Nieobecni, choć oczekiwani

Kirkjufell przed zachodem słońca, Islandia

Niespełna miesiąc do Photokiny – największych targów fotograficznych – więc tradycyjnie w tygodniach poprzedzających to wydarzenie mamy serię premier aparatów i obiektywów. Może jednak bardziej interesujące od nowinek sprzętowych będzie to, czego producenci nie pokażą.

Jesienne, odbywające się co dwa lata targi to świetny moment, żeby pokazać nowe zabawki. Producenci o tym doskonale wiedzą, więc sierpień i wrzesień to czas licznych premier. Jeśli system lustrzankowy czy bezlusterkowy jest żywy, to właśnie teraz dobrze jest zaprezentować nowego członka rodziny. Jeśli…

Co do kondycji części systemów można mieć wątpliwości, tym bardziej więc warto wyglądać, czy z okazji wrześniowych targów dadzą jakiś znak życia. Jeśli oznak życia nadal nie będzie, to oczywiście jeszcze o niczym nie przesądza, ale… E-5 z 2010 roku był ostatnią lustrzanką Olympusa, ale formalnie system 4/3 nie jest martwy. W jakich innych systemach warto sprawdzić oddech i spróbować wymacać puls?

Za Dpreview powtarzana ostatnio była pogłoska, jakoby Nikon zakopał swój bezlusterkowy system Nikon 1, oparty na małej matrycy formatu CX. Ostatni z tych maluchów – J5 – pojawił się na początku 2015 roku, więc czas byłby najwyższy na coś nowego. Dla porównania – w samym tylko 2016 Nikon zaprezentował dwie nowe lustrzanki APS-C i jedną pełnoklatkową.

Kolejny pacjent do obserwacji to bagnet A Sony – kiedyś korzystały z niego lustrzanki, później półlustrzanki SLT. Ostatnim aparatem z bagnetem A był właśnie niepełnoklatkowy SLT-A68, zapowiedziany w listopadzie 2015 (choć do sprzedaży trafił prawie pół roku później, co też stanowi ciekawostkę). W 2010 roku Sony wprowadziło na rynek aż siedem aparatów z bagnetem A, w 2011 i 2012 – po trzy, a przez następne trzy lata – po jednym rocznie. W tym roku też coś będzie czy to dłuższa przerwa? Coś jak między Olympusem E-5 a E-6?

Jak już jesteśmy przy Sony, to i w niepełnoklatkowych NEX-ach (które od pewnego czasu oficjalnie NEX-ami nie są) też nie dzieje się zbyt wiele. Owszem, w tym roku pojawił się A6300 – jedyny po A5100 z połowy 2014 roku.

Biały lód na czarnej plaży, Islandia

Bardziej niż na premiery aparatów warto zwracać uwagę na anonsy nowych obiektywów. To właśnie po zaangażowaniu w projektowanie nowych „szkieł” widać przywiązanie producenta do danego systemu. Tutaj na przykład pełnoklatkowy bagnet E (czyli różne wersje Sony A7) prezentuje się świetnie: aż 8 nowych konstrukcji w samym tylko 2016 roku. I tym bardziej blado wypada system Sony A: ostatnie nowości to początek 2015 roku. Biorąc tylko ten parametr pod uwagę, to Nikon 1 kwalifikuje się do muzeum – najświeższy obiektyw dla tego systemu pochodzi z 2014 roku. Zaskakująco żwawy okazuje się za to bezlusterkowy Canon M: po jednym nowym obiektywie w ostatnich trzech latach.

Nieobecność na Photokinie niczego nie rozstrzyga, ale w przypadku nieobecnych od dłuższego czasu można nabrać poważnych wątpliwości, czy się jeszcze pojawią.

Nikon D3400: dwa kroki do przodu, trzy do tyłu

katedra w Sienie, Toskania

Każdy producent lustrzanek i bezlusterkowców ma serię modeli najtańszych i związany z nimi problem: co dodać w nowym modelu, żeby był lepszy od starego, ale nie na tyle, by stał się lepszy od aparatu z półki trochę wyższej, który też jest, oczywiście, droższy. Zabawa w „co dodać, żeby nic nie dodać” w przypadku najnowszego taniego Nikona zmieniła się w „co odjąć, żeby wyglądało na dodane”. Co tak naprawdę jest nowego w Nikonie D3400?

Przepis na D3400 był prosty: weźmy D3300 i dodajmy do niego dwie cechy, a odejmijmy trzy. Pierwszy „plus dodatni” to dłuższy czas pracy na jednym akumulatorze. Teraz jest deklarowane 1200 zdjęć na jednym ładowaniu wobec 700 w D3300. Przy czym akumulator nie jest nowy, wbrew temu, co piszą niektóre serwisy internetowe. Jest to ten sam EN-EL14a, który od lat napędza tańsze Nikony. Wyraźnie elektronika D3400 jest mniej żarłoczna.

Drugi plus jest dodatnio-ujemny: przybyła funkcja SnapBridge do przesyłania zdjęć za pomocą Bluetootha, ale zniknięto komunikację po Wi-Fi. Owszem, można wysłać zdjęcie na komórkę za pomocą energooszczędnego połączenia, ale nie da się już wysyłać na komputer RAW-ów, nieaktualna jest też możliwość zdalnego sterowania aparatem.

Oprócz Wi-Fi zniknięto jeszcze gniazdo do podłączenia zewnętrznego mikrofonu, po którym pewnie mało kto będzie płakał. Druga oszczędność może być jednak bardziej bolesna – w D3400 nie ma już wibracyjnego mechanizmu czyszczenia matrycy. Powiedzmy sobie szczerze: mechanizmy czyszczenia matryc nie są stuprocentowo skuteczne i w końcu każdy musi zdobyć sprawność ręcznego czyściciela sensora (albo oddać aparat w ręce kogoś, kto taką umiejętność opanował). Niemniej „trzęsące się” matryce oddalały moment, gdy za czyszczenie trzeba się zabrać samemu. Użytkownicy D3400 będą się musieli szybciej nauczyć ręcznie usuwać brudy z sensora niż np. osoby fotografujące D5500 czy D7200.

Nikon w oszczędnościach poszedł o krok za daleko. Po raz pierwszy mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że aparat poprzedniej generacji jest lepszy niż aparat nowszy.

Osobną kwestią jest, że w ogóle nie polecam serii D3xxx – przede wszystkim za sprawą kolejnej funkcjonalnej amputacji. Nikony serii D3xxx to jedyne aparaty z wymienną optyką (lustrzanki i bezlusterkowce), które zostały pozbawione funkcji bracketingu ekspozycji. Ba, co bardziej zaawansowane kompakty mają bracketing! Przyjmijmy, że w lustrzankach oferta Nikona zaczyna się od serii D5xxx, a niżej nie ma nic.

Powyżej katedra w Sienie, gdzie statywu używać nie wolno, a kontrasty są ogromne. Fotografia to HDR złożony z 5 zdjęć wykonanych w bracketingu, z ręki. Tego typu zdjęć nie da się zrobić Nikonem D3400, bo bracketingu nie ma, a statywu użyć nie wolno. Poniżej wąwóz Siq w jordańskiej Petrze – też HDR, ale tutaj fotograf z Nikonem D3400 miałby łatwiej, bo statywy są dozwolone.

W labiryntach Petry, Jordania

Z pozytywnych wiadomości: zapraszam do sekcji Nasz sprzęt i oprogramowanie, gdzie Ewa opisuje funkcjonalność najlepszej przeglądarki do zdjęć, czyli wszystko, co fotograf powinien wiedzieć o programie FastStone Image Viewer.

Czas wyboru

Kerlingarfjoll, Islandia

Myślicie, że wybieranie zdjęć do pokazania jest trudne? No to pomyślcie o pracy fotoedytora sportowego w czasie igrzysk. Brad Smith, fotoedytor ABC News, ostatnio wybiera po mniej więcej 50 zdjęć dziennie. Spośród około 25000 nadesłanych. Tak, nie pomyliłam się w liczeniu zer, dostaje dwadzieścia pięć tysięcy zdjęć dziennie, a wybiera z nich pięćdziesiąt. Codziennie. Ta pięćdziesiątka jest potem pokazywana w samym serwisie ABC News w formie specjalnej strony „Najlepsze zdjęcia z dnia tego to a tego”, no i oczywiście jest też prezentowana w innych mediach, bo skoro już ktoś – i to nie byle kto, bo edytor z gigantycznym doświadczeniem w fotografii sportowej – odwalił całą tę robotę z wybieraniem, to grzech nie skorzystać. Brad Smith nie może potem powiedzieć: „Nie no słuchajcie, niewyspany byłem jak to wybierałem, to zdjęcie mi się kliknęło przypadkiem, ono wcale nie jest dobre, tamte dwa są lepsze”. Co on wybierze, to idzie w świat i nie da się zawrócić. Tak będą zapamiętane te igrzyska. Odpowiedzialność jakby większa, niż wybieranie zdjęć z wakacji do pokazania znajomym przy winie.

Jak właściwie dokonuje tego odpowiedzialnego wyboru? ABC News nie ma na olimpiadzie własnych fotoreporterów, dostaje zdjęcia od wszystkich akredytowanych fotografów z Rio. Wyświetlają mu się na stronach zawierających po 20 zdjęć, obejrzenie każdej strony zajmuje mu tylko sekundy – tak być musi, jeśli ma zdążyć z wybieraniem na bieżąco. Jak w takim czasie sensownie coś wybrać? Jedyne wyjście to wiedzieć, czego się szuka. 25 tysięcy zdjęć sportowych dziennie – ten facet widział już wszystko. A skoro tyle widział, to niełatwo go zainteresować. Oczywiście, moment zdobycia złotego medalu, szczególnie przez znanego sportowca, musi się znaleźć w finalnym zestawieniu, ale oprócz tych chwil, sporo jest tam zdjęć zaskakujących. Bynajmniej nie polegających na łapaniu ułamków sekund dzielących zwycięstwo od porażki. Jest tam zalany deszczem kort, wolontariusze pracujący przy stadionach, sceny tuż po lub przed rozgrywkami, sporo uśmiechów, trochę łez. Ludzie i emocje.

Gdy będziecie następnym razem wybierać zdjęcia z fotowyprawy (lub dowolnej innej wyprawy), pamiętajcie o Bradzie Smithu. Po pierwsze, on ma trudniej, a daje radę; po drugie, jego metoda wybierania jest naprawdę pomocna: dobrze jest wiedzieć, czego się szuka, a szukać tego, co zaskakujące.

Landmannalaugar, Islandia

Oba zdjęcia z fotowyprawy Podróż do wnętrza Islandii.

 

Fotografie na tę chwilę

  • Salony Książa

    Salony Książa

  • Katedra w Arezzo

    Katedra w Arezzo

  • Wenecja o świcie

    Wenecja o świcie

  • Bardzo czeski widoczek

    Bardzo czeski widoczek

  • Owczarek bardzo kaukaski

    Owczarek bardzo kaukaski

  • Wieczór pod Kissamos

    Wieczór pod Kissamos

  • Pychota po kreteńsku: gemista

    Pychota po kreteńsku: gemista

  • Dyrholaey inaczej. Islandia

    Dyrholaey inaczej. Islandia

  • Uliczki Portofino

    Uliczki Portofino

  • Wielka Wydma

    Wielka Wydma

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

Czasy wyborów

Gdy topnieją islandzkie śniegi

Pod poprzednim wpisem rozgorzała dyskusja o wybieraniu zdjęć i tragizmie wynikającym z faktu, że same się wybrać nie chcą. W związku z tym uznałam, że warto pociągnąć temat i napisać, jak my wybieramy zdjęcia.

Przede wszystkim, nie wszystkie naraz – to za dużo decyzji do podjęcia, a że nie mamy codziennie dwudziestu pięciu tysięcy obrazków do przejrzenia, więc nie musimy się z tym aż tak sprężać. Na szczęście. Wybieramy po trochu. Najpierw przede wszystkim warto sobie trochę odczekać po wyjeździe, żeby emocje się uleżały: gdy nie pamięta się już dokładnie zdarzeń, lepiej widzi się zdjęcia takie, jak rzeczywiście są, a nie takie, które mieliśmy zamiar zrobić. Potem przeglądamy folder i zaznaczamy sobie to, co wpadło w oko. FastStone ma takie specjalne różowe kwadraciki do zaznaczania, bardzo praktyczne. Założenie jest takie, że nie musimy wybrać wszystkich dobrych zdjęć. Wystarczy wyłowić najciekawsze. Ile ich będzie? To się okaże po pewnym czasie, gdy już folder wyprawowy zostanie kilkakrotnie przerzucony. Gdy nie znajdujemy już nic ciekawego, co by nie było zaznaczone, to znaczy że selekcja została wykonana. Proste? Na pewno prostsze niż przymus wybrania wszystkich najlepszych zdjęć wyprawy w jeden wieczór. I nie tak deprymujące. Wybieranie nie musi, a nawet nie powinno odbyć się w całości jednego dnia. Przeglądać należy po kawałku, a gdy się zmęczymy podejmowaniem decyzji, można sobie odpuścić i wrócić do tego kiedy indziej. Na luzie, bez zmęczenia i irytacji, że „tyle tego jeszcze”.

Trochę inna sprawa jest wtedy, gdy mamy konkretne potrzeby zdjęciowe, czyli potrzebujemy do artykułu określonej liczby zdjęć o takich to a takich cechach (np. trzy pionowe, reszta poziome, zróżnicowane tematycznie, zrobione przy pochmurnej pogodzie). Wtedy siada się i wybiera, aż będą – i dobrze, jeśli można wybierać z już zaznaczonych, bo tak jest łatwiej. W małej skali mamy zresztą to zadanie co chwila, bo gdy robimy wpis, trzeba znaleźć do niego ilustrację albo dwie. Na fotowyprawach również wybieramy codziennie 1-3 zdjęcia do wpisu; niekoniecznie najlepsze, ale dobrze pokazujące odwiedzane miejsca. Gdy więc pod koniec każdego wyjazdu prosimy o wybranie trzech swoich zdjęć do dyskusji, to nie jest jakieś wydumane wymaganie – sami to robimy co chwila.

Na zdjęciu u góry pejzaż z islandzkiego interioru, z meandrami rzeki lodowcowej na pierwszym planie.

Jak sobie coś powiększyć

Islandzkie kwiatki I - ultraszeroko z bliska

Powiększanie rzeczy małych, aby były większe, jest proste, szybkie i bezbolesne. Niestety, działa tylko na zdjęciach. Ale ponieważ to blog o fotografii, więc tutaj to nie jest duża wada. Jaki jest więc przepis na powiększenie na zdjęciu tego, co jest w rzeczywistości małe? Prosty: podejdź bliżej. Jeśli nasz model jest bardzo mały, to trzeba być naprawdę blisko, żeby na zdjęciu wydawał się duży.

Działa to przy fotografowaniu ludzi – choć niekoniecznie pozytywnie, bo z bliska nos się robi większy, a uszy się oddalają i głowa robi się węższa. I to dystans jest powodem deformacji, a nie użyta ogniskowa, jak sugerują autorzy artykułu z Petapixel i ich kopiści (przy okazji: „efekt Vertigo” albo „zoom Hitchcocka” nie polega wcale na uwypukleniu twarzy). Krótka ogniskowa pozwala tylko zmieścić postać w planie amerykańskim w kadrze, mimo aparatu znajdującego się niespełna pół metra od modela. Nos z odległości pół metra będzie tak samo bulwiasty, niezależnie od tego, czy użyjemy obiektywu 20 mm, czy 50 mm. Byłby też taki sam z obiektywem 200 mm, ale… „dwusetka” nie pozwoli zrobić zdjęcia z takiej odległości, bo dla obiektywów 70-200 minimalny dystans ustawiania ostrości to około 1,5 metra. Dystans powoduje, że obiektywem 50 mm na aparacie z matrycą APS-C da się solidnie przerysować twarz, a obiektywem 85 mm na pełnej klatce – nie. Kąt widzenia obu obiektywów (50 mm na APS-C i 85 mm na FF) jest taki sam, ale 50 mm pozwala podejść na 45 cm, a 85 mm trzyma na dystans co najmniej 80 cm.

W portrecie deformacja to przeważnie wada. W fotografii krajobrazowej powiększenie przez zbliżenie to użyteczne narzędzie kompozycyjne. Na górnym zdjęciu różowe kwiatki wydają się spore, a jakie były naprawdę? Kwestia prawdy w fotografii zależy od perspektywy, co można zobaczyć poniżej, gdzie mamy tę samą scenę, sfotografowaną tą samą ogniskową (10 mm na APS-C) z tego samego miejsca i w tym samym czasie. Różnica jest tylko taka, że robiąc górne zdjęcie klęknąłem, a przy tym poniżej stałem wyprostowany. Po zmniejszeniu dystansu kwiatki „urosły”, ale w kadrze nadal mieści się kawał islandzkiego pejzażu, włącznie z niebem i jakąś odległą górą.

Islandzkie kwiatki II - ultraszeroko z daleka

Kwiatki da się powiększyć jeszcze bardziej – nadal operując tylko dystansem. Na zdjęciu poniżej zajmują już solidną trzecią część kadru, choć ogniskowa się nie zmieniła. Zwróćcie jednak uwagę, że przy tak niskiej pozycji odległy pejzaż się spłaszczył i stracił na przestrzenności. Z tych trzech wariantów najlepsza jest fotografia górna, dolna to już o parę centymetrów za blisko – nie ze względu na same kwiatki, ale przez wpływ niskiej pozycji na przedstawienie dalszych planów. Z kolei środkowe zdjęcie to sytuacja spotykana u osób nie mających doświadczenia z obiektywami szerokokątnymi: aparat jest zbyt daleko od pierwszego planu, przez co wszystko jest równo odległe i nie ma motywu przykuwającego uwagę i wprowadzającego w kadr.

Islandzkie kwiatki III - ultraszeroko z bardzo bliska

PS. Chciałem jako tytuł wpisu dać „Powiększanie małego”, ale nie chcę wkurzać filtra antyspamowego na blogu, który i tak ma mnóstwo roboty z reklamami viagry.

PPS. Jeśli ktoś używa Geosettera do tagowania zdjęć, to mógł zauważyć w ostatnim czasie problem z ładowaniem mapy. W naszym poradniku użycia Geosettera Ewa dopisała instrukcję poradzenia sobie z tym brakiem.

PPPS. Niedługo serwis dfv.pl przejdzie generalny remont i będzie nową lepszą galerią dla fotografów. Mam nadzieje, że będzie galerią najlepszą. Jeśli ktoś chciałby zerknąć na przygotowywaną nową wersję jeszcze w fazie beta, potropić błędy i podzielić się uwagami, to proszę o kontakt, wyślę przepis na dostanie się do tajnej bety.

Cytaty: „Jesteś odpowiedzialny…

Góra Kirkjufell, Islandia

za każdą część swojego zdjęcia, nawet za te części, które cię nie interesują”. Jay Maisel namawia tymi słowami do staranności przy kadrowaniu, ale też do wzięcia odpowiedzialności za swoje, bądź co bądź, dzieło. W końcu, to twoje zdjęcie. Twoje, nie kogoś innego. Nie architekta, który zaprojektował budynek w istniejącym kształcie, nie łobuza, który zostawił w kącie butelki po piwie ani nie Stwórcy, który ukształtował krajobraz (no i na pewno nie ruchów górotwórczych, nawet jeśli uważasz, że to one tworzą krajobrazy). Jeśli coś w zdjęciu jest dobre, to twoja zasługa; jeśli jest złe, to twoja wina.

To się odnosi do wszystkiego, od petów na trawniku, przez ludzi plączących się w kadrze aż po oświetlenie sceny. Nie ma tłumaczenia, że „tak tam było”. Jeśli w kadrze są ludzie, to albo należy z nich zrobić sensowną część kompozycji, albo znaleźć taki kadr, gdzie ich nie ma. Jeśli jest dobre światło – twoja zasługa, że je zauważyłeś i zarejestrowałeś. Jeśli jest złe – twoja wina, że nie znalazłeś kadru odpowiedniego dla takich właśnie warunków. Nawet gdy modelka ma garbaty nos, to też twoja wina – twoja bardzo wielka wina – bo nie pokazałeś jej piękna. Przyglądaj się swoim kadrom, każdemu ich fragmentowi, bo wszystkie one są twoim dziełem – nawet te, których w ogóle nie zauważyłeś.

Islandia w niewidzialnym świetle

Kirkjufell w podczerwieni, Islandia

Ostatnie dwa dni to praktycznie tropikalne upały – jak na Islandię, oczywiście. Upały islandzkie to ostre słońce, któremu towarzyszy jednak niezbyt ciepły wiatr. Jak nie wieje, to robi się faktycznie gorąco, ale przeważnie wieje, więc mimo słońca warto mieć pod ręką jakiś cienki goretex. No i cały czas należy się liczyć, że w ciągu pół godziny tropiki skończą się jakąś zgoła nietropikalną ulewą. No to liczymy się, a pogoda nas od dwóch dni zaskakuje niezmiennością i słońcem.

No to z okazji tropikalnej pogody tym razem zdjęcia z Islandii w nowym świetle – świetle podczerwonym. U góry oczywiście góra Kirkjufell, poniżej płonąca wieża czarnoksiężnika. W roli wieży – latarnia morska Malariff. Oba cuda na półwyspie Snaefellsness, ale pogodnie zaczęło się robić już od momentu pożegnania z Łosiem.

latarnia Malariff w podczerwieni, Islandia

Jutro ostatni dzień fotowyprawy, czyli część grupy fotografuje okolice Błękitnej Laguny, a część jedzie przywitać Reykjavik, a wczesnym popołudniem wspólnie wsiadamy do samolotu do Warszawy. Tutaj wracamy za rok i już zapraszamy na fotowyprawę Islandia 2017 – możemy z całkowitą pewnością obiecać nieziemskie pejzaże i zróżnicowaną pogodę! 🙂

Islandia w mrocznej tonacji

pole lawowe Krafla, Islandia

Uczestnicy tej islandzkiej fotowyprawy nie są rozpieszczani przez pogodę. Deszcz mieści się w islandzkiej normie, ale mało jest słonecznych momentów, przeważnie na niebie przewalają się ciężkie chmury. Wizualnie takie ołowiane niebo dobrze koresponduje z mrocznymi polami lawowymi wulkanu Krafla, gdzie byliśmy wczoraj. W zastygłych falach lawy, połamanych i powyginanych bazaltowych płytach nie ma nic wesołego, tutaj pogodne błękity byłyby zupełnie nie na miejscu. Także głębokie pęknięcia nad grotami z gorącą wodą lepiej się prezentują w posępnej tonacji.

pęknięta lawa, Islandia

Faktem jest jednak, że pogoda mogłaby trochę odpuścić, bo Hvitsekur schował się we mgle i grozi deszczem. Przy okazji stało się jasne, że ta skała to naprawdę łoś, a nie żaden dinozaur, nosorożec czy inny smok. Tylko łoś stałby ciągle w miejscu, gdzie niemal nieustannie leje, wieje i mgli. Jutro rano łoś ma ostatnią w tym sezonie szansę, żeby zaprezentować nam się z lepszej strony.

Co nie znaczy, że nie ma tu scenerii po prostu ładnych. Takich, jak poniższe najładniejsze zdjęcie wodospadu Godafoss.

Ewa i wodospad Godafoss, Islandia

Potężny Dettifoss i pokemon błotny

Nad wodospadem Dettifoss, Islandia

Korzystając ze sprawnego internetu nad Myvatn, gdzie obecnie mieszkamy, nadganiam zaległości w sprawozdawstwie. Wczoraj fotografowaliśmy trzy wodospady, z bardzo dynamicznym i zawsze wywierającym ogromne wrażenie Dettifossem na czele. Niektórzy fotografowali go z bardzo bliska, na szczęście nikt nie stanął o jeden krok za blisko.

Pola geotermalne Namafjall, Islandia

Dzisiaj trochę chodziliśmy po wulkanie (nie wybuchł, cierpliwie znosił nasze tupanie). Później spacerowaliśmy po skalnym mieście Dimmuborgir. Na koniec dnia był natomiast kolejny odcinek serialu „Islandia jest z innej planety”, tym razem na polach geotermalnych Namafjall.

błotny potwór z Namafjall, Islandia

Szczególnie wciągające było tropienie błotnych potworów. Do polowania na błotne potwory potrzebny jest teleobiektyw, wysokie ISO (bo potwory szybkie są i pojawiają się na ułamek sekundy) oraz trochę wyczucia i trochę szczęścia. Lub brak wyczucia, dużo szczęścia oraz mnóstwo wolnego miejsca na karcie pamięci. Bulgotanie błotek, z których wyskakują potwory, ma bowiem pewien rytm – albo się w niego wstrzeli, albo trzeba jechać długą serią i później pracowicie przebierać zdjęcia. Pracowite przebieranie zresztą nikogo nie minie, bo błotne formy są interesujące tylko od czasu do czasu i nie ma co liczyć, że co chwilę będzie wyłaził np. taki błotny pokemon, jak poniżej.

pokemon błotny, Islandia

Islandia w bieli i czerni

Lodowcowa Plaża, Islandia

Ostatnie dwa dni były praktycznie bezinternetowe, więc dzisiaj nieco spóźniona relacja z czwartku i piątku na Islandii. Czwartek był, zgodnie z planem, najzimniejszym dniem fotowyprawy, bo zaczęliśmy od sesji przed czołem lodowca, a po niej była lodowcowa laguna i lodowcowa plaża Jökulsárlón. Choć więc pogoda była niezła (znaczy: prawie nie padało, choć przez większość dnia niebo było zachmurzone), to bliskość wielkich mas lodu znacznie obniżała temperaturę. Uprzedzona zawczasu grupa poubierała się jak na zimę i jakoś przeżyła to trudne doświadczenie. 😉

Wydrzyk i rybitwa, Islandia

Trudniej zresztą było następnego dnia. Nawet nie ze względu na kilkunastokilometrowy spacer do „Kolorowego Kanionu” (zdjęcia stamtąd z dwóch poprzednich fotowypraw w naszej islandzkiej galerii), nie przez kilkukrotne forsowanie górskiej rzeki w drodze powrotnej (niektórzy preferowali styl ekwilibrystyczny z lewitacją nad kamieniami, inni forsowali strumień truchtem, po kolana w wodzie). Prawdziwe wyzwanie pojawiło się na koniec wędrówki z wąwozu, gdy nasz przewodnik, Witek Rajchert, powitał wszystkich islandzkim poczęstunkiem: hakarlem i brennivinem. To drugie tłumaczy się jako „czarna śmierć”, a jest lokalną wódką. Hakarl zaś to rekin przyrządzony na sposób islandzki: zakopany do ziemi na trzy miesiące, a następnie wykopany i serwowany w małych porcjach. Prawda, że prosty przepis, łatwy do opanowania dla każdego początkującego mistrza kuchni? Wszyscy przeżyli poczęstunek.

Na górze lody na lodowcowej plaży, w środku pościg wydrzyka za rybitwą nad lodowcową laguną, a poniżej zupełnie nowy plener. Grupę, która w niezłej formie i w dobrym czasie pokonała Kolorowy Kanion (i przetrwała hakarla z brennivinem) zaprosiliśmy na wieczorną sesję na czarnej plaży pod Vestrahornem. W założeniach miało to być fotografowanie góry odbijającej się w wodach zatoki, z czarnymi wydmami na pierwszym planie, ale… Po pierwsze, trafiliśmy na odpływ, więc zatoka była bez wody, a po drugie – była taka mgła, że góra widoczna bywała momentami i tylko częściowo. Mimo to sesja się podobała, choć robiliśmy zupełnie inne zdjęcia niż się spodziewałem.

Vestrahorn, Islandia

Po drugiej stronie wodospadu

Nad wodospadem Skogafoss, Islandia

Zastanawialiście się kiedyś, co jest za tymi wszystkimi spektakularnymi islandzkimi wodospadami? Dzisiaj poszliśmy sprawdzić, co jest za wodospadem Skogafoss (sam wodospad do obejrzenia w naszym islandzkim portfolio). No więc za, a właściwie nad wodospadem Skogafoss jest Szkocja. Tak to wygląda – takie pejzaże widywaliśmy na szkockiej wyspie Skye.

maskonur, Islandia

Nieco wcześniej była sesja na przylądku Dyrholaey, gdzie spotkaliśmy tego wesołego Islandczyka razem ze sporą grupką koleżanek i kolegów. Co można spotkać na Dyrholaey wiadomo, ale co kryje się za następnym klifem, który widać stojąc na północnym krańcu Dyrholaey? Pojechaliśmy sprawdzić – tym chętniej, że w tym roku zamknięto zejście na plażę przy tym przylądku (a rok wcześniej zamknięto wejście na kamienny most). I tak trafiliśmy na Reynisdrangar, niesamowitą czarną plażę z bazaltowymi kolumnami i skałami czekającymi w morzu na fotografów. Gdyby jeszcze przechadzały się po niej maskonury, to byłaby ideałem.

wybrzeże Reynisrangar, Islandia

A na koniec dnia zajrzeliśmy sprawdzić, co jest obok wodospadu Seljalandsfoss (po sam wodospad znowu zapraszam do naszej galerii z ostatnich lat). Kilkaset metrów od Seljalandsfoss jest ukryty w skale wodospad, przy którym spotkaliśmy tańczące elfy. Stało się jasne, czemu Islandczycy wierzą w elfy: trudno nie wierzyć w coś, co się spotyka na spacerze.

tańczące elfy, Islandia

Gdzie się na Islandii nie ruszyć, to napotyka się fantastyczne scenerie. Nawet gdy jest się w miejscu słynnym ze swego uroku, wystarczy przejść parę kroków, by trafić na plener nie mniej urzekający.

 

Islandzkie drobiazgi

Gejzer Strokkur i niebieska woda, Islandia

Wśród potężnych wodospadów, rozległych pól lawy, wulkanów i lodowców łatwo przeoczyć scenerie piękne, choć niewielkie. To trochę jak z lasem, w którym nie tak łatwo zauważyć pojedyncze drzewo (na Islandii ta metafora nie jest najtrafniejsza, bo lasy tu niskie i tak rzadkie, że stojąc w lesie widzi się raptem kilka drzew i trzeba wyobraźni, żeby z nich złożyć las). Tutaj nad scenerią warto się pochylić, a czasem nawet położyć, żeby zobaczyć, że pole lawy składa się ze skalnych brył pokrytych fantazyjnymi wzorami, a obok sławnego gejzeru jest gorące źródło, z którego woda spływa do niemożliwie niebieskiej kałuży.

Gejzer Strokkur i niebieska woda, Islandia

Znowu jesteśmy na Islandii i znowu miło jest patrzeć, jaki entuzjazm wzbudza wśród kolejnej grupy fotowyprawowych maniaków wodospad Gulfoss, gejzer Strokkur i lawowe rozpadliny w Thingvellirze. A to dopiero początek.

Jeszcze o filtrze Hoya Pro ND

wodospad Bruarfoss, Islandia

O filtrach szarych serii Pro ND od firmy Hoya, a zwłaszcza o wersji ND 1000, pisaliśmy kilka razy (np. tutaj i tutaj), ale temat okazuje się zaskakująco ciekawy, bo nadal dostajemy pytania o tego „szaraka”. No to po kolei.

Czy Hoya Pro ND powoduje spadek ostrości? Pytanie bazuje na wnioskach z testu opublikowanego na the-digital-picture.com, gdzie jako jedyny Pro ND miał powodować pogorszenie ostrości. Widać to na powiększeniu fragmentu sceny testowej (drobne suche gałązki). Na tamtym porównaniu faktycznie widać, że jest gorzej ale moim zdaniem to błąd operatora – drobne poruszenie statywu wywołane np. chodzeniem przy statywie w trakcie trwania naświetlania. Na interiorową fotowyprawę na Islandię wypożyczyłem po raz kolejny Hoyę Pro ND 1000 w wersji 77 mm ze sklepu FotoAmigo.pl i zwracałem szczególną uwagę na ewentualne różnice w ostrości między zdjęciem z filtrem, a wersją bez filtra. Moim zdaniem żadnego spadku ostrości wywołanego działaniem filtra Hoya Pro ND nie ma. Proszę bardzo, zobaczcie sami – fragment na powiększeniu 100% z brzegu kadru tuż przy jego rogu, czyli podobnie jak na The Digital Picture. Zestawienie poniżej to fragmenty zdjęć, które były we wpisie „Zabawy z wodą”.

Hoya Pro ND 1000 z filtrem i bez

Czy Hoya Pro ND winietuje na pełnej klatce i ogniskowej 12 mm? To jest trudniejsze pytanie i nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Czy filtr winietuje, to zależy bardziej od konstrukcji obiektywu, a mniej od samego filtra. Na APS-C i 10 mm ten filtr na Sigmie 10-20/4-5.6 nie wykazuje śladu winietowania, a na tym samym aparacie z Canonem 10-22/3.5-4.5 na 10 mm winietowanie jest wyraźne. Dodam, że w obu przypadkach na obiektywach jest nakręcony jeszcze filtr polaryzacyjny (Hoya HD). Winietowanie, owszem, zależy od grubości ramki filtra, ale znacznie bardziej zależy od tego, czy obiektyw na danej ogniskowej ma „zapas” pola widzenia, czy też przednia część obudowy jest już niemal w kadrze.

Sama ramka filtra Pro ND ma grubość 5,5 mm (liczone bez gwintu), więc jeśli ktoś ma dowolny filtr o zbliżonej grubości (np. UV czy polaryzacyjny), to może przed zakupem sprawdzić, czy ta Hoya będzie mu winietować na krótkich ogniskowych.

I jeszcze słowo o powtarzalności i jakości produkcji. Pierwszy kontakt z Pro ND 1000 mieliśmy 2 lata temu, podczas pierwszej fotowyprawy na Islandię. Kolejny egzemplarz wzięty ze sklepu 2 lata później ma dokładnie takie same właściwości optyczne – czyli praktycznie idealną neutralność barwną i faktyczną gęstość 10 EV. Powtarzalna jakość w ramach tej samej serii filtrów szarych nie jest wcale czymś oczywistym, więc tym bardziej podtrzymujemy rekomendację dla serii Pro ND firmy Hoya.

Lipiec jest u nas miesiącem islandzkim – zaraz znowu tam jedziemy, tym razem na fotowyprawę dookoła wyspy. Jeśli ktoś nie może patrzeć na wodospady, pola lawy, kratery wulkanów i jakieś krzyżówki pingwina z papugą, to lepiej niech przed sierpniem do nas nie zagląda. 😉

Z człowiekiem, czy bez człowieka

W Landmannalaugar, Islandia

Nie da się sfotografować bezludnych terenów. Jeśli na takim terenie jesteś, to on już nie jest bezludny. A skoro tak, to dlaczego ten fakt ukrywać? Skoro jacyś ludzie tam są – a przynajmniej jeden człowiek na pewno – to dlaczego by go nie pokazać? Albo tego innego człowieka, który akurat przypadkiem też znalazł się na takim byłym bezludziu?

Trochę powodów by się znalazło. Kiedyś usłyszałam od pewnego fotografa krajobrazu, że na jego zdjęciach nigdy nie ma ludzi, bo ludzi ma mnóstwo w pracy, a przy fotografii odpoczywa. To całkiem rozsądny powód. Innym może być chęć uabstrakcyjnienia sceny. Geometryczne układy skał czy budynków, plamy koloru, blask i cień może być sam w sobie świetnym tematem, obywając się bez bezpośredniego odniesienia do rzeczywistości.

Istnieją też jednak powody, żeby pojedyncze ludzkie postaci w kadrze umieszczać. Podstawowym jest chęć pokazania skali sceny. Jak duży jest dom, to zwykle widać, choćby po wielkości okien czy drzwi. Natomiast twory natury mogą mieć rozmiary dowolne i bez jakiegoś łatwo identyfikowalnego punktu odniesienia nie wiadomo właściwie, czy mamy do czynienia z kałużą, czy z jeziorem; z kamykiem, czy może skałą. Kadr z maleńkim ludzikiem umieszczonym w niekoniecznie oczywistym miejscu jest z kolei jednocześnie zagadką i podpowiedzią do jej rozwiązania. Najpierw widać cały kadr, układ linii, plam, kolorów. W drugiej chwili spostrzega się człowieka, i cały ten układ kształtów nabiera nowego znaczenia.

Na górze i na dole kadry z ludźmi z islandzkiego Landmannalaugar. Jeśli ktoś ma ochotę na więcej zdjęć tego typu, zapraszam do galeryjki Islandia jednego człowieka. Natomiast gdyby ktoś chciał zrobić własne, to zwolniło się jedno miejsce na islandzką fotowyprawę, last minute, bo wyprawa rusza już w poniedziałek.

W Landmannalaugar, Islandia

Od Oceanu Lodowatego po awarię w Reykjaviku

Hraunfossar, Islandia

Wczorajszy dzień nie skończył się na Kerlingarfjöll, ale po nich trzeba zrobić długą pauzę i złapać oddech. Tego samego dnia mieliśmy sesję na polach geotermalnych Hveravellir: wyziewy, opary, gotujące się błotka, bulgoty, kolorowe osady i miniaturowe tarasy Inków 😉 a wszystko to nadal na przenikliwie zimnym wietrze. Dzień kończyliśmy na północnym wybrzeżu Islandii, nad Oceanem Lodowatym, niedaleko pewnego kamiennego łosia, którego „islandczycy” z poprzednich fotowypraw powinni dobrze kojarzyć.

Hveravellir, Islandia

Dzisiaj była jeszcze sesja przy dwóch wodospadach: pięknym, wielowarkoczowym Hraunfossar i przeciętnym wizualnie Barnafoss. Później wpadliśmy do Reykjaviku do tawerny „Seabaron” na podobno najlepszą na świecie zupę krabową (nie wiem, nie jestem fanem zup, zjadłem i była ok).

Później ruszyliśmy na ostatni nocleg, ale… zepsuł się autobus. W zgodnej opinii uczestników fotowyprawy – nie mógł się zepsuć w lepszym czasie i momencie. Gdyby rozkraczył się wczoraj, wśród pustkowi centrum Islandii, mielibyśmy poważny problem. W dowolny dzień wcześniej – skomplikowałby realizację programu fotowyprawy. Jutro, w drodze na lotnisko – byłaby tragedia. Ale autobus zbuntował się w środku Reykjaviku, na prostym odcinku dwupasmowej drogi i… dokładnie przy stacji benzynowej. Na mechanika czekaliśmy chwilę (znacznie, znacznie krótszą, niż czekalibyśmy na niego w islandzkim interiorze), a naprawa trwała moment. Na Islandii nawet awarie są bezproblemowe.

No i to by było na tyle, za chwilę odlatujemy, ale niedługo wrócimy. 🙂

Hveravellir, Islandia

Wrota piekieł

Kerlingarfjöll, Islandia

Ruszyliśmy przez środek wyspy i skończyły się tropiki, a zaczęła prawdziwa Islandia. Dotarliśmy do obszaru geotermalnego Kerlingarfjöll, a tam wiało tak, że statywy z rąk wyrywało. Dziewczyny wyciągnęły walizki, założyły na siebie wszystkie ubrania, a na to założyły walizki. Trochę padał poziomy śnieg (a mamy lipiec!), a trochę poziomy deszcz. Trochę też nie padało, w końcu to Islandia, pogoda się zmienia szybko. Zimno było cały czas, choć jeśli zeszło się w dół, między wzgórza, to prawie nie wiało. Jak bardzo poważna zrobiła się sytuacja, wszystkim uświadomił widok Witka w długich spodniach i kurtce. To był najgorszy pogodowo i najlepszy fotograficznie dzień tej fotowyprawy.

Kerlingarfjöll, Islandia

Kerlingarfjöll to miejsce niesamowite. Widzieliście Landmannalaugar? To zapomnijcie – Kerlingarfjöll zjada tamte kolorowe wzgórza na śniadanie. Tu również jest kolorowo, a jednocześnie jest dramatycznie i tajemniczo za sprawą dymiących fumaroli i sulfatarów. Bardzo przydaje się wiatr, który wprawdzie przewiewa do kości, ale jednocześnie rozwiewa te dymy w różne strony i zapobiega zasłonięciu pejzażu przez białe kłęby.

Kerlingarfjöll, Islandia

Sam teren jest rozległy – solidne kilka kilometrów kwadratowych, które można eksplorować przez długie godziny. Dość spora wysokość (ok. 1000 m n.p.m.) i lokalizacja praktycznie w środku wyspy sprawiają, że klimat tam jest ostry, a dojazd trudny. Wszystko to rekompensują jednak zupełnie nieziemskie krajobrazy, spowite w oparach siarki i owiewane przeraźliwie zimnym wiatrem. Tak mogłyby wyglądać wrota piekieł. I tutaj diabeł mógłby kupować od fotografów dusze za sesję w takim plenerze.

Kerlingarfjöll, Islandia

Islandzkie upały

Islandzkie lato

Zaprawdę, dziwna jest Islandia w tym roku. Deszcz do tej pory widzieliśmy dwa razy: przez kwadrans kapał na nas w Dolinie Ognia i wczoraj przez kilka minut jechaliśmy oglądając krople na szybie. Poza tym słoneczko i chmurki, niekiedy samo słoneczko. Widział kto kiedy taką pogodę na Islandii? Do tego, owszem, trochę wieje, ale co to za wiatr? Jak wieje, to nawet ptaki latają w dowolną stronę, a nie tylko z wiatrem.

W trakcie pleneru na Thorsmork połowa grupy się przypaliła, a druga połowa była zapobiegliwa i posmarowała się kremami chroniącymi przed UV. Przy wodospadzie Fagrifoss wzdychaliśmy za wiatrem, bo jak nie wieje, to obłaziły nas meszki. Na szczęście tutejsze meszki tylko denerwują, a nie gryzą, jak szkockie.

Islandzki wodospad

Witek, nasz przewodnik, chodzi od początku w sandałach i krótkich spodenkach, a jak już naprawdę wieje, to na t-shirta zakłada bluzę. Na początku patrzyłem na niego podejrzliwie, ostatnio coraz bardziej zazdroszczę krótkich spodenek.

Thorsmork, Islandia

Wodospady i Dolina Ognia

 

Eldgja, Islandia

O ile dojazd do kolorowych wzgórz Landmannalaugar był nieco skomplikowany, to wczorajsza wizyta w „Dolinie Ognia” – Eldgja – przypominała momentami rodeo, w trakcie którego droga bardzo starała się zrzucić z siebie autobus. Oprócz spektakularnych podjazdów i jeszcze bardziej efektownych zjazdów forsowaliśmy też strumienie i sprawdzaliśmy nośność drewnianych mostków. Po dojechaniu na miejsce Witek, który na tym odcinku był kierowcą, dostał brawa od uczestników fotowyprawy. Brawa chyba mu się spodobały, bo z powrotem jechał jeszcze szybciej. 🙂

W dolinie Eldgja po raz pierwszy też na tej fotowyprawie spotkaliśmy deszcz. Deszcz towarzyszył nam przez pierwsze 20 minut marszu, a później sobie poszedł. Jak na razie pogoda na Islandii jest mało islandzka: dużo słońca, jakieś pierzaste obłoczki, a o deszczu to słychać doniesienia z Polski.

W samej dolinie Eldgja, która jest mało typowym wulkanem, oprócz spektakularnych widoków, przypominających nieco szkockie Glen Coe, warto zwrócić uwagę na wodospad Ofaerufoss. Właściwie to trudno go przeoczyć, bo w trzech szerokich kaskadach spada z brzegu doliny. Dzień bez wodospadu jest dniem straconym – chyba że spędzi się go wśród kolorowych wzgórz.

Ofaerufoss, Islandia

Ponieważ przedwczoraj też nie było kolorowych wzgórz, więc musiał być wodospad. Tym razem był to Brúarfoss – jakieś 3 metry wysokości i może ze 20 metrów szerokości. Jak na standardy islandzkie – maleństwo. Ale jakie śliczne maleństwo! Nie miał jednego nurtu, lecz mnóstwo małych kaskad i strumyczków, które tworzyły wodną mozaikę wśród głazów niewysokiego progu. Do tego przy odrobinie zręczności dało się suchą nogą wleźć niemal pod środkową część kaskad. Efekt? Ta miniaturka wodospadu wchłonęła grupę na trzy godziny.

Bruarfoss, Islandia

Wszystkie kolory Landmannalaugar

Landmannalaugar, Islandia

Wczoraj był dzień bez wodospadów, za to z ósmym cudem świata. Owszem, Islandia jest niesamowita, ale Landmannalaugar to niesamowitość wśród niesamowitości. Kolorowe wzgórza jak pomalowane – i jeszcze elegancko przykryte łatami śniegu. Nie jedną łatą, ale pięknym i regularnym wzorem, że trudno byłoby to zaprojektować lepiej. Tymczasem tego nikt nie projektował – to po prostu wulkaniczne wzgórza ze śniegiem, który pozostał na nich od zimy.

Zanim ruszyliśmy do Landmannalaugar, był też moment niepewności. Ten obszar nie jest łatwo dostępny i drogi dojazdowe są zamykane na okres zimy, ale też wiosny – ze względu na roztopy i wysoki poziom wody w rzekach i strumieniach. Jeszcze na dzień przed naszą wizytą drogi dojazdowe były zamknięte… Jak widać wszystko się dobrze skończyło, wody zeszły, drogi otwarto i grupa fotowyprawowa z dużym entuzjazmem rozeszła się po okolicznych szlakach. A jest tutaj gdzie chodzić! Ja zrobiłem tylko 13-kilometrowy spacer, co jak na 7-godzinną sesję oznacza dość żółwią średnią prędkość, ale jak to na fotowyprawie: chodzi się, żeby fotografować i tylko tyle, ile potrzebne, żeby dojść w ładny plener. A że ładne plenery były dookoła, to i nie było powodów do dalekich trekingów. Zresztą na fotowyprawach nie ma trekingów – każdy chodzi, ile uznaje za konieczne, żeby postawić statyw w fotogennym miejscu. To pęd za widokami gna, a nie okrutny przewodnik. 🙂

Landmannalaugar, Islandia

Mimo imponujących płatów śniegu na wzgórzach, w Landmannalaugar było ciepło, a przy podejściach pod górę nawet bardzo ciepło. Tutaj, podobnie jak w Toskanii, najfajniejsze widoki są ze szczytów wzgórz, tylko – inaczej niż w Toskanii – trzeba się na nie samemu wdrapać. Ale przynajmniej od razu widać, po co człowiek przez pół godziny lazł pod górę.

Landmannalaugar, Islandia

 

Zabawy z wodą

Haifoss, Islandia

Po raz trzeci dotarliśmy z fotowyprawą na Islandię, ale tym razem to całkiem inny kawałek Islandii. Jesteśmy w islandzkim interiorze, fotografując miejsca niedostępne podczas przejazdu wzdłuż wybrzeża. Zaczęliśmy od małych wodospadów w dolinie Gjain, a skończyliśmy na wodospadzie Haifoss – drugim najwyższym wodospadzie Islandii. Ten ostatni obejrzeliśmy zarówno z góry, jak i z jego podstawy, co wymagało zejścia prawie 200 metrów w dół, a później, niestety, powrotu tą samą drogą. Wodospad Haifoss z góry – u góry.

Niżej jeden z niewielkich wodospadów w dolinie Gjain. Zdjęcia oczywiście się różnią – i nie jest trudno stwierdzić, czym się różnią. Pytanie – który wariant jest najbliższy temu, jak postrzegamy świat? I drugie pytanie: który efekt jest najmniej ciekawy?

Dolina Gjain, Islandia

Dolina Gjain, Islandia

Dolina Gjain, Islandia