Fotografia na jedną porę roku

Montepulciano
Dłuższe dni, młoda zieleń, ostrzejsze słońce – to wszystko oznacza, że jest wiosna, a więc najlepsza pora na fotografowanie w podczerwieni. Niezależnie od tego oczywiście, że idzie Wielkanoc.
Zdjęcia podczerwone są inne niż wszystkie. Światło zachowuje się inaczej niż jego normalne, widzialne fale: odbija się inaczej, inaczej rozprasza, a najlepiej się odbija od jasnej zieleni. Stąd młode liście będą na zdjęciach białe, a gałęzie, na których one rosną – czarne, bo akurat normalna, ciemna kora kiepsko odbija podczerwień. Woda też ją mocno pochłania, podobnie zresztą jak niebo – więc i te elementy będą na zdjęciach bardzo ciemne, ciemniejsze niż na zwykłych. Nietypowy rozkład jasności sprawia, że zdjęcia podczerwone od razu zwracają uwagę: niektóre ich części wyglądają jak na negatywie, a inne – normalnie.
Zamieszczona powyżej fotografia spod Montepulciano pokazuje, oprócz alei cyprysów prowadzących w stronę kościoła, jeszcze jedną właściwość fotografii podczerwonej: zdolność do przycinania kontrastu do możliwości matrycy. Cyprysy są z natury bardzo ciemne, nawet wiosną – stąd nie są na zdjęciu białe. Ale szpaler gęsto rosnących cyprysów daje bardzo duży kontrast: ciemne drzewa w cieniu kontra oświetlony bezpośrednim słońcem trawertyn na murach kościoła to coś, czego żaden aparat nie zarejestruje bez wykorzystania HDR… no chyba, że taki działający na podczerwień.

Cudowna paralaksa

W fotografii paralaksa przez długie lata była tyleż problemem (co innego widzę w wizjerze, co innego mam na zdjęciu), co okazją (np. w mechanizmie ustawiania ostrości w dalmierzowcach). Przede wszystkim jednak na paralaksie opiera się widzenie przestrzenne – patrząc na to samo z nieco rozsuniętych miejsc widzimy inny układ przedmiotów. Bliższe i dalsze obiekty przesuwają się względem siebie, gdy wędrujemy obok nich. Na tym przesunięciu punktów widzenia zasadza się zarówno nasze postrzeganie trójwymiarowości, jak i efekt 3D w filmach czy na zdjęciach. Na paralaksie opiera się też prowadzenie kamery po szynie, co możecie zobaczyć na powyższym filmie z fotowyprawy do Toskanii.

Przestrzenność uzyskana dzięki paralaksie ma podstawowe ograniczenie – zasięg tego trójwymiarowego postrzegania zależy od tego, jak daleko mamy rozsunięte punkty widzenia. Rozstaw oczu daje nam orientację przestrzenną o zasięgu zaledwie paru metrów – postrzeganie trójwymiarowe na dalszych odległościach to już sztuczki mózgu, a nie prawdziwe widzenie. Niektóre ptaki „zwiększają” sobie rozstaw oczu, a tym samym zasięg widzenia stereoskopowego przez ruchy głowy na boki.

I tutaj witamy szynę – taką jak np. Slide Kamera SP-600 Pro, użytą do realizacji filmu powyżej – która służy do „zwiększenia rozstawu oczu” kamery. Im dłuższa szyna, tym dalej widać przestrzenność sceny. A wyrażając to samo z punktu widzenia twórcy: im dłuższa szyna, tym dalej może być pierwszy plan, którego przesuwanie się pokaże fajny trójwymiarowy efekt. SP-600 Pro ma długość 60 cm, ale oś obiektywu przesuwa się na dystansie nieco ponad 40 cm i najlepiej wyglądają ujęcia, gdzie pierwszy plan jest ledwie kilka-kilkanaście centymetrów przed obiektywem. Realizacja filmów z użyciem szyny to głównie szukanie interesujących bardzo bliskich pierwszych planów. A bardzo bliskie przeważnie oznaczają też bardzo niskie. Daleki pierwszy plan z wysokiej perspektywy to praktycznie brak przestrzennego efektu. Owszem, szynowanie ma swoją estetykę.

Na filmie możecie zobaczyć kilka interwałów. To też możliwość dostępna w produktach SlideKamera – pod warunkiem, że do szyny dołączymy silnik i zestaw sterujący z zasilaniem. Działa to bardzo prosto: dwoma pokrętłami ustalamy o ile milimetrów wózek z aparatem ma się przesunąć między kolejnymi zdjęciami oraz ile czasu ma upłynąć między nimi, a następnie podłączamy sterowanie szyny kabelkiem do aparatu i… już. Aparat przesuwa się na wózku, zamiera, układ sterujący wyzwala migawkę, kolejne przesunięcie i tak dalej – prawie 90 razy. Interwał na szynie pozwala na przestrzenność zupełnie innego typu: paralaksę czasów. Pierwszy plan przesuwa się powoli i dostojnie, a w tle trwa gorączkowy ruch. Żeby to dobrze wyglądało, musi iść płynnie i gładko – a tego nie da się zrobić bez szyny i napędu.

 

Szybki pejzażysta

IMG_5541_b

Kiedy pejzażysta musi być szybki? We mgle. Widać niewiele, a jak zaczyna być coś widać, to zaraz przestanie, bo znowu się schowa w białej wacie. Mgła się przesuwa, wiatr ją przewiewa, tu coś odsłoni, ale obok jednocześnie zakryje. Czas na decyzję kompozycyjną mierzony jest w milisekundach. Czasu na decyzję co do ekspozycji czy perspektywy nie ma w ogóle – albo się tę sprawę załatwi przed rozpoczęciem fotografowania, albo człowiek będzie biegał z miejsca na miejsce, kręcił kółkami i wciskał przyciski, pozgrzytując sobie zębami, gdy mu kolejne kadry będą się rozwiewały i znikały w białych kłębach. Smaczku dodaje jeszcze to, że na mgłę największe szanse są o świcie, gdy niewiele widać na oczy, a i myślenie nie wychodzi poza pierwszy bieg.

Jak widać trafił nam się pierwszy na fotowyprawie w Toskanii mglisty poranek – już na trzeciej fotowyprawie. Następna okazja na mgliste dylematy wśród wzgórz Crete Senesi – już we wrześniu.

Wszystkie fotografie

IMG_4788_b

W komentarzu do poprzedniej notki pojawiła się żartobliwa sugestia, że już zrobiliśmy w Toskanii wszystkie zdjęcia i nie mamy tam po co więcej jeździć. Czy można w ogóle zrobić wszystkie zdjęcia? Nawet jeśli przez „wszystkie” ograniczymy się do „wszystkie warte zrobienia”, a nawet „wszystkie warte zrobienia przez daną osobę”? Czy jest jakiś limit pomysłowości, granice kreatywności, po przekroczeniu których pozostaje tylko umrzeć albo zająć się zbieraniem znaczków, bo w fotografii nic nowego już się nie pokaże?

Poniżej najmłodszy jak dotąd uczestnik fotowypraw, półtoraroczny Kajtek. Jak widać, już ćwiczy toskańskie pejzażowanie, zdobywa doświadczenie od wieku pieluch i smoczka, a specjalizuje się w niskiej perspektywie.

IMG_8706_b

Nie wchodzi się dwa razy pod te same cyprysy

Cyprysy

Na naszej trzeciej fotowyprawie do Toskanii kilkoro uczestników pytało nas, czy nam się tu nie nudzi i czy mamy jeszcze coś do sfotografowania? Faktycznie trzeci raz w ciągu nieco ponad roku przemierzamy te same miejsca, ale… te same wcale nie znaczy takie same. Zmienia się pogoda (może nie dramatycznie, ale nie ma dwóch takich samych zachodów słońca), zmienia się też nasze doświadczenie i postrzeganie. Owszem, pamiętamy, co już fotografowaliśmy, ale dzięki temu można pomyśleć o innych ujęciach, spróbować, czego wcześniej się nie zrobiło. Nawet próba powtórzenia kadru sprzed roku prowadzi do nowych ujęć, bo dzisiaj to samo robimy trochę inaczej niż rok temu – a właściwie tylko wydaje nam się, że robimy to samo. Suma drobnych zmian, także zmian, którym podlega fotograf, sprawiają, że zdjęcia są inne. Ot, choćby tym razem mieliśmy nad cyprysami parę chmurek, zamiast gładkiego błękitu, jak na dwóch poprzednich toskańskich fotowyprawach.

Rzeczy, których nie należy robić przed podróżą

Antyatlas, Maroko

A przynajmniej nie należy ich robić w ostatniej chwili. Na przykład nie należy próbować poprawić tego, co działa. Bo zawsze istnieje ryzyko, że wskutek poprawiania działać przestanie. Na przykład, jeśli ktoś nigdy wcześniej tego nie robił, lepiej nie czyścić matrycy na parę godzin przed wyjazdem, bo jest spora szansa, że się ją zasmaruje i efekt będzie gorszy niż przed czyszczeniem. A na spokojne poprawki lub zwrócenie się do kogoś bardziej doświadczonego czasu już nie ma.

Innym nie najlepszym pomysłem tuż przed fotograficznym wypadem jest aktualizacja firmware’u. Przeważnie taka operacja idzie gładko, ale jeśli coś się nie uda, to zamiast aparatu mamy cegłę. Coś takiego zrobił Wasz ulubiony (zaraz po Ewie) bloger fotograficzny. Nie chodziło mi o zmianę firmware’u, ale o wgranie nowszej wersji Magicznej Latarni (Magic Lantern) do mojego wiernego Canona 50D. Magiczna Latarnia jest jedynym sposobem, aby mieć filmującego Canona 50D (o innych fajnych funkcjach nie wspominam). Robiłem to nie pierwszy raz – już od dawna korzystam z Latarni. Teraz postanowiłem tylko uaktualnić ją do najnowszej wersji. Zabrałem się za to dwa dni przed wyjazdem do Toskanii. I aparat zdechł.

Zdechł i nie żyje. Nie włącza się. Wyjęcie baterii i jej ponowne włożenie po chwili nie pomaga. Inna bateria – brak rezultatu. Hmmm… Zapowiada się fotowyprawa bez aparatu. No dobra, ale co ja właściwie zrobiłem? Po dłuższym namyśle uświadomiłem sobie, że najpierw zaktualizowałem firmware w aparacie (co się udało bez problemu, a było potrzebne, bo nowa Magiczna Latarnia wymaga nowego firmware’u), a później włożyłem kartę pamięci, na której była stara Magiczna Latarnia, wymagająca poprzedniej wersji firmware’u. Włożenie innej karty reanimowało aparat.

A później wystarczyło z poziomu komputera na każdej karcie pamięci pliki ML wymienić na nowsze i dopiero wówczas pakować kartę do aparatu. Canon 50D żyje, filmuje i jedzie do Toskanii. Jadą też z nami trzy inne aparaty, z czego dwa są mocno nietypowe (i wcale nie liczę tu smartfonów).

No i ruszamy z pełnym wyposażeniem na pierwszą tegoroczną fotowyprawę. Później następną i następną, po drodze jeszcze kilka krajowych warsztatów. Ten rok będzie bardzo intensywny. Byle tylko nie zrobić gdzieś głupiego błędu, jak np. naprawianie działających rzeczy tuż przed ważnym terminem…

Jazda po polsku


W świecie fotograficzno-filmowym niewiele jest produktów europejskich, a jeszcze mniej polskich. Tym bardziej miło mi zaprezentować film wykonany za pomocą dziecka rodzimej pomysłowości i przedsiębiorczości. Powyższa krótka prezentacja z okolic wrocławskiego rynku została wykonana za pomocą szyny SP-600 Pro gdańskiej firmy Slide Kamera. Dołączony do urządzenia silnik i sterowanie pozwala na bardzo płynne prowadzenie aparatu. Całość jest przy tym bardzo poręczna – SP-600 Pro, czyli szyna od długości 60 cm, silnik oraz sterowanie mieszczą się w pokrowcu, rozmiarem i wagą przypominając przyzwoity statyw.

To, co widać na filmie, to nie koniec możliwości szyny, bo jej moduł sterujący pozwala realizować zdjęcia poklatkowe – nawet aparatami, które nie mają takiej funkcji dostępnej w menu. Szyna wróci na łamy bloga, spodziewajcie się nawet serialu, będzie więc okazja do szerszego zaprezentowania jej możliwości.

Szyna jest szczególna także z innego powodu. Jeszcze miesiąc, a mógłbym świętować rocznicę starań o jej wypożyczenie do testu. Na początku maja 2013 roku zacząłem z panem Sebastianem z firmy Slide Kamera bardzo sympatyczne rozmowy, z których dowiedziałem się bardzo dużo o technologiach produkcji szyn i wyzwaniach technicznych. Rozmowy zawsze kończyły się konkluzją, że dostępny obecnie model to jeszcze nie to, co powinno trafić do testów, ale kolejne poprawki i przeróbki są w drodze, więc już za 2-3 tygodnie… Negocjacje z perfekcjonistą są bardzo trudne. :) W końcu jednak „dostępny obecnie model” okazał się godny testów i od paru dni mam nową zabawkę.

Szyna jedzie na fotowyprawę do Toskanii, więc uczestnicy będą mogli zobaczyć, jak to działa i trochę poszynować pomiędzy cyprysami, a Szanowni Czytelnicy będą mogli zobaczyć za jakiś czas Toskanię z zupełnie nowej perspektywy. :)

 

Złap piękne światło i… schowaj je na później

Światło Toskanii

Ile razy każdy z nas był we właściwym fotograficznie momencie, ale zupełnie niewłaściwym miejscu? Piękne światło wschodzącego słońca lub też ostatnie złote promienie dnia – a tu w okolicy nie ma nic ładnego, co warte byłoby wciśnięcia spustu migawki! Taki moment przemija, a razem z nim znika piękne światło. A przynajmniej znikało, bo niedługo będzie można je sobie złapać i przechować, aby użyć później, gdy znajdziemy coś atrakcyjnego do fotografowania. Lampy błyskowe będą służyły nie do generowania światła, tylko do jego chwytania, przechowywania i uwalniania, gdy trafi się dobra okazja.

Brzmi magicznie? Jak wiadomo, nauka rozróżnialna od magii jest niedostatecznie zaawansowana. Tutaj nauka staje się już zaawansowana na tyle, że można robić rzeczy magiczne. Jak to działa? Wszyscy wiedzą, że prędkość światła jest stała, a zwalnia ono jedynie przy przechodzeniu przez pewne środowiska, np. atmosferę. To jednak nie wszystko – światło można złapać w pułapkę, gdy krystaliczne środowisko, przez które będą przechodzić fotony, zostanie zmienione z przezroczystego w nieprzezroczyste za pomocą impulsu laserowego. A później, przez ponowną zmianę struktury kryształu na przezroczystą, światło zostaje uwolnione. Teraz łapiesz, za tydzień wypuszczasz.

Aż tak dobrze jeszcze nie ma i najdłuższy czas zatrzymania światła to minuta – co jest szybkim postępem, bo jeszcze kilka lat temu osiągnięciem było zmagazynowanie światła na sekundę, a jeszcze parę lat wstecz takie zjawisko było wyłącznie interesującą teorią. Nie można jeszcze kupić fotograficznych światłołapek, ale poczekajmy jeszcze trochę…

PS. Choć wpis jest z 1. kwietnia, to nie jest to wcale prima aprilis. Jest to kontynuacja lokalnej, szturchańcowej tradycji, aby 1. kwietnia prezentować informacje niewiarygodne i fantastyczne, ale całkiem prawdziwe. Tradycja, żeby nie było za łatwo, powraca nieregularnie. Poprzednio objawiła się w 2011 informacją o wyeliminowaniu spustu migawki, a została zdemaskowana dzień później, razem z pewną zagadką.

Informacje o technologii, pozwalającej zatrzymywać światło, są jak najbardziej prawdziwe – więcej na ten temat można poczytać tutaj. Prawdziwa jest także informacja o minutowym zatrzymaniu światłą, podobnie jak opis technologii, pozwalającej uzyskać taki efekt. Jedyna licentia poetica w mojej notce to fotograficzne wykorzystanie tego wynalazku – na razie myśli się o użyciu mechanizmu zatrzymania światła raczej do zastosowań związanych z komputerami kwantowymi, ale prędzej czy później każda zaawansowana technologia znajduje banalne, ale przy tym masowe zastosowanie. Wystarczy poczekać.

Pozdrawiam wszystkich, których ten wpis rozbawił, a szczególnie tych, którzy dali się nabrać, w przekonaniu, że właśnie nabrać się nie dają… :)

Wytwór własnych rąk

Toskania
Nie tylko rąk, ale też oka, głowy, cierpliwości i staranności: osobiście wykonana odbitka. Najpierw namysł nad kadrem, staranne wywołanie, plamkowanie, dokładność i czas włożone we wszystkie niezbędne przygotowania, a potem czekanie, aż obraz pojawi się na papierze. I te emocje: będzie jak należy? Nic nie zostało pominięte? Czy oczekiwania zostaną spełnione? Jak zaprezentuje się fotografia w swojej naprawdę gotowej formie: na papierze?
Wbrew pozorom, nie mówię o ciemni, powiększalniku i kuwecie, tylko o cyfrowym procesie przenoszenia fotografii na papier, z użyciem komputera, monitora i drukarki. Jak by się tak dobrze zastanowić, sam proces się w istocie od swojego analogowego odpowiednika nie różni – tyle, że tusz ma znacznie delikatniejszy zapach niż ciemniowa chemia i że nie trzeba zaciemniać pokoju. I jest łatwiej, co nie znaczy że emocje mniejsze. Na komputerze też trzeba zdjęcie wywołać, wyczyścić ze śmieci, przyjrzeć się detalom i zastanowić, czy trzeba coś w nim zmienić, dopasować kolor – tak jak w ciemni. Teraz umie to zrobić przeciętny fotoamator, a kiedyś takie działania wymagały profesjonalisty z dużym doświadczeniem albo przynajmniej wyjątkowo zażartego amatora. A potem się czeka, aż zdjęcie pojawi się na papierze – ale ten etap w cyfrowych czasach znają tylko ci, którzy sami sobie zdjęcia drukują. Podać drukarce papier, wykonać kilka magicznych gestów (wcisnąć guzik, dosunąć podajnik, otworzyć podstawkę na wydruk itp.) i patrzeć, jak milimetr po milimetrze wysuwa się z niej obraz. Dobry jest? Taki miał być kolor? Nie ma żadnych przeoczeń? Stop stop, nie można jeszcze oceniać koloru! Fotografia musi wyschnąć. Ona sobie leży i schnie, a ja patrzę co chwila, jak kolory dochodzą do siebie. Jest. Jutro pójdzie na ścianę.

A w dziale Nasz sprzęt i oprogramowanie pojawiła się nowa strona: o drukarce i drukowaniu. Zapraszam do lektury. Od czasu do czasu będziemy też pisywać o różnych papierach fotograficznych.

Pączkujące bezlusterkowce

Toskania na wiosnę

Nie wiem, czy to efekt zbliżania się wiosny, ale bezlusterkowce mnożą nam się na potęgę. I to mnożą się nie tylko modele, ale całe systemy. W zeszłym tygodniu Samsung ogłosił, że jeden bezlusterkowy system to dla tego producenta za mało i wprowadził na rynek drugi system – NX Mini, wyposażony w matrycę 1-calową. W tej chwili więc Samsung ma bezlusterkowce z matrycą APS-C i z matrycą 1-calową. Dwa systemy bezlusterkowe ma też Pentax (APS-C i 1/1,7”), Sony (APS-C i pełnoklatkowe A7 i A7r). Po jednym systemie mają Nikon (matryca 1-calowa, jak Samsung NX Mini), Fuji (APS-C) i last oraz least – Canon (APS-C). Nie można pominąć systemu m4/3 (matryca trochę mniejsza niż APS-C), który jest niezwykły przez to, że zaangażowanych w jego rozwój jest kilku producentów: Olympus, Panasonic i parę niszowych firm. Ile mamy więc dzisiaj systemów bezlusterkowych? Okrągłe dziesięć. Jest z czego wybierać, prawda?

Co czujniejsi Czytelnicy już wyczuwają, że zaczynam być złośliwy. Owszem, zaczynam, ale rzecz nie jest wcale śmieszna. Nadmierny wybór wcale nie uszczęśliwia. Dla porównania zobaczmy, ile mamy systemów lustrzankowych: Canon pełnoklatkowy i APS-C, Nikon pełnoklatkowy i APS-C, Pentax APS-C (dobra, doliczmy średnioformatowego 645D jako osobny system lustrzankowy). I to, moim zdaniem, wszystko. A gdzie Sony? A oba systemy lustrzankowe Sony (APS-C i pełnoklatkowy) żyją jeszcze czy znajdują się w fazie „nie przyznam się do zgonu, ale też nie ruszę nawet palcem”, jak lustrzankowy system 4/3 Olympusa? Ja naliczyłem 6 systemów lustrzankowych (wliczając 645D). Do tego między pełnoklatkowym Canonem i Canonem APS-C, a także między pełnoklatkowym Nikonem i Nikonem APS-C jest pełna wymienialność akcesoriów oraz obiektywów powyżej 50 mm.

Niedawno pisałem o aktualnym podziale rynku. Przypomnę, że w aparatach z wymienną optyką bezlusterkowce oscylują wokół 20%, a cała reszta to lustrzanki, czyli praktycznie Canony i Nikony. W lustrzankach zmienia się niewiele, natomiast w bezlusterkowcach o te 20% rynku będzie rywalizować aż 10 różnych systemów. Są dwie możliwości: albo rynek bezlusterkowców szybko i ostro wzrośnie, albo można spodziewać się rzezi. Rzeź nie byłaby wcale złym scenariuszem. Wprawdzie nie obeszłoby się bez trupów i nie wszystkie systemy przeżyją, ale za to ostra wojna w tej części rynku spowodowałaby radykalne spadki cen. A to jest właśnie to, czego bezlusterkowcom potrzeba.

Powyżej zdjęcie z wiosennej Toskanii AD 2013. Za parę dni ruszamy na następną fotowyprawę do wiosennej Toskanii – ostatnią taką, bo w przyszłym roku modyfikujemy nieco program. Też będzie fajnie, ale wymienimy znaczną część miejsc. Jeśli ktoś chce jeszcze zobaczyć Toskanię według dotychczasowego programu, to zapraszamy na jesienną edycję, gdzie zostało kilka miejsc.

Czego oczy nie widzą

Wełtawa

Przeważnie oczy nie widzą tego, co schowane. To proste i logiczne. Tylko że metod chowania może być wiele, a spora ich część wcale nie sprawia logicznego wrażenia. Schować można coś za czymś – ale jeśli będzie kawałeczek wystawał, np. fragmencik krzesła zza blatu stołu, to takie coś będzie bardziej się rzucać w oczy niż drugie krzesło, stojące przed tymże stołem. Chować można też w czymś albo pod czymś – tylko żeby nie powstały żadne wybrzuszenia! Z tego samego powodu, oczywiście. Ludowa mądrość mówi, że najłatwiej przeoczyć coś co leży na wierzchu (ewentualnie też w wersji z szukaniem pod latarnią) – i w fotografii ona się zdumiewająco często sprawdza.

Ileż to razy nie zauważamy wielkiego śmiecia na środku zdjęcia, tak że dopiero ktoś trzeci zwraca na niego uwagę? Nie zauważamy bałaganu w tle, krzywych pionów, gałązek wystających tam i siam. Bo patrzymy na co innego. Przyciągający wzrok obiekt jest najlepszym kamuflażem dla wszystkich innych rzeczy na zdjęciu.

Dotyczy to nie tylko przedmiotów, ale też kolorów. Przypomnijcie sobie niedawny wpis Wypełnij kadr. Jakiego koloru jest niebo u góry zdjęcia? Nie, proszę nie szukać kroplomierzy, tylko ocenić na oko. Niebieskie?

Szare. Jest idealnie szare. Wydaje się niebieskie, bo postrzegamy je w kontekście intensywnie ciepłych kolorów z dołu zdjęcia. Szarość została zamaskowana przez występujące obok nasycenie. A teraz proszę o rzut oka na koniec tego wpisu. Jest tam fotografia głowicy z przekładniami zębatymi (przekładni nie widać, to po prostu taki rodzaj głowicy statywowej: wielki, ciężki i bardzo precyzyjny). Jakiego koloru jest głowica? No co za pytanie, oczywiście, że czarna!

Nie, głowica jest czerwonopomarańczowa. Wiemy, że w rzeczywistości jest czarna, ale na tym zdjęciu taka nie jest. Można sprawdzić kroplomierzem. Jest prawie cała ruda, choć w różnych miejscach kolor ma różne nasycenie i nierówny odcień. Dlaczego – to oczywiste, została oświetlona głównie światłem odbitym od otaczających ją pomarańczowych ścian. Ale dopóki znajduje się na oryginalnym, pomarańczowym tle, to tego nie widzimy. Mniej nasycony kolor sprzętu schował się za jaskrawym tłem, mimo że tło jest za nim a nie przed. Mówiłam, że nie będzie logicznie. Ale spróbujmy przenieść taki „czarny” fragment na inne tło, najlepiej szare, a jego prawdziwa barwa będzie nie do przeoczenia. Nie jest łatwo zobaczyć prawdziwe kolory, bo całe otoczenie jest jednym wielkim kamuflażem.

Na koniec zagadnienie do zastanowienia się: jakiego koloru jest woda w Wełtawie na tych fragmentach, które są niebieskie? Bo że reszta jest żółta i pomarańczowa, to oczywiste.

IMG_4642_ba

Co się stało z książkami fotograficznymi?

Pychota po kreteńsku: kolokitianti

Jak widzicie na dole strony, w „Obecnie czytanych” pojawiła się „Fotografia żywności od kuchni” – ostatnia książka fotograficzna Galaktyki. Ostatnia – w znaczeniu „najnowsza”, choć jest pewne ryzyko, że mógłbym użyć też określenia „ostatnia w tym roku”. Lepiej jednak nie będę używał tego określenia, bo jeszcze się okaże prorocze. W Helionie też skończył się wylew i wysyp podręczników fotograficznych, choć nadal coś się ukazuje – jeśli zrealizują zapowiedzi, to wydadzą w tym roku aż 5 nowych pozycji, w tym jednego Kelby’ego. Sprawdza się właśnie prognoza, o której pisałem półtora roku temu (vide: Książki, których nie przeczytamy). I wcale mnie to nie cieszy.

Powody takiej sytuacji są dość oczywiste. O najpopularniejszych zagadnieniach, takich, które interesują każdego fotoamatora, szczególnie początkującego (a takich zawsze jest najwięcej), wyszło po kilka, kilkanaście książek. Kilkanaście pozycji o ekspozycji, następny stosik o pejzażu, mała górka o portrecie, solidna sterta o fotografii ślubnej. Gigantyczną górę instrukcji photoshopowych trudno pominąć. Teraz powoli rośnie niedoreprezentowana kolekcja podręczników fotografowania żywności. To wszystko tematy, które mniej lub bardziej interesują każdego fotoamatora, a szczególnie każdego początkującego fotoamatora – czyli odpowiadają na potrzeby największej grupy. A przynajmniej odpowiadały, bo ileż potrzeba podręczników o podstawach ekspozycji, abecadle pejzażysty, portrecisty, ślubniaka? Zwłaszcza że wydane w ostatnich latach książki nadal są dostępne – jeśli nie w księgarniach, to na allegro. Nic dziwnego, że wyniki sprzedaży kolejnych takich pozycji były coraz gorsze, co zniechęca wydawców do wprowadzania nowych pozycji.

No dobrze, rynek poradników dla początkujących jest zapchany, ale co z książkami dla tych bardziej zaawansowanych? Tych akurat nigdy nie było dużo, a i tematów jest więcej, problemy trudniejsze, podejść, wariantów i strategii więcej. I gdzie one wszystkie? Tutaj jest problem, który dotyczy wszelkich publikacji dla zaawansowanych: im tematyka bardziej specjalistyczna, tym mniej potencjalnych czytelników. Im mniej zainteresowanych, tym wyższe ryzyko wydawcy, niższa sprzedaż, konieczność ustalania wyższych cen (co znowu redukuje grono klientów). Jest jakieś wyjście z kwadratury koła?

Spora część kosztów wydania książki to papier – koszt druku zależy od liczby egzemplarzy, więc mały nakład jest drogi, a duży wymaga, aby pozycja była popularna i masowa. Poniżej pewnej ilości sprzedanych egzemplarzy trudno nie dołożyć do interesu. Co jednak, gdy wyeliminuje się papier? Znika nie tylko potężny koszt drukarni, ale także ryzyko z „przestrzeleniem” nakładu i niesprzedanymi egzemplarzami. Publikacja elektroniczna, czyli e-book, to nie tylko brak kosztów produkcji każdego egzemplarza z osobna, ale też nakład dokładnie taki, jakie jest zapotrzebowanie. Nadal oczywiście pozostaje pewne minimum wysokości sprzedaży, które pokryje koszty wytworzenia książki (lub zakupu licencji), ale w przypadku e-wydania jest znacznie poniżej progu opłacalności wydania papierowego. Chcecie bardziej zaawansowanych książek fotograficznych? Nie szukajcie w księgarniach, tylko rozglądajcie się za e-bookami.

Powyżej zdjęcie nie z książki, tylko z Krety. Poznajcie kolokitianti – coś w rodzaju małych gołąbków z ryżu z ziołami zawijanego w kwiaty cukinii. Poniżej przypominam ankietę na temat e-booków.

Ciekawego e-booka na temat fotografii

Zobacz wyniki ankiety

Loading ... Loading …

Węgry – to nie jest kraj dla fotografów

Most Karola o poranku

Węgry z pewnością są pięknym krajem, ale od 15 marca fotografowanie w nim stało się cokolwiek ryzykowne. Otóż weszły tam w życie przepisy, zgodnie z którymi trzeba mieć zgodę każdej osoby, którą sfotografujemy – jeśli tylko jest ona rozpoznawalna na zdjęciu. Przypomnę, że w bardziej normalnych systemach prawnych, w tym w Polsce, zgodę trzeba mieć dopiero na publikację – czyli publiczną prezentację zdjęcia (więcej o tym czytacie na F-Lexie, na przykład tutaj jest o fotografowaniu we Włoszech, a tu o fotografowaniu na wakacjach). Na Węgrzech trzeba natomiast uzyskać zgodę na samo zrobienie zdjęcia – i to przed wciśnięciem spustu migawki. Jak to komplikuje życie reporterów i fanom street foto, można sobie wyobrazić. Komplikuje także, delikatnie mówiąc, życie turystów i miłośników fotografii architektury, bo niech no ktoś nam wlezie w kadr i zauważy, że wycelowaliśmy w jego stronę obiektyw…

Z innych węgierskich ciekawostek: policjanci na wszelkich publikowanych zdjęciach muszą tam mieć rozpikselowaną twarz. Więcej o węgierskich paragrafach na fotografów szukajcie niedługo na F-Lexie.

Zdjęcie powyżej z najnowszych warsztatów w Pradze, dociekliwi mogą policzyć, ile osób musiałbym pytać o zgodę na uwiecznienie, gdyby rzecz działa się w Budapeszcie.

PS. O węgierskich przepisach napisało w międzyczasie rękami Darka najlepsze źródło o fotografii i prawie, czyli F-Lex. Lepiej to przeczytać, zanim się wyruszy na wycieczkę do Madziarów z aparatem.

Po Kolei na Pragę

Praga, Dworzec GłównyWeekend spędziliśmy z grupą zagorzałych fotografów w Pradze. Achronologiczną podróż po praskich wspaniałościach architektonicznych zaczęliśmy od moderny, a zakończyliśmy na gotyku. Po drodze zahaczyliśmy o przeróżne style, z surrealizmem latających pomników włącznie. No i byliśmy na kolei, jak widać na zdjęciu powyżej. Na dworcu zajrzeliśmy też do pięknie zdobionych, secesyjnych poczekalni cesarskich, gdzie mogliśmy przez godzinę poczuć się jak cesarze.

Dziękujemy wszystkim uczestnikom za uczestnictwo, a Włodkowi „Sewo” Krajewskiemu za pokazanie nam uroczych zaułków, których bez niego nigdy byśmy nie znaleźli. W Złotym Mieście jest tyle pięknych miejsc wartych kadru, że do katedry i na Złotą Uliczkę udało nam się dotrzeć dopiero za czwartym razem. A i to jeszcze nie widzieliśmy wszystkiego…

Praga powitała nas słonecznym uśmiechem, a pożegnała deszczem. Ale Praga nie musi płakać – jeszcze wrócimy!

Katedra w Pradze

Wypełnij kadr

Rogalin

Kadrowanie to trudna sztuka. Ciąć tu, czy szerzej? A może ciaśniej? Główny element w 1/3 kadru? A jak wymierzyć jedną trzecią, skoro jest duży i zajmuje tego kadru połowę, albo i więcej? Czy za wszelką cenę unikać umieszczania go na środku? No bo skoro taki na przykład talerz jest okrągły, to powstanie pusta przestrzeń z jednej strony? Czy to źle, że będzie pusta? Czy gorzej, jeśli obiekt będzie centralnie na środku? Decyzje, decyzje…

A tymczasem sprawa jest znacznie prostsza, jeśli zapomnieć o wszystkich doskonałych matematycznie podziałach i skupić się tylko na jednym: wypełnieniu kadru. W kadrze powinno się znaleźć tylko to, co jest w nim potrzebne, a obciąć należy to, co przeszkadza. I już. A podziały i proporcje zrobią się same albo się nie zrobią, ale to nie będzie miało znaczenia.

Pozostaje tylko stwierdzić, co jest w kadrze potrzebne. Jest to zagadnienie pokrewne słynnemu już, a znienawidzonemu przez początkujących adeptów fotografii pytaniu*: „O czym jest to zdjęcie?” Każdy element zdjęcia, łącznie z pustą przestrzenią, ma swoje znaczenie. Linia od lewego dolnego rogu do góry i w prawo – wprowadza w kadr i wiedzie do głównego elementu. Przyciemnione brzegi spychają wzrok do środka. Na tym środku coś musi oczywiście być, żeby było po co tam wzrok spychać. Pustka z jednej strony może być albo barwną przeciwwagą dla tematu, albo miejscem na spojrzenie modela, albo przestrzenią w której tenże model może kontynuować swój ruch, albo pokazaniem kontekstu w sensie wielkiej przestrzeni otaczającej główny temat, albo jeszcze innymi rzeczami, ale z pewnością nie jest pozbawiona znaczenia.

No, to jak wypełnić ten kadr? Wróćmy do hipotetycznego talerza z pierwszego akapitu. Jak sfotografować talerz? To zależy, o czym ma być to zdjęcie. Jeśli ma być o tym, jaki mam ładny talerz, to oczywiście kadrujemy centralnie i ciasno, tak żeby talerz był w kadrze cały, ale nic poza nim. Takie zdjęcia są na allegro, w sekcji Dom | Zastawa (albo jakoś tak). Ale można też zrobić zdjęcie o czekaniu na obiad, a wtedy talerz może być z boku, a z drugiej strony być może widelec albo serwetka. Albo zdjęcie o romantycznej kolacji: talerz widoczny z boku, ostrość na złoceniu, a w rozmytym tle drugi talerz i kieliszki. O czym jeszcze może być zdjęcie, na którym jest talerz? Ba! Możliwości jest mnóstwo, a każdą z nich należałoby inaczej kadrować. Jak widać, nic nie wspominam o ułamkach kadru…

Talerze są proste (czy raczej okrągłe), a co z bardziej skomplikowanymi kształtami? To samo: zawsze trzeba się zastanowić, o czym ma być zdjęcie, a potem tak dobrać kadr i tak go zakończyć, żeby faktycznie o tym czymś było. Na przykład to drzewo na górze – o czym jest to zdjęcie? O drzewie? Ale w takim razie co by tam robiły te wszystkie pozostałe elementy? Niewątpliwie nie jest to zdjęcie typu allegrowego, z działu „sprzedam działkę z drzewem, tak wygląda.”

To jest zdjęcie o sękatych konarach starego dębu (są wszystkie, nie cięte), rosnącego w wielkiej przestrzeni (kawał nieba na górze i łąki na dole), w dalekim sąsiedztwie innych drzew, w dodającej tajemniczości mgle. Pustka, surowość kształtu, zawieszenie w czasie i przestrzeni.

 

* Pewna znajoma powiedziała mi kiedyś, że gdy słyszy od starszego stażem fotograficznym kolegi pytanie, „o czym jest to zdjęcie”, to już wie, że je skopała. Coś w tym jest.

 

P.S. Jeśli ktoś nie boi się Facebooka, a jest zainteresowany szalonymi pomysłami Sławka Adamczaka na fotowyprawy, może polubić fanpage Sławka.

Miliony zdjęć za darmo i kilka ale


 

Wersja Radia Erewań: Getty Images rozdaje każdemu miliony zdjęć za darmo. Wersja nieco bardziej zbliżona do rzeczywistości:

  • Nie rozdaje, tylko pozwala udostępnić na swojej stronie internetowej. I – wbrew temu, co niektórzy piszą – wcale nie pozwala pobrać. To też jeden z haczyków: zdjęć się nie pobiera i nie umieszcza „na twardo” na własnej stronie, tylko osadza się za pomocą specjalnego kodu html, ale przy każdym wyświetleniu zdjęcia są ładowane bezpośrednio z serwerów Getty’ego.
  • Fotografie mogą wyświetlać się tylko w jednej rozdzielczości i z obowiązkową stopką o agencji i autorze. Kliknięcie na zdjęcie przenosi na stronę Getty.
  • „Każdemu” jest prawie prawdziwe – wyłączone są zastosowania komercyjne, ale jako strony komercyjnej Getty nie traktuje stron z reklamami, a jedynie wykorzystanie osadzonych zdjęć do promocji produktu lub usługi jest zabronione. Natomiast nie ma problemu, żeby zrobić stronę ućkaną reklamami (np. AdSense Google’a), między którymi będzie się wciskało zdjęcia od Getty Images – może to nowy pomysł na biznes?
  • „Za darmo” jest relatywne. Owszem, nie płaci się gotówką, ale... I tutaj tych „ale” jest kilka i wyjaśniają one, dlaczego GI zdecydował się rozdawać internautom zdjęcia. Po pierwsze, serwowanie fotografii zawsze ze strony GI powoduje, że GI zbiera sobie dokładne dane kto, gdzie i jak często wyświetla które z ich zdjęć. Po drugie, Getty zapowiada, że za jakiś czas włączy reklamy i czasem zamiast takiego osadzonego zdjęcia ukaże się reklama. GI będzie więc sobie zarabiała na darmowym udostępnianiu zdjęć na dwa sposoby: z reklam oraz z przetwarzania danych o preferencjach internautów (w ramach modnego ostatnio trendu Big Data).

A co z tego wszystkiego ma fotograf, którego prace są w ten sposób udostępniane? Przede wszystkim ma obowiązkowy udział w tej zabawie: nie można współpracować z GI i jednocześnie wycofać swoje zdjęcia z darmowego udostępniania. Poza tym może się cieszyć z… promocji, bo zdjęcia są podpisane. To nie mój wymysł, tylko tak twierdzi przedstawiciel Getty i wygląda, jakby naprawdę tak uważał. Mamy tu wielki powrót sławnego argumentu: „Za zdjęcia nie zapłacę, ale łaskawie mogę je podpisać autorem, zostaniesz pan dzięki mnie sławny, to se wtedy zarobisz”. Getty obiecuje, że jak coś zarobi na serwowanych przy okazji reklamach, to się podzieli z fotografami, aczkolwiek na razie o żadnych kwotach czy procentowym podziale dochodów nie ma mowy.

O Gettym pisałem już wcześniej – to najpotężniejsza agencja sztokowa na świecie i jednocześnie najbardziej zasłużona dla niszczenia rynku fotograficznego: obniżała stawki fotografom, samowolnie zmieniała typ licencji zdjęć z right management na royalty free. Teraz praktycznie wyznaczyła zerową cenę za małe zdjęcie w internecie. Fotograf Darren Carroll obawia się, że dotknie to nawet fotografów nie mających nic wspólnego z Getty’m, bo w przypadku sporów sądowych o naruszenie praw autorskich sądy mogą zerową cenę GI uznać za obowiązującą stawkę rynkową, co uniemożliwi w ogóle dochodzenie swoich praw.

Getty Images od dawna demontuje rynek fotografii, teraz przynajmniej wiadomo dlaczego – Getty wychodzi z branży fotograficznej, a wchodzi w reklamę internetową i Big Data. Rzeczywiście, fotografowie są agencji coraz mniej potrzebni.

U góry po raz pierwszy i ostatni tak właśnie osadzone zdjęcie z Getty’ego. Barack dość niepewnie macha, a Michelle jest zdegustowana.

 

Granica absurdu

Dęby Rogalińskie

Każde hobby to wydatki, a fotografia, wbrew pozorom, wcale nie jest najbardziej kosztownym sposobem spędzania wolnego czasu. Jak jednak w przypadku każdego hobby, nie ma żadnych problemów, żeby wydatki podnieść do poziomu absurdu. Tylko gdzie zaczyna się ten poziom? To kwestia bardzo względna i zależna od grubości portfela. Na szczęście można tutaj liczyć na pomoc producentów, którzy chętnie pomogą stwierdzić, gdzie jest granica absurdu. Jeśli ktoś miał pewne wątpliwości, czy wyznacza ją Hasselblad Stellar za co najmniej 5000 USD (czyli tak naprawdę przemalowany i z dokręconym drewnianym uchwytem Sony Nex 7, kosztujący nieco ponad 3000 zł), to na pomoc przychodzi Luis Vuitton. Przyznam, że do niedawna tę nazwę kojarzyłem wyłącznie ze spamem (rolexy, generic viagra itp.), więc z pewnością nie jestem klientem na torbę fotograficzną za 3750 USD (trzy tysiące siedemset pięćdziesiąt dolarów, serio, serio). Pytanie jednak: kto jest klientem na tę właśnie torbę? Już pomijam kwestię, że projektant od Luisa Vuittona widział inne torby fotograficzne z daleka i przez chwilę, a pomysł poprzeczki w poprzek i w połowie głównej komory jest tyleż nowatorski, co surrealistyczny. Poprzeczka przy wejściu, wielka komora po której aparat będzie sobie swobodnie latał – do noszenia sprzętu to się zapewne nieszczególnie nadaje, natomiast może stanowić wzorzec z Sèvres granicy zakupowego absurdu. Doskonały i uniwersalny wzór daje nam Luis Vuitton, teraz wychodząc od tego można sobie samemu wyznaczyć własne granice – w którym momencie wydatki na fotografię przekraczają racjonalną granicę i jaki sprzęt mieści się dla Was w granicach poczytalności?

PS. W Zerkaczach Reszty Świata pojawił się „Lens” – interesujący blog redakcyjny New York Timesa, a Richarda Bernabe zastępuje Ian Plant, który na swoim blogu agreguje kilku autorów, w tym… Richarda Bernabe. Sam Ian Plant też pisze i fotografuje ciekawie.

PPS. Jeśli ilustracyjny rogalinek wydaje się znajomy, to nie jest to podobieństwo przypadkowe. :)

 

Cytaty: Najgorsze jest akceptowanie…

Rogalin

„Najgorsze jest akceptowanie rzeczy tylko dlatego, że ludzie obeznani mówią, że tak ma być.” Tym krótkim, choć złożonym zdaniem Alfred Stieglitz streścił główne niebezpieczeństwo grożące fotografowi: brak kreatywności, zabitej przez sztywny gorset cudzych opinii. Opinii bardziej lub mniej samozwańczych znawców, ludzi, którzy świetnie wiedzą co jak powinno wyglądać i aktywnie nie akceptują wyglądów odmiennych.

Wiadomo przecież, że horyzont w połowie kadru dyskwalifikuje ujęcie; wiadomo, że wszystko co istotne powinno się znaleźć w 1/3 kadru, linie skośne mają wychodzić z narożników, nie fotografuje się pod słońce, piony muszą być pionowe, a histogramy trzymane z daleka od krawędzi.

Tylko że gdy już przyjmiemy to wszystko, i jeszcze parę dodatkowych prawd objawionych jako zasady absolutne, i będziemy się do nich stosować zawsze, to nie pozostawiamy sobie twórczej swobody. Okaże się, że wszystkie zdjęcia są jednakowe, sztampowe, a wreszcie nudne, jak dwieście trzydziesta piąta fotografia tablicy testowej. Gdy wszystko jest dokładnie określone, gdzie miejsce na nowe pomysły, eksperymenty, radość tworzenia, jakikolwiek rozwój? I czy nie znajdziemy się tam, gdzie ten biedny teoretyk Renesansu, który stwierdził, że wszystko co ważne już wymyślono i powiedziano, a najlepsze co można zrobić, to odkurzyć stare mądrości? Gdyby go posłuchano, nikt by nie wynalazł fotografii…

P.S. Przy okazji świeża informacja: z powodów technicznych portal www.dfv.pl mieści się obecnie pod adresem www.dfv.com.pl – i zapraszamy do jego odwiedzania.

Niebo się wali

Rogalin

Zbliża się kolejny koniec świata, tym razem kometa trafi w producentów aparatów. Pisałem już o tym co najmniej dwukrotnie (tutaj i tutaj), wskazując, że po raz pierwszy w historii w zeszłym roku siadła sprzedaż aparatów z wymienną optyką. Od tej pory sytuacja się zmieniła jedynie o tyle, że pojawiły się oficjalne podsumowania zeszłorocznej sprzedaży i producenci stracili możliwość udawania, że wszystko jest ok. Choć niektórzy nadal próbują robić dobrą minę do złej gry.

Jak wygląda walące się niebo? Sprzedaż lustrzanek w zeszłym roku spadła o 6%, a sprzedaż bezlusterkowców – aż o 22% (w efekcie bezlusterkowce to 23% lub 18% sprzedawanych aparatów z wymienną optyką, w zależności od tego, czy liczyć sztuki czy wartość finansową). Niektórzy zastanawiają się, czy to nie wróży końca bezlusterkowcom. Kompakty to już w ogóle jedna zgroza, koszmar i temat zamknięty – zjazd z 79 milionów sprzedanych egzemplarzy w 2012 roku na 44 miliony w 2013 dobrze tłumaczy, dlaczego kolejne firmy wieją z tej części rynku.

Co na to producenci? Dpreview przeprowadziło ostatnio serię wywiadów z bossami producentów aparatów i każdy poczuł się w obowiązku odnieść do kwestii spadającego na głowę nieba.

Mnie najbardziej podobał się wywiad z przedstawicielem Fuji, który prezentował najbardziej trzeźwe stanowisko i (prawie) nie próbował cukrować rzeczywistości (teza, że X-T1 może rywalizować na profesjonalnym rynku fotografii sportowej jest nieco optymistyczna). Najciekawsza była odpowiedź na pytanie o główne wyzwania na przyszłość: najważniejsze jest zwiększanie świadomości i zaufania klientów do bezlusterkowców, a najbardziej temu pomogłoby, gdyby Canon i Nikon na poważnie zaangażowały się w ten segment rynku. Ktoś się jeszcze dziwi, czemu bezlusterkowce Canikona wyglądają, jakby były projektowane wyłącznie 29 lutego?

Wywiad z przedstawicielem Olympusa jest całkiem zabawny, bo tutaj możemy obserwować nie tyle zaklinanie rzeczywistości, co piękną prezentację własnego, alternatywnego matrixa, w którym rynek bezlusterkowców wcale się nie kurczy, tylko rośnie („At the same time though, there is still growth in the mirrorless market”), a w Japonii bezlusterkowce to już 50% sprzedaży (w 2012 faktycznie miały 44% japońskiego rynku, ale w 2013 roku już tylko 38%).

Problemy z liczeniem, a konkretnie z porównywaniem liczb ma też zarząd Nikona, dla którego spadek sprzedaży kompaktów niespecjalnie różni się od spadku sprzedaży aparatów z wymiennymi obiektywami („There have certainly been changes in the market, such as the decline in compacts, and also when you look at the number of units shipped, the same decline has been seen for interchangeable lens cameras as well.”), ale ogólnie to wyłącznie problem tymczasowy, który pewnie sam z siebie zniknie. Dalej jest jeszcze śmieszniej, bo wizję rozwoju Nikon widzi w sprzedaży na rynku chińskim, ale nie tyle w wielkich miastach „nowym Chińczykom”, co mieszkańcom wiosek na prowincji. Serio, serio, to nie ja robię sobie jaja. („When I say ‘potential’, we’re not just talking about the cities, like Shanghai and Beijing, but also the vast population inland.”) Później zaczyna się robić ponuro, gdy na pytanie o strategię na przyszłość możemy przeczytać, że Nikon będzie produkował taniej i obniżał koszty, w tym cenę komponentów. („Developing our products more efficiently and reducing costs, such as the cost of components.”) Naprawdę ludzie popędzą do sklepów, jeśli aparaty staną się bardziej plastikowe i projektowane mniejszym nakładem sił i środków? Dodam jeszcze, że padła też druga wskazówka co do przyszłej strategii: różnicowanie modeli, czego świetnym przykładem ma być Df i AW1. Hm…

Wszyscy wywiadowani zapowiadali bliżej nieokreślone innowacje, a jedyne konkrety padały co do rozwoju funkcji filmowych. Nie odniosłem wrażenia, żeby mieli konkretne pomysły na odwrócenie trendu spadkowego, może za wyjątkiem Fuji, gdzie jednak ten pomysł był mocno życzeniowy („będziemy pracować nad przekonaniem klientów, że bezlusterkowce to poważne aparaty, a najlepiej, jakby nam Canon z Nikonem w tym pomogli”).

Na koniec jeszcze ciekawe zestawienie, pokazujące na ile ważny jest rynek fotograficzny dla każdego z producentów. Canon z fotografii ma 26% przychodów, Nikon – 76,5%, Fujifilm – 3,5%, a Olympus 14,6%. Wynika z tego, że Canon gra o kasę, Nikon o życie, a Fuji gra, bo lubi.

Do aktualnych danych oczywiście aktualne rogalinki.

Rogalin

Wystawa z fotowypraw

Marokanka

Zapraszamy na wystawę fotografii „Moja Afryka” autorstwa Adama Jędrzejewskiego. Zdjęcia powstały podczas obu naszych fotowypraw do Maroka. Miejscem wystawy jest filia nr 13 Biblioteki Miejskiej im. W. Kulerskiego w Grudziądzu, mieszcząca się przy ul. Mikołaja z Ryńska 1/7. Wernisaż odbędzie się w piątek 28. lutego o godzinie 17.00.

Będzie też można pooglądać, jak w takich zastosowaniach sprawdza się papier Ilford Gold Fibre Silk w formacie A2, zadrukowany na Epsonie Stylus Pro 3880. Można też będzie porozmawiać z Adamem na temat jego afrykańskich doświadczeń. No, to są już trzy powody, żeby w najbliższy piątek wpaść do 13. biblioteki!

Powyżej jedno ze zdjęć Adama, które w słusznym formacie będzie można obejrzeć na wystawie.