Dwanaście lat minęło

Jesień w Toskanii

Od jakiegoż to wydarzenia, czy wiecie? Pewnie nie, bo kto by tam pamiętał o takich rzeczach.

27 września 2004 Adobe przedstawiło format DNG oraz program DNG Converter, służący do przerabiania dowolnych RAW-ów na ten otwarty format, powszechnie przyjęty i stosowany w aparatach wszystkich marek, który wreszcie zakończył bałagan panujący wcześniej w formatach zapisu cyfrowych fotografii.

Ekhem. W sumie to takie były zapowiedzi Adobe dwanaście lat temu, ale rzeczywistość jakoś nie chciała się do nich dostosować. DNG nie upowszechniło się w aparatach – na palcach można policzyć cyfrówki, które zapisują RAW-y w tym formacie, i nie ma wśród nich produktów najpopularniejszych marek. Canon, Nikon i Sony zgodnie zignorowały pomysł Adobe. Część użytkowników Lightrooma konwertuje swoje pliki do DNG przy imporcie, niektóre aparaty niszowych firm mają możliwość zapisu DNG – i to tyle.

Po dwunastu latach Adobe chyba się już zorientowało, że świata swoim DNG nie zawojuje. Jednak po szumnych zapowiedziach, że będzie on wieczny, pewny, niezależny od humorów producentów – porzucić go bez poważnego uszczerbku na wiarygodności nie może. Zaczyna się też chyba orientować, że darmowy DNG Converter, który miał być narzędziem do zdobywania rynku dla nowego formatu, służy użytkownikom głównie do unikania płacenia za aktualizacje własnych programów Adobe. Posiadacze nowych aparatów, z RAW-ami nieobsługiwanymi przez starego Lightrooma czy Photoshopa, korzystają z Convertera, żeby przerobić swoje RAW-y na format obsługiwany przez dotychczasowe oprogramowanie. Podobnie jak samego formatu, Convertera jednak też nie wypada porzucić. I owszem, jest on wciąż aktualizowany – ostatnio nawet w tym miesiącu – ale na stronie Adobe jest dobrze schowany. Praktycznie nie sposób go znaleźć bez wyszukiwarki, a żeby jej użyć, trzeba pamiętać nazwę programu. Nawet na liście wszystkich programów Adobe, która coraz bardziej przypomina tablicę Mendelejewa, DNG Converter nie figuruje, co widać na zrzucie poniżej.

Co będzie dalej z DNG? Podejrzewam, że DNG Converter będzie chowany coraz lepiej, aż w końcu nawet Google go nie znajdzie. Natomiast jego funkcjonalność zostanie zachowana w Lightroomie, żeby poprzez DNG tym mocniej przywiązać użytkowników do programów Adobe. Czy moja przepowiednia się sprawdzi? O tym napiszę za następne dwanaście lat.

adobe_aplikacje

P.S. Coś dla osób ciekawych Islandii: tutaj można obejrzeć film, który nakręcił na tej pięknej wyspie jeden z uczestników ostatniej fotowyprawy. Miłego oglądania!

Toskańskie odkrycia

cyprysy we mgle, Toskania

Za nami ósma fotowyprawa do Toskanii. Pogoda dopisała rewelacyjnie, nawet mimo krótkiego, ale intensywnego deszczu w trakcie sesji pod cyprysami, a także nieco mokrego pleneru w Civita di Bagnoregio. Światło było bardzo ładne podczas wszystkich porannych i wieczornych sesji, momentami spektakularne, a dodatkowo niekiedy mieliśmy eleganckie mgiełki. Znane miejsca pokazały się z nieco innej niż wcześniej strony – nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki i nie wraca się na ten sam plener.

Znaleźliśmy też nieco nieznanych wcześniej perełek, jak elegancką aleję cyprysów koło willi Belvedere (przez chwilę w efektownej mgle), czy Fonti Medievali – znajdującą się w dolnej części San Gimignano czternastowieczną fontannę i… pralnię w formie zbiorników schowanych pod rzędami łuków.

Fonti Medievali, San Gimignano, Toskania

Toskania jest zawsze dość wyczerpującą fotowyprawą – za sprawą prawie codziennych wyjazdów na wschody słońca (często przed 6 rano) oraz wieczornych sesji dyskusyjnych, które kończą się niekiedy po północy. Łagodny klimat, dobra kuchnia i krótkie przejazdy na miejscu łagodzą niedogodności, ale jednocześnie czasu na sen nie jest zbyt wiele, a to daje w kość – zwłaszcza pod koniec tygodnia. Uczestnicy mogą sobie niektóre plenery odpuścić i się wyspać (a później żałować, że jednak nie pojechali), my odpuszczać sobie nie możemy. Tym razem nam czas na sen zjadały dodatkowo zajęcia związane z uruchomieniem nowej odsłony portalu dfv.pl. Ale przeżyliśmy i wracamy w przyszłym roku!

Na wiosenną i jesienną fotowyprawę do Toskanii można się już zapisywać w Horyzontach:

http://www.horyzonty.pl/oferta/fotowyprawy/wycieczka_fotograficzna_wlochy_toskania

Zapraszamy!

troje o wschodzie, Toskania

PS. W Toskanii minęły nam szóste urodziny bloga. Szczerze mówiąc zapomnieliśmy świętować tę rocznicę, ale co się odwlecze… to nie ucieknie przed toastem toskańskim Vinsanto.

O wieżach i duchach

ratusz w Sienie, Toskania

W Toskanii fantastycznych, kamiennych wież nie brakuje i na wiele z nich można wejść. Choć na wieżę wejść trudniej niż stanąć pod nią, to już z fotografowaniem jest odwrotnie. Z wieży łatwiej znaleźć czystą, elegancką kompozycję niż stojąc u jej stóp i próbując ująć w kadrze także podstawę. Dolna część wieży wprawdzie nie ucieka i nie wykonuje uników, ale i tak często jej nie widać – bo przesłaniają ją spacerujący turyści. W takim na przykład San Gimignano, mieście znanym z tego, że jak Amerykanie chcieli mieć podobne, to im wyszedł Manhattan, także liczba ludzi na ulicy przypomina Broadway. No i jak się ich pozbyć?

uliczki San Gimignano, Toskania

Najbardziej humanitarną metodą jest użycie filtra szarego. Statyw, filtr szary o gęstości ND1000 lub ND2000, tryb Bulb, wężyk i już zredukowaliśmy kotłujący się tłum do kłębu duchów. Operacja zajęła 200-300 sekund i pozwoliła odzyskać dla zdjęcia sporą część chodnika. Nie całość, niestety, bo o ile osoby przechodzące blisko aparatu, a nawet paradujące przed obiektywem, znikały przy tak długich ekspozycjach bez śladu, to w oddali mamy wielką kumulację turystów, zza których ani na chwilę nie wyłonił się nawet kawałek bruku.

uliczki San Gimignano, Toskania

Największym niebezpieczeństwem przy takich ujęciach są… ci właśnie turyści, których próbujemy się pozbyć. Łażą nie tylko pod wieżami, ale też wokół statywu. Trzeba więc trójnóg osłaniać własnym ciałem, żeby żaden rozgadany przechodzień w niego nie wlazł.

Jest jeszcze inny sposób fotografowania wież bez obecności ludzi. Można skierować obiektyw do góry – tak jak na zdjęciu z wnętrza ratusza w Sienie.

Nasza fotowyprawa dobiega końca, w sobotę jedziemy do Arezzo, a stamtąd już z powrotem do Polski.

W kamiennym kręgu kamiennych miast

Uliczki Pitigliano

Dzisiaj zmiana nastroju: pojechaliśmy na południe Toskanii. W regiony dziksze, surowsze, mniej uczęszczane przez turystów. W krainę kamiennych miast na skałach.

Skały, jak to skały – słabo się rozciągają. W rezultacie miasteczka takie jak Pitigliano to labirynt uliczek tak wąskich, że dotykanie rękami obu ścian jednocześnie to nic nadzwyczajnego. Ciasna zabudowa to też ściśnięte domy, stąd w stromych, wijących się uliczkach drzwi kolejnych mieszkań znajdują się dosłownie co kilka kroków. A czasem wręcz co krok. Drzwi, schodki na piętro, znowu drzwi, schodki – większy kawałek pustej ściany to coś, co się prawie że nie zdarza.

Jeżdżąc po Pitigliano

W tej ciasnocie wciąż mieszkają ludzie, i ci ludzie potrzebują czasem gdzieś pojechać. W kamiennych miastach można spotkać fantastyczne dzieła motoryzacji: oryginalne, a przede wszystkim małe, bo samochodem normalnej wielkości przejechać by się nie dało. Skuterki, trójkołowe samochodziki z naczepką na bagaż (bo w kabinie zmieści się tylko człowiek), a czasem nawet motocykle z przyczepką. Wszystko to w przeróżnych kolorach, świadczących o polocie właścicieli tych cudeniek. Surowość kamienia i krągłe linie Vespy – to zestawienie, któremu fotograf nie może się oprzeć.

Jeżdżąc po Pitigliano

Kraina mgłą i winem płynąca

Świt w Val d'Orcia

Deszcze przelatujące tu i ówdzie przez Toskanię mają pewien bardzo fotogeniczny skutek uboczny: po nocnym lub wieczornym deszczu, rano pojawia się mgła. Oba toskańskie poranki były cudownie mgliste, a przy tym delikatnie słoneczne. Wszystkie trzy zamieszczone tu zdjęcia pochodzą z dzisiejszej sesji świtańcowej. Mgła kłębiła się, przelewała, podnosiła z jednej strony, a jednocześnie opadała z drugiej. A potem odwrotnie. Wystarczyło chwilę poczekać, a nowe kształty, smugi i zawijasy pojawiały się i znikały. Właściwie, to nawet nie dało się wykorzystać całego potencjału lokacji: można było wciąż robić nowe kadry, stojąc ciągle w tym samym miejscu i patrząc w tę samą stronę. A gdzie strona druga, trzecia i pozostałe? Na szczęście, była nas tam cała grupa, więc żadna smuga mgły nie poszła na marne, bo każda strona świata miała szansę się znaleźć na czyimś zdjęciu.

Świt w Val d'Orcia

A potem było Montepulciano, a w nim słynne piwnice z winem. Zaiste, Toskania to błogosławiona kraina.

Świt w Val d'Orcia

Toskania na mokro

Cyprysy o zachodzie, Toskania

Nasza ósma fotowyprawa do Toskanii zaczęła się bardzo interesująco. Jeszcze w Bolonii, czyli na pierwszym, rozgrzewkowym plenerze po długiej podróży, nic nie wskazywało, że będzie inaczej niż zwykle. Dojeżdżając jednak do hotelu w Chianciano Terme kilka razy przejeżdżaliśmy przez ulewę, co nie jest typową wrześniową pogodą. Padało także wieczorem, ale pierwszy poranny plener, czyli sesja nad willą Belvedere, był bezdeszczowy, aczkolwiek solidnie (choć nieprzesadnie) mglisty. Sesje w Pienzy oraz w klasztorze Monte Oliveto Maggiore również przebiegły gładko. Za to wieczorny plener pod cyprysami był jedyny w swoim rodzaju.

Gdy dojeżdżaliśmy pod cyprysy, trochę padało, ale szybko przestało. Później znowu chwilę kropiło, a po rozjaśnieniu… nastąpiło oberwanie chmury. Oberwanie chmury nie kolidowało jednak wcale z przejaśnieniem – ci uczestnicy fotowyprawy, którzy nie uciekli do autobusu, fotografowali w strumieniach wody i ostrym, bocznym słońcu jednocześnie. Warunki były, oględnie mówiąc, nietypowe. Fotografowanie najbardziej utrudniał nie sam deszcz, ale fakt, że padał lekko skośnie od strony słońca, przez co akurat w tę stronę trudno było skierować obiektyw tak, aby przednia soczewka nie pokryła się kroplami wody. Nawet głębokie osłony przeciwsłoneczne niezbyt pomagały, bo krople wody odbijały się od wnętrza osłon i tworzyły flarogenne plamy na przednich soczewkach obiektywów.

Dziewczyna w deszczu, Toskania

Na kilka minut przed zachodem słońca przestało lać, a ostatnim chwilom dnia towarzyszyły wściekle kolorowe obłoki. Drugi dzień fotowyprawy nie uszedł nam na sucho. A niektórzy deszczu się nie zlękli.

PS. Na wtorkowy wieczór można sobie przygotować lampkę wina i zerknąć na dfv.pl. I mamy nadzieję, że będzie tam coś widać. 🙂

Fotografie na tę chwilę

  • Śnieg i azalie

    Śnieg i azalie

  • Wrzosowe niebo

    Wrzosowe niebo

  • W sieneńskiej katedrze

    W sieneńskiej katedrze

  • Książ: Detal

    Książ: Detal

  • Wrzosowa Kraina

    Wrzosowa Kraina

  • Lalibela, kościół widziany z poziomu ziemi

    Lalibela, kościół widziany z poziomu ziemi

  • Lalibela

    Lalibela

  • Odpoczynek wielbłąda

    Odpoczynek wielbłąda

  • Wenecja o świcie

    Wenecja o świcie

  • Kamienie Elafonissi

    Kamienie Elafonissi

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

Canon EOS M5: przyszedł gajowy?

Hellnar, Islandia

W opowieści partyzanta, w starym dowcipie, najpierw partyzanci wyparli Niemców z lasu, później faszyści kontratakowali, a na końcu przyszedł gajowy i pogonił z lasu obie grupy. Wygląda na to, że w rolę gajowego wszedł Canon i zabrał się za porządki na rynku bezlusterkowców.

EOS M5 raczej nie jest bezdyskusyjnie najlepszym bezlusterkowcem na rynku. Nawet bardzo dyskusyjnie nie jest najlepszy. Zapowiada się jednak na całkiem przyzwoity aparat, a to znacznie więcej, niż dałoby się powiedzieć o wcześniejszych bezlusterkowcach Canona. Po raz pierwszy w systemie M mamy wbudowany wizjer elektroniczny, sensowne sterowanie (cztery pokrętła, w tym jedno dedykowane korekcji ekspozycji), programowalne tryby C1 i C2 (!), odchylany wyświetlacz (wprawdzie z dziwnym zakresem ruchu), DualPixel na matrycy do ustawiania ostrości metodą detekcji fazy, Wi-Fi, NFC i Bluetooth. Nic rewolucyjnego (choć wspomaganie panoramowania przez dobieranie czasu do ruchu aparatu zapowiada się ciekawie), ale solidne skrócenie dystansu do bezlusterkowej konkurencji. Tylko że takie skrócenie dystansu może Canonowi w zupełności wystarczyć.

Dettifoss, Islandia

Dawno temu, w głębokich czasach analogowych, Canon miał nieco ponad 40% rynku lustrzanek, Nikon – nieco ponad 30%, a na trzecim miejscu kręciła się Minolta z udziałami w okolicy 15%. Nastąpiła cyfrowa rewolucja, lustrzanki analogowe zostały zastąpione przez lustrzanki cyfrowe, a na rynku zmieniło się jedynie to, że Minoltę przejęło Sony – i przejęło też ten sam kawałek tortu. Później pojawiły się bezlusterkowce i obecnie… nadal nic się nie zmieniło. No, prawie nic. Canon: 50%, Nikon – 30%, Sony – ok. 15% – wszystko odnosi się do całej oferty aparatów z wymienną optyką, czyli lustrzanek i bezlusterkowców razem. Jeszcze ciekawiej – wyniki za ostatni kwartał wskazują, że wśród bezlusterkowców Canon wyszedł na drugie miejsce, ustępując tylko Sony. I to dotychczasowymi „M-kami”, projektowanymi na odwal się.

Czy EOS M5 zaorze rynek bezlusterkowców? Owszem. Nie dlatego, że to taki super aparat, tylko dlatego, że jest wystarczająco dobry i że to Canon. Dominacja tej firmy na rynku nie wynika z tego, że ma najlepsze aparaty, tylko że ma sprawną dystrybucję, dobry marketing i do tego niezłe aparaty. Od teraz ma niezłego bezlusterkowca. To wystarczy, żeby zostać gajowym w tym lesie.

Zdjęcia powyżej z cyklu „Islandia jednego człowieka”.

Nowy aparat to nie wszystko

Toskański świt jesienią

A dokładniej mówiąc: zakup nowego aparatu wiąże się często – za często – z dodatkowymi wydatkami. W przypadku wspomnianego poprzednio aparatu w telefonie, może to być wydatek na większą kieszeń (dosłownie). Natomiast jeśli chodzi o poważniejsze aparaty, to może się okazać, że wraz z nabyciem nowego sprzęta trzeba będzie… zmienić program do wywoływania RAW-ów. Od czasu do czasu dostaję maile, których treść można streścić jako „Mam nowy aparat, a mój Lightroom (czy co tam akurat) nie czyta RAW-ów z niego, co robić?” No niestety, odkąd Adobe promuje swój system subskrypcyjny, to już zupełnie się nie szczypie ze wsparciem dla starszego oprogramowania – programy widzą RAW-y tylko z tych aparatów, które są starsze niż program. Nie, żeby wcześniej było z tym dużo lepiej, ale czasem się jednak jakieś uaktualnienia zdarzały.

Sklepik w Montepulciano

Co więc robić, gdy stary program nie lubi się z nowym aparatem? Wyjść jest kilka. Można oczywiście uaktualnić program. Można też, przynajmniej w przypadku Adobe, skorzystać z darmowego DNG Convertera, by tymczasowo „wywołać” nowe RAW-y do formatu DNG, który będzie czytany przez stary program. Trochę to naokoło, ale działa. Kolejnym wyjściem jest zaprzyjaźnienie się z niezależnymi rawerami, jak na przykład wskrzeszony niedawno LightZone. No i wreszcie, można skorzystać z oprogramowania dostarczonego z aparatem – jakieś na pewno jest, natomiast co do jego jakości i ergonomii się lepiej nie wypowiem.

Na samej górze fotografia stworzona z trzech JPEG-ów przy użyciu nowego SNS-HDR (nie, żeby stary miał jakiś problem z czytaniem nowych JPEG-ów 😉 ), na dole środkowy z tych JPEG-ów, a tutaj ogłoszenie: będą kolejne, szóste już warsztaty z edycji zdjęć „Od RAW-a do pięknej fotografii”. Z powodu dużej liczby zgłoszeń są dwa terminy: 25-27 listopada (tu już nie ma miejsc) oraz 2-4 grudnia (tu jeszcze miejsca są). Obie edycje odbywają się w Warszawie. Zapraszam serdecznie.

składowa do HDR

PS. Zwolniło się jedno miejsce na październikową fotowyprawę do Andaluzji, zapraszamy!

iPhone 7 Plus – marzenie o dużej matrycy

Odpoczynek w Chani

Jednym z hitów najnowszego iPhone’a ma być symulowane rozmycie drugiego planu. Co to nam mówi o rynku sprzętu fotograficznego?

Trzeba przyznać, że Apple zadało sobie sporo trudu, żeby uzyskać to, co bez problemu da się zrobić dowolną lustrzanką lub bezlusterkowcem, ale nie da się smartfonem, czyli gładkie rozmycie obszarów poza głębią ostrości. Jedna z odmian najnowszego iPhone’a – wersja 7 Plus – ma wbudowane dwa aparaty fotograficzne, których obiektywy są nieco (ale tylko nieco) rozsunięte. Oba wyposażone są w typowo smartfonowe matryce, czyli na prawdziwe operowanie głębią ostrości nie pozwalają prawa fizyki. Jednak jeden z tych aparatów ma obiektyw o kącie widzenia odpowiadającym ogniskowej 28 mm na pełnej klatce (a faktycznie to ogniskowa 4 mm), natomiast drugi uzbrojono w obiektyw będący odpowiednikiem pełnoklatkowego obiektywu 56 mm (czyli tutaj to naprawdę niespełna 8 mm). Nawet jednak tym „teleobiektywem” (choć 56 mm na pełnej klatce to żadne tele), mimo fizycznej przysłony f/2.8 nijak tła się nie da rozmyć – w połączeniu z mikroskopijną matrycą mamy bowiem głębię ostrości jak przy pełnoklatkowym f/16. Co więc zrobiło Apple? Wykorzystuje obrazy z obu aparatów, aby dzięki przesunięciu ustalić, co jest pierwszym planem, a co nim nie jest, a następnie programowo rozmydlić wszystko, co z tyłu.

Jak to działa, można obejrzeć na applowskich przykładach. Moim zdaniem działa średnio i to nawet na starannie dobranych ujęciach, gdzie mamy ciasny portret, a drugi plan bardzo, bardzo odległy. Tymczasem w praktyce mamy często nie dwa wyraźnie rozdzielone plany, ale tych planów znacznie więcej. I wówczas nieostrość też jest stopniowa, płynnie przechodząc od lekkiego zmiękczenia konturów do abstrakcyjnego układu barwnych plam. Żeby jednak coś takiego uzyskać, nie wystarczą dwa, nieco przesunięte względem siebie zdjęcia, ale potrzebna byłaby dokładna trójwymiarowa mapa sceny, na podstawie której można byłoby niektóre elementy bardziej rozmywać, a inne mniej.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że Apple się zdecydowało na taką funkcję. Ta firma wyraźnie jest przekonana, że dla laika rozmycie tła jest tak atrakcyjne, że warto kombinować z wbudowywaniem w smartfona dwóch aparatów. Dotąd słyszałem opinie, że dla normalnego człowieka (znaczy: nie będącego maniakalnym fotografem) dobre zdjęcie to takie, na którym jest wszystko ostre. Apple twierdzi co innego: dla masowego konsumenta płytka głębia ostrości jest super i dzięki niej iPhone 7 Plus będzie się lepiej sprzedawał. Ciekawe, czy ma rację? Jeśli tak, to otwiera się pole do popisu dla producentów aparatów z większymi matrycami, którzy bez problemu mogą pokazać, że ich sprzętem da się uzyskać znacznie fajniejszy efekt niż ten symulowany przez iPhone’y. Szczerze mówiąc nigdy nie rozumiałem, dlaczego producenci aparatów nie próbowali odzyskiwać „smarfonowców” epatując bokehami.

Na górze symulacja iPhone’a 7 Plus za pomocą obiektywu 85/1.8 przy przysłonie f/2.2. Zwracam uwagę na murek i sposób, w jaki od ostrości przechodzi on do rozmycia.

PS. Na dfv.pl nadal prace trwają i jeszcze potrwają. Proszę nie wstrzymywać oddechu! 😉

Nowy serwis dfv.pl za 3, 2, 1…

DFV.pl profil użytkownika

Doczekaliśmy historycznej chwili, gdy dotychczasowy, pamiętający wojny punickie, a może nawet Wielki Wybuch, serwis internetowy www.dfv.pl zostanie zastąpiony przez znacznie nowszą, wygodniejszą, bardziej funkcjonalną i ładniejszą wersję. Krótko mówiąc – będzie lepiej pod każdym względem.

Ale zanim będzie lepiej, musi być gorzej. Na czas zmian serwisu dfv.pl w ogóle nie będzie (za wyjątkiem planszy prezentującej nasz zespół przygotowujący nowy portal podczas ciężkiej pracy) i ten czas nieistnienia potrwa kilka dni. Planowany czas rozpoczęcia rewolucyjnych zmian to piątek 9 września 2016 w samo południe, czyli o godzinie 12.00. Zdajemy sobie sprawę, że jeszcze żaden plan nie przeżył pierwszego kontaktu z rzeczywistością, więc niewykluczone, że podane tu terminy mogą ulec zmianie.

Co istotne, do nowego serwisu będzie się można zalogować za pomocą dotąd używanego loginu i hasła. A gdy się już zalogujemy, to będą na nas czekały nasze zdjęcia, a także wystawione oraz otrzymane komentarze, a na forum – tysiące dyskusji, jakie dotąd toczyły się na dfv.pl. Do nowego serwisu przeniesione zostaną zdjęcia użytkowników, komentarze do zdjęć oraz dyskusje z forum.

DFV.pl albumy użytkownika

Nie zobaczycie natomiast ocen pod zdjęciami – tutaj mamy wielki reset, a także nowy system oceny zdjęć. Sam system jest bardzo interesujący i ma różne niuanse, ale o tym kiedy indziej. Istotne, że będzie okazja świeżym okiem spojrzeć na kiedyś ocenione zdjęcia i ocenić je ponownie.

Co nowego w nowym dfv.pl? Mnóstwo! Ale zacząć muszę od albumów. Teraz Wasze zdjęcia nie będą zgrupowane w jednym miejscu, ale będzie je można podzielić między własne albumy – tematycznie, chronologicznie, wydarzeniami, jak kto woli. Pierwszy swój album każdy znajdzie w swoim profilu – tam będą umieszczone wszystkie dotychczasowe zdjęcia, jakie wrzuciliście do serwisu. Jest bardzo prawdopodobne, że do tego pierwszego albumu już nie da się dodać nowego zdjęcia. Limit zdjęć na jeden album to 100 sztuk – następne trzeba dodawać do nowego albumu. Jeśli w domyślnym, pierwszym albumie macie więcej niż 100 zdjęć, to żeby do niego dodać nowe zdjęcie, trzeba dotychczasowe skasować lub przenieść do nowego albumu. Właśnie! Można będzie tworzyć własne albumy oraz przenosić swoje fotografie między albumami. Dzięki temu łatwiej będzie uporządkować swoją kolekcję fotografii.

Atrakcji będzie więcej i postaramy się je stopniowo opisywać, żeby ułatwić korzystanie z nowego dfv.pl i wszystkich jego atrakcji. A na razie prosimy o cierpliwość.

Tym razem wyjątkowo zamiast zdjęć – zrzuty ekranu pokazujące wygląd nowego serwisu. Ale ten wygląd to też rzecz chwilowa – będzie ewoluować.

Każdy znajduje to, czego szuka

Poranek w Hallstatt

Nadchodzi jesień, pora pięknych kolorów – czas się wybrać na zdjęcia! I tu zaczyna się marudzenie, zwykle oparte na jednej z dwóch myśli przewodnich. Pierwsza: „Na wyjazdy nie mam czasu/pieniędzy, a koło mnie nic ciekawego nie ma”. Druga, przeciwna, rodzi się, gdy się już gdzieś pojedzie: „Tu już tyle zdjęć zrobiono, że co by nie kombinować, będzie banalnie i pocztówkowo”.

Zwykło się powtarzać, że to nie aparat robi zdjęcia. Skoro nie aparat, to chyba tym bardziej nie robi ich lokacja? Zgadza się, zdjęcia robi fotograf. Siłą rzeczy, robi je tam, gdzie akurat przebywa – trudno robić zdjęcia zaocznie. Czy będzie to park osiedlowy, czy narodowy, wszędzie da się znaleźć temat do fotografowania, tylko uwaga: trzeba go poszukać. A każdy znajduje to, czego szuka. Lubisz barwne motywy? Na pewno gdzieś są. Mocne linie? Spokojne kompozycje? Bajkowe kadry? Na pewno znajdziesz, trzeba tylko poszukać.

Na dowód, że to nie miejscówka robi zdjęcia, zamieszczam dwa kadry zrobione z tego samego miejsca, w odstępie kilku minut. Jeden przedstawia miasteczko jak z bajki, w mocnych kolorach i z detalami. Drugi to nastrojowy obrazek z łodzią na spokojnej wodzie. Jak widać, w „pocztówkowym” miejscu też da się ustrzelić coś niepocztówkowego i nieważne, że z tego samego chodnika zrobiono już setki kadrów.

Na koniec pozwólcie, że zwrócę jeszcze uwagę na pewną niepokojącą implikację tytułowej tezy: Skoro każdy znajduje to, czego szuka, to trzeba uważać. Bo jeśli się nie szuka niczego, to istnieje poważne niebezpieczeństwo, że się niczego nie znajdzie i z niczym zostanie.

Świtem na Jeziorze Hallstadzkim

P.S. Nowy FotoPlus jest już do pobrania, a niedługo będzie też w kioskach.

P.P.S. Zapraszamy na zimową fotowyprawę na Lofoty! Chyba są jeszcze wolne miejsca…

HDR po nowemu

Hallgrímskirkja, Reykjavik

Wygląda na to, że nie tylko producenci sprzętu szykują się na Photokinę. Kilka dni temu pojawił się oficjalnie nowy SNS-HDR – z ulepszonymi algorytmami, większymi możliwościami regulacji wszystkich wszystkości, no i last but not least, szybszy niż poprzednia wersja.

Obecna wersja nosi numer 2.0.1 i wczytuje zdjęcia trochę ponad dwa razy szybciej niż poprzednia: u mnie wczytanie trzech tych samych plików trwa teraz około 30 sekund, kontra ponad minuta na wersji 1.4. Odświeżanie wyświetlania po zmianie parametrów jest nadal natychmiastowe, więc trudno zmierzyć, czy jest szybciej czy nie. No ale szybkość to nie wszystko, a nawet nie to co najważniejsze – przede wszystkim mamy teraz do dyspozycji całe mnóstwo nowych możliwości edycyjnych. Rozrosła się paleta kolorów: oprócz regulacji temperatury i tinty mamy też tradycyjne suwaki RGB, oprócz nasycenia pojawiła się też intensywność – a wszystko to osobno dla świateł i cieni, więc można sobie np. ocieplić i dokolorować same cienie. Jest też kroplomierz do ustalania barwy w konkretnym miejscu i do ewentualnego dopasowania balansu bieli do tego miejsca. Tego mi poprzednio bardzo brakowało: możliwości zobaczenia, jaki jest dokładnie kolor tej czy tamtej rzeczy. Metoda „na oko” bywa bowiem bardzo zawodna. Teraz jest to rozwiązane bardzo elegancko.

Paleta do regulacji jasności i kontrastu rozpadła się na dwie części: podstawową i zaawansowaną. W tej pierwszej mamy normalne suwaczki, przy czym mamy ich więcej niż poprzednio, co sprawia, że… do zaawansowanej można zaglądać rzadko. Jasność i kontrast osobno świateł, cieni oraz tonów średnich ustawia się bowiem w podstawowej. To co jest w tej zaawansowanej? Kontrast miejscowy, detale, intensywność wyrównywania oświetlenia, tego typu rzeczy. Ale przede wszystkim bardzo kolorowo jest, bo do ustawiania tego wszystkiego mamy krzywe na barwnych polach – co oznacza, że każdą zmianę można ograniczyć do wybranego koloru… albo do wybranej jasności, bo pojawił się przełącznik „L” – jak Lightness, czyli jasność. W cieniach więcej detali w brązach, a w światłach gładszy niebieski? Nie ma sprawy.

No i maski są nowe… ha, to są takie maski, że nic tylko maskować. Pędzlem, gradientem, z uwzględnieniem barwy albo nie. Albo z uwzględnieniem takim mniej więcej. Jak zaznaczyć precyzyjnie same witraże? Albo np. samą górę, bez nieba? Machnąć po nich pędzlem i już. Bajka. No i przypominam, że na fragmentach zaznaczonych działają wszystkie, ale to wszystkie narzędzia i suwaki. Nie to co w Lightroomie. Żeby się tu za długo nie rozwodzić, podsumuję pokrótce plusy i minusy nowej wersji SNS-HDR:

Minusy: nie ma odszumiania, usuwania aberracji chromatycznych ani polskiej wersji. Wszystko to jest przewidziane na czas późniejszy.

Plusy: Szybkość, przyjazny interfejs, wykorzystanie prawego przycisku myszki do wielu pożytecznych działań, regulacja parametrów w zależności od barwy i jasności, krzywe tonalne do (prawie) wszystkiego, no i inteligentne maski, dzięki którym zaznaczanie idzie jak z płatka. No i jeszcze jedna ważna rzecz: dla dotychczasowych użytkowników aktualizacja jest za darmo.

Więcej w zanastępnym (bo następny się już drukuje) numerze najlepszego polskiego czasopisma fotograficznego 😉 oraz w najbliższym czasie w moim HDR od H do R – dam znać kiedy skończę jego aktualizację.

Oba zdjęcia tutaj złożone oczywiście nowym SNS-HDR, a zrobione na tegorocznej fotowyprawie islandzkiej. Na górze kościół Hallgrímskirkja w Reykjaviku, na dole kolejne wcielenie góry Kirkjufell.

A z tą Photokiną to był żart.

Kirkjufell i chmura. Islandia

5D Mark IV: Canon czuje się świetnie

Spod wodospadu, Islandia

Specyfikacja nowego Canona 5D w wersji IV mówi całkiem sporo o kondycji rynku fotograficznego, a zwłaszcza o samopoczuciu jego lidera. Sprzedaż aparatów spada, większość firm je produkujących ma problemy z dochodowością, ale Canon pozostaje numerem 1 i wyraźnie nie czuje oddechu konkurentów na plecach. Samozadowolenie promieniuje ze specyfikacji 5D Mark IV.

Czy coś jest nie tak z tym aparatem? To głównie zależy, czego kto oczekiwał po następcy 5D Mark III. Czekający na rewolucję będą zawiedzeni, bo nowy aparat to poprawiony w różnych aspektach poprzednik. Jest trochę więcej megapikseli, sprawniejszy AF, o 1 klatkę na sekundę szybciej w trybie seryjnym. Dodano wydajne ostrzenie Dual Pixel w trybie LiveView (obecne od dawna w modelach niepełnoklatkowych, od 70D poczynając). W końcu w jednym aparacie jest i GPS, i Wi-Fi. Nowością w tej serii jest dotykowy ekran (ale znowu to żadna nowość z perspektywy 70D i 80D, że o Nikonach serii 5xxx nie wspomnę).

Bezdyskusyjną nowinką jest Dual Pixel RAW, czyli możliwość wykorzystania danych z dwóch komórek światłoczułych przypadających na jeden piksel matrycy do zwiększenia rozdzielczości obrazu, poprawienia ostrości, redukcji duchów czy upiększania bokehu. Na ile to użyteczne, a na ile marketingowe czary-mary – jak przy wszystkich prawdziwych nowościach – wymaga czasu do stwierdzenia.

Chmury i lawa, Islandia

Zostały jeszcze usprawnienia w trybach filmowych, gdzie widać, że Canon nie próbuje uciekać konkurencji. Tryb FullHD jest całkiem ok, włącznie z możliwością rejestracji 120 kl/s. Pojawił się natomiast jeszcze tryb 4K, który jest zrealizowany dość… nonszalancko. Przede wszystkim obraz nie jest wówczas rejestrowany całą powierzchnią matrycy, tylko jej wycinkiem mniej więcej odpowiadającym formatowi APS-C. Czyli przy filmowaniu w 4K mamy praktycznie matrycę niepełnoklatkową, ale… nie możemy korzystać z obiektywów niepełnoklatkowych, bo nie da się ich przypiąć (przynajmniej nie da się obiektywów Canona, natomiast z Sigmami czy Tamronami tego ograniczenia nie ma). To zwiastuje konieczność dziwnych kombinacji, jeśli w filmie 4K chce się uzyskać szerokie pole widzenia. Nie ma neutralnego profilu pod kątem obróbki filmu (LOG-u), nie ma wyjścia nieskompresowanego sygnału wideo. Wyraźnie nie ma potrzeby rywalizowania o bardziej zaawansowanych filmujących.

Canon 5D Mark IV to bardzo spokojna ewolucja, zrealizowana tak, jakby lider nie potrzebował szczególnie walczyć o rynek. Może faktycznie nie potrzebuje.

Przy okazji poznaliśmy też odpowiedź na pytanie, kiedy standard CompactFlash odejdzie do lamusa. Jak się okazuje – nieprędko. W 5D IV mamy dwa gniazda na karty: jedno na CF właśnie, a drugie na popularne SD. A co z kartami pamięci standardu CFast? Ano wygląda na to, że będą tylko w bardzo specjalistycznych aparatach, takich jak 1D X Mark II.

Powyżej fotografie z Islandii, w tym jedna pokazująca, że na tej wyspie jest więcej niż jeden wodospad, który można fotografować od spodu.

Nieobecni, choć oczekiwani

Kirkjufell przed zachodem słońca, Islandia

Niespełna miesiąc do Photokiny – największych targów fotograficznych – więc tradycyjnie w tygodniach poprzedzających to wydarzenie mamy serię premier aparatów i obiektywów. Może jednak bardziej interesujące od nowinek sprzętowych będzie to, czego producenci nie pokażą.

Jesienne, odbywające się co dwa lata targi to świetny moment, żeby pokazać nowe zabawki. Producenci o tym doskonale wiedzą, więc sierpień i wrzesień to czas licznych premier. Jeśli system lustrzankowy czy bezlusterkowy jest żywy, to właśnie teraz dobrze jest zaprezentować nowego członka rodziny. Jeśli…

Co do kondycji części systemów można mieć wątpliwości, tym bardziej więc warto wyglądać, czy z okazji wrześniowych targów dadzą jakiś znak życia. Jeśli oznak życia nadal nie będzie, to oczywiście jeszcze o niczym nie przesądza, ale… E-5 z 2010 roku był ostatnią lustrzanką Olympusa, ale formalnie system 4/3 nie jest martwy. W jakich innych systemach warto sprawdzić oddech i spróbować wymacać puls?

Za Dpreview powtarzana ostatnio była pogłoska, jakoby Nikon zakopał swój bezlusterkowy system Nikon 1, oparty na małej matrycy formatu CX. Ostatni z tych maluchów – J5 – pojawił się na początku 2015 roku, więc czas byłby najwyższy na coś nowego. Dla porównania – w samym tylko 2016 Nikon zaprezentował dwie nowe lustrzanki APS-C i jedną pełnoklatkową.

Kolejny pacjent do obserwacji to bagnet A Sony – kiedyś korzystały z niego lustrzanki, później półlustrzanki SLT. Ostatnim aparatem z bagnetem A był właśnie niepełnoklatkowy SLT-A68, zapowiedziany w listopadzie 2015 (choć do sprzedaży trafił prawie pół roku później, co też stanowi ciekawostkę). W 2010 roku Sony wprowadziło na rynek aż siedem aparatów z bagnetem A, w 2011 i 2012 – po trzy, a przez następne trzy lata – po jednym rocznie. W tym roku też coś będzie czy to dłuższa przerwa? Coś jak między Olympusem E-5 a E-6?

Jak już jesteśmy przy Sony, to i w niepełnoklatkowych NEX-ach (które od pewnego czasu oficjalnie NEX-ami nie są) też nie dzieje się zbyt wiele. Owszem, w tym roku pojawił się A6300 – jedyny po A5100 z połowy 2014 roku.

Biały lód na czarnej plaży, Islandia

Bardziej niż na premiery aparatów warto zwracać uwagę na anonsy nowych obiektywów. To właśnie po zaangażowaniu w projektowanie nowych „szkieł” widać przywiązanie producenta do danego systemu. Tutaj na przykład pełnoklatkowy bagnet E (czyli różne wersje Sony A7) prezentuje się świetnie: aż 8 nowych konstrukcji w samym tylko 2016 roku. I tym bardziej blado wypada system Sony A: ostatnie nowości to początek 2015 roku. Biorąc tylko ten parametr pod uwagę, to Nikon 1 kwalifikuje się do muzeum – najświeższy obiektyw dla tego systemu pochodzi z 2014 roku. Zaskakująco żwawy okazuje się za to bezlusterkowy Canon M: po jednym nowym obiektywie w ostatnich trzech latach.

Nieobecność na Photokinie niczego nie rozstrzyga, ale w przypadku nieobecnych od dłuższego czasu można nabrać poważnych wątpliwości, czy się jeszcze pojawią.

Nikon D3400: dwa kroki do przodu, trzy do tyłu

katedra w Sienie, Toskania

Każdy producent lustrzanek i bezlusterkowców ma serię modeli najtańszych i związany z nimi problem: co dodać w nowym modelu, żeby był lepszy od starego, ale nie na tyle, by stał się lepszy od aparatu z półki trochę wyższej, który też jest, oczywiście, droższy. Zabawa w „co dodać, żeby nic nie dodać” w przypadku najnowszego taniego Nikona zmieniła się w „co odjąć, żeby wyglądało na dodane”. Co tak naprawdę jest nowego w Nikonie D3400?

Przepis na D3400 był prosty: weźmy D3300 i dodajmy do niego dwie cechy, a odejmijmy trzy. Pierwszy „plus dodatni” to dłuższy czas pracy na jednym akumulatorze. Teraz jest deklarowane 1200 zdjęć na jednym ładowaniu wobec 700 w D3300. Przy czym akumulator nie jest nowy, wbrew temu, co piszą niektóre serwisy internetowe. Jest to ten sam EN-EL14a, który od lat napędza tańsze Nikony. Wyraźnie elektronika D3400 jest mniej żarłoczna.

Drugi plus jest dodatnio-ujemny: przybyła funkcja SnapBridge do przesyłania zdjęć za pomocą Bluetootha, ale zniknięto komunikację po Wi-Fi. Owszem, można wysłać zdjęcie na komórkę za pomocą energooszczędnego połączenia, ale nie da się już wysyłać na komputer RAW-ów, nieaktualna jest też możliwość zdalnego sterowania aparatem.

Oprócz Wi-Fi zniknięto jeszcze gniazdo do podłączenia zewnętrznego mikrofonu, po którym pewnie mało kto będzie płakał. Druga oszczędność może być jednak bardziej bolesna – w D3400 nie ma już wibracyjnego mechanizmu czyszczenia matrycy. Powiedzmy sobie szczerze: mechanizmy czyszczenia matryc nie są stuprocentowo skuteczne i w końcu każdy musi zdobyć sprawność ręcznego czyściciela sensora (albo oddać aparat w ręce kogoś, kto taką umiejętność opanował). Niemniej „trzęsące się” matryce oddalały moment, gdy za czyszczenie trzeba się zabrać samemu. Użytkownicy D3400 będą się musieli szybciej nauczyć ręcznie usuwać brudy z sensora niż np. osoby fotografujące D5500 czy D7200.

Nikon w oszczędnościach poszedł o krok za daleko. Po raz pierwszy mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że aparat poprzedniej generacji jest lepszy niż aparat nowszy.

Osobną kwestią jest, że w ogóle nie polecam serii D3xxx – przede wszystkim za sprawą kolejnej funkcjonalnej amputacji. Nikony serii D3xxx to jedyne aparaty z wymienną optyką (lustrzanki i bezlusterkowce), które zostały pozbawione funkcji bracketingu ekspozycji. Ba, co bardziej zaawansowane kompakty mają bracketing! Przyjmijmy, że w lustrzankach oferta Nikona zaczyna się od serii D5xxx, a niżej nie ma nic.

Powyżej katedra w Sienie, gdzie statywu używać nie wolno, a kontrasty są ogromne. Fotografia to HDR złożony z 5 zdjęć wykonanych w bracketingu, z ręki. Tego typu zdjęć nie da się zrobić Nikonem D3400, bo bracketingu nie ma, a statywu użyć nie wolno. Poniżej wąwóz Siq w jordańskiej Petrze – też HDR, ale tutaj fotograf z Nikonem D3400 miałby łatwiej, bo statywy są dozwolone.

W labiryntach Petry, Jordania

Z pozytywnych wiadomości: zapraszam do sekcji Nasz sprzęt i oprogramowanie, gdzie Ewa opisuje funkcjonalność najlepszej przeglądarki do zdjęć, czyli wszystko, co fotograf powinien wiedzieć o programie FastStone Image Viewer.

Czasy wyborów

Gdy topnieją islandzkie śniegi

Pod poprzednim wpisem rozgorzała dyskusja o wybieraniu zdjęć i tragizmie wynikającym z faktu, że same się wybrać nie chcą. W związku z tym uznałam, że warto pociągnąć temat i napisać, jak my wybieramy zdjęcia.

Przede wszystkim, nie wszystkie naraz – to za dużo decyzji do podjęcia, a że nie mamy codziennie dwudziestu pięciu tysięcy obrazków do przejrzenia, więc nie musimy się z tym aż tak sprężać. Na szczęście. Wybieramy po trochu. Najpierw przede wszystkim warto sobie trochę odczekać po wyjeździe, żeby emocje się uleżały: gdy nie pamięta się już dokładnie zdarzeń, lepiej widzi się zdjęcia takie, jak rzeczywiście są, a nie takie, które mieliśmy zamiar zrobić. Potem przeglądamy folder i zaznaczamy sobie to, co wpadło w oko. FastStone ma takie specjalne różowe kwadraciki do zaznaczania, bardzo praktyczne. Założenie jest takie, że nie musimy wybrać wszystkich dobrych zdjęć. Wystarczy wyłowić najciekawsze. Ile ich będzie? To się okaże po pewnym czasie, gdy już folder wyprawowy zostanie kilkakrotnie przerzucony. Gdy nie znajdujemy już nic ciekawego, co by nie było zaznaczone, to znaczy że selekcja została wykonana. Proste? Na pewno prostsze niż przymus wybrania wszystkich najlepszych zdjęć wyprawy w jeden wieczór. I nie tak deprymujące. Wybieranie nie musi, a nawet nie powinno odbyć się w całości jednego dnia. Przeglądać należy po kawałku, a gdy się zmęczymy podejmowaniem decyzji, można sobie odpuścić i wrócić do tego kiedy indziej. Na luzie, bez zmęczenia i irytacji, że „tyle tego jeszcze”.

Trochę inna sprawa jest wtedy, gdy mamy konkretne potrzeby zdjęciowe, czyli potrzebujemy do artykułu określonej liczby zdjęć o takich to a takich cechach (np. trzy pionowe, reszta poziome, zróżnicowane tematycznie, zrobione przy pochmurnej pogodzie). Wtedy siada się i wybiera, aż będą – i dobrze, jeśli można wybierać z już zaznaczonych, bo tak jest łatwiej. W małej skali mamy zresztą to zadanie co chwila, bo gdy robimy wpis, trzeba znaleźć do niego ilustrację albo dwie. Na fotowyprawach również wybieramy codziennie 1-3 zdjęcia do wpisu; niekoniecznie najlepsze, ale dobrze pokazujące odwiedzane miejsca. Gdy więc pod koniec każdego wyjazdu prosimy o wybranie trzech swoich zdjęć do dyskusji, to nie jest jakieś wydumane wymaganie – sami to robimy co chwila.

Na zdjęciu u góry pejzaż z islandzkiego interioru, z meandrami rzeki lodowcowej na pierwszym planie.

Czas wyboru

Kerlingarfjoll, Islandia

Myślicie, że wybieranie zdjęć do pokazania jest trudne? No to pomyślcie o pracy fotoedytora sportowego w czasie igrzysk. Brad Smith, fotoedytor ABC News, ostatnio wybiera po mniej więcej 50 zdjęć dziennie. Spośród około 25000 nadesłanych. Tak, nie pomyliłam się w liczeniu zer, dostaje dwadzieścia pięć tysięcy zdjęć dziennie, a wybiera z nich pięćdziesiąt. Codziennie. Ta pięćdziesiątka jest potem pokazywana w samym serwisie ABC News w formie specjalnej strony „Najlepsze zdjęcia z dnia tego to a tego”, no i oczywiście jest też prezentowana w innych mediach, bo skoro już ktoś – i to nie byle kto, bo edytor z gigantycznym doświadczeniem w fotografii sportowej – odwalił całą tę robotę z wybieraniem, to grzech nie skorzystać. Brad Smith nie może potem powiedzieć: „Nie no słuchajcie, niewyspany byłem jak to wybierałem, to zdjęcie mi się kliknęło przypadkiem, ono wcale nie jest dobre, tamte dwa są lepsze”. Co on wybierze, to idzie w świat i nie da się zawrócić. Tak będą zapamiętane te igrzyska. Odpowiedzialność jakby większa, niż wybieranie zdjęć z wakacji do pokazania znajomym przy winie.

Jak właściwie dokonuje tego odpowiedzialnego wyboru? ABC News nie ma na olimpiadzie własnych fotoreporterów, dostaje zdjęcia od wszystkich akredytowanych fotografów z Rio. Wyświetlają mu się na stronach zawierających po 20 zdjęć, obejrzenie każdej strony zajmuje mu tylko sekundy – tak być musi, jeśli ma zdążyć z wybieraniem na bieżąco. Jak w takim czasie sensownie coś wybrać? Jedyne wyjście to wiedzieć, czego się szuka. 25 tysięcy zdjęć sportowych dziennie – ten facet widział już wszystko. A skoro tyle widział, to niełatwo go zainteresować. Oczywiście, moment zdobycia złotego medalu, szczególnie przez znanego sportowca, musi się znaleźć w finalnym zestawieniu, ale oprócz tych chwil, sporo jest tam zdjęć zaskakujących. Bynajmniej nie polegających na łapaniu ułamków sekund dzielących zwycięstwo od porażki. Jest tam zalany deszczem kort, wolontariusze pracujący przy stadionach, sceny tuż po lub przed rozgrywkami, sporo uśmiechów, trochę łez. Ludzie i emocje.

Gdy będziecie następnym razem wybierać zdjęcia z fotowyprawy (lub dowolnej innej wyprawy), pamiętajcie o Bradzie Smithu. Po pierwsze, on ma trudniej, a daje radę; po drugie, jego metoda wybierania jest naprawdę pomocna: dobrze jest wiedzieć, czego się szuka, a szukać tego, co zaskakujące.

Landmannalaugar, Islandia

Oba zdjęcia z fotowyprawy Podróż do wnętrza Islandii.

 

Jak sobie coś powiększyć

Islandzkie kwiatki I - ultraszeroko z bliska

Powiększanie rzeczy małych, aby były większe, jest proste, szybkie i bezbolesne. Niestety, działa tylko na zdjęciach. Ale ponieważ to blog o fotografii, więc tutaj to nie jest duża wada. Jaki jest więc przepis na powiększenie na zdjęciu tego, co jest w rzeczywistości małe? Prosty: podejdź bliżej. Jeśli nasz model jest bardzo mały, to trzeba być naprawdę blisko, żeby na zdjęciu wydawał się duży.

Działa to przy fotografowaniu ludzi – choć niekoniecznie pozytywnie, bo z bliska nos się robi większy, a uszy się oddalają i głowa robi się węższa. I to dystans jest powodem deformacji, a nie użyta ogniskowa, jak sugerują autorzy artykułu z Petapixel i ich kopiści (przy okazji: „efekt Vertigo” albo „zoom Hitchcocka” nie polega wcale na uwypukleniu twarzy). Krótka ogniskowa pozwala tylko zmieścić postać w planie amerykańskim w kadrze, mimo aparatu znajdującego się niespełna pół metra od modela. Nos z odległości pół metra będzie tak samo bulwiasty, niezależnie od tego, czy użyjemy obiektywu 20 mm, czy 50 mm. Byłby też taki sam z obiektywem 200 mm, ale… „dwusetka” nie pozwoli zrobić zdjęcia z takiej odległości, bo dla obiektywów 70-200 minimalny dystans ustawiania ostrości to około 1,5 metra. Dystans powoduje, że obiektywem 50 mm na aparacie z matrycą APS-C da się solidnie przerysować twarz, a obiektywem 85 mm na pełnej klatce – nie. Kąt widzenia obu obiektywów (50 mm na APS-C i 85 mm na FF) jest taki sam, ale 50 mm pozwala podejść na 45 cm, a 85 mm trzyma na dystans co najmniej 80 cm.

W portrecie deformacja to przeważnie wada. W fotografii krajobrazowej powiększenie przez zbliżenie to użyteczne narzędzie kompozycyjne. Na górnym zdjęciu różowe kwiatki wydają się spore, a jakie były naprawdę? Kwestia prawdy w fotografii zależy od perspektywy, co można zobaczyć poniżej, gdzie mamy tę samą scenę, sfotografowaną tą samą ogniskową (10 mm na APS-C) z tego samego miejsca i w tym samym czasie. Różnica jest tylko taka, że robiąc górne zdjęcie klęknąłem, a przy tym poniżej stałem wyprostowany. Po zmniejszeniu dystansu kwiatki „urosły”, ale w kadrze nadal mieści się kawał islandzkiego pejzażu, włącznie z niebem i jakąś odległą górą.

Islandzkie kwiatki II - ultraszeroko z daleka

Kwiatki da się powiększyć jeszcze bardziej – nadal operując tylko dystansem. Na zdjęciu poniżej zajmują już solidną trzecią część kadru, choć ogniskowa się nie zmieniła. Zwróćcie jednak uwagę, że przy tak niskiej pozycji odległy pejzaż się spłaszczył i stracił na przestrzenności. Z tych trzech wariantów najlepsza jest fotografia górna, dolna to już o parę centymetrów za blisko – nie ze względu na same kwiatki, ale przez wpływ niskiej pozycji na przedstawienie dalszych planów. Z kolei środkowe zdjęcie to sytuacja spotykana u osób nie mających doświadczenia z obiektywami szerokokątnymi: aparat jest zbyt daleko od pierwszego planu, przez co wszystko jest równo odległe i nie ma motywu przykuwającego uwagę i wprowadzającego w kadr.

Islandzkie kwiatki III - ultraszeroko z bardzo bliska

PS. Chciałem jako tytuł wpisu dać „Powiększanie małego”, ale nie chcę wkurzać filtra antyspamowego na blogu, który i tak ma mnóstwo roboty z reklamami viagry.

PPS. Jeśli ktoś używa Geosettera do tagowania zdjęć, to mógł zauważyć w ostatnim czasie problem z ładowaniem mapy. W naszym poradniku użycia Geosettera Ewa dopisała instrukcję poradzenia sobie z tym brakiem.

PPPS. Niedługo serwis dfv.pl przejdzie generalny remont i będzie nową lepszą galerią dla fotografów. Mam nadzieje, że będzie galerią najlepszą. Jeśli ktoś chciałby zerknąć na przygotowywaną nową wersję jeszcze w fazie beta, potropić błędy i podzielić się uwagami, to proszę o kontakt, wyślę przepis na dostanie się do tajnej bety.

Cytaty: „Jesteś odpowiedzialny…

Góra Kirkjufell, Islandia

za każdą część swojego zdjęcia, nawet za te części, które cię nie interesują”. Jay Maisel namawia tymi słowami do staranności przy kadrowaniu, ale też do wzięcia odpowiedzialności za swoje, bądź co bądź, dzieło. W końcu, to twoje zdjęcie. Twoje, nie kogoś innego. Nie architekta, który zaprojektował budynek w istniejącym kształcie, nie łobuza, który zostawił w kącie butelki po piwie ani nie Stwórcy, który ukształtował krajobraz (no i na pewno nie ruchów górotwórczych, nawet jeśli uważasz, że to one tworzą krajobrazy). Jeśli coś w zdjęciu jest dobre, to twoja zasługa; jeśli jest złe, to twoja wina.

To się odnosi do wszystkiego, od petów na trawniku, przez ludzi plączących się w kadrze aż po oświetlenie sceny. Nie ma tłumaczenia, że „tak tam było”. Jeśli w kadrze są ludzie, to albo należy z nich zrobić sensowną część kompozycji, albo znaleźć taki kadr, gdzie ich nie ma. Jeśli jest dobre światło – twoja zasługa, że je zauważyłeś i zarejestrowałeś. Jeśli jest złe – twoja wina, że nie znalazłeś kadru odpowiedniego dla takich właśnie warunków. Nawet gdy modelka ma garbaty nos, to też twoja wina – twoja bardzo wielka wina – bo nie pokazałeś jej piękna. Przyglądaj się swoim kadrom, każdemu ich fragmentowi, bo wszystkie one są twoim dziełem – nawet te, których w ogóle nie zauważyłeś.

Islandia w niewidzialnym świetle

Kirkjufell w podczerwieni, Islandia

Ostatnie dwa dni to praktycznie tropikalne upały – jak na Islandię, oczywiście. Upały islandzkie to ostre słońce, któremu towarzyszy jednak niezbyt ciepły wiatr. Jak nie wieje, to robi się faktycznie gorąco, ale przeważnie wieje, więc mimo słońca warto mieć pod ręką jakiś cienki goretex. No i cały czas należy się liczyć, że w ciągu pół godziny tropiki skończą się jakąś zgoła nietropikalną ulewą. No to liczymy się, a pogoda nas od dwóch dni zaskakuje niezmiennością i słońcem.

No to z okazji tropikalnej pogody tym razem zdjęcia z Islandii w nowym świetle – świetle podczerwonym. U góry oczywiście góra Kirkjufell, poniżej płonąca wieża czarnoksiężnika. W roli wieży – latarnia morska Malariff. Oba cuda na półwyspie Snaefellsness, ale pogodnie zaczęło się robić już od momentu pożegnania z Łosiem.

latarnia Malariff w podczerwieni, Islandia

Jutro ostatni dzień fotowyprawy, czyli część grupy fotografuje okolice Błękitnej Laguny, a część jedzie przywitać Reykjavik, a wczesnym popołudniem wspólnie wsiadamy do samolotu do Warszawy. Tutaj wracamy za rok i już zapraszamy na fotowyprawę Islandia 2017 – możemy z całkowitą pewnością obiecać nieziemskie pejzaże i zróżnicowaną pogodę! 🙂