Co tu jest nie tak?

Dom z Monsanto, Portugalia

Ekspozycja w normie, linie i kolory się układają, co w tym zdjęciu właściwie jest dziwnego? Obiekt. Drzwi w skale, schody wykute (choć wyglądają raczej jak wydeptane) w wielkim, obłym kamieniu. Wejście do wnętrza skały? Owszem, w pewnym sensie.

Fotografując w jakimś miejscu, warto zadawać sobie dwa pytania: co tu jest specjalnego? Oraz: w jaki sposób mogę tę charakterystyczną cechę pokazać? Portugalskie miasteczko Monsanto ma tę nietypową cechę, że domy są w nim wkomponowane w skały. Całe domy – nie komórki czy piwnice. Kawałek ściany jest zbudowany, a resztę domostwa ograniczają naturalne ściany o grubości ładnych paru metrów. Jeśli taki dom zaczyna się wyżej na skale, to prowadzą do niego schodki – w tejże skale wykute. To się nazywa solidna architektura! Oczywiście, są w Monsanto też normalne domy, zdarzają się schody zbudowane z drewna czy cementu, są też dachy z dachówki, ale takie rzeczy możemy znaleźć wszędzie. A skoro już znaleźliśmy się w miejscu tak nietypowym, to warto właśnie na tej oryginalności się skupić. Spiętrzone głazy, wykute stopnie i jedyna rzecz nie zrobiona z kamienia: drzwi do domu. Określenie „skalne miasto” jest w Monsanto wyjątkowo dosłowne.

P.S. Ciekawym wyjaśniam: prześwit między głazami w lewym górnym rogu naprawdę jest przejściem… do drugiego domu, również skalnego. Schody po lewej faktycznie tam prowadzą, to nie złudzenie.

Skalny dom w Monsanto, Portugalia

Dla rozwiania wątpliwości, zamieszczam jeszcze jeden domek, ten na pewno jest zamieszkany 🙂

Małe mieszkanko w Monsanto, Portugalia

P.P.S. Wiadomość z ostatniej chwili: Galaktyka wyprzedaje! Do 25. maja jest 40% zniżki na książki fotograficzne, a do każdego zamówienia można dostać Świat błysku McNally’ego za dziesięć zł! Jeśli jeszcze nie macie, to warto, oj warto.

Wykorzystać potencjał miejsca

Most i kij, Portugalia

Dobra miejscówka to skarb pejzażysty. A jaka jest dobra? Wcale nie taka, z której widać ładny widok. Miejsce, z którego widać ładny widok to punkt widokowy, a punkty widokowe dla fotografa są umiarkowanie atrakcyjne. Dlaczego? Bo nie dają możliwości wykazania się pomysłowością, nie pozwalają na swobodę wyboru pierwszego planu, kontroli perspektywy. Przeważnie też ograniczają co do charakteru oświetlenia – punkty widokowe zazwyczaj dobrze wyglądają tylko o jednej porze dnia, a o innych po prostu prezentują się źle i nie ma nawet co próbować. A przede wszystkim problemem punktów widokowych jest to, że skazują na powielanie kadrów już dawno wykonanych.

To jakie miejsce jest skarbem pejzażysty? Takie, wokół którego można chodzić dookoła, a przynajmniej mieć swobodę poruszania się, pozwalającą fotografować z różnych stron i pod różnym kątem. To pozwala wykorzystać zarówno wschód słońca, jak i zachód, ale także np. o poranku kadrować ze słońcem, pod słońce i jeszcze w oświetleniu bocznym. Świetnie, jeśli można zarówno podejść blisko głównej atrakcji, jak i się oddalić – to daje szansę na wyszukanie swojego własnego pierwszego planu, ale także umożliwia twórcze wykorzystanie perspektywy.

A jak już jesteśmy w ciekawym miejscu, dającym dużą swobodę manewru, to koniecznie tę swobodę trzeba wykorzystać, za pomocą nóg wyszukując swoje własne spojrzenie na to, co może jest znane, ale z pewnością da się pokazać w nowy sposób.

Pod Mostem Vasco da Gama, Portugalia

Na zdjęciach most Vasco da Gamy, który można fotografować z obu stron i spod spodu, a o poranku zarówno pod słońce, jak i ze słońcem z boku. Więcej zdjęć mostu w naszej portugalskiej galerii. Pod most wrócimy za dwa lata, bo w przyszłym roku iberyjskie klimaty ponownie w Andaluzji.

Duże rzeczy

Najdłuższy most, Portugalia

Wielkie, rozłożyste, rozbudowane, szerokie, wysokie, potężne. Jak je pokazać, żeby było widać o co chodzi? Jak skadrować stare drzewo, katedrę… albo na przykład najdłuższy w Europie most? Najpierw odzywają się ciągoty tradycjonalistyczne: przypiąć do aparatu obiektyw o jak najszerszym kącie widzenia i ująć całość. Oczywiście, najprościej jest pozbyć się pokusy, ulegając jej, więc przypinamy i ujmujemy. Powstaje zwykle zdjęcie pod roboczym tytułem „Jaki jest, każdy widzi”. Spokojnie można zaczynać sesje od takich zdjęć (żeby już mieć je z głowy), a dopiero potem zastanowić się, co naprawdę warto z fotografowanego obiektu pokazać? Jakie cechy sprawiają, że jest tym, czym jest? Które elementy go definiują? No właśnie – może nie trzeba fotografować całości, może ten czy ów fragment wystarczająco rzecz scharakteryzuje? Ba, może się nawet okazać, że pokazanie dobrze wybranego kawałka da zdjęcie mocniejsze w wyrazie, niż fotografia całego obiektu; podobnie jak suszone owoce są mniejsze, a bardziej intensywne w smaku niż świeże. Do pokazania ogromu drzewa czasem wystarcza kawałek pnia i jeden konar. Pół pylonu, kilka pali, ciągnąca się w nieskończoność nitka jezdni i ogrom wody wokół – to naprawdę wielki most. Czasem fragment więcej mówi o całości niż całość.

P.S. Może pora zastanowić się, co będziecie robić latem? W lipcu proponujemy spotkanie fotomaniaków w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Zupełnie niezależnie od tego proponujemy też wyjazd na Islandię, ale tu zmieszczą się już tylko dwie osoby, podczas gdy Jura jest bardziej pojemna.

Fotografie na tę chwilę

  • Życie na lawie: Islandia

    Życie na lawie: Islandia

  • Dwadzieścia siedem

    Dwadzieścia siedem

  • Książ: Detal

    Książ: Detal

  • Wszystko co weneckie

    Wszystko co weneckie

  • Palmiarnia Lubiechowska

    Palmiarnia Lubiechowska

  • Petra - łososie

    Petra – łososie

  • Islandia, krater

    Islandia, krater

  • Katedra w Ascoli Piceno, Umbria

    Katedra w Ascoli Piceno, Umbria

  • Medresa - detal

    Medresa – detal

  • Wiosna w Toskanii

    Wiosna w Toskanii

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

Portugalia: jaskiniowcy i templariusze

Domek w Monsanto, Portugalia

Nasza portugalska fotowyprawa już się kończy, więc pominięte dotąd atrakcje w telegraficznym skrócie. Z pewnością do nich wrócimy – niekoniecznie do opisu samych miejsc, ale z pewnością do zdjęć stamtąd.

U góry typowy domek w wiosce Monsanto. Typowy, bo wciśnięty między dwa gigantyczne głazy. Bywają zresztą takie, które głaz mają w roli dachu. Mieszkańcy Monsanto zamiast kopać się z koniem i próbować usuwać skały, wykorzystali je jako fragmenty konstrukcji, bez specjalnego ich obrabiania – jedynie czasem wykuwali w nich schodki. Wnętrze takiego domu wygląda tak, jak się można spodziewać – obły głaz częściowo wypełnia wnętrze pomieszczeń, dając mieszkańcom bliski, choć twardy kontakt z naturą.

Charola Templariuszy, Portugalia

Powyżej Charola – okrągły kościół templariuszy w klasztorze w Tomarze. Konstrukcja zadziwiająca, z ośmiokątnym ołtarzem wewnątrz szesnastokątnej budowli i fantastycznie zdobiona. W klasztorze jest więcej niezwykłości.

Tramwaj w Lizbonie, Portugalia

Ostatnie zdjęcie to słynny żółty tramwaj z Lizbony. Niestety, nie do końca jest on żółty, podobnie jak nie do końca to tramwaj. To rodzaj windy, jeżdżącej tam i z powrotem stromą ulicą. Boki pojazdu są pokryte graffiti, a i tak jest on bardziej żółty niż większość tramwajów w stolicy Portugalii. Niestety, widzieliśmy tylko jeden naprawdę żółty tramwaj, a pozostałe służą za tablice reklamowe i straciły tradycyjny kolor. Nie mamy zresztą pewności, czy ten jeden żółty został taki z szacunku dla tradycji, czy też akurat ogłoszeniodawców zabrakło.

Portugalia: białe Obidos

Uliczki Obidos, Portugalia

Na liście bajkowych miasteczek Obidos z pewnością mieści się w światowej czołówce. Wysokie, kamienne mury otaczają kilkadziesiąt białych domków, ze trzy kościoły i dwa place. Domki mają krawędzie ścian i brzegi okien pomalowane na niebiesko, pomarańczowo i żółto. Na ścianach zawieszone są donice z kwiatami lub też zdobią je jakieś kolorowe pnącza. Po prostu sielanka z dodatkiem azulejos (szczególnie imponuje kościół – ten nadal pełniący swoją funkcję – który wyłożony jest od podłogi po sufit malowanymi niebiesko kafelkami).

Księgarnia w Obidos, Portugalia

Obidos potrafi jednak zaskoczyć. W miejscowym barze więcej jest półek z książkami niż butelek alkoholu. Książki wypełniają też… sklep z warzywami, a w jednym z kościołów urządzono księgarnię. Na ołtarzu wystawionych jest kilka wydań Biblii oraz portugalskie wydanie książki… Tony’ego Halika. Tu też był.

Miasteczko jest oczywiście atrakcją turystyczną, ale turyści trzymają się głównej ulicy, na której umieszczono wszystkie sklepy. Wystarczy skręcić w bok, by znaleźć się w zupełnie pustych uliczkach, gdzie do woli można tropić kompozycje z kwiatów, białych ścian, okien i drzwi.

Obidos o zmroku, Portugalia

Powyżej zdjęcie z murów, które są najbardziej poważnym elementem Obidos. Wysokie na kilkanaście metrów, od zewnątrz mają blanki, a od wewnątrz nie są niczym zabezpieczone. To świetne miejsce na wieczorne panoramy miasteczka – ale nie dla osób z lękiem wysokości.

Portugalia: plaża dla orłów

Światło na Praia da Ursa, Portugalia

Za nami prawdopodobnie najtrudniejszy plener – nie tylko na tej fotowyprawie, ale w ogóle w historii już prawie 40 fotowypraw. Praia da Ursa jest trudna nie fotograficznie, bo co i jak tam fotografować, staje się oczywiste zaraz po postawieniu stopy na piasku, ale logistycznie. Żeby dostać się na plażę, trzeba zejść ze 126-metrowego klifu. Owszem, jest ścieżka, a nawet dwie. Ta łatwiejsza, nie dość, że stroma, to jeszcze w sporej części składa się z drobnego żwiru, tworzącego świetną warstwę poślizgową. Nie sprawdzaliśmy, jak wygląda ta trudniejsza ścieżka. Dość jednak powiedzieć, że wchodziło się łatwiej i szybciej niż schodziło. Nie wszyscy uczestnicy fotowyprawy zdecydowali się na drogę w dół, ale kto dotarł na plażę – nie żałował, a na koniec wszyscy szczęśliwie wrócili do autobusu.

Światło na Praia da Ursa, Portugalia

Praia da Ursa to kilka skalnych bloków różnej wielkości w morzu oraz piękna plaża sąsiadująca z efektownym skalnym rumowiskiem tuż obok. Jednym słowem – marzenie pejzażysty. Piasek na pierwszym planie – proszę bardzo! Kamienie różnej wielkości i kształtu – kilka kroków i oto one. Mieliśmy też szczęście do pogody, bo przez cały czas na niebie widniały dość gęste, ale całkiem interesujące chmury, przez które przeświecało słońce, ale tuż przed zachodem jak odsłoniło się słońce i jak zaświeciło… Efekt na zdjęciu na samej górze. Spektakl trwał tylko kilka minut, ale obyśmy na każdym plenerze mieli takie minuty.

Droga na Praia da Ursa, Portugalia

Powyżej ścieżka prowadząca na Praia da Ursa. Na zdjęciu ona wygląda znacznie bardziej komfortowo niż okazuje się w pierwszym kontakcie.

Portugalia: rehabilitacja Ludwika

Tunele Quinta da Regaleira, Portugalia

Ktokolwiek nadał Ludwikowi Bawarskiemu przydomek Szalonego, z całą pewnością nie był w Quinta da Regaleira. Ludwik Bawarski był człowiekiem racjonalnym, rozsądnym, skromnym i pozbawionym wyobraźni – przynajmniej w porównaniu do Carvalho Monteiro, na którego zlecenie Luigi Manini zaprojektował ogród z bajki dla dużych chłopców. No i mamy na terenie Quinta da Regaleira m.in. 27-metrową Studnię Wtajemniczenia, w głąb której prowadzą kręcone schody, mnóstwo wież, murów z blankami, jeziorek i cystern, wodospady, fontanny, a do tego liczne groty oraz tunele i podziemne przejścia. Do samej Studni Wtajemniczenia można wejść i wyjść kilkoma drogami, z czego większość to długie tunele. Nie zabrakło też stylizowanego na średniowieczny zamek pałacu oraz kaplicy – wszystko to bogato zdobione w stylu neomanuelińskim. Między tym wszystkim chodzi się ścieżkami, które nigdy nie są proste, za to często prowadzą do ukrytych w murze kręconych schodów, grot lub podziemnych przejść. Na tle zwariowanego ogrodu Quinta da Regaleira, bawarski zamek Neuschwanstein wygląda jak konserwatywna mieszczańska kamienica.

Kaplica w Quinta da Regaleira, Portugalia

Fotografuje się to wszystko trudno. Ogród jest wspaniały, ale środek dnia i silne słońce to nie są warunki, pozwalające łatwo pokazać gęstą roślinność. Podziemne tunele i groty wymagają statywów, których z kolei nie lubi obsługa ogrodu. Co nie znaczy, że nie korzystaliśmy ze statywów – przynajmniej do czasu…

Studnia Wtajemniczenia, Portugalia

W Studni Wtajemniczenia przeszkadza obecność turystów, których nawet nie ma tam dużo, ale na kręconych schodach już kilka osób robi tłum. Fotografując z góry statywu i tak nie da się użyć, bo trzeba się wychylić (ostrożnie!), aby w obiektywie zmieścić konstrukcję aż do samego dołu. Pozostaje wiara w stabilną rękę i wysokie ISO. Lepiej też unikać godzin południowych, gdy świecące w głąb studni słońce stwarza dodatkowy problem z nadmiernym kontrastem.

Portugalia: tańce pod maszkaronem

Klasztor Hieronimitów, Portugalia

Hiszpania ma Alhambrę, Portugalia zaś – styl manueliński i klasztor Hieronimitów w Belem. Niby to gotyk, ale gotyk płomienisty – zupełnie inny niż znany nam surowy i mroczny gotyk środkowoeuropejski. Tu także podstawą są kolumny i łuki, ale gęsto zdobiono je motywami roślinnymi i orientalnymi. Jest więc co fotografować i z czego wycinać kadry.

Klasztor Hieronimitów, Portugalia

Zestawianie motywów wymaga nie tylko ich dostrzeżenia i wymyślenia, jak je ułożyć, ale też przeważnie serii drobnych kroków w różne strony, skłonów, przysiadów i przechyleń głowy. Wygląda to trochę jak taniec św. Wita, a trochę jak rytuały jakiegoś pierwotnego ludu – a to tylko fotograf próbuje ustawić sobie kadr tak, aby ten łuczek przesunął się nad tamtą kolumienkę i jednocześnie odsunął się od owej wieżyczki. Ponieważ w gotyku płomienistym takich drobnych, a urokliwych detali jest mnóstwo, więc jest wokół czego tańcować.

Maszkaron u Heronimitów, Portugalia

Płomienisty czy nie, ale gotyk to gotyk, więc maszkarony też mieszkają u Hieronimitów.

Portugalia: Lizbona od świtu do zmierzchu

Most Vasco da Gama przed świtem, Portugalia

Portugalską fotowyprawę zaczęliśmy od sesji o wschodzie słońca przy najdłuższym moście Europy. Miałbym pokusę napisania, że sfotografowaliśmy każdy jego metr, ale nie byłaby to prawda, nawet przyjmując bardzo przybliżoną dokładność owego obfotografowania metrów. Drugi koniec 17-kilometrowej konstrukcji niknie na horyzoncie i nawet teleobiektyw nie pozwala go zarejestrować. Mimo wszystko „nasz” koniec Ponte Vasco da Gama wykorzystaliśmy do maksimum: przed wschodem słońca, chwilę po nim, zarówno pod światło, jak i ze słońcem prawie za plecami. Most jest bardzo wdzięcznym tematem – tyleż imponujący rozmiarem, co elegancją i prostotą linii, pozbawiony jakiegokolwiek otoczenia poza wodą i niebem daje spore możliwości kompozycyjne.

Most Vasco da Gama po wschodzie, Portugalia

Później wędrowaliśmy po słynnej Alfamie, tropiąc azulejos, polowaliśmy na żółte tramwaje wspinające się stromymi ulicami i usiłowaliśmy się nie pogubić w rozległym i gwarnym mieście. W mieście, w którego centrum dzisiaj częściej słychać polski niż jakikolwiek inny język. Ale o Alfamie, azulejos i o tym, dlaczego w Lizbonie coraz trudniej o żółty tramwaj – innym razem.

Przed wieżą Belem, Portugalia

Fotografia zbliża ludzi. Na zdjęciu powyżej widać po prawej stronie naszego przewodnika Sławka Adamczaka, po lewej miłośniczkę fotografii ze Szwajcarii, a w tle wieżę Belem na chwilę przed zachodem słońca.

Fotografowanie jest łatwe, trudna jest selekcja

Poranek w Kinderdijk, Holandia

Nie ma chyba osoby, która nie ma problemów z wyborem swoich najlepszych zdjęć. To zresztą całkiem normalne: fotografuje się chwilę, światło, ulotny moment, próbuje zrealizować mniej lub bardziej precyzyjnie określony pomysł. Fotografowanie to emocje, tymczasem selekcja to już chłodne decyzje. Nic dziwnego, że decyzje są trudniejsze od emocji. Można sobie jednak nieco ułatwić zadanie, porządkując wybory według kilku kwestii:

– Kto będzie odbiorcą zdjęć? Czego on oczekuje? Co chcemy naszemu odbiorcy przedstawić?

– W jakim sąsiedztwie te zdjęcia się pojawią? W jakiej postaci będą prezentowane? Czy będą to papierowe wydruki czy internetowe obrazki? Duże czy małe?

– Jeśli wybieramy więcej niż jedno zdjęcie, to jak będą się one prezentowały obok siebie? Czy będą się układały w jakąś historię? Czy będą pasować do siebie stylistycznie?

Warto sobie uświadomić, że nie ma zdjęć uniwersalnie i powszechnie dobrych. Wszystko zależy od tego, kto ma być odbiorcą i jakie jest zadanie fotografii. Reportaż nie istnieje bez swojego kontekstu, portret ma powiedzieć coś o portretowanym, w reklamie zdjęcie musi być podporządkowane temu, co reklamuje. Co więcej, opinia o zdjęciach może zmieniać się w czasie – zarówno opinia fotografa, jak i jego odbiorców. Dlatego warto zaglądać także do starszych zdjęć, które kiedyś nam się podobały. Może zmienił się gust – nam albo naszym odbiorcom?

Świt w Zaanse Schans, Holandia

O selekcji pisaliśmy już kiedyś (http://www.ewaipiotr.pl/obrobka-zdjec/czasy-wyborow/). I pewnie jeszcze będziemy kiedyś pisać. Zdjęcia oczywiście stąd. 🙂

Trudne kwiaty

W ogrodach Keukenhof

Nie wiem, czy tulipany jest trudno wyhodować, ale z ich fotografowaniem bywa niełatwo. A już najgorzej z tymi najbardziej efektownymi: intensywnie czerwonymi. W przypadku kolorów mieszanych światłomierz da sobie łatwo radę. Żółte czy różowe też naświetli poprawnie. Nawet z fioletowymi jakoś mu idzie, ale te piękne, wielkie i czerwone, hoho…

W czerwonych tulipanach najważniejszy jest kanał czerwony – to raczej logiczne. To on niesie najwięcej informacji, kanał zielony jest słaby, a niebieski – zupełnie beznadziejny i bardzo ciemny. No, bo ile może być niebieskiego w czerwonym? Jednocześnie ten czerwony kanał jest sporo jaśniejszy od pozostałych dwóch – to też logiczne, no bo czerwonego jest w czerwonym najwięcej, jak w cukrze cukru. Tymczasem światłomierz bierze pod uwagę ogólną jasność, a nie każdy kanał z osobna – a czerwony jest kolorem ciemnym. I z tego właśnie wynika problem: tulipany są na zdjęciach prześwietlone, bo skąd aparat miałby wiedzieć, że któryś kanał jest dla nas ważniejszy? Jeśli jednocześnie aparat wyświetla tylko histogram jasności, który jest uśrednieniem kanałów RGB, to nawet nie zauważymy problemu. Kanał czerwony jest bardzo jasny, a niebieski bardzo ciemny, więc średnio rzecz biorąc, histogram wyląduje grzecznie na środku wykresu, przemilczając problem. Dopiero na komputerze zobaczymy, cośmy tam narobili.

Rozwiązanie tego problemu jest dość proste, tylko trzeba o nim pamiętać: włączyć w aparacie wyświetlanie histogramu RGB i tak dopasowywać jasność zdjęcia, żeby czerwony kanał nie odleciał daleko w prawo. A potem już można podziwiać wspaniałe, wielkie, intensywnie czerwone tulipany.

PS. W naszej księgarni już jest do nabycia e-wydanie wiosennej edycji Digital Foto Video. Zapraszamy i ciekawej lektury! 🙂

Holandia: kolorowy chaos Keukenhofu

W ogrodach Keukenhof

Przyrodniczym odpowiednikiem szalonego i żywiołowego Amsterdamu jest ogród Keukenhof, gdzie tysiące kwitnących kwiatów poraża wzrok intensywnością i bogactwem barw, ale też geometrią aranżacji na klombach. Rzędy, łuki, fale, koła, linie krzyżujące się pod różnymi kątami albo zupełny chaos kolorów – jeśli można z kwiatów stworzyć jakiś wzór, to ogrodnicy Keukenhofu z pewnością go stworzyli. Większość tych wspaniałości to tulipany, ale są także inne gatunki.

W ogrodach Keukenhof

A między tysiącami kwiatów kręcą się tysiące turystów. O ile podczas wcześniejszych plenerów mieliśmy kilkukrotnie pola tulipanów wyłącznie dla siebie, to tutaj nawet przyjazd tuż po otwarciu wybawił nas od plagi azjatyckich wycieczek tylko na chwilę. Wycieczki jednak tylko częściowo przeszkadzają w fotografowaniu. Trudno jest zrobić szerokie ujęcia, pokazujące więcej niż kilka metrów kwadratowych, żeby nie znalazło się na nim co najmniej kilku selfiegrafów, ale już z portretami pojedynczych kwiatów nie ma problemu. Praktycznie można kłaść się na trawnikach pod tulipanami, turyści prawie nie schodzą ze ścieżek – może dlatego, że schodzenie ze ścieżek obniża tempo zwiedzania, a dobre tempo zwiedzania i smartfon na kijku to podstawa szczęścia turysty.

Poranek w Kinderdijk

Oprócz jednak zgiełkliwego Keukenhofu ostatnie dwa dni to cisza i spokój. Na wschodzie słońca przy wiatrakach Kinderdijk oprócz nas było dwóch fotografów i pan z psem. Delft, słynne z ręcznie malowanej ceramiki (nadal malowana jest ręcznie!) jest prawie puste poza rynkiem, a w Oudewater chyba potroiliśmy liczbę osób na ulicach.

Jutro ostatni dzień fotowyprawy – kilka godzin w Utrechcie i podróż do domu.

Delft, malowanie ceramiki

Holandia: jedyny sposób na dobrą pogodę

Wiatraki Zaanse Schance, Holandia

Właściwy układ chmur, słońce, które zaświeci w odpowiednim momencie, czasem też odpowiednio uformowana mgła (nie za dużo i nie za gęsto) to niezbędne składniki idealnego pleneru. Co gorsza, to składniki, nad którymi nie ma się żadnej kontroli. Planowanie, analizowanie różnych prognoz pogody i wieloletnich trendów może dostarczyć jakichś sugestii i wskazówek, ale koniec końców: właściwa pogoda jest albo jej nie ma. Co robić? Próbować. Niezależnie od tego, co mówią meteorologowie, jak wygląda niebo na kilka godzin przed sesją, skąd wieją wiatry i co mówi przeczucie. Po prostu – wstać, zabrać aparat i statyw, ustawić się we właściwym miejscu i liczyć na to, że tym razem dopisze szczęście. Czasem dopisuje wbrew wszelkim przesłankom, czasem zaś jeden obłoczek ustawia się nie tam, gdzie powinien, albo wiatr za wolno przesuwa chmury i mimo dobrych zapowiedzi nic ciekawego się nie dzieje. Szczelina nad horyzontem wpuści pierwsze promienie słońca we właściwym momencie i właściwym miejscu, albo nie. Nie ma prognoz pogody dostatecznie precyzyjnych, żeby były użyteczne dla fotografa.

Problem nie tyle w trafności co do samych zdarzeń meteorologicznych, co w precyzji określenia miejsca, gdzie one nastąpią. Mieliśmy ostatnio w Toskanii udany plener, podczas którego – zgodnie z prognozą – padał deszcz. Ale padał na sąsiednim wzgórzu, u nas było sucho i słonecznie. Wczoraj z wieczornej sesji wśród kanałów Amsterdamu wracaliśmy w ulewnym deszczu, który zaczął się zaraz po zakończeniu „niebieskiej godziny”, a poranek kilka godzin później i kilkanaście kilometrów dalej był pogodny, słoneczny i z ładnymi chmurkami.

Pole tulipanów, Holandia

No i dobra pogoda to nie zawsze znaczy to samo. Wczoraj przy sesjach na polach tulipanów mieliśmy idealną pogodę – solidne zachmurzenie. Tak – do zdjęć, zwłaszcza czerwonych tulipanów, równa pokrywa chmur to optymalne warunki, słońce tutaj byłoby niepożądane.

Rowerzysta w Amsterdamie, Holandia

Dzisiaj po raz ostatni włóczyliśmy się po Amsterdamie, który jest bardzo żywy i ruchliwy zarówno na drogach wodnych, jak i ulicach i chodnikach (które tutaj są też formą ulicy).

Holandia: skąd się biorą dziury w serze

Targ sera w Alkmaar, Holandia

Wizyta na targu serów w Alkmaar pozwoliła rozstrzygnąć dręczącą poetów zagadkę dziur w serze. Właściwy sposób postępowania z holenderskim serem wymaga wielu zaskakujących czynności: z serem się biega, ser się rzuca, no i wierci się w nim dziury. Każdej z tych czynności przyporządkowani są osobni specjaliści, łatwo odróżnialni po strojach – rzucający są na niebiesko, a biegający na biało. Wiercący dziury w serze większość efektu wierceń zjada (pod pretekstem przeprowadzania testów), a resztką odwiertu dziurę zatyka. Z zewnątrz ser więc wygląda na cały, ale w środku na nabywcę czeka dziura.

Targ sera w Alkmaar, Holandia

Oprócz targów w Alkmaarze, które fotografowaliśmy z loży VIP-ów (dzięki czemu w ogóle fotografowanie miało sens, bo oddzielony barierką tłum był zwarty i głęboki), wytropiliśmy kilka pól z tulipanami. Wieczór ponownie spędziliśmy wśród kanałów Amsterdamu, po których mknęły barki i łodzie – co widać poniżej.

Targ sera w Alkmaar, Holandia

Holandia: Ale kanał!

Wieczór nad kanałem, Amsterdam, Holandia

Po nocnej podróży spotkanie z Holandią zaczęliśmy mocnym akcentem: sesją przy wiatrakach w Zaanse Schans. To była jednak tylko krótka rozgrzewka – do wiatraków wrócimy na wschód słońca, dzisiaj można było natomiast zajrzeć im do środka i zobaczyć, jak im się kółka kręcą. Później zakwaterowaliśmy się w Botelu – hotelu na statku tylko nieco mniejszym od Titanica, za to szczęśliwie solidnie przycumowanym do nabrzeża. Spotkanie z górą lodową by mu tu wprawdzie nie groziło, za to ruch na rzece oddzielającej Botel od centrum Amsterdamu jest imponujący: potężne barki gęsto śmigają w obie strony, a między nimi przemykają promy.

Resztę dnia spędziliśmy wędrując wąskimi chodnikami, ciągnącymi się wzdłuż szerokich, dwupasmowych ścieżek rowerowych i kanałów Amsterdamu. Gdzieniegdzie pomiędzy tym wszystkim upchnięto jeszcze pojedynczy pas dla samochodów. Porządek środków lokomocji jest proporcjonalny do szerokości arterii: najważniejsze są jednostki pływające, a poznać to można po tym, że tak jak inne nacje mają życie zorganizowane przy ulicach, tak Holendrzy w centrum postawili kanały (każdy ma swoją nazwę), a do nich przytulili resztę miejskiej substancji. Na drugim miejscu są rowery, wszędobylskie i zachęcane do istnienia szerokimi drogami przeznaczonymi właśnie dla nich. Potem pod względem ważności plasują się piesi, uskakujący przed rowerami. Na ostatnim miejscu mamy pariasów: samochody, nieśmiało przekradające się przez miejsca chwilowo zwolnione przez pieszych i rowerzystów. A nad tym wszystkim unosi się duch liberalizmu i tolerancji: w końcu, jesteśmy w Amsterdamie.

Stary most i rower, Amsterdam, Holandia

Na górnym zdjęciu wieczór nad kanałem Oudezijds Voorburgwal, na dolnym stary most, również na kanale. Przy moście oczywiście rowery, bo jakże by inaczej?

Krainy nieidealne

Siedemdziesiąt cztery

Generalna zasada komponowania brzmi: na zdjęciach ma się znaleźć to, co chcemy pokazać, a całej reszty ma nie być. Wydaje się proste i oczywiste. Ale gdzie jest granica tego, co pokazać chcemy? To już nie zawsze jest takie oczywiste. Istnieją krainy idealne: takie, które w powszechnym wyobrażeniu funkcjonują jako wzorce krajobrazowego piękna. Taka na przykład, nie szukając daleko, Toskania. Albo Santorini. Albo pustynia – każdy wie, jak powinna wyglądać porządna pustynia. Kadrujemy więc cyprysy na wzgórzach, schodkowo zbudowane białe domki albo wydmy o zgrabnych liniach (zależy, gdzie się akurat znajdziemy) i… usuwamy ze zdjęć to, czego na nich być nie powinno, a nie dało się ominąć w kadrowaniu. Stempel lub plasterek kasuje druty, słupy, ślady kół, papierki czy anteny satelitarne: wszystko to, co przypomina, że idealna kraina ma jednak silny, choć mało urodziwy związek z rzeczywistością. I dobrze. Ba, często nawet mieszkańcy takich miejsc sami dbają o ich wizualną idealizację. Na Santorini na przykład znajdziemy przeróżne „greckie” akcenty, umiejscowione tyleż niepraktycznie, co fotogenicznie. Wille wśród toskańskich wzgórz są starannie utrzymane w tradycyjnym stylu i dopiero na dużym powiększeniu widać, że stoją przy nich zupełnie nowoczesne samochody. Niby to oczywiste, że mieszkając w okolicy oddalonej od najbliższego sklepu o kilka kilometrów trzeba mieć samochód, ale ich właściciele starają się chować pojazdy wśród przydomowej zieleni, zachowując nieskazitelną linię „domku w cyprysach”.

Staranny retusz rzeczywistości nie zawsze jednak jest wskazany. Są takie miejsca i tematy, które wręcz wymagają niedoskonałości. Nikt nie wygładza ścian na zdjęciach opuszczonych budynków ani nie oczekuje braku kabli na azjatyckiej ulicy. Brak perfekcji nadaje zdjęciom więcej realizmu. Nie jest to bynajmniej kwestia samych fotografowanych miejsc, a raczej tego, co chcemy o nich powiedzieć. Nawet Toskania wcale nie musi być idealna. Gdy jakiś czas temu rozpoczęłam projekt Włoskie numery, w założeniu miały to być numery domów, faktycznie widniejące na prawdziwych budynkach. Nie rendery i nie fantazyjne tabliczki z liczbami, które można powszechnie spotkać w sklepach z pamiątkami. Jak pokazać ich realność? Po prostu: bez retuszu. Bywają więc popękane, przybrudzone, wiszące na zardzewiałych hakach, na ścianach pomazanych cementem, pokrytych kurzem, z kablami i dziurami po starych gwoździach. Idealnie wymuskane też się zdarzają – w końcu, to Toskania, Umbria i Cinque Terre, czyli krainy z fotograficznych marzeń. Gdyby jednak wszystkie wyglądały jak spod igły, na ile wiarygodna byłaby ich prawdziwość?

Siedemdziesiąt cztery

Wesołych Świąt!

Wiosna w Toskanii

Z okazji Wielkanocy życzymy Wam wiosennego nastroju, świątecznych potraw, które wychodzą na zdjęciach jeszcze lepiej niż smakują i pomysłów na fotograficzne spędzanie czasu co najmniej tak świeżych, jak pierwsze wiosenne bazie. Wesołych Świąt!

Ewa i Piotr

Jak zostać internetową gwiazdą fotografii

Oman

Jak zostać mistrzem światowej galerii fotograficznej, takiej jak Flickr, 500px czy Instagram? Trzeba robić świetne zdjęcia? Niezupełnie. Świetne zdjęcia to nie jest ani warunek wystarczający, ani konieczny. Warunkiem koniecznym jest posiadanie fanów. Skąd wziąć fanów? Metoda ręczna dla cierpliwych: lajkować co popadnie, chwalić wszystko, przyłączać się do każdego fanklubu – i liczyć na wzajemność. Generalnie ta strategia działa, choć jest pracochłonna, a stopień „zwrotu inwestycji” niewielki: nie wszyscy grzecznie oddają głask za głask i follow za follow. Należałoby klikać dzień i noc, a że nikt nie ma tyle czasu, to przydałby się niewolnik. Bingo! Tak kiedyś działały farmy lajków, produkujące fanów (do kupienia tanio) na fejsbukowe fanpage. Ale to przeszłość, bo żywi niewolnicy, nawet gdy klepią w klawiatury w jakiejś azjatyckiej cyberkafejce, są drożsi od zrobotyzowanych niewolników.

Bota się kupuje, choć zdaje się, że nie trzeba bardzo wyrafinowanych umiejętności programistycznych, żeby sobie stworzyć własnego. Bot dostaje login i hasło do konta na 500px czy Flikrze, a następnie robi to samo, co robiłby spragniony sławy i fanów niedoceniony artysta: lajkuje wszystkie nowe zdjęcia, wrzuca w losowej kolejności pochwalne komentarze i zostaje fanem kogo popadnie. I tak przez okrągłą dobę, dzień w dzień. Ale to jeszcze nie wszystko. Bot pamięta, komu zalajkował i skomentował i czyim fanem został, a jeśli w ciągu dwóch dni ze strony obdarowanego nie ma rewanżu, to… bot odlajkowuje i wypisuje się z grona fanów niewdzięcznika. Tutaj widać przewagę sztucznej inteligencji nad białkowym sprytem, bo nikt nie byłby w stanie spamiętać komu wystawił kilkaset głasków dziennie, żeby później sprawdzić wdzięczność obdarowanych i niewdzięcznych ukarać. A bot potrafi (potrafi też takie coś: „Will unfollow users who unfollowed after following”).

Gdy zajdzie słońce, Oman

Skąd wziąć takiego pożytecznego bota? Można kupić, można poszukać darmowych. Jest coś dla Flickra, coś dla 500px, coś dla Instagrama. Da się też kupić pakiecik 44 botów do serwisów wszelakich. Z pewnością jest tego więcej, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę nazwę serwisu i dodać „bot”.

Dlaczego serwisy tolerują takie działanie? Teoretycznie boty starają się nie przekraczać czerwonej linii, rozdają głaski w tempie możliwym dla ludzkiego użytkownika, ale… robią to bez przerwy na sen, jedzenie czy inne czynności życiowe, więc ich wytropienie nie byłoby skomplikowane. Podejrzewam, że właścicielom serwisów działalność botów jest na rękę – w końcu generują ruch i aktywność, którą można się pochwalić przed reklamodawcami czy inwestorami.

Bardziej zagadkowa jest dla mnie kwestia, dlaczego ktoś w ogóle z botów korzysta? Robiąc całą autopromocję przez rozdawanie głasków ręcznie i osobiście, można przynajmniej się samooszukiwać, że zaprzyjaźnia się z pokrewnymi duszami, a nie kupuje pochwały. Kupując bota, który będzie pozyskiwał nam fanów, chyba nie można mieć złudzeń, że nasze zdjęcia są autentycznie lubiane i podziwiane. A może jednak da się w ten sposób okłamywać samego siebie?

Oman

PS. Wszystkie zdjęcia z Omanu, do którego zapraszamy w listopadzie.

Zieleńszy odcień zieleni

Toskański świtaniec

Wróciliśmy z dziewiątej toskańskiej fotowyprawy ze zdjęciami z wiosennych, a więc zielonych plenerów. Zielonych? Różnie to w sumie bywa. Część pól była zupełnie nieporośnięta niczym zielonym, całkiem jak na jesieni. Trawy i młode zboża pokrywały większość terenu bujnym kobiercem, ale zdarzały się też takie obszary, gdzie nieśmiała zieleń tworzyła drobne wzorki na brązowym gruncie. Tak naprawdę jednak kolory, znacznie bardziej niż od wysokości i gęstości roślin, zależały od padającego światła. Co nie jest zresztą wcale takie dziwne, ale trzeba się przyjrzeć, żeby to zauważyć.

Zielony zielonemu nierówny. Na drugim planie bywa niebieskawy, w rozgrzanym powietrzu popołudnia szarawy, a o świcie mieni się odcieniami od kanarkowego po szmaragdowy. Gdy wiatr i deszcz przepłuczą powietrze, toskańskie pola nabierają takich odcieni, że gdybym je zobaczyła na zdjęciu, to uznałabym, że ktoś ostro przesadził z kolorami. Bywa, że w pięć minut barwy otoczenia zmieniają się z mdłych w soczyste… lub z powrotem. U góry i na dole zielone zdjęcia z porannych plenerów tegorocznej wiosennej Toskanii: miejsce ich wykonania różni się o jakieś 600 metrów i jeden dzień, ale przedstawiają te same pola i właściwie to nawet przy takiej samej pogodzie.

Następna okazja na takie kadry już we wrześniu. Można będzie wtedy odpocząć od zieleni i zająć się różnorodnymi odcieniami toskańskiej ziemi.

Toskański świtaniec

Toskania: pogodowy totolotek

Dron nad San Gimignano, Toskania

Ostatni poranny toskański plener tej wiosny zakończył się pełnym sukcesem. Pogoda dopisała i słońce wyłoniło się zgodnie z harmonogramem, bez chowania się za chmury. Tym razem na każdej porannej sesji było dobre światło – co wcale nie jest regułą. Zresztą na tej fotowyprawie dwa razy trafiła nam się ulewa – raz wracaliśmy w burzy z Civita di Bagnoregio, a druga mokra sesja to końcowa część wizyty w Sienie. Ta wiosna była jedną z chłodniejszych (właściwie dopiero dzisiaj można było w środku dnia chodzić bez swetra), a jednocześnie Toskania była bardziej zielona niż podczas niektórych wcześniejszych fotowypraw, gdy solidne upały towarzyszyły dopiero kiełkującym zbożom i trawom. Nigdy nie wiadomo.

Dom Gladiatora, Toskania

Ta zmienność i niepewność pogodowa to jeden z uroków fotografii pejzażowej. Kolejny wschód słońca w tym samym miejscu wygląda inaczej, bo chmury się inaczej ułożą, sceneria będzie miała inny rozkład plam świateł i cieni, mgiełki się pojawią lub nie, a nawet gdy się pojawią, to będą się inaczej kłębić niż poprzednim razem. Już nie wspomnę o emocjach towarzyszących porównywaniu różnych wersji prognozy pogody: „będzie lało czy jednak się uda?”. Tym razem znowu udawało się dzień w dzień.

Trafiają się też niespodzianki. W okolicy San Gimignano widziano wyjątkowo duże pszczoły, ale pod domem Gladiatora nie udało się znaleźć żadnego gladiatora ani nawet nikogo podobnego do Russela Crowe’a. Poszukamy ponownie we wrześniu.