Nie szukaj własnego stylu

Poranek w górach Quairang, Szkocja

Z wypracowaniem sobie własnego stylu jest trochę jak z niemyśleniem o słoniach: im bardziej się starasz, tym bardziej się nie udaje. Jedyną szansą, żeby się udało, jest zupełne niestaranie się. Rozwijając się jako fotograf, możesz pracować nad wszystkim, oprócz stylu: techniką, kompozycją, edycją, koncepcjami. Próba pracy nad stylem to jak podnoszenie się samemu za włosy – był tylko jeden taki, który to potrafił. Ja wiem, że idę teraz pod prąd mnóstwa różnych poradników i nawet jednej książki, ale wszelkie porady dotyczące stworzenia sobie własnego stylu mają tyle sensu, co porady jak zostać bardziej inteligentnym. W obu przypadkach „da się z tym coś zrobić”, ale pracując nad bardziej podstawowymi umiejętnościami, których rozwój przełoży się na kwintesencję fotograficznej osobowości. Przełoży się, dodam, nie wprost i w niewielkim stopniu, ale inaczej się nie da i wszelkie drogi na skróty, presety obróbkowe, zasady i reguły to protezy – równie skuteczne, co protezy inteligencji.

Wymyślanie i pilnowanie, „co pasuje do mojego stylu”, a „co nie pasuje” to niemyślenie o słoniach. Nie trzeba pilnować, czy coś pasuje do własnego stylu, bo to pasowanie będzie oczywiste i naturalne, podobnie jak niepasowanie będzie równie oczywiście zgrzytać. Jeśli stylu trzeba pilnować, to znaczy, że albo stylu nie ma, albo to nie jest nasz styl.

Mglisty poranek, Toskania

Cały wysiłek włożony w kreację swojego stylu jest zupełnie daremny, bo po prostu widać sztuczność takich zabiegów. Jak bardzo by się nie starać, to i tak powstanie estetyczny frankenstein, w którym różne ciekawe same w sobie elementy nie tworzą całości.

Skąd więc wziąć własny styl? Po prostu – czekać aż sam przyjdzie. Pojawi się jako skutek uboczny nauki i rozwoju, efekt spasowania i umiejętności, i osobowości. Albo się i nie pojawi, trudno. Przyspieszyć się nie da, ale też spieszyć się nie ma po co, bo styl to zawężenie: z wielu możliwych tematów, technik i estetyk destyluje się tych kilka, które stworzą doskonałą całość. Zobaczcie, jak wspaniale jest zawężona wizja świata u najlepszego z żyjących pejzażowych stylistów – Michaela Kenny. I jeszcze – jak inaczej, ale także destyluje wizualnie Bruce Percy.

U góry wyspa Skye, niżej Toskania.

Nieniusy

Old Man of Storr, Szkocja

Chyba jestem bardzo stary, bo pamiętam czasy, gdy funkcją dziennikarza nie było kopiowanie materiałów reklamowych, tylko dostarczanie zweryfikowanych i sprawdzonych informacji. I choć, oczywiście, przy weryfikacji mogą trafić się potknięcia, a nie wszystko da się sprawdzić, to jednak dzisiejsze „dziennikarstwo internetowe” przypomina mi dowcip o pokrewieństwie krzesła do krzesła elektrycznego. Ostatnio co i rusz trafiam na „newsy”, które tylko zaśmiecają internet i głowy czytających. Albo są żadnym newsem, tylko raczej „oldsem”, albo stają się współczesną wersją dowcipu o rozdawaniu samochodów na Placu Czerwonym w Moskwie (gdy faktycznie to nie w Moskwie, a w Kijowie, nie samochody, tylko rowery, i nie rozdawali, tylko kradli). Na forum dfv.pl założyłem wątek do odkręcania takich nieniusów, natomiast nie jestem w stanie zrozumieć mechanizmów takiego „dziennikarstwa internetowego”. Jasne, nie każdy musi wiedzieć, że filtry dydymowe są od lat stosowane w fotografii, ale można spróbować się tego dowiedzieć przed ogłaszaniem tego jako nowinki niemal magicznej. Trudniej jeszcze mi zrozumieć, czemu informacja o niedziałającym darmowym kursie fotografii obiegła pół internetu – nikt nie zadał sobie trudu, żeby kliknąć i sprawdzić (kurs jest darmowy!), co to warte? W przypadku anonsu o lampie studyjnej, która kosztuje 7,5 tysiąca złotych, a moc ma niewiele większą niż wbudowany flesz dowolnego aparatu, owszem, trzeba sobie zadać nieco trudu i wyjść poza informacje prasowe od dystrybutora. Daleko iść nie trzeba – wystarczy na stronę producenta, gdzie jest dostępna specyfikacja. Jeśli ktoś byłby bardziej dociekliwy, to mógłby się zastanowić co ma niby znaczyć funkcja HSS w lampie o świetle ciągłym? Wszyscy tego samego dnia dostali dość bełkotliwą informację od dystrybutora, niektórzy ją skopiowali na żywca, niektórzy próbowali parafrazy, nikt nie poświęcił chwili, żeby stwierdzić, że to drogi gniot, a nie żaden nowy standard. I nikomu to nie przeszkadza?

PS. Na fotowyprawę na Lofoty zwolniło się jedno miejsce, znowu dla mężczyzny. Sorry, taki mamy parytet. 😉

 

Rynek fotograficzny 2016-2017

Niebo nad Andami, Peru

Jeden rok nam się skończył, drugi zaczyna – pora rozliczyć się z zeszłorocznych przewidywań i odpalić szklaną kulę na 2017 rok. Jak sprawdziły się moje prognozy na 2016 rok? Był Canon 1D X Mark II, Nikon D5 i D500, był radiowy system błyskowy u Nikona, pełnoklatkowa lustrzanka Pentaxa i ktoś jeszcze – tym kimś okazał się Fuji ze średnioformatowym GFX50S. Sprawdziły się też, niestety, prognozy dalszego spadku sprzedaży aparatów i dalszego podnoszenia cen. Bagnetów przybyło (średnioformatowy Fuji i Hasselblad X1D), ale też, być może, dyskretnie ubyło (Nikon 1 żyje czy nie? W Pentaxie ktoś jeszcze pamięta o dwóch systemach bezlusterkowych? Sony A99 II to zapowiedź renesansu bagnetu A czy epitafium?).

Sprzętowo, wbrew pozorom, nie działo się dużo – wszyscy producenci uprawiają pełzający postęp, usiłując przekonać, że to pełzanie to milowe kroki naprzód. Znacznie ciekawiej było w oprogramowaniu, w którym przez kilka lat panowała stagnacja. Adobe ogłosiło, że nigdy tak dużo nie zarabiało (robiąc tak mało) – to dobry sygnał, wbrew pozorom, bo pokazuje, że fotografowie gotowi są wydawać pieniądze na oprogramowanie, a to z kolei powinno zmotywować firmy softwarowe. Skoro Photoshop i Lightroom od lat praktycznie stoją w miejscu, to tylko ułatwia konkurencji dogonienie lidera. A konkurencja pojawiła się pod koniec roku, w postaci Affinity Photo i On1. Liczę na to, że oprogramowanie w 2017 roku będzie jeszcze ciekawsze, a chętni do podgryzania pozycji Adobe bardziej aktywni.

Wydarzeniem zeszłego roku była premiera dwóch względnie niedużych aparatów średnioformatowych: Fuji GFX50S i Hasselblada X1D. Zaczyna się moda na średni format? Niekoniecznie. Do tej pory średni format był zupełnie miniaturowym rynkiem, gdzie sprzedaż aparatów liczona była w tysiącach (całych sześciu), podczas gdy pełna klatka i APS-C to setki tysięcy korpusów sprzedawanych co roku. Hasselblad sprawdza, czy ten malutki rynek da się poszerzyć za pomocą aparatu małego (jak na średni format) i taniego (jak na średni format). A Fuji… tu jest ciekawiej.

Fuji dotąd miało bezlusterkowe APS-C i już – dla fanów magii pełnej klatki nie miało nic do zaoferowania. Teraz ma magię średniego formatu – coś dla fanów magii, a jednocześnie nie trzeba się kopać z pełnoklatkowymi Canikonami. Co istotne – większa matryca to możliwość podyktowania wyższej ceny, a to jest aktualny trend: dać więcej, ale ostro podnieść ceny. Najłatwiej uzasadnić wysoką cenę za pomocą dużej matrycy. Fuji obeszło tu konkurencję, przeskakując pełną klatkę i proponując mały średni format.

W tej chwili prawie wszyscy producenci mają w ofercie aparaty z dużymi matrycami, którymi łatwiej usprawiedliwić wysokie ceny: Canon, Nikon, Sony i Pentax mają pełną klatkę, a Fuji i Pentax – średni format. Zostają Olympus z Panasonikiem – z jednym tylko, najmniejszym (pomijając nieżywego Nikona 1) rozmiarem matrycy. I tu jest pytanie za 2017 punktów: Olympus z Panasonikiem będą próbowały przetrwać na rynku, utrzymując się tylko z mikro4/3, czy spróbują zaproponować nowy system z większą matrycą?

Machu Picchu w podczerwieni, Peru

Drugiego nowego systemu wypatrywałbym od strony Nikona. Ich system bezlusterkowy nie okazał się, delikatnie mówiąc, sukcesem. Spróbują jeszcze raz? A jeśli tak, to będzie to APS-C (śladem Canona), czy – znacznie mniej prawdopodobne – pełna klatka wzorowana na Sony?

Co jeszcze? Sprzedaż aparatów nadal będzie spadać, ceny może nie wzrosną, ale będą się stabilizować na wysokim poziomie (w przypadku modeli bardziej zaawansowanych). W przypadku modeli prostszych, stabilizować się będzie ich jakość – nie ma co oczekiwać tutaj znaczących nowości, mogą za to nastąpić cięcia kosztów produkcji, które będą skutkować pogorszeniem funkcjonalności (jak w Nikonie D3400).

PS. Zdjęcia powyżej edytowane za pomocą Affinity Photo. Nie będzie konkursu gdzie były robione. 🙂

PPS. Zwolniło się jedno miejsce na fotowyprawę do Holandii. Horyzonty twierdzą, że mają problem z parytetem i czekają na zgłoszenie od panów.

Deszcz jest fotogeniczny

Fotograf w górach Quiraing

Niby to nie sezon na takie tematy, ale my tu we Wrocławiu za bardzo na zimę nie liczymy. Wczoraj wieczorem spadł piękny biały puch, ale dzisiaj już go zastąpiły kałuże… co mnie skłoniło do zajrzenia do folderu ze zdjęciami ze Szkocji (no bo jak ciapa na dworze, to się zdjęcia chętniej ogląda, niż robi), a to z kolei przyniosło myśli o deszczu. To aż dziwne: tak patrzeć na zdjęcia i przypominać sobie, przy jakiej pogodzie były robione. W deszczu zdjęcia krajobrazowe robi się zaskakująco dobrze – jeśli pominąć trudności techniczne wynikające z konieczności zapakowania aparatu w pokrowiec i odwracania się tyłem do wiatru. Deszcz jest fotogeniczny, i to nie tylko taki letni, z dużymi kroplami fotografowanymi na 1/60 sekundy. Mokre rośliny przybierają bogatszą paletę kolorów, wilgoć w powietrzu oddziela od siebie kolejne plany, bo każdy z nich ma inne nasycenie i wyrazistość. A najbardziej fotogeniczny jest deszcz, gdy jest się w okolicy drugiego fotografa: oni wtedy tak pięknie się pakują w łopoczące na wietrze płaszcze, a mokre statywy efektownie im błyszczą. I od razu wiadomo, że to na zdjęciu, to z pewnością jest piękne miejsce. Inaczej nie byłoby tam fotografa.

Czy tam tak wyglądało?

Toskański poranek

Był piękny, złoty toskański poranek, a mgły snuły się pomiędzy wzgórzami. Ale czy on był tak złoty, czy trochę inaczej? Te chmury były takie niebieskie? Moment, czy one w ogóle są niebieskie??? (Podpowiedź: nie, w większości są szare z lekkim ciepłym odcieniem.) Pola były rudobrązowe… ale w takim odcieniu, czy trochę innym?

Lepiej nie zaprzątajcie sobie głowy próbami odpowiedzi na takie pytania. Niestety, ludzie, ogólnie rzecz biorąc, słabo pamiętają kolory. Bardziej pamięta się wrażenia, a te są z natury raczej mało precyzyjne. Porównywanie kolorów to w ogóle śliska sprawa: jeśli obiekty porównywane nie są postawione obok siebie, to trudno stwierdzić, czy są takie same, czy tylko podobne; no chyba, że ktoś dysponuje kolorystycznym odpowiednikiem słuchu absolutnego.

Można sobie zrobić taki teścik: wyświetlić na ekranie planszę (okienko, jakąkolwiek grupę pikseli) w jakimś kolorze. Wziąć jakiś program, w którym można dobierać kolory – może być nawet Paint – i, po schowaniu tamtej planszy, spróbować z pamięci odtworzyć jej kolor. Potem porównać oryginał z własnym tworem pamięciowym. Prawie na pewno nie będą identyczne. Gdy zrobi się tak kilkanaście razy z różnymi odcieniami, można stwierdzić, jaką ma się tendencję do przeinaczania kolorów. Moje na przykład konsekwentnie są bardziej nasycone i przeważnie jaśniejsze. Na dobry początek, poniżej trzy kolory. Znajdziecie je na górnym zdjęciu? A gdy weźmiecie pędzel w jakimś Szopie, czy jesteście w stanie te odcienie odtworzyć? Bez używania kroplomierza, oczywiście.

No więc, czy tam tak wyglądało? Przecież tak to pamiętam, a innych danych nie mam. Musiało tak wyglądać.

Najlepszy ultraszeroki zoom

wodospady przy górze Kirkjufell, Islandia

Tytuły nie pozwalają, niestety, na wstawianie gwiazdek i zastrzeżeń małym druczkiem, więc gwoli uczciwości, muszę tutaj od tego zacząć. Więc, owszem, najlepszy ultraszeroki zoom, ale dla aparatów z matrycą APS-C (i tu pożegnałem pewnie połowę czytających). Więc, owszem, ale przede wszystkim dla pejzażystów, choć w pewnym stopniu też dla miłośników architektury (znowu straty wśród publiczności, choć chyba nie tak duże, jak poprzednio). Na razie starczy małych druczków, bo będę one-man-band: sam sobie napiszę i sam sobie przeczytam.

No dobra, nie będę trzymał w niepewności tych, którzy dotąd dotrwali: najlepszy ultraszeroki zoom dla aparatów niepełnoklatkowych to Sigma 10-20/4-5.6 DC EX HSM, który obecnie można kupić za ok. 1600 zł. Brawa dla zwycięzcy! Ale dlaczego najlepszy? To proste: bo pozostałe są gorsze. Gorsze na różne sposoby, niekiedy dość nieoczywiste.

Zaczynając od powodów nieoczywistych. U góry zdjęcie wykonane tą SuperSigmą z użyciem jednocześnie filtra polaryzacyjnego i filtra szarego na ogniskowej 10 mm, a poniżej także na 10 mm i także z filtrami polaryzacyjnym i szarym zdjęcie zrobione Canonem 10-22/3.5-4.5 EF-S USM. Widzicie problem? Trudno go nie zauważyć – winietowanie z dwoma filtrami wymusza obcięcie części kadru (lub oznacza żmudną robotę z klonowaniem) i wyklucza praktycznie użycie najkrótszej ogniskowej. Dla jasności – w obu przypadkach filtry są te same, czyli niskoprofilowy polar Hoya HD (7 mm grubości) i jeszcze cieńszy Nisi ND 1000 (6 mm – w obu przypadkach grubość z gwintem). Sigma sobie ładnie radzi, a o połowę od niej droższy Canon nie ma odpowiednio dużego zapasu pola widzenia, żeby móc stosować więcej niż jeden filtr. Do tego, choć tu na potwierdzenie mam bardziej wrażenie niż twardy dowód, Canon 10-22 z polarem i szarakiem gubi mikrokontrast.

Canon 10-22/3.5-4.5 z dwoma filtrami

No dobra, a co z innymi obiektywami?

– Canon 10-18/4.5-5.6 EF-S STM – najtańszy tak szeroki obiektyw (poniżej 1000 zł), nie jest zły optycznie, ale też nie tak dobry jak Sigma czy większy Canon, a do tego też ma problem z dwoma filtrami.

– Sigma 10-20/3.5 EX DC HSM – jaśniejsza (stałe światło f/3.5!) i droższa od starszej Sigmy, ale niestety nie tak dobra optycznie. No i wymaga większych filtrów (średnica gwintu 82 mm zamiast 77 mm). Jak sobie radzi z dwoma filtrami – nie wiem, nie mam filtrów na 82 mm. Dla pejzażysty większa jasność jest rzadko potrzebna, a wyższa cena, gorsza jakość obrazowania i droższe filtry raczej skłaniają do zainteresowania się starszą Sigmą.

– Tamrony i Tokiny – to, jak radzą sobie pod światło, nie zachęca. Niestety, przy obiektywach ultraszerokich to bardzo istotna kwestia, bo bardzo często gdzieś w kadrze jest źródło światła – lub tuż za kadrem, a to jeszcze gorzej.

– Nikon 10-24/3.5-4.5 G ED – nie wiem, jak się zachowuje z dwoma filtrami, ale kosztując dwa razy (!) więcej niż Sigma 10-20/4-5.6, musiałby być absolutnie genialny (a nie jest).

– Sony E 10-18/4 OSS – ultraszeroki obiektyw dla bezlusterkowych Nexów (które już nie są Nexami), ceną dorównujący Nikonowi 10-24/3.5-4.5 – czyli 3300 zł trzeba na niego wyłożyć.

Jest jeszcze Sigma 8-16/4.5-5.6 DC HSM – bardzo interesujący obiektyw, ale ze względu na wypukłą przednią soczewkę mocno komplikuje użycie jakichkolwiek filtrów.

I to tyle alternatyw dla Sigmy 10-20/4-5.6. Są gorsze i prawie zawsze droższe. No to teraz czas na dalszy ciąg złych wiadomości.

Sigma nie jest dla użytkowników systemu m4/3 – nie ma tego obiektywu z tym mocowaniem, zresztą słusznie, bo 10 mm przy mnożniku x2 to już nie jest imponująco szeroko. Dla Pentaxa i Sony też już tego obiektywu raczej nie znajdziemy, bo przestał być produkowany. Spore trudności mogą mieć właściciele Nikonów, aczkolwiek nie są bez szans. Jedynie Canonierom jest względnie łatwo, choć to też do czasu – aż się wyczerpią zapasy.

 

Zasada Złotej Piramidy

Jest taka tajna reguła kompozycyjna, która gwarantuje, że zdjęcia wykonane za jej pomocą będą nie tylko świetne, ale też ostre i nie zestarzeją się, zawsze robiąc wrażenie świeżych i odkrywczych. Wystarczy zastosować Zasadę Złotej Piramidy. Ta zasada opiera się na proporcjach, w oparciu o które zbudowana jest słynna piramida Cheopsa (a pośrednio także na Złotym Podziale): długość podstawy podzielona przez wysokość równa się mniej więcej połowie wartości liczby pi. Najlepiej jest oczywiście sfotografować kształt o takich proporcjach, ale nieźle działa też, gdy da się taką piramidę nałożyć na kluczowe elementy zdjęcia. Stosowanie Zasady Złotej Piramidy ma dodatkowe atuty: tak, jak w piramidzie da się ostrzyć żyletki, tak samo zdjęcie będzie ostrzone automatycznie, a tak, jak żywność w piramidzie zachowuje świeżość, tak samo świeża nawet po latach będzie nasza fotografia. Wystarczy nałożyć schemat Złotej Piramidy na najsławniejsze zdjęcia i obrazy mistrzów malarstwa, żeby odkryć, czemu zawdzięczają one swój sukces.

Mam nadzieję, że wszyscy już zdążyli się zorientować, że powyższy akapit to piramidalna bzdura. Nie jedyna, niestety, wśród tzw. zasad kompozycyjnych. Ostatnio „popisał się” serwis Petapixel, dając łamy wesołkowi, który ponakładał złotą spiralę na różne zdjęcia Ansela Adamsa i ogłosił, że właśnie znalazł wyjaśnienie wybitności tych fotografii. Warto zerknąć na tę bzdurę, bo ona jest bardzo klasyczna dla wszelkich matematycznych „zasad” kompozycyjnych: nałożone linie mają się nijak do tego, co jest na zdjęciach. Te spirale wypadają w zupełnie nieistotnych miejscach, podobnie jak skrzyżowania linii w większości ilustracji prezentujących trójpodział czy złoty podział.

W Glen Coe, Szkocja

W Nowym Roku życzę wszystkim, żeby nie nabierali się na żadne piramidalne bzdury, magiczne triki ani tajemne przepisy, lecz rozwijali się fotograficznie – powoli, ale do przodu.

Pod znakiem obżarstwa

Ciasto z Elgol, Szkocja

Czy wiecie, co przedstawiają zdjęcia w tym wpisie? Biorąc pod uwagę ostatnie dni, zagadka wydaje się łatwa: łososia oraz dobrze wyrośnięte ciasto drożdżowe. Łosoś pochodzi z Petry w Jordanii, a takie ciasto wypiekają tylko w Elgol, w Szkocji. Oczywiście, nic nie jest tym, czym się na pierwszy rzut oka wydaje, bo byłoby nudno. W pustynnej Petrze nie łowi się łososia, a w Elgol pewnie i coś czasem wypiekają, ale na pewno nie takie duże. Jak się już zapewne domyślacie, oba zdjęcia przedstawiają skały. „Łosoś” obejmuje jakiś metr w poziomie, a dziury w „bułce” są niektóre wielkości pięści, a niektóre tylko palca. Skojarzenia to jednak potężna siła: mogą sprawić, że na zdjęciach widać zupełnie nie to, co zostało sfotografowane. Szczególnie, gdy nie ma na nich nic pokazującego skalę.

Łososie z Petry, Jordania

 

P.S. Po prawej stronie wisi już ogłoszenie o przyszłorocznej fotowyprawie na szkocką wyspę Skye, zapraszamy serdecznie! Będzie słynne ciasto z Elgol… Między innymi, oczywiście.

Wesołych Świąt

Radosnych, szczęśliwych, rodzinnych Świąt

życzą

Ewa & Piotr

P.S. Życzenia docierają do nas tak tłumnie, że nie dajemy rady dziękować. Więc dziękujemy tutaj Wam wszystkim!

Aparat to narzędzie…

Wenecja po deszczu

… do uczenia się, jak patrzeć bez aparatu. Dorothea Lange tym przewrotnym zdaniem mówi, jak być lepszym fotografem: trzeba się nauczyć patrzeć. Biorąc do ręki aparat, ludzie zaczynają się mocniej przyglądać otaczającemu światu. Tam, gdzie normalnie przeszliby bez zwrócenia uwagi na cokolwiek, wypatrują czegoś ciekawego. I czasem widzą: „O, od kiedy na tym budynku są takie rzeźbienia? Wyglądają na stare… serio były tu w zeszłym tygodniu?” Pewnie były… ale gdy się chodziło bez aparatu, widziało się tylko zielone i czerwone światła na ulicy, no i może jakieś wystawy, czasem przechodzących znajomych. Układ dachów, światło odbijające się od okien, kompozycja z linii ulicy i dwóch bram, przeróżne większe lub mniejsze zestawienia kolorów, obiektów, ludzi z otoczeniem – to wszystko zaczyna się zauważać, gdy szuka się kadrów. Rzeczy niekoniecznie mające praktyczne znaczenie, ale wyglądające ciekawie, niecodziennie albo po prostu ładnie. Z biegiem czasu, osobnik fotografujący zaczyna dostrzegać kompozycje nie tylko, gdy ma przy sobie aparat. Po prostu chodzi po świecie i widzi różne rzeczy – znacznie więcej, niż dostrzegał wcześniej. Świat robi się bardziej interesujący, tyle w nim piękna! Nawet zwykła kałuża potrafi zaciekawić. I gdy już użyjemy aparatu do tego podstawowego zadania, czyli nauczenia się jak patrzeć, to wtedy warto go też zastosować w drugiej roli: rejestratora tego, co udało się dostrzec.

Wenecja i jej chaos

Oba zdjęcia oczywiście z Wenecji.

Pstryk i już

Odbicia, Szkocja

Tęsknota, żeby wszystko było łatwe, nie wymagało nauki, a trudne decyzje podejmował ktoś inny, jest tyleż powszechna, co zrozumiała. Teraz ktoś na tej tęsknocie postanowił zarobić. Relonch to najdziwniejszy biznes fotograficzny. Obiecuje właśnie spełnienie takiej mrzonki w wersji foto – nie musisz nic umieć, uczyć się, starać, a zrobisz codziennie jedno fajne zdjęcie. W sumie coś podobnego próbowali zawsze sugerować w swoich reklamach producenci aparatów, ale Relonch idzie na całość: naprawdę nie trzeba tu się uczyć i pracować nad zdjęciem, bo… po prostu się nie da.

Użytkownik usługi Relonch (bo to usługa, a nie produkt) dostaje aparat tylko z dwoma przyciskami: włącznikiem i spustem migawki. Nie ma nic więcej – nawet trybów tematycznych, możliwości użycia lampy błyskowej, nawet nie ma… ekranu LCD do obejrzenia wykonanego zdjęcia (tzn. LCD z pewnością jest, ale trwale zakryty futerałem). Aparat (prawdopodobnie bezlusterkowiec Samsung NX z obiektywem 30 mm f/2) jest zaszyty w skórzany futerał, spod którego wystają tylko dwa przyciski, wizjer i przednia soczewka obiektywu. Chodzimy z takim aparatem, pstrykamy, a co napstrykamy, jest automatycznie wysyłane do centrali firmy, gdzie oprogramowanie wybiera z każdego dnia najlepsze zdjęcia, które następnie automagicznie upiększa i odsyła klientowi. Co miesiąc dostaje się album ze zdjęciami z ostatnich 30 dni. Za to wszystko płaci się miesięczny abonament w wysokości 99 USD.

Nie ma potrzeby uczenia się obsługi aparatu, bo ona sprowadza się do włącznika i spustu migawki. Nie ma potrzeby rozumienia głębi ostrości, korekcji ekspozycji, poprawności naświetlenia, bo i tak się tego wszystkiego nie da zastosować. Wiedza o edycji zbędna z tego samego powodu. No i hit – nie trzeba wybierać zdjęć, bo sztuczna inteligencja Reloncha zrobi to za nas, a te wybrane obrobi i odeśle. I to jest pierwszy moment, gdy widzimy, co pstryknęliśmy.

Nie będę tłumaczył, czemu to nie ma prawa działać tak, jak Relonch obiecuje – bo to oczywiste. Ciekaw jestem natomiast, czy dużo znajdzie się osób, które chcą mieć zdjęcia, ale nie chcą ich robić. Robienie zdjęć to decyzje: od wyboru kadru i perspektywy (to częściowo Relonchem jest osiągalne, choć kadru ogniskową już nie przytniemy), przez kwestie punktu ostrzenia, głębi ostrości, jasności, czasu naświetlania, przez wybór najlepszego ujęcia po edycję, która ma podkreślić nasz sposób pokazywania świata. Same wybory, a najważniejszym z nich jest wybór najlepszego zdjęcia spośród tych, które zrobiliśmy. To nasz sposób widzenia świata, nasza wrażliwość, intencje powinny wskazać „zdjęcie dnia”. Nasze decyzje sprawiają, że fotografie są naprawdę nasze. Fotografie tworzy się decyzjami, a nie aparatem i Photoshopem.

Rannoch Moor, Szkocja

Oba zdjęcia powyżej z tegorocznej Szkocji. I oba nie miały nic wspólnego z Relonchem.

I jeszcze ciekawostka. W lutym jedziemy na Lofoty, a tydzień po nas w tym samym miejscu warsztaty będzie prowadził Art Wolfe. Szkoda, że się miniemy, byłoby fajnie mu powłazić w kadr. 😉

Zwrot o 360 stopni

W bawarskich górach

Wszyscy kochają wideo 360 stopni, wszyscy chcą je kręcić i wszyscy chcą je oglądać. No dobra, nie wszyscy, ale 92% ludzi. Czujecie silną przynależność do tych pozostałych 8%? Cóż, podejrzewam, że większość z tych 92% też by się przepisała do 8%, ale takie wyniki badań podał właśnie Nikon. Wyniki są bardzo dziwne, bo np. 25% badanych już korzystało z kamer 360, a prawie połowa jest obeznana z tą technologią. Te badania są oczywiście związane z tym, że Nikon od niedawna oferuje kamerki sportowe, w tym KeyMission 360, nagrywającą filmy dookólne.

Nie do końca rozumiem przekaz z tych badań. Jeśli wszyscy (a przynajmniej 92% ludzi) chcą kręcić filmy w 360 stopniach, to po co informować o oczywistości, której nieświadoma jest tylko 8-procentowa mniejszość? Zamiast ogłaszać truizmy, to zatrudnić do fabryk drugą i trzecią zmianę i pchać kontenerami do sklepów KeyMission 360 zanim żądny tłum rozszarpie resztki aktualnych dostaw razem ze sprzedawcami. Tylko dlaczego właściwie oni wszyscy czekają na Nikona?

Maria Gern, Bawaria

Nikon nie jest pionierem tego rynku. Prawdę mówiąc jest nieco spóźniony, bo kamer rejestrujących obraz dookólny jest już trochę: od tanich Yashiki, LG 360 i Ricoh Theta, przez nieco droższe produkty Kodaka, Samsunga, po najdroższe 360fly 4K czy Insta360. Do tego są rigi pozwalające filmy dookólne kręcić dowolnym aparatami czy kamerami, a nawet nasadki na smartfony służącego do tego samego celu. Jest czym kręcić. Tylko czy się kręci?

Podobno co czwarty Amerykanin już kręci, a reszta przebiera nogami, żeby zacząć kręcić i oglądać. Nie wiem, jak sformułowano pytania w ankiecie, żeby uzyskać takie wyniki (choć mam pewne pomysły), ale wydaje się to mocno oderwane od rzeczywistości. Kamery 360 nie są ani sprzętem masowym, ani nawet nie są gorącym tematem, i to nawet wśród fanów technologii. Ich przyszła powszechność i popularność jest mocno wątpliwa. Mnie to wygląda na nową wersję mody na 3D. I podobnie się to skończy, ze zbliżonych powodów.

Nad filmami 3D wideoklipy dookólne mają jedną przewagę – nie powodują choroby lokomocyjnej u znacznej części populacji. Dzielą za to wspólną wadę – wymagają specjalnego osprzętu (w tym przypadku gogli VR). Niby można też oglądać na zwykłym ekranie, przewijając sobie myszką, ale jak to wygodne i fajne, to można sobie sprawdzić choćby na oficjalnych przykładach nikonowskiej KeyMission 360. Filmy 360 przynoszą natomiast dodatkowe wyzwanie, z którymi nie musieli zmagać się tworzący w 3D: musi być ciasno i ciekawie dookoła. To dokładnie tak, jak z panoramami dookólnymi i wirtualnymi wycieczkami (z którymi mamy pewne doświadczenie) – żeby to fajnie wyglądało, to wszystko musi być bardzo blisko, bo pole widzenia jest jak z obiektywu ultraszerokiego, a więc pierwszy plan będzie bardzo wyeksponowany. Jeśli pierwszy plan nie będzie ciekawy, to widz będzie podziwiał wielkie pustki. No i tak ciekawie i blisko musi być w każdą stronę, bo przecież po to się robi dookólnie, żeby oglądający mógł się rozglądać. Znalezienie fajnych lokacji na takie statyczne ujęcia nie jest banalne. Znalezienie filmowych scenerii na dookólne klipy to znacznie wyższy poziom wyzwania. Jestem przekonany, że na tym wyzwaniu potknie się znakomita większość amatorów. Potknie się i zniechęci, a kamery 360 trafią do muzeum techniki, gdzie zajmą miejsce obok 3D w dziale „Wielkie niewypały”.

Mam wrażenie, że te badania Nikon opublikował, żeby samemu się utwierdzić w przekonaniu, że dobrze robi, pakując się na rynek kamer sportowych filmujących w 360 stopniach. Niestety, to jest zaklinanie rzeczywistości. Kamery sportowe to jest nisza, w której ostatnio ciężko idzie nawet GoPro, a oni ten rynek stworzyli. Kamery 360 stopni to jest nisza w niszy, a nie obiekt marzeń 90% ludzi. Szkoda czasu i energii, bo efekt tych działań będzie taki, że przy KeyMission360 to bezlusterkowce Nikon 1 będą wyglądały jak sukces.

Oba zdjęcia z Bawarii i nieprzypadkowo, bo zapraszamy na przyszłoroczną fotowyprawę do Bawarii. Zapisy jak zwykle w Horyzontach.

Kto stoi w miejscu, ten się cofa

W bawarskim lesie

A kto się cofa, tego łatwo dogonić. W ostatnich dniach pojawił się na horyzoncie goniący za Photoshopem: nazywa się Affinity Photo i powstał w firmie Serif. Niektórzy zapewne pamiętają, że już lata-lata temu pisywałam o programach tej marki (nie tutaj, jeszcze dawniej), że niezłe, przyjemne, niedrogie, z pomysłem, no może nie rewelacja i Photoshopa nie zastąpi, ale jak ktoś nie ma dużych wymagań, to za tę cenę… no właśnie. Gonienie PS-a odbywało się już od dłuższego czasu. Po dobie obcowania z nowym Affinity Photo (no dobra, oczywiście, że nie non stop, ale trochę poklikałam) postanowiłam podzielić się pierwszymi wrażeniami.

No więc po pierwsze: owszem, może zastąpić Photoshopa. Teraz już tak. Przynajmniej dla fotografów, bo w imieniu grafików, malarzy i designerów się nie wypowiadam. I zastępuje go lepiej niż Elements i GIMP, a miejscami nawet lepiej niż sam Photoshop. Ma warstwy, kanały, maski, krzywe tonalne, warstwy dopasowania, obsługuje wszelkie możliwe przestrzenie barwne. Czyta RAW-y, a jak się takiego RAW-a wywoła, to domyślnie pozostaje on w 16-bitowej głębi kolorów, co jest naprawdę fajne. Na tych 16 bitach oczywiście może się odbywać dalsza edycja, bo wszystkie narzędzia działają normalnie.

A w czym lepiej zastępuje PS-a niż sam PS? No cóż, ma rzeczy, których tamten się nigdy nie dorobił, a są przydatne. Na przykład przy nakładaniu efektu (filtra, czegokolwiek) można sobie przełączyć widok na przed/po i odsłaniać/zasłaniać efekt. Na naszym blogu też się zdarzają takie ilustracje z suwakiem przez środek, tylko że tam to się dzieje w czasie rzeczywistym, podczas edycji. Ma też możliwość łatwego dostosowania sobie pasków narzędzi i poleceń… taki drobiazg, a cieszy.

Nie jest to jednak bynajmniej Photoshop przepisany na nowo. Niektóre pomysły są świeże – na przykład taki, że warstwa dopasowania nie musi mieć osobnej ikony maski – ona sama jest maską. To takie oczywiste… ale chwilę trwało, zanim załapałam. Miejscami Affinity trochę pachnie GIMP-em, na przykład tam gdzie pcha użytkownikowi przed oczy kanał alfa (po naszemu: przezroczystość) albo tym, że wymaga eksportu zamiast zapisu, jeśli chcemy uzyskać plik w normalnym formacie (czyli np. JPG albo TIF). Do klikania Eksport zamiast Save As można się jednak szybko przyzwyczaić, a kanał alfa zignorować 😉 Affinity jest jednak na szczęście bardziej fotograficzny, a mniej informatyczny od GIMP-a. Wywoływanie RAW-ów w porównaniu z programami Adobe jest bardziej ograniczone, ale z drugiej strony – zaraz potem lądujemy w bezproblemowych 16 bitach, gdzie można sobie wszystko edytować do woli, więc straty nie ma. Przejście od „rawa” do „nierawa” jest w tej sytuacji płynne.

Dość zabawne było dla mnie odkrycie, że sporo skrótów klawiaturowych z Photoshopa działa pod Affinity. Zdarzało mi się automatycznie wcisnąć skrót, tak z przyzwyczajenia, a potem się zdziwić, że zadziałał. W rezultacie tego odkrycia, nie wiedząc, jak coś zrobić, zaczęłam robić tak jak w Photoshopie… i często działało.

Rzecz jasna, nie wszystko jeszcze przeklikałam, tak szybko to nie idzie, a możliwości i narzędzi jest sporo. Na przykład jeszcze nie próbowałam robić precyzyjnych selekcji (normalne selekcje idą sprawnie). Na stronie Serifa jest przykład zamaskowanego misia, więc zakładam, że to też się da zrobić, choć jeszcze nie wiem jak. Najdziwniejszą właściwością Affinity, jaką odkryłam, jest konieczność używania desktopu Aero. Nie wiem po co, ale do czegoś mu widocznie jest potrzebny.

To jak w końcu, warto czy nie warto? Jeśli ktoś ma pudełkowego Photoshopa w wersji CS5 lub CS6, to nie warto – nie dostanie nic lepszego. Chociaż w sumie owszem: dostanie obsługę RAW-ów z nowych aparatów. Starsze Photoshopy są fotograficznie gorsze od Affinity, a dla posiadaczy nowszych, czyli subskrypcyjnych, jest to przede wszystkim kwestia ceny: 12 euro co miesiąc, czy 50 jednokrotnie. Kwestia przyzwyczajeń trochę też. Natomiast jeśli ktoś nie ma żadnego PS-a, a potrzebuje czegoś do bardziej zaawansowanej edycji, to moim zdaniem nic lepszego nie znajdzie.

 

*#*#* Z ostatniej chwili: nie wiem jeszcze, czy tego wszystkiego nie odwołam. Zamierzałam zamieścić zdjęcie edytowane w Affinity, ale… na zapisanym zdjęciu pojawiło się coś bardzo, bardzo dziwnego, w postaci niebieskiej kaszany. Przeglądarki ją widzą, a Photoshop (oraz Affinity) twierdzą, że jej nie ma. Spróbuję dopytać w Serifie o co może chodzić. Jak się dowiem, to się podzielę wnioskami.

 

P.S. Właśnie prowadzę obfitą korespondencję z developerem z Serifa. Może i coś skopali, ale wydają się chętni do naprawienia, jak tylko uda się stwierdzić co to jest. Poniżej zrzut ekranowy pokazujący, jak wygląda niebieska kaszana. Nie testujcie na tym obrazku, jak wygląda wyświetlanie u Was – to tylko zrzut.
ptr_7487_btest_scr

Czas na wojnę totalną

Świt na przełęczy, Dolomity

Producenci aparatów oczywiście zawsze ze sobą konkurowali, przy okazji podgryzając się i podszczypując w swoich kampaniach reklamowych i materiałach prasowych, ale dotąd było to kopanie pod stołem i w kapciach. Ktoś się chwalił, że jego aparat jest w jakimś parametrze „naj” w porównaniu z konkurentami, ale tych konkurentów nie wskazywał. Okazjonalnie zdarzały się porównania własnych produktów do konkurencyjnych aparatów czy obiektywów spod znaku C, N lub S – inicjały nieprzypadkowe, ale bez wskazywania palcem, które to są te gorsze sprzęty.

Canon postanowił skończyć ten wersal i kontynuować dyskusję z użyciem łomu i kastetu.

W opublikowanej dwa dni temu informacji prasowej Canon USA przedstawił wyniki badań, w których sprawdzano poziom zadowolenia użytkowników aparatów Canona i aparatów Nikona z szybkości i jakości serwisów tych firm. Wyniki oczywiście są korzystne dla Canona (inaczej Canon by się nimi nie chwalił): 77% canoniarzy jest zadowolonych z szybkości napraw wobec 65% zadowolonych nikoniarzy, a z jakości usługi – 90% canoniarzy kontra 74% nikoniarzy (bardzo ładną infografikę z wynikami badań można zobaczyć tutaj).

Jak sobie Nikon zapracował na mniej zadowolonych klientów to osobna historia, w której są chlapiące smarem migawki, bardzo lewe czujniki AF, a przede wszystkim strategia nieprzyznawania się do błędów tak długo, jak tylko się da. Znacznie ciekawsze, że po raz pierwszy jeden koncern zdecydował się wykorzystać takie problemy konkurencji i wbić tam szpilę (choć w tym przypadku to raczej banderilla). Wygląda na to, że Canon uznał, że trudna sytuacja rynku aparatów cyfrowych uzasadnia zaostrzenie rywalizacji do poziomu wcześniej niespotykanego. Zaczęło się od wytykania gorszego i wolniejszego serwisu, co będzie dalej? Jak odpowie Nikon? Czy inni producenci włączą się do tej „wymiany uprzejmości”?

Wyżej i niżej zdjęcia z Wenecji i Dolomitów, gdzie zapraszamy w październiku. Wcześniej, bo już w styczniu, zapraszamy do Rogalina na sesję z fantastycznymi dębami.

Byłem tu, Canaletto. Wenecja

 

Play za granicą, przygód ciąg dalszy

Dlaczego zbudowano Machu Picchu

Korzystanie z internetu za granicą dostarcza nadal nieoczekiwanych emocji – gdy korzysta się z oferty roamingu danych w ramach sieci Play. To ciąg dalszy historii, o której pisałem wcześniej. W skrócie: na początku października, podczas fotowyprawy do Andaluzji, wszystko zadziałało poprawnie. Dwa tygodnie później w Bawarii już nie było tak dobrze, bo pakiet został aktywowany z pięciodniowym opóźnieniem. Po reklamacji dostałem przeprosiny i częściowy zwrot kosztów oraz wyjaśnienie, że to wina awarii systemu. Bywa, awarie happens. Szansę na rehabilitację dostał Play podczas fotowyprawy do Szkocji.

Ważność pakietów z roamingiem danych to 14 dni – to jest bardzo istotne, o czym niżej. Włączony zbyt późno pakiet z Bawarii starczył jeszcze na kawałek fotowyprawy do Szkocji, ale się skończył 8 listopada. Wysłałem więc kod aktywujący następny pakiet, dostałem SMS z potwierdzeniem przyjęcia zlecenia i… koniec. Następny SMS, już z informacją o włączeniu usługi, nigdy do mnie nie dotarł. Uznałem, że awaria w Playu przeszła w stan chroniczny i usługi nie ma. Przestałem tak myśleć, gdy przyszła faktura, na której widnieje naliczona opłata za pakiet danych aktywowany 8 listopada, a także… opłata za transfer danych poza pakietem.

Znowu złożyłem reklamację, tym razem korespondencja z konsultantami Play trwała dłużej, w końcu znowu dostałem przeprosiny i ponownie rabat niwelujący naliczone opłaty. Przy okazji wyszło kilka interesujących kwestii.

Po pierwsze, Play deklaruje na swojej stronie, że „Po wykorzystaniu limitu z paczki transmisja danych zostanie zablokowana, a Ty masz gwarancję, że nie poniesiesz dodatkowych kosztów”, ale… to dotyczy tylko sytuacji, gdy wykorzystano limit danych w pakiecie, ale nie wówczas, gdy ważność pakietu upłynęła. Czyli jeśli upłynęło 14 dni od aktywacji, a nie wyłączy się w telefonie transmisji danych, to nagle zaczynają być naliczane dodatkowe opłaty. Stąd ważny jest termin 14 dni i ważny jest SMS z informacją o aktywacji usługi. Praktycznie jest ustawić sobie od razu alarm, który przypomni nam o wyłączeniu transferu danych przed upływem 14 dni od aktywacji usługi.

Po drugie, SMS z potwierdzeniem aktywacji usługi nie tylko informuje, że usługa została włączona (a nie czeka na włączenie w wyniku awarii), ale też pozwala ustalić dokładnie od kiedy usługa jest aktywna, a tym samym – kiedy trzeba wyłączyć transfer danych. Ale… konsultanci nie mają u siebie informacji o tym SMS-ie. Widzą wszystkie SMS-y, jakie przyszły na wybrany telefon, włącznie z SMS-em o przyjęciu zlecenia, ale już nie SMS z potwierdzeniem włączenia pakietu. Jeśli przyjdzie Wam kiedyś składać reklamację, przygotujcie się na dyskusję, w której konsultant będzie twierdził, że nie istnieją SMS-y z potwierdzeniem aktywacji usługi i że takie SMS-y nie są wysyłane.

W przypadku wyjazdów trwających krócej niż 14 dni (czyli takich, jak europejskie fotowyprawy, które przeważnie trwają 7-8 dni, tylko w przypadku Islandii sięgając 11 dni), lepiej jest aktywować pakiet jeszcze w Polsce, tak ze 2 dni przed wyjazdem, żeby w razie braku potwierdzenia włączenia usługi móc od razu, jeszcze w kraju, interweniować. No i od razu po otrzymaniu SMS-a włączyć alarm ustawiony na 14 dni minus jedną godzinę.

Zdjęcie u góry to górki widoczne z Machu Picchu.

 

Zliczyć do trzech

Obecni Dum w Pradze

A dlaczego akurat do trzech, zastanawialiście się nad tym kiedyś? Ja się ostatnio zaczęłam zastanawiać, przy okazji rozważań nad HDR-ami. Różne „oczywistości” miewają przyczyny zupełnie nieoczywiste. Na przykład dla wielu osób HDR to jest jedno zdjęcie złożone z trzech. Czy trzeba mieć trzy ekspozycje, żeby zrobić HDR? Nie, nie trzeba. Efekt HDR można dostać nawet z jednego zdjęcia, można też wykorzystać na jednej klatce narzędzia do HDR, żeby poprawić wybiórczo kontrast i jasność. Można z dwóch, czterech, dziewięciu – choć rzadko zdarzają się sytuacje, w których potrzeba aż tyle. Więc dlaczego tyle poradników tej techniki fotograficznej zaczyna się od „Robimy trzy zdjęcia…”, a przykładowe złożenia są prezentowane razem z trzema klatkami składowymi? Czy HDR z trzech jest jakoś lepszy? Bardziej uniwersalny? Niekoniecznie.

Przyczyna jest prozaiczno-techniczna: przez długie lata wszystkie aparaty miały możliwość ustawienia bracketingu z trzech klatek i tylko z trzech. Przyzwyczailiśmy się do strzelania albo jednego zdjęcia, albo trzech różnie naświetlonych. Nawet jeśli wystarczyłyby dwa, to i tak powstawały trzy. Ostatnio jednak sytuacja się zmienia: od pewnego czasu istnieją aparaty, które pozwalają dowolnie ustawiać liczbę klatek w bracketingu, oczywiście w pewnych granicach. Wystarczy tylko dogrzebać się w instrukcji, jak to się robi, i już można robić z ręki HDR z dwóch albo czterech ujęć. Czy to zmieni sposób myślenia o HDR? Przyszłość pokaże. Na razie u góry zamieściłam klasyczny HDR z trzech ujęć, nieprzypadkowo z Pragi.

Nie usprawiedliwiaj swoich zdjęć

wybrzeże Elgol, Szkocja

Zdjęcia są fajne albo fajne nie są – to po prostu po nich widać. Nie wpływa na ten wygląd i atrakcyjność nic, co się działo przed wciśnięciem spustu migawki. Ani, że było ciężko, że padał deszcz i wiał wiatr, że trzeba było iść długo i pod górę, że po to zdjęcie wstało się wcześnie rano i pojechało na drugi koniec świata. Jeśli to całe poświęcenie pomogło stworzyć świetna fotografię – to super. Jeśli jednak wiatr w oczy, deszcz w obiektyw i słońce, które zaspało, przeszkodziły w stworzeniu wymarzonego kadru, to trudno. Poniesione trudy nie poprawiają zdjęcia.

Dla równowagi – zdjęcie strzelone bez wstawania od kawiarnianego stolika nie jest gorsze dlatego, że nie wiązało się z większym wyrzeczeniem niż krótka przerwa w piciu kawy. Albo jest fajne, albo nie jest.

wybrzeże Elgol, Szkocja

Powyżej zdjęcia z wybrzeża w Elgol – jednego z dwóch tegorocznych szkockich plenerów, gdy padało. Padało tak, że obiektyw można było kierować tylko w jedną stronę – na szczęście była to strona morza. Zdjęcia nie są fajniejsze dlatego, że wywaliłem się tam na śliskim kamieniu. A chwilę za mną na tym samym kamieniu orła wywinął inny uczestnik fotowyprawy. Uspokajam, że orły były całe po tych wyczynach. 🙂

PS. W wydawnictwie Galaktyka 50% obniżki do 27 listopada – w tym na całą ofertę książek fotograficznych: http://www.galaktyka.com.pl/list,8.html

 

Co zmieniła fotografia cyfrowa

Wschód w górach Quiraing, Szkocja

Jesteśmy co najmniej ćwierć wieku od cyfrowej rewolucji w fotografii. Ta rewolucja zmieniła dużo, ale co z tego jest najważniejsze? Oczywiście, robimy więcej zdjęć niż kiedykolwiek wcześniej, możemy znacznie łatwiej dotrzeć z nimi do wielu odbiorców, także osób nieznanych. Oczywiście, koszt zrobienia jednego zdjęcia bardzo spadł (choć koszt zakupu sprzętu potrzebnego do zrobienia jakiegokolwiek zdjęcia – niekoniecznie). Technika pozwoliła zrobić nieco zdjęć, których kiedyś zrobić się nie dało, a jeszcze więcej da się zrobić łatwiej i lepiej niż kiedyś. Trudne i żmudne techniki ciemniowe w wersji cyfrowej są mniej żmudne i nie wymagają siedzenia po ciemku w oparach wywoływaczy i utrwalaczy. To wszystko ważne, ale…

Najważniejszą zmianą, jaką przyniosła fotografia cyfrowa, jest znacznie szybsze tempo uczenia się (u tych, którzy chcą się uczyć) i będący tego efektem wzrost poziomu – nazwijmy to – zaawansowanej fotografii amatorskiej. A skutkiem tego ostatniego jest dewaluacja pojęcia dobrej fotografii. Zdjęcia, które kilkanaście lat temu powodowały opad szczęki; które się zapamiętywało, dyskutowało, podziwiało – dzisiaj są, no, ok. Nie to, że dzisiaj nie są fajne – nadal są, ale nie są już wyjątkowe. Świetnych zdjęć widzi się mnóstwo, widzi je się tak często, że żadne z nich nie ma szans zrobić wielkiego wrażenia. Trochę spowszedniały, owszem. Ale też wzrosły oczekiwania co do fotografii, które mają powalić na kolana.

Ciekawe, czy ta inflacja wrażeń wizualnych będzie nadal postępowała? Czy zdjęcia dzisiaj zapierające dech będą za dwie dekady wywoływały komentarze: „No, ładne, ale dzisiaj już trzy podobne widziałem”?

 

Przy moście w Sligachan, Szkocja

PS. Powyżej zdjęcia z tegorocznej wyspy Skye: świt w górach Quiraing i popołudnie przy moście w Sligachan. W przyszłym roku będzie więcej Skye w Szkocji – a właściwie będzie tylko wyspa Skye!

PPS. Zwolniło się jedno miejsce na warsztaty obróbkowe 2-4 grudnia w Warszawie. Zapraszamy najszybszego chętnego! 🙂

 

Nie ma złego światła…

Jesień w Bawarii

… są tylko kiepskie fotografie. Każdemu marzy się piękne, niskie, pomarańczowe światło wieczoru. Ale spróbuj w nim fotografować czerwone kwiaty! Nie wiesz, jaki w tym problem? To weź i naprawdę spróbuj, dowiesz się. W takim świetle dobrze się robi zdjęcia pofalowanych krajobrazów, otwartych terenów czy architektury, ale najlepiej takiej wolnostojącej.

A gdy jest szaro, ponuro, niebo bez słońca i nawet bez wyrazistych obłoków, to fotograficznie jest fatalnie? Nie jest. To jest właśnie najlepsza chwila na zdjęcia w lesie albo na te czerwone kwiaty z poprzedniego akapitu. Albo na wąskie uliczki starych miast. Trzeba tylko kadrować bez nieba, skoro nie ma na nim nic ciekawego.

Każdy rodzaj światła ma swoją fotografię. Nawet zupełny brak światła też ją ma. Jest światło portretowe (nie mylić ze studyjnym) i światło do detali, i do odległych krajobrazów, i do wyrazistych pierwszych planów, i do wąwozów, lasów, a nawet do malowania światłem. Ten ostatni rodzaj światła potocznie nazywany jest ciemnością.

Kiepskie fotografie powstają z upierania się. Gdy ktoś w szary dzień upiera się na ogólnie ujęte krajobrazy, najprawdopodobniej niewiele z tego wyjdzie. Co innego, gdyby w tych samych warunkach oświetleniowych poszukał mocnego pierwszego planu lub skupił się na detalach. Analogicznie, upieranie się w słoneczny dzień na zdjęcia w lesie zrodzi mnóstwo problemów zamiast ładnych obrazów. Natomiast ten sam las widziany z zewnątrz może wyglądać wspaniale. Nie martw się więc, jeśli światło nie odpowiada Twojej koncepcji zdjęcia – po prostu zmień koncepcję, a do tamtej powrócisz kiedy indziej. Każdy rodzaj fotografii ma swoje światło, choć nie zawsze przy sobie.

Na alpejskiej łące, Bawaria

Czy rosną Wam dłonie?

jesień w lesie, Bawaria

Sprzedaż aparatów spada, producenci gonią w piętkę, a tymczasem użytkownicy bezskutecznie czekają na prostą rzecz: uchwyt dostosowany do wielkości dłoni. Oczywiście, dłonie mamy różne: większe i mniejsze, palce dłuższe lub krótsze. Nie ma idealnego uchwytu, który pasowałby wszystkim. Owszem, aparaty mają różne uchwyty, więc szukając – w końcu coś sobie dopasujemy. Problem tylko w tym, że producenci wychodzą z kretyńskiego założenia, że mniejsze uchwyty są dla osób początkujących, a te większe – dla zaawansowanych. Tak, jakby w miarę nabywania umiejętności fotograficznych, rosły dłonie. Zawodowcy to już w ogóle mają łapy jak niedźwiedzie, żeby złapać takiego Nikona D5 czy Canona 1D X. Z kolei osoby drobne nie powinny nigdy chcieć czegoś bardziej zaawansowanego niż modele najtańsze i najprostsze. Przynajmniej dopóki sobie nie zapuszczą dłuższych palców i nie rozklepią dłoni. Prawda, że to głupie?

nad strumieniem, Bawaria

Rozumiem, że robienie każdego modelu aparatu w kilku rozmiarach byłoby mało opłacalne. Znacznie bardziej racjonalne byłoby przygotowanie do każdego modelu różnej wielkości nakładek na uchwyt – mocowanych na zatrzaski i nie zawierających żadnej elektroniki, a więc nie zagrażających szczelności czy solidności konstrukcji. Nie byłaby to innowacja rewolucyjna, nie wywołałaby ekscytacji u maniaków zaawansowanych technologii, ale po prostu rozwiązałaby problem, przed którym staje wielu fotoamatorów. Producent, który zrobiłby to pierwszy, zgarnąłby sporą część amatorów kupujących pierwszy aparat lub zmieniających system, a także łatwiej przekonywał użytkowników danego systemu do wymiany aparatu na nowszy.

Czy tego doczekamy? Nie sądzę – przy obecnej, powszechnej strategii cięcia kosztów gdziekolwiek się da, takie komplikacje konstrukcji pewnie nie przeszłyby akceptacji przez księgowych. Zawsze jednak zostaje cień nadziei, że w Japonii zauważą brak związku między umiejętnościami i potrzebami fotograficznymi a wielkością rąk…

jesienne refleksje, Bawaria

Zdjęcia z Bawarii, po więcej zapraszamy do bawarskiej galerii, a także na przyszłoroczną fotowyprawę.