Play za granicą, przygód ciąg dalszy

Dlaczego zbudowano Machu Picchu

Korzystanie z internetu za granicą dostarcza nadal nieoczekiwanych emocji – gdy korzysta się z oferty roamingu danych w ramach sieci Play. To ciąg dalszy historii, o której pisałem wcześniej. W skrócie: na początku października, podczas fotowyprawy do Andaluzji, wszystko zadziałało poprawnie. Dwa tygodnie później w Bawarii już nie było tak dobrze, bo pakiet został aktywowany z pięciodniowym opóźnieniem. Po reklamacji dostałem przeprosiny i częściowy zwrot kosztów oraz wyjaśnienie, że to wina awarii systemu. Bywa, awarie happens. Szansę na rehabilitację dostał Play podczas fotowyprawy do Szkocji.

Ważność pakietów z roamingiem danych to 14 dni – to jest bardzo istotne, o czym niżej. Włączony zbyt późno pakiet z Bawarii starczył jeszcze na kawałek fotowyprawy do Szkocji, ale się skończył 8 listopada. Wysłałem więc kod aktywujący następny pakiet, dostałem SMS z potwierdzeniem przyjęcia zlecenia i… koniec. Następny SMS, już z informacją o włączeniu usługi, nigdy do mnie nie dotarł. Uznałem, że awaria w Playu przeszła w stan chroniczny i usługi nie ma. Przestałem tak myśleć, gdy przyszła faktura, na której widnieje naliczona opłata za pakiet danych aktywowany 8 listopada, a także… opłata za transfer danych poza pakietem.

Znowu złożyłem reklamację, tym razem korespondencja z konsultantami Play trwała dłużej, w końcu znowu dostałem przeprosiny i ponownie rabat niwelujący naliczone opłaty. Przy okazji wyszło kilka interesujących kwestii.

Po pierwsze, Play deklaruje na swojej stronie, że „Po wykorzystaniu limitu z paczki transmisja danych zostanie zablokowana, a Ty masz gwarancję, że nie poniesiesz dodatkowych kosztów”, ale… to dotyczy tylko sytuacji, gdy wykorzystano limit danych w pakiecie, ale nie wówczas, gdy ważność pakietu upłynęła. Czyli jeśli upłynęło 14 dni od aktywacji, a nie wyłączy się w telefonie transmisji danych, to nagle zaczynają być naliczane dodatkowe opłaty. Stąd ważny jest termin 14 dni i ważny jest SMS z informacją o aktywacji usługi. Praktycznie jest ustawić sobie od razu alarm, który przypomni nam o wyłączeniu transferu danych przed upływem 14 dni od aktywacji usługi.

Po drugie, SMS z potwierdzeniem aktywacji usługi nie tylko informuje, że usługa została włączona (a nie czeka na włączenie w wyniku awarii), ale też pozwala ustalić dokładnie od kiedy usługa jest aktywna, a tym samym – kiedy trzeba wyłączyć transfer danych. Ale… konsultanci nie mają u siebie informacji o tym SMS-ie. Widzą wszystkie SMS-y, jakie przyszły na wybrany telefon, włącznie z SMS-em o przyjęciu zlecenia, ale już nie SMS z potwierdzeniem włączenia pakietu. Jeśli przyjdzie Wam kiedyś składać reklamację, przygotujcie się na dyskusję, w której konsultant będzie twierdził, że nie istnieją SMS-y z potwierdzeniem aktywacji usługi i że takie SMS-y nie są wysyłane.

W przypadku wyjazdów trwających krócej niż 14 dni (czyli takich, jak europejskie fotowyprawy, które przeważnie trwają 7-8 dni, tylko w przypadku Islandii sięgając 11 dni), lepiej jest aktywować pakiet jeszcze w Polsce, tak ze 2 dni przed wyjazdem, żeby w razie braku potwierdzenia włączenia usługi móc od razu, jeszcze w kraju, interweniować. No i od razu po otrzymaniu SMS-a włączyć alarm ustawiony na 14 dni minus jedną godzinę.

Zdjęcie u góry to górki widoczne z Machu Picchu.

 

Zliczyć do trzech

Obecni Dum w Pradze

A dlaczego akurat do trzech, zastanawialiście się nad tym kiedyś? Ja się ostatnio zaczęłam zastanawiać, przy okazji rozważań nad HDR-ami. Różne „oczywistości” miewają przyczyny zupełnie nieoczywiste. Na przykład dla wielu osób HDR to jest jedno zdjęcie złożone z trzech. Czy trzeba mieć trzy ekspozycje, żeby zrobić HDR? Nie, nie trzeba. Efekt HDR można dostać nawet z jednego zdjęcia, można też wykorzystać na jednej klatce narzędzia do HDR, żeby poprawić wybiórczo kontrast i jasność. Można z dwóch, czterech, dziewięciu – choć rzadko zdarzają się sytuacje, w których potrzeba aż tyle. Więc dlaczego tyle poradników tej techniki fotograficznej zaczyna się od „Robimy trzy zdjęcia…”, a przykładowe złożenia są prezentowane razem z trzema klatkami składowymi? Czy HDR z trzech jest jakoś lepszy? Bardziej uniwersalny? Niekoniecznie.

Przyczyna jest prozaiczno-techniczna: przez długie lata wszystkie aparaty miały możliwość ustawienia bracketingu z trzech klatek i tylko z trzech. Przyzwyczailiśmy się do strzelania albo jednego zdjęcia, albo trzech różnie naświetlonych. Nawet jeśli wystarczyłyby dwa, to i tak powstawały trzy. Ostatnio jednak sytuacja się zmienia: od pewnego czasu istnieją aparaty, które pozwalają dowolnie ustawiać liczbę klatek w bracketingu, oczywiście w pewnych granicach. Wystarczy tylko dogrzebać się w instrukcji, jak to się robi, i już można robić z ręki HDR z dwóch albo czterech ujęć. Czy to zmieni sposób myślenia o HDR? Przyszłość pokaże. Na razie u góry zamieściłam klasyczny HDR z trzech ujęć, nieprzypadkowo z Pragi.

Fotografie na tę chwilę

  • Islandia: Podziwiając lodowiec

    Islandia: Podziwiając lodowiec

  • Tak tam słońce zachodzi

    Tak tam słońce zachodzi

  • Błękit Essaouiry

    Błękit Essaouiry

  • Każdy niesie swój krzyż

    Każdy niesie swój krzyż

  • Wielka Wydma

    Wielka Wydma

  • Trzy

    Trzy

  • Geometria Pragi: Metro

    Geometria Pragi: Metro

  • Świt nad Pragą

    Świt nad Pragą

  • Medresa - detal

    Medresa – detal

  • Lukka, widok z wieży

    Lukka, widok z wieży

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

Nie usprawiedliwiaj swoich zdjęć

wybrzeże Elgol, Szkocja

Zdjęcia są fajne albo fajne nie są – to po prostu po nich widać. Nie wpływa na ten wygląd i atrakcyjność nic, co się działo przed wciśnięciem spustu migawki. Ani, że było ciężko, że padał deszcz i wiał wiatr, że trzeba było iść długo i pod górę, że po to zdjęcie wstało się wcześnie rano i pojechało na drugi koniec świata. Jeśli to całe poświęcenie pomogło stworzyć świetna fotografię – to super. Jeśli jednak wiatr w oczy, deszcz w obiektyw i słońce, które zaspało, przeszkodziły w stworzeniu wymarzonego kadru, to trudno. Poniesione trudy nie poprawiają zdjęcia.

Dla równowagi – zdjęcie strzelone bez wstawania od kawiarnianego stolika nie jest gorsze dlatego, że nie wiązało się z większym wyrzeczeniem niż krótka przerwa w piciu kawy. Albo jest fajne, albo nie jest.

wybrzeże Elgol, Szkocja

Powyżej zdjęcia z wybrzeża w Elgol – jednego z dwóch tegorocznych szkockich plenerów, gdy padało. Padało tak, że obiektyw można było kierować tylko w jedną stronę – na szczęście była to strona morza. Zdjęcia nie są fajniejsze dlatego, że wywaliłem się tam na śliskim kamieniu. A chwilę za mną na tym samym kamieniu orła wywinął inny uczestnik fotowyprawy. Uspokajam, że orły były całe po tych wyczynach. 🙂

PS. W wydawnictwie Galaktyka 50% obniżki do 27 listopada – w tym na całą ofertę książek fotograficznych: http://www.galaktyka.com.pl/list,8.html

 

Co zmieniła fotografia cyfrowa

Wschód w górach Quiraing, Szkocja

Jesteśmy co najmniej ćwierć wieku od cyfrowej rewolucji w fotografii. Ta rewolucja zmieniła dużo, ale co z tego jest najważniejsze? Oczywiście, robimy więcej zdjęć niż kiedykolwiek wcześniej, możemy znacznie łatwiej dotrzeć z nimi do wielu odbiorców, także osób nieznanych. Oczywiście, koszt zrobienia jednego zdjęcia bardzo spadł (choć koszt zakupu sprzętu potrzebnego do zrobienia jakiegokolwiek zdjęcia – niekoniecznie). Technika pozwoliła zrobić nieco zdjęć, których kiedyś zrobić się nie dało, a jeszcze więcej da się zrobić łatwiej i lepiej niż kiedyś. Trudne i żmudne techniki ciemniowe w wersji cyfrowej są mniej żmudne i nie wymagają siedzenia po ciemku w oparach wywoływaczy i utrwalaczy. To wszystko ważne, ale…

Najważniejszą zmianą, jaką przyniosła fotografia cyfrowa, jest znacznie szybsze tempo uczenia się (u tych, którzy chcą się uczyć) i będący tego efektem wzrost poziomu – nazwijmy to – zaawansowanej fotografii amatorskiej. A skutkiem tego ostatniego jest dewaluacja pojęcia dobrej fotografii. Zdjęcia, które kilkanaście lat temu powodowały opad szczęki; które się zapamiętywało, dyskutowało, podziwiało – dzisiaj są, no, ok. Nie to, że dzisiaj nie są fajne – nadal są, ale nie są już wyjątkowe. Świetnych zdjęć widzi się mnóstwo, widzi je się tak często, że żadne z nich nie ma szans zrobić wielkiego wrażenia. Trochę spowszedniały, owszem. Ale też wzrosły oczekiwania co do fotografii, które mają powalić na kolana.

Ciekawe, czy ta inflacja wrażeń wizualnych będzie nadal postępowała? Czy zdjęcia dzisiaj zapierające dech będą za dwie dekady wywoływały komentarze: „No, ładne, ale dzisiaj już trzy podobne widziałem”?

 

Przy moście w Sligachan, Szkocja

PS. Powyżej zdjęcia z tegorocznej wyspy Skye: świt w górach Quiraing i popołudnie przy moście w Sligachan. W przyszłym roku będzie więcej Skye w Szkocji – a właściwie będzie tylko wyspa Skye!

PPS. Zwolniło się jedno miejsce na warsztaty obróbkowe 2-4 grudnia w Warszawie. Zapraszamy najszybszego chętnego! 🙂

 

Nie ma złego światła…

Jesień w Bawarii

… są tylko kiepskie fotografie. Każdemu marzy się piękne, niskie, pomarańczowe światło wieczoru. Ale spróbuj w nim fotografować czerwone kwiaty! Nie wiesz, jaki w tym problem? To weź i naprawdę spróbuj, dowiesz się. W takim świetle dobrze się robi zdjęcia pofalowanych krajobrazów, otwartych terenów czy architektury, ale najlepiej takiej wolnostojącej.

A gdy jest szaro, ponuro, niebo bez słońca i nawet bez wyrazistych obłoków, to fotograficznie jest fatalnie? Nie jest. To jest właśnie najlepsza chwila na zdjęcia w lesie albo na te czerwone kwiaty z poprzedniego akapitu. Albo na wąskie uliczki starych miast. Trzeba tylko kadrować bez nieba, skoro nie ma na nim nic ciekawego.

Każdy rodzaj światła ma swoją fotografię. Nawet zupełny brak światła też ją ma. Jest światło portretowe (nie mylić ze studyjnym) i światło do detali, i do odległych krajobrazów, i do wyrazistych pierwszych planów, i do wąwozów, lasów, a nawet do malowania światłem. Ten ostatni rodzaj światła potocznie nazywany jest ciemnością.

Kiepskie fotografie powstają z upierania się. Gdy ktoś w szary dzień upiera się na ogólnie ujęte krajobrazy, najprawdopodobniej niewiele z tego wyjdzie. Co innego, gdyby w tych samych warunkach oświetleniowych poszukał mocnego pierwszego planu lub skupił się na detalach. Analogicznie, upieranie się w słoneczny dzień na zdjęcia w lesie zrodzi mnóstwo problemów zamiast ładnych obrazów. Natomiast ten sam las widziany z zewnątrz może wyglądać wspaniale. Nie martw się więc, jeśli światło nie odpowiada Twojej koncepcji zdjęcia – po prostu zmień koncepcję, a do tamtej powrócisz kiedy indziej. Każdy rodzaj fotografii ma swoje światło, choć nie zawsze przy sobie.

Na alpejskiej łące, Bawaria

Czy rosną Wam dłonie?

jesień w lesie, Bawaria

Sprzedaż aparatów spada, producenci gonią w piętkę, a tymczasem użytkownicy bezskutecznie czekają na prostą rzecz: uchwyt dostosowany do wielkości dłoni. Oczywiście, dłonie mamy różne: większe i mniejsze, palce dłuższe lub krótsze. Nie ma idealnego uchwytu, który pasowałby wszystkim. Owszem, aparaty mają różne uchwyty, więc szukając – w końcu coś sobie dopasujemy. Problem tylko w tym, że producenci wychodzą z kretyńskiego założenia, że mniejsze uchwyty są dla osób początkujących, a te większe – dla zaawansowanych. Tak, jakby w miarę nabywania umiejętności fotograficznych, rosły dłonie. Zawodowcy to już w ogóle mają łapy jak niedźwiedzie, żeby złapać takiego Nikona D5 czy Canona 1D X. Z kolei osoby drobne nie powinny nigdy chcieć czegoś bardziej zaawansowanego niż modele najtańsze i najprostsze. Przynajmniej dopóki sobie nie zapuszczą dłuższych palców i nie rozklepią dłoni. Prawda, że to głupie?

nad strumieniem, Bawaria

Rozumiem, że robienie każdego modelu aparatu w kilku rozmiarach byłoby mało opłacalne. Znacznie bardziej racjonalne byłoby przygotowanie do każdego modelu różnej wielkości nakładek na uchwyt – mocowanych na zatrzaski i nie zawierających żadnej elektroniki, a więc nie zagrażających szczelności czy solidności konstrukcji. Nie byłaby to innowacja rewolucyjna, nie wywołałaby ekscytacji u maniaków zaawansowanych technologii, ale po prostu rozwiązałaby problem, przed którym staje wielu fotoamatorów. Producent, który zrobiłby to pierwszy, zgarnąłby sporą część amatorów kupujących pierwszy aparat lub zmieniających system, a także łatwiej przekonywał użytkowników danego systemu do wymiany aparatu na nowszy.

Czy tego doczekamy? Nie sądzę – przy obecnej, powszechnej strategii cięcia kosztów gdziekolwiek się da, takie komplikacje konstrukcji pewnie nie przeszłyby akceptacji przez księgowych. Zawsze jednak zostaje cień nadziei, że w Japonii zauważą brak związku między umiejętnościami i potrzebami fotograficznymi a wielkością rąk…

jesienne refleksje, Bawaria

Zdjęcia z Bawarii, po więcej zapraszamy do bawarskiej galerii, a także na przyszłoroczną fotowyprawę.

Szkockie zabawy z pogodą

wędrowiec, Szkocja

Nasza druga szkocka fotowyprawa zbliża się do końca, jesteśmy już w hotelu w Glasgow, skąd w sobotę rano lecimy do Polski. Tym razem zabawę w ciuciubabkę z deszczem wygraliśmy – solidnie padało tylko przy plenerze przy moście Sligachan i trochę (choć tym razem z mniej uciążliwego kierunku) na wybrzeżu w Elgol. Na wschód słońca przy Old Man of Storr jechaliśmy w ulewie, ale wspinaliśmy się już na sucho, a sesja wypadła rewelacyjnie. Przy Fairy Pools pogoda była świetna aż do momentu, gdy powinniśmy wracać do autobusu – wtedy zaczęło lać, co z pewnością pomogło grupie stawić się terminowo na zbiórkę. 😉 Ta sympatyczna korelacja miała miejsce także przy sesji o wschodzie słońca w górach Quiraing. Pogoda tym razem nam sprzyjała i trudno oczekiwać lepszej w ciągu tygodniowej fotowyprawy w miejsce tak znane z kapryśnego klimatu. Te kaprysy to zresztą niewielka cena za możliwość fotografowania fantastycznych scenerii.

Fairy Pools, Szkocja

Dwa górne zdjęcia to Fairy Pools, a poniżej oczywiście Stary Człowiek ze Storr.

Old Man of Storr, Szkocja

 

Jak wygląda wolność

Old Man of Storr, Szkocja

Wolność jest zielona. Z trudem mieści się w bagażu lotniczym, bo jest dość duża i waży ze dwa kilo. Jej nadużywanie grozi poważnymi konsekwencjami. Wolność jest zrobiona z gumy.

Wodery. Obuwie, dzięki któremu można skadrować, co się chce, nawet jeśli to wymaga wejścia w środek strumienia, i to niekoniecznie latem. Można bez stresu dotrzeć w podmokłe miejsca, usunąć z kadru brzydki brzeg rzeki (byle nie za głębokiej – wolności nie można nadużywać), stanąć tam, gdzie się ma ochotę i iść prosto do celu, nie przejmując się błotem. Człowiek czuje się, jakby znowu miał pięć lat, gdy bez wahania właził w środek kałuży. Ba, jest nawet lepiej niż wtedy, bo rodzice nie krzyczą. Wolność odświeża umysł i bardzo pomaga w kadrowaniu.

most w Sligachan, Szkocja

Szkocja ma to do siebie, że wiele wspaniałych fotograficznie lokacji znajduje się na podmokłym terenie, zupełnie niezależnie od ewentualnego deszczu. Rannoch Moor to jeziora otoczone bagniskiem, Fairy Pools to jeziorka, wodospady i rzeczki położone również wśród bardzo mokrych terenów, okolice Sligachan to piękna rzeka, a wokół niej wspaniale kolorowa roślinność porastająca, no zgadnijcie co? Rozległe, podmokłe tereny. Da się po tym wszystkim chodzić w dobrych butach trekingowych, ale gdy na nogach ma się wodery, swoboda fotografowania ogromnie rośnie. Można wejść do rzeki czy jeziora i nie przejmować się przemoknięciem obuwia. Można chodzić po mokradłach i nie zastanawiać się, czy noga nie wpadnie powyżej kostki (dopiero wpadnięcie powyżej kolana może być problemem, bo trudno wtedy nogę wyciągnąć – wolności nie można nadużywać). Można w końcu łazić po błocie i kałużach, i nie dość, że żadna kałuża nie jest zbyt głęboka, to jeszcze nie trzeba potem szorować butów – wystarczy wypłukać je w strumieniu. A strumieni tu sporo.

most w Sligachan, Szkocja

Dwa zdjęcia w tym wpisie zostały zrobione ze środka rzeczki koło starego mostu w Sligachan i tenże most przedstawiają. A na górze Old Man of Storr, który tym razem nie próbował chować się przed nami we mgle, jak to zrobił rok temu.

Z Glen Coe na wyspę Skye

Eilean Donan, Szkocja

Wczorajszy dzień był ostatnim, w którym odwiedzaliśmy różne zakątki doliny Glen Coe. Ten etap zakończyliśmy drugą sesją na mokradłach Rannoch Moor – ta była mniej słoneczna, ale nadal pogodna i – odmiennie niż pierwsza – zupełnie bezwietrzna. Pozwoliło to na fotografowanie odbijających się w spokojnej wodzie gór i chmur płynących po wieczornym niebie. Jedno z takich zdjęć z Rannoch Moor poniżej – do jego wykonania oprócz aparatu i statywu bardzo przydały się także wodery.

Rannoch Moor, Szkocja

Następnego dnia opuściliśmy hotel Onich (położony w miejscowości Onich), gdzie za świetną kuchnię odpowiada dwóch Polaków (i jeden Francuz). Ruszyliśmy w stronę wyspy Skye, zatrzymując się po drodze na plenery, m.in. przy słynnym zamku Eilean Donan – tenże zamek na tle listopadowego lasu powyżej.

wybrzeże Elgol, Szkocja

Pierwsza część fotowyprawy okazała się pogodna i prawie bezdeszczowa. Innymi warunkami przywitała nas wyspa Skye, gdzie od razu po zjechaniu z mostu łączącego wyspę z… większą wyspą, wjechaliśmy w deszcz. Deszcz towarzyszył nam przez całą sesję na wybrzeżu przy wiosce Elgol, a później jeszcze w drodze do hotelu. Mimo trudnych warunków grupa wykazała się zapałem i wytrwałością, eksplorując skaliste wybrzeże. Było zresztą co eksplorować, bo oprócz kamienistej plaży o kadry prosiły się efektownie spękane formacje skalne, a w morzu czekały potężne głazy, co chwila zalewane falami przypływu. W tej chwili trwa wielkie poplenerowe suszenie przed jutrzejszą eksploracją wyspy Skye, która, mamy nadzieję, okaże się mniej deszczowa.

Wszystkie wody Szkocji

W dolinie Glen Coe, Szkocja

Na wszystkich trzech zdjęciach z aktualnego etapu fotowyprawy jest woda i nie jest to przypadek. Szkocja jest mokra, płynąca i podmokła – i w tym jej urok. Tutejsze scenerie wyglądają, jak wyglądają, bo roślinność rośnie na terenie obfitym w wodę, pełno jest jeziorek, strumieni, małych kaskad, a nawet kałuże miewają wizualny potencjał.

Tegoroczna fotowyprawa jest, jak na razie, sucha – dzisiaj tylko trochę przelotnie mżyło. Mimo to obfitość wody sprawia pewne problemy. Ścieżki są błotniste, trawa poza ścieżkami podmokła lub wręcz jest grzęzawiskiem. I fenomen, który nie przestaje mnie zadziwiać – teren wyżej położony może być bardziej mokry niż obszary leżące niżej. Logika, nakazująca wejść na pagórek, by wyjść z grzęzawiska, tutaj nie działa. Częściowo pomagają wodery czy kalosze – tzn. pomagają na kałuże i podmokły teren, ale komplikują chodzenie po wilgotnych kamieniach, gdzie przyczepność i tak jest umiarkowana.

W dolinie Glen Coe, Szkocja

Mimo to jako fotografowie nie możemy narzekać na pogodę – chmurki pędzą po niebie, słońce przebłyskuje zza nich co chwilę, nie pada. Turystycznie jednak patrząc, warunki są trudniejsze niż w zeszłym roku – pada mniej, ale wieje solidnie. Rok temu praktycznie nie było wiatru, więc np. w fotografowaliśmy odbicia w Rannoch Moor. Teraz zmarszczona woda nie daje odbić, ale za to udało się zrobić sesję przy małym wodospadzie, którego rok temu prawie nie było widać zza ściany deszczu.

W dolinie Glen Coe, Szkocja

Piękna szkocka pogoda

zamek Stalker, Szkocja

Nasza druga listopadowa fotowyprawa do Szkocji zaczęła się spektakularnym zachodem słońca, poprzedzonym przez bardzo ładne popołudnie. Popołudnie tutaj następuje natychmiast po poranku, bez przejściowego etapu w postaci słońca świecącego pionowo z góry. W samo południe cienie są długie, a słońce wprawdzie wystaje znad horyzontu, ale nieprzesadnie wysoko. Jeśli do tego trafią się tak ładne chmurki, jak nam dzisiaj, to robi się bardzo fotograficznie.

Wygląda to wszystko zdecydowanie łatwiej się ogląda na zdjęciach niż na żywo, bo spacerując trzeba starannie wybierać płytsze kałuże i mniej wciągające grzęzawiska, więc rozglądać można się w miejscach, gdzie człowiek ma pewność, że się już głębiej nie zapadnie. Światło jest wprawdzie ciepłe przez cały dzień, ale o temperaturze powietrza się tego powiedzieć nie da – z pewnością przegrzanie tutaj nie grozi.

zamek Kilchurn, Szkocja

Szkocja to kraj dla fotografów, ale raczej przyjezdnych, bo stały pobyt, mimo wszystkich uroków wizualnych, to coś dla miłośników hartowania się i sprawdzania prawdziwości tezy o dobroczynnym wpływie wszystkiego, co nie zabije natychmiast. Tutejsze zamki na jeziorach też świetnie realizują potrzeby obu grup: wyglądają pięknie, ale z pewnością zapewniają szybki reumatyzm każdemu lokatorowi.

U góry zachód słońca nad zamkiem Stalker, a poniżej uczestnicy fotowyprawy w marszu na spotkanie z zamkiem Kilchurn.

Przed Szkocją, przed Islandią

Światło nad górami, Szkocja

Dzisiaj będzie krótko i ogłoszeniowo, bo my już jedną nogą w drzwiach, pędząc do Szkocji. Do Szkocji już zaprosić nie możemy, ale zapraszamy na przyszłoroczną fotowyprawę dookoła Islandii. Zapisy jak zwykle na stronie Horyzontów: http://www.horyzonty.pl/oferta/fotowyprawy/wycieczka_fotograficzna_islandia

Drugie ogłoszenie to nowa wersja programu do składania HDR-ów – SNS-HDR, który teraz ma już (znowu) polski interfejs do wyboru oraz nieco poprawek i udoskonaleń. Użytkownicy dowolnej wcześniejszej pełnej wersji programu mogą go pobrać bezpłatnie.

I to tyle ogłoszeń, a my znikamy wśród mgieł i wrzosowisk (niestety, z nieuchronnym etapem pośrednim obejmującym autobus, samolot i znowu autobus). Postaramy się zdawać relację z eksploracji szkockich pejzaży.

Play – w co my gramy?

Neuschwanstein we mgle, Bawaria

Internet za granicą się przydaje, na przykład do relacjonowania fotowypraw na żywo. Musi jednak działać, z czym bywa różnie. Głównie relacje piszemy nocami w hotelach, korzystając z wifi. Dzisiaj nie trafiają się już hotele bez internetu, ale z jego jakością bywa różnie. Może się akurat trafić awaria. Router może być kiepsko skonfigurowany, co chwila zrywając połączenie. Zdarza się, że transfer jest taki, że szybciej byłoby nagrać relację na dyskietkę i wysłać pocztą. I dlatego od pewnego czasu dubluję dostęp do internetu za pomocą telefonu. W razie potrzeby, gdy wifi hotelowe zrobiło sobie wolne albo gdy szybkość przesyłu stawia alternatywę: wrzucenie relacji albo sen, mogę udostępnić sobie w notebooku dostęp do Sieci przez komórkę. Jeśli, oczywiście, mam dostęp do internetu na komórce.

Do tej pory kupowałem miejscową kartę sim z pakietem danych, co kosztowało ok. 50 zł za 1-2 GB (Islandia, Peru, Toskania). Czasem wymagało to tylko znalezienia sklepu, gdzie takie startery sprzedają (Islandia), czasem wiązało się z papierologią – mniej (Peru) lub bardziej czasochłonną (Toskania).

Neuschwanstein we mgle, Bawaria

W Andaluzji postanowiłem spróbować inaczej. Operator Play, z którego usług korzystam, pozwala wykupić pakiet danych: 25, 100, 300 lub 500 MB, każdy z nich ważny jest przez 14 dni. Wersja 500 MB kosztuje 69 zł brutto – trochę drożej za trochę mniej, niż gdybym kupił miejscowego SIM-a, ale zaoszczędzam czas na szukanie sklepu i załatwianie formalności. W Andaluzji to zadziałało sprawnie: wysłałem kod aktywacyjny, po paru godzinach dostałem SMS-a, że usługa została włączona. W Bawarii już nie poszło tak gładko.

Fotowyprawę zaczynaliśmy 23 października, więc jeszcze z Polski wklepałem odpowiedni kod – automatyczny komunikat potwierdził, że faktycznie odpowiedni. I czekam. Minęło 24 godziny, minęło następnych kilka – SMS-a od Playa o aktywowaniu usług brak. Ponownie wklepuję *111*613*1# i czekam. Długo czekam. Po następnych 24 godzinach, już drugiego dnia fotowyprawy, dostaję SMS-a, że… „zlecenie przyjęto do realizacji”. Nie widzę innego wyjścia, jak cierpliwie czekać na tę realizację. Mijają następne trzy dni fotowyprawy i wreszcie prawie w samo południe, 25 października o godzinie 12 minut 12 dostaję SMS-a, że „Rozpoczęto korzystanie z promocyjnego pakietu danych w UE”. No brawo, po pięciu dniach czekania, na dzień przed powrotem do Polski, w końcu dotarł internet. Ale to nie koniec radości, bo już trzy godziny później, o 15.23 dostaję następnego SMS-a o treści „Rozpoczęto korzystanie z promocyjnego pakietu danych w UE”. Jak przez pięć dni nie było wcale, tak na koniec dostałem dwa pakiety po 500 MB.

Alpy w chmurach, Bawaria

Po powrocie wysłałem Playowi różne pytania. Na przykład, czy jest jakiś sposób, żeby pakiet danych sobie włączyć tak, aby był on dostępny podczas pobytu za granicą, a nie dopiero wówczas, gdy się wraca do Polski? Odpowiedzi jeszcze nie dostałem, otrzymałem natomiast SMS-a, że moje zgłoszenie zostało zarejestrowane.

Na obrazkach bawarskie mgiełki. Może to przez te mgły internet się pogubił w drodze do mnie?

AKTUALIZACJA. Play zareagował na reklamację przeprosinami, obniżeniem opłaty za pakiet do 19 zł (czyli o 50 zł) i wyjaśnieniem, że długi czas aktywacji był skutkiem awarii. Ok.

 

Zęby czasu

Nursja po deszczu

Właściwie to dzisiaj miało być o zamglonych bawarskich krajobrazach, ale rzeczywistość wymusiła inny temat. Mgły poczekają.

Wczoraj we Włoszech znowu było trzęsienie ziemi, a dotknęło ono przede wszystkim Umbrię, w tym miejsca naszej wiosennej fotowyprawy. Zdjęcia w tym wpisie są już historyczne: ten plac już tak nie wygląda. Jego obecny stan można zobaczyć w The Telegraph. Mój statyw stał w maju tam, gdzie na zdjęciach z angielskiej gazety widać samochód strażaków. Ludzie spacerowali, pili kawę, pytali, czy to jakaś okazja, że tylu fotografów zjawiło się w ich miasteczku. Później znikli z ulic, bo zaczęło padać, ale my zostaliśmy – bruk tak ładnie błyszczał w deszczu. Do miasta wchodziliśmy bramą w murze, który widać na następnym zdjęciu z The Telegraph: brama była tam, gdzie drzewa w głębi; tam, gdzie widać największe rumowisko. Do głównego placu dochodziliśmy uliczką na lewo od tego żółtego budynku, tą, na której leżą gruzy bazyliki.

Wieczór w Nursji

Dziwnie oglądać zrujnowane miejsca, wśród których chodziło się w zachwycie zupełnie niedawno. Dziwnie pomyśleć, że tych zdjęć już się nie powtórzy. Co nie wyszło, nie zostanie poprawione, nowe pomysły nie zostaną sprawdzone. Nie ma co odkładać fotografowania na później: później może już wyglądać zupełnie inaczej.

Wieczór w Nursji

Znikające zamki Szalonego Ludwika

zamek Neuschwanstein, Bawaria

Wczorajszy dzień spędziliśmy na tropieniu zamku Neuschwanstein. Oczywiście, wiadomo, gdzie on jest, ale tym razem zachowywał się jak inny słynny zamek – Tintagel. Legendarna siedziba króla Artura i rycerzy Okrągłego Stołu znana była z tego, że potrafiła znikać, a pojawiała się tylko wybranym. Neuschwanstein starał się nie być gorszy (w końcu też zamek króla), na przemian pojawiając się i znikając we mgle. W znikaniu był tak dobry, że nie było go widać z mostu Marienbruecke, a to ledwie kilkadziesiąt metrów od murów pałacu. Byliśmy jednak cierpliwi i uparci, a przy tym manewrowaliśmy, żeby zaskoczyć zamek z różnych stron. No i udało się go przyłapywać nie tylko w momentach, gdy wyjrzał zza kłębów mgły, ale nawet w tych nielicznych chwilach, gdy zaświeciły na niego promienie słońca.

zamek Neuschwanstein, Bawaria

Tutaj zdjęcia zamku z różnych stron (za wyjątkiem frontu, gdzie ustawione jest wielkie rusztowanie) w słonecznych momentach, ale Neuschwanstein jest równie urokliwy, gdy spowijają go opary mgły. Oczywiście – gdy spowijają go nieprzesadnie. Mgielne zdjęcia zaprezentujemy już po powrocie z fotowyprawy.

Przed naszym wzrokiem próbował się chować pobliski, również związany z Ludwikiem Szalonym, zamek Hohenschwanngau, ale ten nie był tak sprawny w ukrywaniu się we mgle, bardzo ładnie za to odbijał się w wodzie pobliskiego jeziora.

zamek Neuschwanstein, Bawaria

My kończymy już tę fotowyprawę dzisiejszą wieczorną (i jutrzejszą poranną) sesją w zaułkach czeskiego miasteczka Tabor, znanego z husyckiej przeszłości oraz labiryntowego układu uliczek zabytkowego centrum.

Bawaria po szkocku

Alpy we mgle, Bawaria

Słońce pojawia się tylko momentami, ale trafiają nam się scenerie iście szkockie: mgły, kolorowe liście i trawy, jeziora, których drugi brzeg rozmywa się w bieli… Tak było dzisiejszego ranka i dzisiejszego wieczora. Wielobarwne jesienne drzewa odbite w wodzie albo kamienie, które we mgle są po prostu szare – znalazło się coś dla miłośników dowolnej kolorystyki.

bawarskie poranek, Bawaria

W środku dnia fotografowaliśmy z platformy AlpspiX, zbudowanej prawie na szczycie Alpspitze. Tutaj nadal towarzyszyły nam fantastyczne mgiełki, tym razem rwane na pasma, przelewające się przez szczyty, na przemian odsłaniające i zasłaniające góry. Czy to były mgły czy chmury – trudno powiedzieć, bo jedno przelewało się w drugie. Chwilami widzieliśmy fragmenty sąsiedniego, wyższego szczytu Zugspitze, a czasem tylko krzyż na prowadzącym nań szlaku i jasną plamę słońca nad nim. Scenerie, które mogą stać się podstawą zdjęć i wesołych, i ponurych, i nawet pełnych grozy, w zależności od chwili i… naświetlenia.

Internet w Bawarii jest niemożliwie kulawy, a dodatkowo szczególne „brawa” należą się operatorowi Play, ale o tym będzie osobny wpis. Mamy zaległości w relacjach, ale nadrobimy. A netem się nie stresujemy dzięki bawarskiemu zestawowi do medytacji zen – zestaw poniżej.

zestaw do medytacji, Bawaria

Wśród zwergów i koboldów

Wimbachklamm, Bawaria

Słońce stanęło na wysokości zadania i nie pokazało się dzisiaj wcale. Przez większość dnia było to miłe, bo fotografowaliśmy skalny wąwóz Wimbachklamm ze strumieniami i małymi wodospadami. Było bardzo zielono, bardzo mokro, a strumienie i wodospady, choć niewielkie, to miały bardzo fantazyjne kształty. Tutaj bezpośrednie światło byłoby katastrofą. W rozproszonym świetle pochmurnego dnia filtry polaryzacyjne działały cuda, wydobywając kolor i z roślin, i ze skał, a strumyczki i wodospadziki pięknie się odcinały łagodną bielą od zielono-brązowego tła. Przy słonecznym dniu w tym samym miejscu mielibyśmy sieczkę ostrych odblasków i głębokich cieni, dobrą do oglądania, ale zupełnie niefotogeniczną. Przejście trzystu metrów skalnego wąwozu z milionem wodospadów zajęło nam ponad dwie godziny: noga za nogą, statyw za statywem, strumień za strumieniem. Dwa kroki, stop, statyw, kilka sekund naświetlania (w wąwozach nie jest jasno) i możemy iść dalej… następne dwa kroki. Pięknie, baśniowo, skaliście i omszale.

Wimbachklamm, Bawaria

 

Jesień w Bawarii

wschód w Bawarii

Przyroda Bawarii wzorcowo przygotowała się do naszej pierwszej fotowyprawy w ten region – liście na drzewach kolorowe, pogoda śliczna, chmurki delikatne. Nawet hotel, w którym śpimy, nazywa się zachęcająco: „Marysia Chętnie” (w oryginale: Maria Gern). Jeszcze nie ustaliliśmy, co ta Marysia chętnie, ale liczy się afirmatywne nastawienie.

Jesień w St. Bartholoma, Bawaria

Minął drugi dzień, ale pierwszy trudno liczyć, bo upłynął w podróży. Mamy więc za sobą jeden wschód słońca, jeden zachód, a także rejs po jeziorze Konigssee oraz plener wokół wioski St. Bartholoma (stamtąd pochodzi zdjęcie pionowe). Zdjęcie ze wschodu powyżej – takie plenery mamy parę metrów od „Marysi Chętnie”. Zachód słońca był mniej spektakularny – wprawdzie wybrane na miejsce pleneru jezioro Hintersee ma spory potencjał, ale słońce nie współpracowało i na pół godziny przed końcem dnia schowało się za chmury. Słońce dostanie kolejną szansę jutro i lepiej, żeby z niej skorzystało, bo na razie przegrywa pojedynek z bardziej widowiskowymi zachodami w Alpach austriackich, które fotografowaliśmy trzy lata temu.

 

Odrobina szaleństwa

Sufity Mezquity. Andaluzja

W fotografii architektury bardzo ważne jest, żeby było prosto. Piony mają być pionowe, a poziomy poziome, chyba że zbieg perspektywy wymusza poziomy zbiegające się, czyli skośne. No i już chyba wszyscy rozumiecie, że ten przydrętwy wstęp jest tylko wstępem – do czegoś całkiem innego.

Bo czemuż by nie zafundować sobie od czasu do czasu odrobiny szaleństwa? Ukośnych pionów, falujących poziomów, żyrandola zwisającego z podłogi?* Przecież tak naprawdę w kompozycji nie chodzi o prosto czy krzywo, tylko o to, żeby pięknie wypełnić kadr. Można go wypełnić prostymi, kołami, elipsami, łukami, czy co tam się akurat wymyśli. Przy czym wymyślone trzeba jeszcze zrealizować, co oczywiście może wymagać pewnych wygibusów. Na przykład zdjęcie na górze wymagało jednocześnie przyklęknięcia i ostrego zadarcia głowy**. Można go wypełniać w różnych konfiguracjach, byle skutecznie: tak żeby wzrok miał punkty zaczepienia***, żeby miał gdzie się przesuwać, skręcać, wracać i żeby z kadru nie wypadał. Budynek może stać się abstrakcją, plątaniną linii, dwuwymiarową interpretacją przestrzeni. Dlaczegóż by nie? W końcu, fotografia jest sztuką, a sztuka nie tyle pokazuje rzeczywistość, co ją interpretuje****.

 

* To możliwe, tylko trzeba użyć luster. Lustra się w pomieszczeniach zdarzają.

** A cała ta gimnastyka dlatego, że do Mezquity nie wpuszczają ze statywami.

*** Niekoniecznie w tak zwanych mocnych punktach; punkt zaczepienia jest wszędzie tam, gdzie wzrok się zaczepia.

**** Owszem, ilość gwiazdek w tym tekście jest szalona. Nic dziwnego: to tekst o szaleństwie. W tekście o gwiazdach byłoby ich jeszcze więcej.

Fotografia to gra bez reguł

Alhambra, Andaluzja

Zabawne, ile serwisów internetowych nabrało się na „rzeczowość” i „obiektywność”, a przede wszystkim „użyteczność” krytyki zdjęć udzielanej przez sztuczną inteligencję Keegana. Nie jest to jednak wcale zaskakujące, bo wśród fotoamatorów powszechna jest tęsknota za regułami, zasadami, prawami – prostymi, jednoznacznymi i bezwyjątkowymi. A któż będzie lepiej stosował te przepisy na świetną fotografię niż sztuczna inteligencja? Tymczasem – klops.

Klops nie dlatego, że sztuczna inteligencja Keegana jest bardzo sztuczna, a mało inteligentna; że punktuje za wysoki kontrast i nasycone kolory, a zupełnie nie radzi sobie z mgłami, pastelami i kadrami monochromatycznymi. Klops nie tylko dlatego, że „krytyka” oferowana przez Keegana to bełkot stanowiący zbitek ogólnikowych sformułowań serwowanych losowo. Klops przede wszystkim dlatego, że nie ma prostych reguł, jednoznacznych zasad i bezwyjątkowych praw. Nie ma sztanc, które dałoby się przyłożyć do fotografii i – jak na łożu Prokrustesa – zbędne obciąć, brakujące naciągnąć, aby uzyskać ideał. Nie ma i nie będzie.

Alhambra, Andaluzja

Wszelkie reguły kompozycji to żadne reguły, a „kodeks piracki” – pomysły, sugestie, sposoby uporządkowania kadru, z których można skorzystać albo nie. Niektóre z nich są zaprzeczeniem innych, inne idą w poprzek, część da się łączyć, część lepiej sprawdza się stosowana pojedynczo. Wszystkie one nie składają się na żaden spójny, hierarchiczny system, ale stanowią worek, z którego artysta wybiera ten sposób porządkowania kadru, który w danej sytuacji sprawdzi się najlepiej. Ale dlaczego akurat w tej sytuacji ta, a nie inna „zasada”? Dlaczego tu lepiej zadziała symetria, a tam jednak trójpodział, a jeszcze gdzie indziej rytm? Gdzie jest zasada, która pozwoli uporządkować zasady – reguła stosowania reguł? Nie ma. I nie będzie. Tego się nie da zalgorytmizować. To kwestia estetyki – wyczucia, doświadczenia, wrażliwości, wiedzy o historii sztuki. Tego nie da się zaprogramować, ale da się nauczyć – nie wkuwając proste reguły, ale żmudną praktyką.

PS. Na najnowszą z ogłoszonych fotowypraw – do Holandii – prawdopodobnie nie ma już wolnych miejsc, ale proszę się nie zrażać – czasem miejsca się zwalniają.