Potężny Dettifoss i pokemon błotny

Nad wodospadem Dettifoss, Islandia

Korzystając ze sprawnego internetu nad Myvatn, gdzie obecnie mieszkamy, nadganiam zaległości w sprawozdawstwie. Wczoraj fotografowaliśmy trzy wodospady, z bardzo dynamicznym i zawsze wywierającym ogromne wrażenie Dettifossem na czele. Niektórzy fotografowali go z bardzo bliska, na szczęście nikt nie stanął o jeden krok za blisko.

Pola geotermalne Namafjall, Islandia

Dzisiaj trochę chodziliśmy po wulkanie (nie wybuchł, cierpliwie znosił nasze tupanie). Później spacerowaliśmy po skalnym mieście Dimmuborgir. Na koniec dnia był natomiast kolejny odcinek serialu „Islandia jest z innej planety”, tym razem na polach geotermalnych Namafjall.

błotny potwór z Namafjall, Islandia

Szczególnie wciągające było tropienie błotnych potworów. Do polowania na błotne potwory potrzebny jest teleobiektyw, wysokie ISO (bo potwory szybkie są i pojawiają się na ułamek sekundy) oraz trochę wyczucia i trochę szczęścia. Lub brak wyczucia, dużo szczęścia oraz mnóstwo wolnego miejsca na karcie pamięci. Bulgotanie błotek, z których wyskakują potwory, ma bowiem pewien rytm – albo się w niego wstrzeli, albo trzeba jechać długą serią i później pracowicie przebierać zdjęcia. Pracowite przebieranie zresztą nikogo nie minie, bo błotne formy są interesujące tylko od czasu do czasu i nie ma co liczyć, że co chwilę będzie wyłaził np. taki błotny pokemon, jak poniżej.

pokemon błotny, Islandia

Islandia w bieli i czerni

Lodowcowa Plaża, Islandia

Ostatnie dwa dni były praktycznie bezinternetowe, więc dzisiaj nieco spóźniona relacja z czwartku i piątku na Islandii. Czwartek był, zgodnie z planem, najzimniejszym dniem fotowyprawy, bo zaczęliśmy od sesji przed czołem lodowca, a po niej była lodowcowa laguna i lodowcowa plaża Jökulsárlón. Choć więc pogoda była niezła (znaczy: prawie nie padało, choć przez większość dnia niebo było zachmurzone), to bliskość wielkich mas lodu znacznie obniżała temperaturę. Uprzedzona zawczasu grupa poubierała się jak na zimę i jakoś przeżyła to trudne doświadczenie. 😉

Wydrzyk i rybitwa, Islandia

Trudniej zresztą było następnego dnia. Nawet nie ze względu na kilkunastokilometrowy spacer do „Kolorowego Kanionu” (zdjęcia stamtąd z dwóch poprzednich fotowypraw w naszej islandzkiej galerii), nie przez kilkukrotne forsowanie górskiej rzeki w drodze powrotnej (niektórzy preferowali styl ekwilibrystyczny z lewitacją nad kamieniami, inni forsowali strumień truchtem, po kolana w wodzie). Prawdziwe wyzwanie pojawiło się na koniec wędrówki z wąwozu, gdy nasz przewodnik, Witek Rajchert, powitał wszystkich islandzkim poczęstunkiem: hakarlem i brennivinem. To drugie tłumaczy się jako „czarna śmierć”, a jest lokalną wódką. Hakarl zaś to rekin przyrządzony na sposób islandzki: zakopany do ziemi na trzy miesiące, a następnie wykopany i serwowany w małych porcjach. Prawda, że prosty przepis, łatwy do opanowania dla każdego początkującego mistrza kuchni? Wszyscy przeżyli poczęstunek.

Na górze lody na lodowcowej plaży, w środku pościg wydrzyka za rybitwą nad lodowcową laguną, a poniżej zupełnie nowy plener. Grupę, która w niezłej formie i w dobrym czasie pokonała Kolorowy Kanion (i przetrwała hakarla z brennivinem) zaprosiliśmy na wieczorną sesję na czarnej plaży pod Vestrahornem. W założeniach miało to być fotografowanie góry odbijającej się w wodach zatoki, z czarnymi wydmami na pierwszym planie, ale… Po pierwsze, trafiliśmy na odpływ, więc zatoka była bez wody, a po drugie – była taka mgła, że góra widoczna bywała momentami i tylko częściowo. Mimo to sesja się podobała, choć robiliśmy zupełnie inne zdjęcia niż się spodziewałem.

Vestrahorn, Islandia

Po drugiej stronie wodospadu

Nad wodospadem Skogafoss, Islandia

Zastanawialiście się kiedyś, co jest za tymi wszystkimi spektakularnymi islandzkimi wodospadami? Dzisiaj poszliśmy sprawdzić, co jest za wodospadem Skogafoss (sam wodospad do obejrzenia w naszym islandzkim portfolio). No więc za, a właściwie nad wodospadem Skogafoss jest Szkocja. Tak to wygląda – takie pejzaże widywaliśmy na szkockiej wyspie Skye.

maskonur, Islandia

Nieco wcześniej była sesja na przylądku Dyrholaey, gdzie spotkaliśmy tego wesołego Islandczyka razem ze sporą grupką koleżanek i kolegów. Co można spotkać na Dyrholaey wiadomo, ale co kryje się za następnym klifem, który widać stojąc na północnym krańcu Dyrholaey? Pojechaliśmy sprawdzić – tym chętniej, że w tym roku zamknięto zejście na plażę przy tym przylądku (a rok wcześniej zamknięto wejście na kamienny most). I tak trafiliśmy na Reynisdrangar, niesamowitą czarną plażę z bazaltowymi kolumnami i skałami czekającymi w morzu na fotografów. Gdyby jeszcze przechadzały się po niej maskonury, to byłaby ideałem.

wybrzeże Reynisrangar, Islandia

A na koniec dnia zajrzeliśmy sprawdzić, co jest obok wodospadu Seljalandsfoss (po sam wodospad znowu zapraszam do naszej galerii z ostatnich lat). Kilkaset metrów od Seljalandsfoss jest ukryty w skale wodospad, przy którym spotkaliśmy tańczące elfy. Stało się jasne, czemu Islandczycy wierzą w elfy: trudno nie wierzyć w coś, co się spotyka na spacerze.

tańczące elfy, Islandia

Gdzie się na Islandii nie ruszyć, to napotyka się fantastyczne scenerie. Nawet gdy jest się w miejscu słynnym ze swego uroku, wystarczy przejść parę kroków, by trafić na plener nie mniej urzekający.

 

Islandzkie drobiazgi

Gejzer Strokkur i niebieska woda, Islandia

Wśród potężnych wodospadów, rozległych pól lawy, wulkanów i lodowców łatwo przeoczyć scenerie piękne, choć niewielkie. To trochę jak z lasem, w którym nie tak łatwo zauważyć pojedyncze drzewo (na Islandii ta metafora nie jest najtrafniejsza, bo lasy tu niskie i tak rzadkie, że stojąc w lesie widzi się raptem kilka drzew i trzeba wyobraźni, żeby z nich złożyć las). Tutaj nad scenerią warto się pochylić, a czasem nawet położyć, żeby zobaczyć, że pole lawy składa się ze skalnych brył pokrytych fantazyjnymi wzorami, a obok sławnego gejzeru jest gorące źródło, z którego woda spływa do niemożliwie niebieskiej kałuży.

Gejzer Strokkur i niebieska woda, Islandia

Znowu jesteśmy na Islandii i znowu miło jest patrzeć, jaki entuzjazm wzbudza wśród kolejnej grupy fotowyprawowych maniaków wodospad Gulfoss, gejzer Strokkur i lawowe rozpadliny w Thingvellirze. A to dopiero początek.

Jeszcze o filtrze Hoya Pro ND

wodospad Bruarfoss, Islandia

O filtrach szarych serii Pro ND od firmy Hoya, a zwłaszcza o wersji ND 1000, pisaliśmy kilka razy (np. tutaj i tutaj), ale temat okazuje się zaskakująco ciekawy, bo nadal dostajemy pytania o tego „szaraka”. No to po kolei.

Czy Hoya Pro ND powoduje spadek ostrości? Pytanie bazuje na wnioskach z testu opublikowanego na the-digital-picture.com, gdzie jako jedyny Pro ND miał powodować pogorszenie ostrości. Widać to na powiększeniu fragmentu sceny testowej (drobne suche gałązki). Na tamtym porównaniu faktycznie widać, że jest gorzej ale moim zdaniem to błąd operatora – drobne poruszenie statywu wywołane np. chodzeniem przy statywie w trakcie trwania naświetlania. Na interiorową fotowyprawę na Islandię wypożyczyłem po raz kolejny Hoyę Pro ND 1000 w wersji 77 mm ze sklepu FotoAmigo.pl i zwracałem szczególną uwagę na ewentualne różnice w ostrości między zdjęciem z filtrem, a wersją bez filtra. Moim zdaniem żadnego spadku ostrości wywołanego działaniem filtra Hoya Pro ND nie ma. Proszę bardzo, zobaczcie sami – fragment na powiększeniu 100% z brzegu kadru tuż przy jego rogu, czyli podobnie jak na The Digital Picture. Zestawienie poniżej to fragmenty zdjęć, które były we wpisie „Zabawy z wodą”.

Hoya Pro ND 1000 z filtrem i bez

Czy Hoya Pro ND winietuje na pełnej klatce i ogniskowej 12 mm? To jest trudniejsze pytanie i nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Czy filtr winietuje, to zależy bardziej od konstrukcji obiektywu, a mniej od samego filtra. Na APS-C i 10 mm ten filtr na Sigmie 10-20/4-5.6 nie wykazuje śladu winietowania, a na tym samym aparacie z Canonem 10-22/3.5-4.5 na 10 mm winietowanie jest wyraźne. Dodam, że w obu przypadkach na obiektywach jest nakręcony jeszcze filtr polaryzacyjny (Hoya HD). Winietowanie, owszem, zależy od grubości ramki filtra, ale znacznie bardziej zależy od tego, czy obiektyw na danej ogniskowej ma „zapas” pola widzenia, czy też przednia część obudowy jest już niemal w kadrze.

Sama ramka filtra Pro ND ma grubość 5,5 mm (liczone bez gwintu), więc jeśli ktoś ma dowolny filtr o zbliżonej grubości (np. UV czy polaryzacyjny), to może przed zakupem sprawdzić, czy ta Hoya będzie mu winietować na krótkich ogniskowych.

I jeszcze słowo o powtarzalności i jakości produkcji. Pierwszy kontakt z Pro ND 1000 mieliśmy 2 lata temu, podczas pierwszej fotowyprawy na Islandię. Kolejny egzemplarz wzięty ze sklepu 2 lata później ma dokładnie takie same właściwości optyczne – czyli praktycznie idealną neutralność barwną i faktyczną gęstość 10 EV. Powtarzalna jakość w ramach tej samej serii filtrów szarych nie jest wcale czymś oczywistym, więc tym bardziej podtrzymujemy rekomendację dla serii Pro ND firmy Hoya.

Lipiec jest u nas miesiącem islandzkim – zaraz znowu tam jedziemy, tym razem na fotowyprawę dookoła wyspy. Jeśli ktoś nie może patrzeć na wodospady, pola lawy, kratery wulkanów i jakieś krzyżówki pingwina z papugą, to lepiej niech przed sierpniem do nas nie zagląda. 😉

Fotografie na tę chwilę

  • Korytarze Książa

    Korytarze Książa

  • Zapraszająco :)

    Zapraszająco :)

  • Popołudnie w Ascoli Piceno, Umbria

    Popołudnie w Ascoli Piceno, Umbria

  • Kórnik

    Kórnik

  • W drodze do Collodi

    W drodze do Collodi

  • Narysuj mi baranka

    Narysuj mi baranka

  • Salony Książa: Maksymiliana

    Salony Książa: Maksymiliana

  • Korytarze Książa

    Korytarze Książa

  • Wybuch na wrzosowisku

    Wybuch na wrzosowisku

  • Tak, TE cyprysy...

    Tak, TE cyprysy…

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

Z człowiekiem, czy bez człowieka

W Landmannalaugar, Islandia

Nie da się sfotografować bezludnych terenów. Jeśli na takim terenie jesteś, to on już nie jest bezludny. A skoro tak, to dlaczego ten fakt ukrywać? Skoro jacyś ludzie tam są – a przynajmniej jeden człowiek na pewno – to dlaczego by go nie pokazać? Albo tego innego człowieka, który akurat przypadkiem też znalazł się na takim byłym bezludziu?

Trochę powodów by się znalazło. Kiedyś usłyszałam od pewnego fotografa krajobrazu, że na jego zdjęciach nigdy nie ma ludzi, bo ludzi ma mnóstwo w pracy, a przy fotografii odpoczywa. To całkiem rozsądny powód. Innym może być chęć uabstrakcyjnienia sceny. Geometryczne układy skał czy budynków, plamy koloru, blask i cień może być sam w sobie świetnym tematem, obywając się bez bezpośredniego odniesienia do rzeczywistości.

Istnieją też jednak powody, żeby pojedyncze ludzkie postaci w kadrze umieszczać. Podstawowym jest chęć pokazania skali sceny. Jak duży jest dom, to zwykle widać, choćby po wielkości okien czy drzwi. Natomiast twory natury mogą mieć rozmiary dowolne i bez jakiegoś łatwo identyfikowalnego punktu odniesienia nie wiadomo właściwie, czy mamy do czynienia z kałużą, czy z jeziorem; z kamykiem, czy może skałą. Kadr z maleńkim ludzikiem umieszczonym w niekoniecznie oczywistym miejscu jest z kolei jednocześnie zagadką i podpowiedzią do jej rozwiązania. Najpierw widać cały kadr, układ linii, plam, kolorów. W drugiej chwili spostrzega się człowieka, i cały ten układ kształtów nabiera nowego znaczenia.

Na górze i na dole kadry z ludźmi z islandzkiego Landmannalaugar. Jeśli ktoś ma ochotę na więcej zdjęć tego typu, zapraszam do galeryjki Islandia jednego człowieka. Natomiast gdyby ktoś chciał zrobić własne, to zwolniło się jedno miejsce na islandzką fotowyprawę, last minute, bo wyprawa rusza już w poniedziałek.

W Landmannalaugar, Islandia

Od Oceanu Lodowatego po awarię w Reykjaviku

Hraunfossar, Islandia

Wczorajszy dzień nie skończył się na Kerlingarfjöll, ale po nich trzeba zrobić długą pauzę i złapać oddech. Tego samego dnia mieliśmy sesję na polach geotermalnych Hveravellir: wyziewy, opary, gotujące się błotka, bulgoty, kolorowe osady i miniaturowe tarasy Inków 😉 a wszystko to nadal na przenikliwie zimnym wietrze. Dzień kończyliśmy na północnym wybrzeżu Islandii, nad Oceanem Lodowatym, niedaleko pewnego kamiennego łosia, którego „islandczycy” z poprzednich fotowypraw powinni dobrze kojarzyć.

Hveravellir, Islandia

Dzisiaj była jeszcze sesja przy dwóch wodospadach: pięknym, wielowarkoczowym Hraunfossar i przeciętnym wizualnie Barnafoss. Później wpadliśmy do Reykjaviku do tawerny „Seabaron” na podobno najlepszą na świecie zupę krabową (nie wiem, nie jestem fanem zup, zjadłem i była ok).

Później ruszyliśmy na ostatni nocleg, ale… zepsuł się autobus. W zgodnej opinii uczestników fotowyprawy – nie mógł się zepsuć w lepszym czasie i momencie. Gdyby rozkraczył się wczoraj, wśród pustkowi centrum Islandii, mielibyśmy poważny problem. W dowolny dzień wcześniej – skomplikowałby realizację programu fotowyprawy. Jutro, w drodze na lotnisko – byłaby tragedia. Ale autobus zbuntował się w środku Reykjaviku, na prostym odcinku dwupasmowej drogi i… dokładnie przy stacji benzynowej. Na mechanika czekaliśmy chwilę (znacznie, znacznie krótszą, niż czekalibyśmy na niego w islandzkim interiorze), a naprawa trwała moment. Na Islandii nawet awarie są bezproblemowe.

No i to by było na tyle, za chwilę odlatujemy, ale niedługo wrócimy. 🙂

Hveravellir, Islandia

Wrota piekieł

Kerlingarfjöll, Islandia

Ruszyliśmy przez środek wyspy i skończyły się tropiki, a zaczęła prawdziwa Islandia. Dotarliśmy do obszaru geotermalnego Kerlingarfjöll, a tam wiało tak, że statywy z rąk wyrywało. Dziewczyny wyciągnęły walizki, założyły na siebie wszystkie ubrania, a na to założyły walizki. Trochę padał poziomy śnieg (a mamy lipiec!), a trochę poziomy deszcz. Trochę też nie padało, w końcu to Islandia, pogoda się zmienia szybko. Zimno było cały czas, choć jeśli zeszło się w dół, między wzgórza, to prawie nie wiało. Jak bardzo poważna zrobiła się sytuacja, wszystkim uświadomił widok Witka w długich spodniach i kurtce. To był najgorszy pogodowo i najlepszy fotograficznie dzień tej fotowyprawy.

Kerlingarfjöll, Islandia

Kerlingarfjöll to miejsce niesamowite. Widzieliście Landmannalaugar? To zapomnijcie – Kerlingarfjöll zjada tamte kolorowe wzgórza na śniadanie. Tu również jest kolorowo, a jednocześnie jest dramatycznie i tajemniczo za sprawą dymiących fumaroli i sulfatarów. Bardzo przydaje się wiatr, który wprawdzie przewiewa do kości, ale jednocześnie rozwiewa te dymy w różne strony i zapobiega zasłonięciu pejzażu przez białe kłęby.

Kerlingarfjöll, Islandia

Sam teren jest rozległy – solidne kilka kilometrów kwadratowych, które można eksplorować przez długie godziny. Dość spora wysokość (ok. 1000 m n.p.m.) i lokalizacja praktycznie w środku wyspy sprawiają, że klimat tam jest ostry, a dojazd trudny. Wszystko to rekompensują jednak zupełnie nieziemskie krajobrazy, spowite w oparach siarki i owiewane przeraźliwie zimnym wiatrem. Tak mogłyby wyglądać wrota piekieł. I tutaj diabeł mógłby kupować od fotografów dusze za sesję w takim plenerze.

Kerlingarfjöll, Islandia

Islandzkie upały

Islandzkie lato

Zaprawdę, dziwna jest Islandia w tym roku. Deszcz do tej pory widzieliśmy dwa razy: przez kwadrans kapał na nas w Dolinie Ognia i wczoraj przez kilka minut jechaliśmy oglądając krople na szybie. Poza tym słoneczko i chmurki, niekiedy samo słoneczko. Widział kto kiedy taką pogodę na Islandii? Do tego, owszem, trochę wieje, ale co to za wiatr? Jak wieje, to nawet ptaki latają w dowolną stronę, a nie tylko z wiatrem.

W trakcie pleneru na Thorsmork połowa grupy się przypaliła, a druga połowa była zapobiegliwa i posmarowała się kremami chroniącymi przed UV. Przy wodospadzie Fagrifoss wzdychaliśmy za wiatrem, bo jak nie wieje, to obłaziły nas meszki. Na szczęście tutejsze meszki tylko denerwują, a nie gryzą, jak szkockie.

Islandzki wodospad

Witek, nasz przewodnik, chodzi od początku w sandałach i krótkich spodenkach, a jak już naprawdę wieje, to na t-shirta zakłada bluzę. Na początku patrzyłem na niego podejrzliwie, ostatnio coraz bardziej zazdroszczę krótkich spodenek.

Thorsmork, Islandia

Wodospady i Dolina Ognia

 

Eldgja, Islandia

O ile dojazd do kolorowych wzgórz Landmannalaugar był nieco skomplikowany, to wczorajsza wizyta w „Dolinie Ognia” – Eldgja – przypominała momentami rodeo, w trakcie którego droga bardzo starała się zrzucić z siebie autobus. Oprócz spektakularnych podjazdów i jeszcze bardziej efektownych zjazdów forsowaliśmy też strumienie i sprawdzaliśmy nośność drewnianych mostków. Po dojechaniu na miejsce Witek, który na tym odcinku był kierowcą, dostał brawa od uczestników fotowyprawy. Brawa chyba mu się spodobały, bo z powrotem jechał jeszcze szybciej. 🙂

W dolinie Eldgja po raz pierwszy też na tej fotowyprawie spotkaliśmy deszcz. Deszcz towarzyszył nam przez pierwsze 20 minut marszu, a później sobie poszedł. Jak na razie pogoda na Islandii jest mało islandzka: dużo słońca, jakieś pierzaste obłoczki, a o deszczu to słychać doniesienia z Polski.

W samej dolinie Eldgja, która jest mało typowym wulkanem, oprócz spektakularnych widoków, przypominających nieco szkockie Glen Coe, warto zwrócić uwagę na wodospad Ofaerufoss. Właściwie to trudno go przeoczyć, bo w trzech szerokich kaskadach spada z brzegu doliny. Dzień bez wodospadu jest dniem straconym – chyba że spędzi się go wśród kolorowych wzgórz.

Ofaerufoss, Islandia

Ponieważ przedwczoraj też nie było kolorowych wzgórz, więc musiał być wodospad. Tym razem był to Brúarfoss – jakieś 3 metry wysokości i może ze 20 metrów szerokości. Jak na standardy islandzkie – maleństwo. Ale jakie śliczne maleństwo! Nie miał jednego nurtu, lecz mnóstwo małych kaskad i strumyczków, które tworzyły wodną mozaikę wśród głazów niewysokiego progu. Do tego przy odrobinie zręczności dało się suchą nogą wleźć niemal pod środkową część kaskad. Efekt? Ta miniaturka wodospadu wchłonęła grupę na trzy godziny.

Bruarfoss, Islandia

Wszystkie kolory Landmannalaugar

Landmannalaugar, Islandia

Wczoraj był dzień bez wodospadów, za to z ósmym cudem świata. Owszem, Islandia jest niesamowita, ale Landmannalaugar to niesamowitość wśród niesamowitości. Kolorowe wzgórza jak pomalowane – i jeszcze elegancko przykryte łatami śniegu. Nie jedną łatą, ale pięknym i regularnym wzorem, że trudno byłoby to zaprojektować lepiej. Tymczasem tego nikt nie projektował – to po prostu wulkaniczne wzgórza ze śniegiem, który pozostał na nich od zimy.

Zanim ruszyliśmy do Landmannalaugar, był też moment niepewności. Ten obszar nie jest łatwo dostępny i drogi dojazdowe są zamykane na okres zimy, ale też wiosny – ze względu na roztopy i wysoki poziom wody w rzekach i strumieniach. Jeszcze na dzień przed naszą wizytą drogi dojazdowe były zamknięte… Jak widać wszystko się dobrze skończyło, wody zeszły, drogi otwarto i grupa fotowyprawowa z dużym entuzjazmem rozeszła się po okolicznych szlakach. A jest tutaj gdzie chodzić! Ja zrobiłem tylko 13-kilometrowy spacer, co jak na 7-godzinną sesję oznacza dość żółwią średnią prędkość, ale jak to na fotowyprawie: chodzi się, żeby fotografować i tylko tyle, ile potrzebne, żeby dojść w ładny plener. A że ładne plenery były dookoła, to i nie było powodów do dalekich trekingów. Zresztą na fotowyprawach nie ma trekingów – każdy chodzi, ile uznaje za konieczne, żeby postawić statyw w fotogennym miejscu. To pęd za widokami gna, a nie okrutny przewodnik. 🙂

Landmannalaugar, Islandia

Mimo imponujących płatów śniegu na wzgórzach, w Landmannalaugar było ciepło, a przy podejściach pod górę nawet bardzo ciepło. Tutaj, podobnie jak w Toskanii, najfajniejsze widoki są ze szczytów wzgórz, tylko – inaczej niż w Toskanii – trzeba się na nie samemu wdrapać. Ale przynajmniej od razu widać, po co człowiek przez pół godziny lazł pod górę.

Landmannalaugar, Islandia

Zabawy z wodą

Haifoss, Islandia

Po raz trzeci dotarliśmy z fotowyprawą na Islandię, ale tym razem to całkiem inny kawałek Islandii. Jesteśmy w islandzkim interiorze, fotografując miejsca niedostępne podczas przejazdu wzdłuż wybrzeża. Zaczęliśmy od małych wodospadów w dolinie Gjain, a skończyliśmy na wodospadzie Haifoss – drugim najwyższym wodospadzie Islandii. Ten ostatni obejrzeliśmy zarówno z góry, jak i z jego podstawy, co wymagało zejścia prawie 200 metrów w dół, a później, niestety, powrotu tą samą drogą. Wodospad Haifoss z góry – u góry.

Niżej jeden z niewielkich wodospadów w dolinie Gjain. Zdjęcia oczywiście się różnią – i nie jest trudno stwierdzić, czym się różnią. Pytanie – który wariant jest najbliższy temu, jak postrzegamy świat? I drugie pytanie: który efekt jest najmniej ciekawy?

Dolina Gjain, Islandia

Dolina Gjain, Islandia

Dolina Gjain, Islandia

Kwestia priorytetów

Moussaka na Santorini

Priorytety, jak wiadomo, trzeba mieć. W życiu codziennym rozumie się przez to, że trzeba wiedzieć, co jest ważne; w fotografii jednak sytuacja wygląda trochę inaczej. Aparaty mają zwykle priorytety dwa: czasu i przysłony, i trzeba wiedzieć, który z nich sprawdzi się lepiej. Niby to oczywiste: priorytet czasu jest na te okazje, gdy ważny jest czas naświetlania; priorytet przysłony na te, gdy istotniejsza jest głębia ostrości. Proste? A ileż z tym nieporozumień.

Niektóre są nawet bardzo efektowne (te nieporozumienia rzecz jasna). Zdarzyło mi się na przykład słyszeć opinię, że zdjęcia są ostrzejsze, gdy się je robi na priorytecie czasu. Co ma jedno do drugiego? Drążenie tematu pozwoliło ustalić, że czas był ustawiany na 1/1000 sekundy i już. Przy tak krótkim czasie raczej trudno byłoby zdjęcia poruszyć, więc siłą rzeczy są ostre. Stosunkowo, bo głębia ostrości to już bywa różna – tzn. w większości przypadków raczej mniejsza niż większa. A nie wychodzą czasem zdjęcia bardzo ciemne? – drążę dalej. Owszem, potwierdza rozmówca, ale tylko czasem i przeważnie daje się rozjaśnić, więc nie ma problemu. A jeśli rozjaśnione jest mocno zaszumione? No to już trudno, ale przynajmniej ostre. Tak, tak… Jeśli komuś obcy jest ten tok myślenia, to wyjaśniam: za ciemne wychodzą wtedy, gdy aparat dla uzyskania czasu 1/1000 s potrzebowałby przysłony np. f/0,9.

Zdjęcie powyżej prezentuje zagadnienie odwrotne: długi czas naświetlania. Było potrzebne kilka sekund, żeby rozmyć firankę na tyle, żeby była miękka i zwiewna, ale wciąż wystarczająco wyraźna. Czas trzech sekund został osiągnięty przez umiarkowane przymknięcie przysłony (f/8) i zastosowanie średniego filtra szarego. Cztery lub pięć sekund też by nie zaszkodziło, a być może dwie też by wystarczyły – efekt zależał bardziej od sprzyjającego podmuchu wiatru (okno było otwarte) niż od samego czasu. A co, gdyby ustawić w priorytecie czasu „na sztywno” trzy sekundy naświetlania? Aparat próbowałby przymknąć przysłonę, ale więcej niż f/22 nie ma. Tak mały otwór względny zdegradowałby ogólną ostrość, a co gorsza, mógł nie wystarczyć i wtedy zdjęcie byłoby zbyt jasne, a firanka stałaby się jedną białą plamą, rujnując efekt. Aparat można by skłonić do użycia rozsądniejszych otworów przysłony, nakręcając na obiektyw ten sam filtr szary, no i oczywiście kontrolując na bieżąco wartość przysłony, bo f/5,6 a f/11 to jednak jest różnica w głębi ostrości. Znacznie istotniejsza, niż różnica rozmycia pomiędzy dwoma a sześcioma sekundami naświetlania.

Wniosek: priorytet przysłony bywa wygodniejszy nawet wtedy, gdy zależy nam na czasie. Ot, paradoks, dzięki któremu na zdjęciu widzimy kwintesencję greckich wysp: niebieskie okno i krzesło, biały papierowy obrus, miskę pysznej moussaki i blask słońca przefiltrowany przez miękko falującą na wietrze firankę.

Jak ustrzelić kondora

kondor w locie, Peru

Jednym z gwoździ programu naszej peruwiańskiej fotowyprawy była sesja z kondorami. Nieco wrażeń i sugestii – jakby ktoś w najbliższym czasie miał okazję zahaczyć o kanion Colca… Kondory nie są trudne do fotografowania, ale trzeba zwrócić uwagę na kilka drobiazgów.

Kondory do rannych ptaszków nie należą, przed 8 rano nie ma co ich wyglądać, a sporo ich na niebie widać tak od 9 rano. To jest generalnie dobra wiadomość, bo gdy przychodzi do fotografowania, to słońce zdąży wyjść poza szczyty otaczające kanion i światła jest dużo. Dużo światła się przydaje.

Fotografujemy najcięższe i prawie największe ptaki (większe są tylko albatrosy), które specjalizują się w szybowaniu niemal bez machania skrzydłami. Może się wydawać, że lecą powoli, ale to złudzenie. W kilka sekund potrafią zmienić się z niewielkiej kropki na horyzoncie w giganta rozmiarów niemal awionetki. Z tą prędkością lotu wiąże się pewien problem: jeśli wyostrzysz na lecącego w Twoją stronę kondora, to wciśnięcie spustu zarejestruje ptaka, który już zdążył wylecieć z głębi ostrości. Zwłaszcza gdy ptak jest blisko – czyli wygląda najlepiej w kadrze – jego prędkość sprawia duże problemy przy ustawianiu ostrości. Rozwiązanie? To trudniejsze: korzystać z ciągłego pomiaru ostrości (tzw. dobiegaczki) – sprawdzi się w przypadku lustrzanek z wyższej półki, ale z tańszymi modelami i bezlusterkowcami może to być mniej skuteczne. Strategia dla wszystkich, niezależnie od sprzętu: odpuścić fazę lotu kondora w stronę aparatu, skupić się natomiast na momencie, gdy nas mija prostopadle, bo wówczas jego dystans przez chwilę zmienia dość nieznacznie i stanowi znacznie mniejsze wyzwanie dla układu ustawiającego ostrość.

El Condor Pasa w Peru

Szybkość lotu sprawia też, że niezbędnym warunkiem udanego zdjęcia jest bardzo krótki czas otwarcia migawki (chyba że właśnie zabieramy się za panoramowanie – ale to wcale nie jest łatwiejszą techniką). Krótki czas naświetlania to co najmniej 1/800 sekundy, a jeszcze lepiej ekspozycja krótsza niż 1/1000 sekundy. Żeby uzyskać tak krótki czas, nawet przy słonecznej pogodzie, niezbędne będzie podniesienie ISO. Podnosić bez skrupułów! ISO 800 czy 1600 to przy świetle słonecznym i poprawnym naświetleniu nie jest żadna tragedia. Nie ma co za to przesadzać z otwieraniem przysłony – kondor to zwierzę rozległe, duży otwór względny obiektywu może spowodować, że w głębi ostrości zmieści tylko częściowo.

Pozycja na skraju kanionu daje możliwość fotografowania kondorów z różnej perspektywy: będą przelatywały zarówno powyżej, jak i na poziomie aparatu oraz poniżej – szybując w kanionie. Warto skupić się na tych lecących w stronę aparatu (wariant trudniejszy) lub też mijających nas na tej samej wysokości lub niżej. Ptaki oddalające się można odpuścić – rzadko kiedy zwierzę od strony ogona wygląda ciekawie. Koniecznie trzeba za to zwrócić uwagę na pozycję słońca – z oświetleniem przednim (czyli nam w plecy, a kondorowi w przód) lub bocznym jest zdecydowanie łatwiej niż z oświetleniem tylnym. Praktycznie więc fotografuje się w jednej półsferze i tylko ptaki lecące w jedną stronę. Choć czasem zdarzają się mijanki… 🙂

kondory dwa, Peru

Ponieważ ptaki raz będą na tle jasnego nieba, a raz ciemnego, bo ocienionego brzegu kanionu, ale same zawsze będą oświetlone tym samym słońcem, lepiej jest korzystać z trybu manualnego aparatu, a nie priorytetu przysłony. Dzięki temu nie spotkają nas przykre niespodzianki, gdy na tle ciemnej skały automatyka aparatu nam kondora prześwietli, a na tle jasnego nieba – niedoświetli.

Nie są potrzebne drogie superteleobiektywy – praktycznie zakres 200-300 mm na aparacie niepełnoklatkowym wystarczy. Jasność obiektywu też nie jest krytyczna, bo dla głębi ostrości lepiej przymykać przysłonę do f/8. Szybkość ustawiania ostrości jest za to parametrem istotnym.

Macie dosyć kondorów? 🙂

Kondor w locie i dwa siedzące, Peru

A z bliższych wydarzeń fotograficznych: relacja z warsztatów Czarowne Świętokrzyskie do poczytania u nas, ale też swoją wersję wydarzeń przedstawiła Katula – można porównywać. 🙂

Dlaczego nie smartfon

Festiwal w Cuzco

Z pewnym zdziwieniem obserwuję, jak od dłuższego czasu internetowe serwisy poświęcone fotografii coraz więcej uwagi poświęcają smartfonom. Jasne, narzędzie to narzędzie, liczy się efekt jego użycia. Są jednak narzędzia wygodniejsze do realizacji pewnych zadań, mniej wygodne i takie, które nadają się np. jak mikroskop do wbijania gwoździ – owszem, da się, ale są lepsze sposoby. Upraszam o nieprzysyłanie mi przykładów interesujących fotografii smartfonowych – widziałem ich już sporo. Widziałem też żonglerkę piłami spalinowymi i jakkolwiek było to imponujące, to nie czuję się przekonany, że piły spalinowe są idealne do żonglowania.

Zgadza się, smartfonami można robić zdjęcia. Czym się owe zdjęcia będą różnić od zrobionych aparatem fotograficznym? W pewnych warunkach nie będą się różnić wcale, częściej różnica będzie wyraźnie widoczna. I nie chodzi tu wcale o jakieś techniczne szczegóły typu rozpiętość tonalna, szczegółowość obrazu czy szumy. Zasadnicze różnice między użyciem smartfona i aparatu fotograficznego występują jeszcze przed zrobieniem zdjęcia.

Peruwiański policjant

Fotografia jest fajna, bo daje swobodę tworzenia obrazu. Wybiera się perspektywę (to akurat da się zrobić też smartfonem), pole widzenia (dobierane ogniskową), głębię ostrości, czas naświetlania ultrakrótki lub długą ekspozycję, moment zatrzymania świata w kadrze. Taką swobodę daje aparat fotograficzny, ale już nie smartfon. Tak, nawet moment rejestracji w smartfonie jest równie precyzyjny, co mikroskop w roli młotka. Smartfony są dobre do dokumentacji zdarzeń rodzinnych czy towarzyskich, ale jako narzędzie dla fotografa są nieznośnie toporne i ograniczające.

Po co recenzje i testy fotograficznych modułów w smartfonach obok testów i informacji o obiektywach, lustrzankach i bezlusterkowcach? Dla pozyskania reklam od Samsunga czy Apple’a? Owszem, to jest dobry powód. I jedyny dobry. Reszta to wciskanie kitu, jakoby smartfony były po prostu mniejszym rodzajem aparatów fotograficznych. Tymczasem są nimi w takim samym stopniu, jak statyw jest rodzajem kijka trekkingowego, lampa błyskowa – latarką, a obiektyw – wałkiem do ciasta.

Zdjęcia powyżej i poniżej to obiecane portrety peruwiańskich policjantów – z różnych powodów nie do zrobienia smartfonem (a nie byłem złośliwy i nie wybrałem jako ilustracji wpisu np. zdjęć kondorów w locie). Vox populi – vox dei, więc zapraszam też do portfolio z fotowyprawy do Peru – zdjęć będzie przybywać, oj będzie… 🙂

Peruwiańskie policjantki

Powrót z dżungli

Ukrywając się wśród liści. Peru

Nasza peruwiańska fotowyprawa nie zaginęła w dżungli – tam zaginął jedynie internet, stąd brak wieści. Wróciliśmy już do Limy, do nadmorskiej dzielnicy Miraflores, skąd ruszymy na lotnisko i przez Paryż odlecimy do Warszawy. Ale po kolei…

Godzinny przelot z Cuzco do Puerto Maldonaldo zaoszczędził nam całego dnia jazdy busem przez góry i dżunglę. Stamtąd busem dotarliśmy do lodge’y w amazońskiej dżungli, która na 3 dni stała się dla nas domem. Z domu tego robiliśmy fotograficzne wypady.

Zaczęliśmy od porannego rejsu na papugi, które mają zwyczaj rozpoczynać dzień od wizyty w naturalnej solance.

Papugi, dużo papug. Peru

Najbardziej efektywny fotograficznie był rejs rzeką Madre de Dios, później popołudniowy spacer przez dżunglę i wreszcie rejs łodzią po jeziorze, znajdującym się w obrębie parku narodowego. W drodze do jeziora towarzyszyły nam małpki, całymi stadami przeskakując po gałęziach z jednej strony ścieżki na drugą, tym samym testując refleks uczestników i sprawność układów ustawiania ostrości w aparatach. W dżungli fotografuje się paskudnie, bo raz, że jest ciemno i jednocześnie bardzo kontrastowo, a dwa, że prawie zawsze między fotografem a celem są jakieś krzaki, gałązki i liście. Wyzwaniem jest też oczywiście naturalna skłonność wszystkich zwierząt do maskowania się – gdyby przewodnik nie wypatrzył dwóch jaszczurek na pniu drzewa, to z pewnością sami byśmy ich nie dostrzegli.

Mimikra w dżungli, Peru

Na jeziorze było już łatwiej. Uczestnicy fotowyprawy sprawnie wypatrywali ptaki stojące na gałęziach, brodzące w przybrzeżnej wodzie czy ukryte w krzakach. Wracając, już po zmroku, trafiliśmy dwa razy na potężne włochate pająki, przechodzące akurat przez ścieżkę oraz ptaka, który zabrał się do spania praktycznie na naszej drodze powrotnej.

Popołudnie w dorzeczu Amazonki, Peru

Pozostałe sesje nie były tak obfitujące w zwierzynę. Z drapieżników widzieliśmy tylko kajmany, ale w nocy i z odległości wykluczającej udane zdjęcia. Bliżej, nawet zdecydowanie bliżej, były za to krwiożercze moskity, których wprawdzie na terenie lodge’y prawie nie było, ale wystarczyło wejść kilka kroków w dżunglę, by pojawiały się setkami.

Po eksploracji amazońskiej dżungli z Puerto Maldonaldo wróciliśmy samolotem do Limy (z międzylądowaniem w Cuzco), co ponownie zaoszczędziło nam ze dwa dni jazdy busem. W Limie powitała nas znajoma garua. Gdy będziecie ten wpis czytali i oglądali, pewnie będziemy już w samolocie do Europy.

PS. Wszystkie zdjęcia tutaj zrobione obiektywem EF 70-200/4 IS L USM z telekonwerterem x1.4 i przy wysokich czułościach do 6400 ISO. W dżungli jest naprawdę ciemno, nawet w dzień i na obrzeżach.

Zaginiona fotowyprawa i niespodziewana okazja

Peru

Oczekujecie pewnie dalszego ciągu relacji z Peru, a tu już trzeci dzień posucha? Spieszę wyjaśnić, że posucha jest dlatego, że fotowyprawa utknęła w dżungli, a tam wynalazki w rodzaju internetu jeszcze nie dotarły. Zdjęć nie dało się więc przesłać. Korzystając z okazji, zaprezentuję więc dwa obrazki z poprzednich etapów fotowyprawy oraz jedno ogłoszenie.

Ogłoszenie brzmi: zwolniło się właśnie miejsce na Świętojańskie Świętokrzyskie, które odbędzie się już w przyszły weekend w Śniadce, niedaleko Starachowic. Teraz mamy więc dwa wolne miejsca – idealne dla jakiejś pary, która do tej pory nie mogła się zdecydować. Albo dla połowy pary 😉 Dla dodatkowej zachęty dodam, że oprócz tego co już ogłoszone w zajawce, w ramach warsztatów załapiemy się na zlot starych Starów, oczywiście w Starachowicach, bo gdzieżby indziej. A w Pałacu Biskupów Krakowskich w Kielcach będą się z naszym udziałem działy rzeczy, których tam jeszcze nie widziano… Zapraszam!

Górne zdjęcie przedstawia miłe peruwiańskie zwierzątka, czekające na wyjście fotowyprawowiczów z dżungli, a dolne – tarasy uprawne w Andach. Dla uzmysłowienia skali: po prawej stronie trochę poniżej połowy kadru znajdują się trzy zielone pola obok siebie. Na prawym z nich, tuż poniżej krzaków obramowujących je od góry, stoi krowa (pozioma ciemna kreseczka), a na prawo od krowy – pasterz (pionowa ciemna kreseczka). Czujecie tę przestrzeń?

Tarasy uprawne w Andach, Peru

Machu Picchu o poranku i nieco retrospekcji

Machu Picchu o poranku

Nie wchodzi się dwa razy do tego samego Machu Picchu. Za drugim razem wakacyjna stolica Pachacuteka przywitała nas nie gęstą mgłą i mżawką, ale lekką mgiełką i chmurkami przewiewanymi wte i we wte, dzięki czemu przez dobrą godzinę mieliśmy co pół minuty zupełnie inny widok na Machu Picchu. Słońce też wyszło zza góry najszybciej, jak tylko mogło, więc trudno było sobie życzyć lepszego początku dnia. Głównym problemem uczestników fotowyprawy było: jak później wybrać z tych wszystkich wariantów mniej lub bardziej odsłoniętego kamiennego miasta ten najlepszy? Poza porankiem pogoda była jednak gorsza niż wczoraj, bo z nieba zniknęły chmury i został tylko blachobłękit oraz ostre słońce. Nie żałowaliśmy więc, że dzisiaj ze szczytu musieliśmy zjechać znacznie wcześniej, bo po obiedzie pojechaliśmy z powrotem do Cuzco, aby następnego dnia zupełnie zmienić klimat i polecieć do dżungli amazońskiej.

Moray, czyli laoratorium na schodach. Peru

Przy okazji migawki z wcześniej tylko wspomnianych miejsc. Kamienne tarasy z wysuniętymi stopniami schodów to część Moray, gdzie Inkowie prawdopodobnie eksperymentowali z wpływem temperatury i nasłonecznienia na różne odmiany roślin uprawnych. Istnieje też teoria, że była to wielka maszyna do liofilizacji ziemniaków – temperatura mocno tam się zmienia z jednego stopnia na drugi. Reszta tarasów to już Ollantaytambo – forteca, którą Inkowie obronili przed szturmem Hiszpanów. Później jednak uznali, że jest ona nie do obrony i wycofali się do Vilcabamby, gdzie utrzymali resztki imperium przez kilkadziesiąt lat.

Ollantaytambo, Peru

Patrząc na zdjęcia z Ollantaytambo, Machu Picchu, Moray czy Salineras de Maras trudno nie zauważyć, że Inkowie uwielbiali budować tarasy na stromych zboczach. W efekcie zwiedzanie pozostałości po tej cywilizacji to nieustanne chodzenie po schodach – tereny płaskie tam prawie nie występują, a inny sposób pokonywania wzniesień (np. trawersem) chyba kłócił się jakoś z ich wyobrażeniem ergonomii. W efekcie fotografowanie tych zabytków to ćwiczenie z fotografowania schodów: gigantycznie powiększonych, więc można je oglądać nie tylko z góry, ale też z dołu i pod dowolnym kątem.

Na marginesie – Ollantaytambo prawdopodobnie nie było budowlą militarną, a po prostu jedną z siedzib władcy, natomiast tarasy nie miały utrudnić dotarcia na szczyt, lecz służyły za ogródki warzywne dla głównego lokatora. Jak się okazuje, dobrze pomyślany ogródek warzywny może pomóc odeprzeć najeźdźcę. Nie należy też niedoceniać roli schodów.

Ollantaytambo, Peru

Miasto we mgle

Mgły Machu Picchu

Ruszyliśmy szukać dzisiaj jakiegoś zaginionego miasta. Nie wiadomo, kto je zgubił, ale z zebranych informacji wynika, że mieli z tym coś wspólnego Pictowie, którzy zgrywali Macho. Wstępne oględziny potwierdziły, że ostatni użytkownik musiał faktycznie mieć jakiś problem, bo stan techniczny miasta nie był najlepszy. Pogodę zresztą też trudno było nazwać pogodną, co jakoś wyjaśniało, jak doszło do zaginięcia miasta.

Mgły Machu Picchu II

Wstępne próby identyfikacji miasta wskazywały na Angkor Wat lub kopuły indyjskiego Taj Mahal. Upewniliśmy się jednak, że nikt nie zgłaszał zaginięcia tych dwóch lokacji, więc tutaj musi chodzić o coś innego. Dalsze eksploracje stały się bardziej efektywne, gdy pogoda się poprawiła. No i znaleźliśmy zaginione miasto! Oto Machu Picchu!

Odkrycie Machu Picchu

Wizyta w Machu Picchu to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju – całkiem niezależnie od urody inkaskich ruin. Już kilka minut po godzinie piątej rano ustawiliśmy się w… długiej kolejce czekającej na autobus. Jeśli ktoś pamięta kolejki w czasach PRL-u, to i tak byłby pod wrażeniem tej kolejki – solidne kilkaset metrów. Nie przypuszczałem, że w jednym miejscu może spotkać się tylu fanów wschodów słońca. Na szczęście gdy autobusy ruszyły, to całym stadem – podjeżdżały jeden za drugim i kolejkę udało się dość sprawnie rozładować.

Kolejka kolejką, ale najpierw trzeba kupić bilety – i na autobus, i do Machu Picchu. Ten drugi lepiej jest kupić z wyprzedzeniem, bo ilość odwiedzających jest limitowana. Ciekawie kupuje się też bilety na autobus, który w ciągu nieco ponad kwadransa wwozi do położonego na sporej skale inkaskiego miasta. Przy zakupie biletów trzeba okazać paszport i dane z paszportu są wprowadzane na biletach – czyli są one nie tylko imienne, ale też wymagają legitymowania się, bo przed wpuszczeniem do autobusu sprawdzany jest nie tylko bilet, ale też paszport. Bilet wstępu na teren wykopalisk archeologicznych oczywiście również jest imienny i także wymaga okazania paszportu.

Kolejną ciekawostką, zdecydowanie mniej przyjemną, jest zakaz wnoszenia statywów. Prawie cała nasza grupa została zmuszona do oddania trójnogów do przechowalni bagażu. Wyjątkiem były dwie sprytne osoby, które ukryły swoje statywy przed cerberami kontrolującymi wchodzących. Jest jednak wątpliwe, czy dałoby się ich użyć w trakcie pierwszych kilku godzin zwiedzania, bo teren Machu Picchu, choć bardzo rozległy, jest naszpikowany pracownikami pilnującymi, aby turyści ani na krok nie zbaczali z wyznaczonych ścieżek. Co ciekawe, po godzinie 14 robi się pustawo – znika nie tylko większość zwiedzających, ale też mniej widoczni są „dozorcy”, z przechowalni bagażu można odebrać statywy i spokojnie rozstawić je.

Machu Picchu i jego schody

 

O ile na wschód słońca czeka zaskakująco dużo ludzi (a wśród nich niewielu jest fotografów – zdecydowana większość tworzy wyłącznie selfie na tle), a od 10 rano do godziny 13 zwiedzających jest naprawdę dużo, to już wczesnym popołudniem robi się zaskakująco pustawo. Zresztą nawet w godzinach szczytu da się znaleźć miejsca zupełnie bezludne, bo turyści mają silny instynkt stadny i wędrują grupami po najpopularniejszych ścieżkach. Machu Picchu jest naprawdę rozległe i bez problemu da się unikać tłumów. Nie jestem przekonany, że w ciągu dzisiejszych 10-godzinnych eksploracji (z godzinną przerwą) udało mi się dotrzeć we wszystkie zakątki.

Na terenie samych wykopalisk nie ma ani baru czy restauracji, ani nawet toalety. Wszystko to jest natomiast dostępne przed brama wejściową. Na szczęście na jednym bilecie można dwukrotnie opuścić teren wykopalisk, odpocząć i wrócić do zwiedzania. Oczywiście przy ponownym wejściu sprawdzany jest zarówno bilet, jak i paszport.

Przerwy warto sobie robić, zwłaszcza jeśli trafi się słoneczny dzień, bo na terenie Machu Picchu praktycznie nie ma miejsc ocienionych. Nam się dzisiaj trafił mglisto-mżawkowy poranek, a później słońce było przesłaniane przez cumulusy, co ułatwiło przetrwanie tego… zimowego i momentami gorącego dnia.

Jutro drugi dzień fotografowania Machu Picchu, przed świtem znowu ustawimy się w kolejce do autobusów.

Oglądając Machu Picchu

Solna mozaika

Salineras de Maras V, Peru

Fotografowaliśmy dzisiaj Moray, czyli inkaskie laboratorium GMO, wspinaliśmy się po tarasach monumentalnej twierdzy w Ollantaytambo, niegdysiejszej siedzibie Pachacuteka – twórcy inkaskiego imperium. Ale o tym wszystkim innym razem. Tym razem zapraszam na szczyptę soli z Salineras de Maras, czyli preinkaskiej fabryki soli. Strumienie wody ze słonych źródeł wpuszczane są w tarasy, gdzie przepływając powoli, pod wpływem słońca parują i wytracają sól. Prosty mechanizm został setki lat temu rozbudowany do gigantycznego kompleksu, z setkami tarasów na wielu piętrach stromego wzgórza. Ta fabryka soli należy do mieszkańców okolicznych wiosek – zgodnie z tradycją każdy z nich ma prawo do własnej części kopalni soli. Nowi członkowie społeczności muszą tylko znaleźć nieużywane tarasy (jest ich zawsze sporo) i uzyskać akceptację lokalnej starszyzny. Jeśli ktoś chciałby zostać właścicielem (i pracownikiem jednocześnie) kopalni soli, wystarczy że przyjedzie tu i ożeni się (względnie: wyjdzie za mąż) za tubylca.

Nasza fotowyprawa obecnie dotarła do Aguas Calientes – miejscowości leżącej tuż poniżej Machu Picchu i stanowiącej bazę wypadową do zwiedzania ruin. Z Ollantaytambo dotarliśmy tu jedynym w swoim rodzaju pociągiem. Obowiązuje w nim ograniczenie przewożonego bagażu do walizeczki podręcznej mniej więcej zgodnej z wymogami linii lotniczych dla bagażu podręcznego. Co gorsza, walizeczka ma prawo ważyć 5 kilogramów, choć podobno nie powinno być problemu, jeśli sięgnie 8 kilogramów. Łaskawcy… Co to jest 5 kilo dla fotografa mającego przez dwa dni eksplorować słynne Machu Picchu? Na szczęście Sławek stanął na wysokości zadania, a następnie wyszedł z siebie i we dwóch załatwił rzecz absolutnie niemożliwą do załatwienia, czyli zgodę dla całej grupy na zabranie całości naszego bagażu. Zanim zostaliśmy zaszczyceni wpuszczeniem na peron musieliśmy ponad pół godziny odstać pod strzeżoną bramą, a następnie każda walizka i torba została zaplombowana plastikową pętlą. Pociąg to straszliwe dodatkowe obciążenie wytrzymał i nawet zgodnie z rozkładem dotarł do Aguas Calientes (aczkolwiek więcej czasu stał niż jechał). My jutro (a właściwie dzisiaj) skoro świt (raczej: solidnie przed świtem) ruszamy do najsławniejszych peruwiańskich ruin.

A teraz coś, co nijak nie da się przekazać na jednym zdjęciu, czyli wrażenia z solniska. Na poniższym zdjęciu znajdują się cztery osoby:

Salineras de Maras I, Peru

Na następnym też są cztery, choć nie te same:
Salineras de Maras II, Peru

I jeszcze bliżej, już w ludzkiej skali:

Salineras de Maras III, Peru

A tak się tam pracuje:

Salineras de Maras IV, Peru