe przenieść na fotografię i co właściwie należałoby robić przez 10 tysięcy godzin? Trzymać wciśnięty spust migawki, nosić statyw czy kląć, usiłując w Photoshopie uzyskać kolory, które wszędzie będą wyglądały tak samo, z wydrukiem włącznie? Ups, właśnie natrafiliśmy na jakościowe ograniczenia metody „10 tysięcy”. Sprawdza się ona w odniesieniu do zdobycia pewnych mechanicznych umiejętności, wyrobienia odruchów, wdrukowania sobie w rdzeń kręgowy reakcji Pawłowa. Włącz w aparacie bracketing 10 000 razy, a będziesz to w stanie już do końca życia robić odruchowo i nigdy tego nie zapomnisz, choćbyś chciał. Ale zrób 10 000 zdjęć z wbudowaną lampą błyskową na automacie, a ostatnia fotka będzie estetycznie bardzo bliska tej pierwszej.

Doskonalenie przez wielokrotne powtórzenia sprawdza się, gdy trzeba opanować techniczne podstawy, powyżej pewnego poziomu nie gwarantuje jednak postępu. Polecam wnioski z badań przeprowadzonych na sportowcach, szachistach i muzykach. To, co różni uzdolnionego amatora od profesjonalnego filharmonika, to właśnie spędzenie przy instrumencie 2 000 godzin wobec 10 000. Dlaczego jednak z dwóch zawodowców, którzy tę tytułową „dychę” przećwiczyli, jeden zostaje wybitnym wirtuozem, a drugi nie wychodzi poza poziom lokalnej filharmonii? Nie ma na to łatwej odpowiedzi i z pewnością nie tkwi ona w ilości czasu, spędzonego na doskonaleniu się.

Tutaj wracamy do reakcji adepta, który zamiast pytać: „a długo mam ćwiczyć?”, powinien się zastanowić: „ale co mam ćwiczyć?”. A odpowiedź na to pytanie jest łatwa, gdy udziela się jej początkujacym, a coraz trudniejsza, gdy poziom zaawansowania wzrasta.

PS. Nie znam szkoły filozoficznej mówiącej, że droga do absolutu prowadzi przez wydanie 10 tysięcy euro na sprzęt. Jest jednak całkiem sporo wyznawców tego niesformalizowanego wyznania. :)

Tu i teraz… albo może tam?

Toskania, Pienza
Wygrzeb swoje zdjęcia z wycieczek sprzed dziesięciu lat. Pamiętasz, jak się nazywa ten strumień? Gdzie rosło to drzewo, w jakim mieście stoją takie domy, gdzie był ten uroczy pałacyk, na jakiej ulicy jadłeś te lody?

Im więcej zdjęć, im liczniejsze miejsca, im dłuższy czas, tym bardziej zawodna staje się pamięć. Pomóż wspomnieniom – otaguj je.

Dopóki jeszcze pamiętasz.

Jakieś mechaniczne pomoce, w postaci GPS-owego zapisywacza tras, przydadzą się, ale nie są konieczne. By na zawsze zachować pamięć o miejscach i przestać mylić Montepulciano z Monteriggioni i Montichiello, wystarczy dobry program – pod warunkiem, że znajdziemy chwilę na jego zastosowanie. Zapraszam do lektury następnego odcinka cyklu Nasz sprzęt i oprogramowanie: tym razem o wspomagaczu pamięci, jakim jest darmowy GeoSetter.

Nowe szlaki

Krzyżtopór
Mam kilka wiadomości, zacznę oczywiście od tej najgorszej. A najgorsza jest taka, że wszystkie miejsca na fotowyprawę do Gruzji są już zajęte i jeśli ktoś zbyt długo się zastanawiał, to teraz może liczyć tylko na listę rezerwową i wycofanie się jednego z uczestników. To teraz czas na dobre wiadomości. Gruzja nie jest naszą ostatnią fotowyprawą w tym roku i nowe plany wyjazdów zagranicznych będą ogłoszone po długim weekendzie.

Jeśli ktoś nie ma ochoty opuszczać kraju, to zwracam uwagę, że po prawej stronie widać też jedną ikonkę bez pieczątki „brak miejsc” – warsztaty w Sandomierzu, na które zapraszamy serdecznie we wrześniu tego roku! Tak jest, znowu nas ciągnie w Świętokrzyskie! Kogo jeszcze tam ciągnie? Stan wolnych miejsc na dzisiaj to prawie połowa.

Najbardziej spostrzegawczy zauważyli pewnie jeszcze jedną nowość na blogu. W sekcji „Zerkacze reszty świata” pojawił się Richard Bernabe. Oprócz prowadzenia bloga Richard fajnie fotografuje, ciekawie pisze o fotografii, czasem jest publikowany w czasopismach fotograficznych, a ponadto prowadzi warsztaty fotograficzne. Swój chłop. Jego najnowszy wpis, dotycząca Islandii notka „Incredible Iceland in Pop Photo” nie jest tak całkiem bez związku z naszymi planami fotowypraw… :)

Zdjęcie powyżej pochodzi z pałacu Krzyżtopór w Ujeździe, który także odwiedzimy podczas warsztatów w Sandomierzu.

Ogniskowa na toskańskie pejzaże

Toskania, pejzaż, fotowyprawa

Aneks poniżej. Na pytanie o obiektyw do fotografowania krajobrazu zazwyczaj pada standardowa odpowiedź: „szeroki, bardzo szeroki lub ultra szeroki”. To rzadko kiedy jest dobra odpowiedź, a w przypadku toskańskich pejzaży – byłaby wyjątkowo fałszywa. Owszem, pewne typy ujęć pejzażowych robi się krótkimi ogniskowymi, ale fotografia krajobrazowa to nieco więcej niż jeden schemat kompozycyjny. A Toskania… jest szczególna. Od dawna mówię, że w pejzażu używa się wszystkich ogniskowych, ale w Toskanii zastosowanie mają te długie i najdłuższe. Tam nie jest łatwo o jakiś dobry pierwszy plan blisko, natomiast te wszystkie wzgórza, domki i cyprysy fotografuje się z góry – ze szczytu sąsiedniego wzgórza, miejsca często odległego od głównego motywu o setki lub tysiące metrów, więc możliwość „wycięcia” odpowiednio małego fragmentu widzianej sceny staje się kluczowa.

Powyższe zdjęcie zostało zrobione na ogniskowej 400 mm i odrobinę jeszcze przycięte z dwóch boków. Powtórzę: ogniskowa 400 mm na matrycy APS-C, czyli odpowiednik 640 mm na pełnej klatce! Tego typu zdjęć na ogniskowej 400 mm mam jeszcze trochę, parę razy przydałoby się znacznie więcej, choć oczywiście były też kadry na krótsze ogniskowe: 300, 200, a niekiedy nawet 100 mm. Poniżej 100 mm praktycznie nie robi się tam ujęć krajobrazowych, a szerokie obiektywy przydają się dopiero w miasteczkach.

Czy 400 mm da się czymś zastąpić, jeśli kadr będzie wymagał silnego przycinania? Tak, da się zastąpić przycinaniem pikseli w obróbce. Nie da się natomiast zastąpić przez podejście bliżej z krótszą ogniskową, bo raz, że podchodząc zmieniamy relacje przestrzenne (czyli: domki i cyprysy nam się rozjeżdżają i są coraz dalej od siebie), a dwa, że wymagałoby to helikoptera, bo jak się stoi na szczycie wzgórza, to „bliżej” oznacza również niżej.

Ogniskowa 400 mm jest przydatna, ale niekonieczna. Amatorskie 70-300 też będzie ok, różnica w kadrze między 300 a 400 mm nie jest duża i da się nadrobić przycinaniem paru megapikseli – dla galerii internetowej z pewnością wystarczy. Przyda się natomiast dużo megapikseli, co pozwoli z większą swobodą traktować ograniczenia w obiektywach.

Toskania ma też swoje preferencje matrycowe: tutaj APS-C jest bardziej praktyczne niż pełna klatka, a bardziej upakowana matryca daje większe możliwości niż aparat tworzący pliki o mniejszej rozdzielczości. Jeśli ktoś przed wrześniową fotowyprawą do Toskanii wybiera się na zakupy i jest zdecydowany na pełną klatkę, to 36-megapikselowe D800 sprawdzi się lepiej niż 16-megapikselowe D4. I nawet jeszcze na jakiś dłuższy obiektyw zostanie. :)

PS. Drobny aneks i bonus. Rozważania o wyższości D800 nad D4 (w toskańskich pejzażach) powinienem zakończyć wnioskiem, że oba te pełnoklatkowce bije na głowę Nikon D3200, ewentualnie D5200 czy D7100 – 24 megapiksele (więc w razie potrzeby jest z czego wycinać), mała matryca (a więc większy zasięg teleobiektywów), a toskański pejzaż nadal się nie rusza, nie ucieka, nie wymaga ani wysokiego ISO, ani szybkiego autofokusa. Aparat nie musi być szybki, nie musi mieć rewelacyjnego wysokiego ISO, ale to bazowe to jednak powinno być co najmniej przyzwoite.

No i czas na bonus. Poniżej toskański pejzaż w wykonaniu Ewy. Jest duuużo nieba, linia horyzontu blisko dołu kadru. Tak często wyglądają ujęcia zrobione obiektywem szerokokątnym, który nie kompresuje przestrzeni. No i tutaj rzeczywiście użyty został obiektyw szerokokątny – tylko to był toskański szeroki kąt. ;) Użyta tu ogniskowa to 183 mm na matrycy APS-C.
Toskania
 

Ciao, Bella!

Toskania, Pienza
Pierwsza edycja toskańskiej fotowyprawy stała się historią. My wróciliśmy do domu i mamy nadzieję, że pozostali uczestnicy też zakończyli swoją podróż (szczególne pozdrowienia dla Newy, która do Toskanii jechała prawie spod Koła Podbiegunowego). Rachunek zysków i strat:
- dwa połamane statywy
- koszt dodatkowego urlopu, żeby odespać zaległości
+ pewnie koło terabajta zdjęć (w przypadku Piotra i Ewy: łącznie ok 2,5 tysiąca zdjęć na 70 GB – wiecie, co będziecie oglądać przez najbliższe kilkaset blogowpisów?)
+ zjedzone lody, pasty, lasagne, ravioli, gnocchi, torta a fruta secca i inne pyszności
+ przywiezione wina i sery, które posłużą do symulacji Toskanii przez kilka wieczorów
+ tydzień spędzony z przesympatyczną grupą fotomaniaków w jednym z najbardziej fotogenicznych miejsc na świecie

My tam jeszcze wrócimy – we wrześniu. I zapewne nie będzie to ostatni raz.

Słowo na „c”

Toskania

Dzisiaj zaczęliśmy dzień jeszcze w nocy, wyjazdem na poranne fotografowanie domków, wzgórz i tych…, no, takich dużych chwastów… cyprysów! Właśnie. Domki, wzgórza, cyprysy. Później śniadanie w przelocie i wyjazd do Montepulciano. Samo miasteczko bardzo miasteczkowe – wąskie uliczki, kamienne domy, kolorowe okiennice, rzeźbione łuki bram itp., ale ponadto podziemne sale i korytarze używane obecnie przez winiarzy, a kiedyś stanowiące część etruskiej architektury. Poza tym Montepulciano to bardzo przyjemne miejsce, aby posiedzieć przy cafe macchiato i tarta ricotta, kontemplując widok na okoliczne domki, wzgórza i te wysokie, no… cyprysy! Poniżej Bogna (uczestniczka fotowyprawy) z zaangażowaniem pochłonięta tą formą aktywności.

Montepulciano

Kolejne punkty programu dnia to wizyta w klasztorze benedyktynów, z drogą dojazdową wysadzaną takimi bardzo powszechnymi drzewami (cyprysami?). Trochę wnętrz (freski, średniowieczna biblioteka). Na koniec dnia prawie trzy godziny fotografowania krajobrazów Crete Senesi, czyli domków, wzgórz i… sami wiecie, czego.

Po tak pracowitym dniu wracamy na obiadokolację, gdzie objadamy się pysznym włoskim jedzeniem. Co jemy, to może Ewa kiedyś napisze, bo jeśli chodzi o nazwanie tego, ja mogę tylko nazwać to pychotą.

Sami widzicie, że fotowyprawa to zajęcie tylko dla najtwardszych. Noc jest zredukowana do minimum – wstajemy około 5 rano, średni czas snu to ok. 4,5 godziny na dobę (choć uczestnicy nieblogujący mogą pospać nieco dłużej). Wszędzie wokół wariaci ganiający z aparatami i statywami, zamiast obejrzeć telewizję, pospać czy obgadać sąsiada. Obiad o godzinie 15 nie istnieje, o 16 ani 17 też go nie ma – główny posiłek następuje dopiero wówczas, gdy już w ogóle nie da się robić zdjęć. A gdy już jemy, to jedzenie jest tak dobre, że trudno przestać jeść, co utrudnia wturlanie się po schodach do pokoju i pójście spać. No i wszędzie te absurdalne cyprysy. Kto by to wytrzymał?

Chcecie zdjęcie cyprysa?

PS. Jutro jedziemy do Arezzo, a stamtąd bezpośrednio do Polski. Następna relacja już z kraju, gdzie zagrożenie napotkaniem cyprysa jest minimalne.