Nie czytajcie instrukcji obsługi aparatu!

Macchu Pichu we mgle, Peru

Co trochę trafiam na różne mądre porady dla początkujących fotoamatorów, które zalecają dokładne przestudiowanie instrukcji do aparatu. Pewnie jestem w stanie wymyślić coś bardziej zniechęcającego do fotografii, ale musiałbym się dłużej zastanowić. A nawet pomijając niewielką atrakcyjność takiej lektury, to jeszcze jest znikoma przydatność dla początkujących. Serio, serio – przeczytanie instrukcji obsługi aparatu nie posunie fotograficznego neofity ani o krok w stronę nirwany.

Nie jest trudno stwierdzić, co jest nie w porządku z instrukcjami: opisują funkcje aparatu, a nie proces fotografowania. Tymczasem funkcji jest mnóstwo, spora część z nich nie ma praktycznego znaczenia, a niektóre wykluczają się z innymi (co zresztą nie zawsze jest wyraźnie zaznaczone). Nawet wykucie na pamięć podręcznika obsługi aparatu nie przybliża ani o krok do zrobienia ciekawego zdjęcia. Tymczasem gdyby instrukcje zamiast funkcji aparatu, opisywały proces fotografowania – w rozbiciu na różne typy sytuacji… O, to byłaby zupełnie inna instrukcja. I, być może byłyby to też inne aparaty, w których nie zdarzają się cuda typu umieszczenie wstępnego podnoszenia lustra i samowyzwalacza na tym samym pokrętle.

Instrukcje nie są oczywiście zupełnie bezużyteczne, tyle że teraz najbardziej przydatne są osobom, które wiedzą, czego i dlaczego chcą użyć, a jedynie nie pamiętają, gdzie to znaleźć.

Macchu Pichu we mgle, Peru

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie pochodzą z Machu Picchu, gdzie właśnie zmieniono reguły gry: wejścia są tylko dla zorganizowanych grup z miejscowym przewodnikiem, a bilety czasowe: od rana do południa albo od południa do popołudnia. Nie wiadomo, na ile przewodnicy będą próbowali utrzymać swoje grupy w kupie (co w przypadku grup fotograficznych wydaje się trudno wykonalne bez łańcucha i kajdan), ale z pewnością konieczność zdecydowania się na poranek lub popołudnie ograniczy możliwości czekania na światło z właściwej strony. Teraz się trzeba będzie decydować: rano, gdy są szanse na mgiełki, czy po południu, gdy mniej ludzi. Podczas peruwiańskiej fotowyprawy mieliśmy łatwiej – ale o tym, że nie fotografuje się dwa razy tej samej rzeki, pisaliśmy już.

Macchu Pichu we mgle, Peru

Nasze fotografie na Twojej ścianie

Islandia, Dettifoss

Jeśli ktoś chciałby mieć którąś z naszych fotografii ładnie oprawioną na ścianie u siebie w domu lub biurze, to jest to teraz nie tylko możliwe, ale też łatwe. Kilkadziesiąt naszych zdjęć dostępnych jest do zamówienia w serwisie WydrukujFotografie.pl – można sobie wybrać rozmiar od skromnego 30×45 cm aż po słusznie się prezentujące 60×90 cm (z możliwością wyboru formatów pośrednich). Do wyboru jest 10 rodzajów papierów fotograficznych (włącznie z barytowym i bawełnianym), a także ramy (drewniane lub aluminiowe) oraz kolor passe-partout.

Co istotne, dostępność fotografii jest zupełnie niezależna od naszych wyjazdów – my możemy być z fotowyprawą na drugim końcu świata, a w tym czasie zamówiona fotografia zostanie przygotowana, oprawiona i wysłana.

Dostępnych do zamówienia fotografii będzie przybywać, ale jeśli ktoś ma w naszym portfolio ulubione zdjęcie, które nie jest dostępne w WydrukujFotografie.pl, to proszę nam dać znać – postaramy się dostarczyć.

Oczywiście powyższe zdjęcie wodospadu Dettifoss też można sobie powiesić na ścianie.

Do czego służy wschód słońca (i zachód też)

Wiatraki o poranku, Andaluzja

W pierwszym rzędzie wschód słońca służy oczywiście do gnębienia nieszczęsnych fotografów, którzy muszą zrywać się o nieludzkich godzinach, żeby być na miejscu w porze, kiedy fotografowie być na miejscu muszą. Zachód też rzecz jasna jest po to, żeby fotograf nie mógł spokojnie zjeść kolacji jak wszyscy, tylko musiał pędzić tam, dokąd popędzić musi. Czyli na zachód słońca. Żeby sobie ktoś czegoś nie pomyślał, no!

Ale jak już fotograf na miejsce dotrze, to w nagrodę zobaczy, po co się tak męczył. Nie, absolutnie nie chodzi o podziwianie wschodzącego (tudzież zachodzącego) słońca. We wschodach i zachodach najmniej ciekawe jest właśnie słońce. Naprawdę interesujące jest to, co słońce po drodze wyprawia ze światem. Zwykłe białe rzeczy stają się fantastycznie złociste, i proszę nie regulować odbiorników – balans bieli tu nie zawinił. Żółte, pomarańczowe i różowe budowle, które w dzień są po prostu nudnie białe, tworzą piękny kontrast barwy z błękitnym niebem, a jeśli jeszcze trafi się jakaś chmurka, to tym lepiej. Zresztą nie tylko niebo jest błękitne, ale zacienione miejsca też. To, co w dzień płaskie i jednobarwne, nagle staje się przestrzenne i kolorowe. Magia! I właśnie dla tej magii warto się pomęczyć.

Wiatraki prosto z Andaluzji.

Fotografie na tę chwilę

  • Dymiące pola: Islandia

    Dymiące pola: Islandia

  • Pora na połów, Lofoty

    Pora na połów, Lofoty

  • Jedno z wielu, Umbria

    Jedno z wielu, Umbria

  • Gdy topnieją islandzkie śniegi

    Gdy topnieją islandzkie śniegi

  • Zmierzch na Lofotach

    Zmierzch na Lofotach

  • Zapraszająco :)

    Zapraszająco 🙂

  • Islandzka jaskinia

    Islandzka jaskinia

  • Małe punkciki pod wodospadem

    Małe punkciki pod wodospadem

  • Toskańska kraina łagodności

    Toskańska kraina łagodności

  • Duch zakonnicy. Kościół Franciszkanów w Salzburgu

    Duch zakonnicy. Kościół Franciszkanów w Salzburgu

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

Kolory podczerwonego świata

Światło latarni

Powszechnie wiadomo, że jest siedem kolorów tęczy: fioletowy, indygo, niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy i czerwony. Możemy je nawet czasem zobaczyć. A właściwie, to tylko te możemy zobaczyć… oraz wszystkie barwy pośrednie, oczywiście. Przyjmujemy na wiarę, że poniżej fioletowego jest ultrafiolet – nie widzimy go, ale nas opala, a to już jakiś dowód na istnienie. Sądząc po dotkniętej nim skórze, ultrafiolet musi mieć kolor czerwonoróżowy, przechodzący z czasem w brązowy. A jaki jest kolor podczerwieni?

W przeciwieństwie do ultrafioletu, podczerwień daje się fotografować aparatem cyfrowym, więc właściwie powinno się na zdjęciu dać zobaczyć, jakie ma kolory – i czy w ogóle można tu mówić o kolorach w liczbie mnogiej. Tylko że cyfrówki to straszne kłamczuchy. Trójkolorowe matryce, filtry, wreszcie balans bieli – ten ostatni szczególnie! – sprawiają, że kolory na zdjęciach mogą być takie, jak w rzeczywistości albo takie, jak chce fotograf. Albo, oczywiście, dowolne barwy pośrednie. No i w ogóle dowolne. I w tym jest optymistyczna odpowiedź na pytanie o kolory podczerwieni: mogą być takie, jakie uznamy za stosowne.

Najczęściej zdjęcia podczerwone prezentuje się w formie czarno-białej i taka też jest w większości nasza podczerwona galeria. Jeśli na aparacie zamontowano filtr odcinający światło widzialne z dużym zapasem (830 nm), zdjęcie prosto z aparatu jest od razu monochromatyczne: czarno-białe lub czerwono-białe, zależy czy ustawiono balans bieli na trawę czy nie. Ale to nie wyczerpuje możliwości pokazywania kolorów podczerwonego świata. Filtry odcinające światło widzialne w okolicy 700 nm (najpopularniejsze) zarejestrują też trochę koloru, ale zupełnie innego, niż to co widzimy oczami. Niebo będzie rude, trawa biała, a niektóre rzeczy nawet niebieskie – na przykład goreteksowe ubrania albo obiekty pomalowane farbą zawierającą ultramarynę. Taką kolorystykę można zachować albo zmienić przez mieszanie kanałów tak, że niebo będzie na powrót niebieskie. Górne zdjęcie to właśnie przykład takiego twórczego podejścia do koloru w podczerwieni: kanały czerwony i niebieski zostały zamienione. Ten pomarańczowy blask to flara – przed obróbką była niebieska. Dolne zdjęcie to kolor taki jak z aparatu: ciepłe niebo, biała zieleń. Rzecz jasna, możliwe są też przeróżne inne operacje na kolorach; balans bieli w parze z mieszaniem kanałów daje prawie nieograniczone kombinacje. Co ciekawe, niektóre zdjęcia aż się proszą o usunięcie koloru, a inne wyglądają lepiej w kolorze – takim czy innym. No i można też połączyć barwy zdjęcia podczerwonego i normalnego, ale o tym to już kiedy indziej.

Podczerwone wieże San Gimignano

Obiektywy i filtry w fotografii podczerwonej

Wiatraki Kinderdijk w podczerwonym świetle poranka

Przy fotografowaniu w podczerwieni nie tylko uzyskuje się zdjęcia, które trzeba edytować w dziwny sposób, ale też właściwości optyki stają się… nieco inne. Najprościej jest z filtrami: szare nie działają wcale. Dokładnie tak: filtry szare w fotografii podczerwonej są przezroczyste i wcale nie wydłużają czasu naświetlania. Nie znam sposobu wydłużenia czasu ekspozycji przy zdjęciach podczerwonych innego niż operowanie przysłoną. Nawiasem – tak samo przezroczyste są okulary przeciwsłoneczne, więc ludzie w takich okularach wyglądają, jakby mieli ogromne okulary korekcyjne.

Filtry polaryzacyjne działają, ale efekt jest nieco inny niż przy normalnej fotografii. Przede wszystkim dają efekt, jakby zdjęcie było zrobione nie z użyciem aparatu wyposażonego w filtr typu „Red”, ale typu „Black”. No, prawie tak wygląda. W każdym razie znika prawie zupełnie kolor, który można wykorzystać do zamiany kanałów i uzyskania np. niebieskiego nieba, za to uzyskuje się mocniejszy kontrast. Polaryzować czy nie polaryzować? Odpowiedź zależy, czy lubimy podczerwone zdjęcia z niebieskim niebem, czy wolimy jednolicie czarno-białe. W tym ostatnim przypadku – polaryzować. A jak się nie ma pewności – robić po dwa zdjęcia.

filtr polaryzacyjny w podczerwieniPo lewej zdjęcie spolaryzowane, po prawej – bez polaryzacji

Obiektywy w fotografii podczerwonej to jeszcze ciekawsza historia, choć niekoniecznie przyjemna. Powłoki przeciwodblaskowe – nie działają. Jeśli jesteśmy dumnymi posiadaczami obiektywu, który świetnie sobie radzi przy zdjęciach pod światło, to użycie go do zdjęć podczerwonych może rozczarować. Kontrast spadnie na pysk, za to pojawią się ogromne plamy flar. Dlaczego tak jest? Pewnie z tego samego powodu, dla którego nie działają filtry szare – wszelkie powłoki są projektowane pod kątem zachowania w widzialnym paśmie światła. O ile nowoczesne obiektywy pozwalają śmiało i bezkarnie fotografować pod światło, to jednak przy zdjęciach podczerwonych zdecydowanie lepiej mieć słońce poza kadrem. No chyba, że celem jest uzyskanie flary.

Wiatraki Kinderdijk w podczerwonym świetle poranka

To jeszcze nie koniec atrakcji. Powłoki powłokami, ale w podczerwieni spada ostrość. Spada w niektórych obiektywach, w innych nie. A w jeszcze innych spada gdzieniegdzie, za to całkiem na pysk. Konkretnie i na przykładach: Canon EF 24-70/4L IS USM to „żyleta” zarówno w paśmie widzialnym, jak i „infrared”. Sigma 10-20/4-5.6 jest w podczerwieni wyraźnie gorsza niż przy normalnych zdjęciach, ale efekt nadal jest użyteczny, a spadek ostrości dotyczy całego kadru. Za to Canon 10-22/3.5-4.5 to dramat: o ile normalnie trudno zdjęcia zrobione tym obiektywem odróżnić od zdjęć z Sigmy 10-20, to w podczerwieni rogi kadru są zupełnie mydlane. Wyjaśnienie, dlaczego tak się dzieje, to pewnie temat na doktorat z optyki, ale wniosek jest jednoznaczny: trzeba samemu się przekonać, jak dany obiektyw będzie się sprawował przy fotografii podczerwonej. To, że „szkło” jest normalnie świetne, wcale nie oznacza, że w takiej specyficznej fotografii będzie równie dobre. I nie powiedzą nam tego żadne testy, bo jak dotąd nie słyszałem, żeby ktokolwiek testował obiektywy pod kątem fotografii podczerwonej.

To jest kolejny wpis związany z galerią „Świat w podczerwieni”. I jeszcze nie ostatni. 🙂

 

Do czego jest potrzebne Digital Photo Pro, albo o wyższości JPEG-a nad RAW-em*

W Holandii, nad wodą

Zacząć trzeba od krótkiego wyjaśnienia, bo zapewne nie wszyscy wiedzą, co to jest Digital Photo Pro. Otóż jest to canonowska wywoływarka RAW-ów z Canonów. Daje dobrą jakość obrazu (przynajmniej dopóki korzystamy ze sprzętu Canona, łącznie z obiektywami), ale możliwości manipulacji obrazem ma stosunkowo ograniczone, a interfejs, jak by to łagodnie wyrazić, niecodzienny. Bywają jednak takie sytuacje, gdy DPP jest jedynym wyjściem, a Lightroom z kolegami zupełnie się nie sprawdzają. Zdjęcia w podczerwieni.

Ustawiony w aparacie prawidłowo dla takich zdjęć balans bieli (WB użytkownika ustawiony na wzorzec: nasłonecznioną trawę) ma tak skrajne parametry, że nijak nie dałoby się go ustawić inaczej. Skala w Kelwinach zostaje daleko z tyłu, podobnie jak korekcja tinty, ale WB użytkownika działa. Szkopuł w tym, że wywoływarki Adobe nie biorą pod uwagę balansu bieli ustawionego według wzorca w aparacie. I wiecie co? Mają za krótkie suwaczki, żeby ten balans bieli przynajmniej w miarę poprawnie ustawić na komputerze. RAW-y zdjęć podczerwonych wyświetlają się więc jako pomarańczowe lub brązowe. Razem z balansem bieli obrywa się też szczegółowości zdjęć, bo jednak część detali jest widoczna jako różnice barwy (owszem, nawet w podczerwieni), a przy dużym przebarwieniu takie różnice zanikają. W rezultacie dostajemy sytuację paradoksalną: JPEG z aparatu jest lepszy niż RAW wywołany w programie wiodącego producenta oprogramowania graficznego. A DPP, przy wszystkich swoich wadach, ustawienia z aparatu jednak przejmuje i są one punktem wyjścia do dalszych zmian.

Sprawdziłam jeszcze nuworysza w postaci Affinity i tu jest sytuacja ciekawa: RAW wyświetla się domyślnie z kolorami takimi, jak z aparatu, a korekcja balansu bieli jest wyłączona. Jeśli te kolory nam odpowiadają – super. Natomiast jeśli zechcemy je trochę zmienić, to… nie da się, a przynajmniej nie przy użyciu balansu bieli na RAW-ie. Włączenie narzędzia do korekcji balansu bieli powoduje bowiem, że kolory odlatują w kosmos barw – tu też suwaczki są zdecydowanie za krótkie… A z kolei ciotka-przyzwoitka DxO Optics Pro zachowuje się jak rasowa angielska dama: nie zauważa problemu. Sfotografowałeś pomarańczowy świat? Bardzo ładnie młody człowieku, skorygowałam twój pomarańczowy świat. Jest pięknie pomarańczowy.

Wnioski z tych rozważań? Balans bieli normalnych zdjęć można sobie ustawiać na komputerze (choć uważam, że lepiej i tak robić to w aparacie, ale o tym innym razem), ale balans bieli zdjęć podczerwonych obowiązkowo ustawiamy w aparacie, biorąc wzorzec z trawy w słońcu. Jeśli bowiem ustawimy go w aparacie, mamy później różne możliwości: skorzystać z wywoływarki producenta aparatu albo z takiego na przykład Affinity, albo pójść na skróty i posłużyć się gotowym JPEG-iem. Ale jeśli go nie ustawimy w aparacie, to zrobić to później będzie bardzo, bardzo trudno.

To był drugi, ale nieostatni odcinek minicyklu związanego z projektem „Świat w podczerwieni”, cdn.

* Proszę doczytać przynajmniej do 2/3 tekstu przed podniesieniem krzyku o herezję. Dziękuję.

Wiosenne śniegi

W ogrodzie, pod drzewami

Ostatnio gorąco, więc dla ochłody proponujemy zdjęcia ze śniegiem. Taki śnieg najlepiej fotografuje się wiosną lub wczesnym latem, gdy liście na drzewach jeszcze są młode, a pierwsza trawa nieskoszona. Nie, nie chodzi o tak zwanych „zimnych ogrodników” majowych. To pozorny śnieg, który powstaje podczas fotografowania w świetle podczerwonym. Zieleń rejestruje się w podczerwieni jako bardzo jasna, kamień zachowuje jasność naturalną, pnie drzew są przeważnie ciemne (choć to zależy od gatunku), a obiekty metalowe – bardzo ciemne. Niebo nabiera mrocznej głębi, podobnie jak woda, a każda, nawet najcieńsza chmurka jest wyraźnie zarysowana. Oblany podczerwonym blaskiem świat sprawia wrażenie wspaniałej, pełnej bujnego życia i światła zimy. Zapraszamy do oglądania naszej nowej galerii zdjęć podczerwonych.

Backup 3-2-1

schody w klasztorze w Tomar, Portugalia

Jeśli w fotografii jest coś mniej pasjonującego niż selekcja i porządkowanie zdjęć, to z pewnością tym czymś jest robienie kopii zapasowych. Kopie zapasowe trzeba jednak robić, z entuzjazmem lub bez – to i tak jest znacznie fajniejsze niż odzyskiwanie danych.

Wbrew pozorom dane cyfrowe są trwałe, a ich trwałość można jeszcze zwiększyć – właśnie przez multiplikację. Jeśli ryzyko utraty cennych zdjęć wynosi – bądźmy pesymistami – 1:10, to gdy będziemy mieli trzy kopie, wówczas zagrożenie spada do poziomu 1:1000. Można oczywiście kopie mnożyć i przy pięciu poziom bezpieczeństwa rośnie do całkiem komfortowego „jeden do stu tysięcy” – cały czas przy założeniu, że mamy 10% szans utraty pojedynczego nośnika. Jednak mnożenie kopii powyżej pewnej liczby nie ma specjalnego sensu, znacznie ważniejsze jest ich właściwe rozmieszczenie. I tutaj przychodzi na pomoc reguła: 3-2-1.

Owo 3-2-1 oznacza: trzy kopie, na dwóch różnych typach nośników, w tym jeden poza domem.

Pierwsza część nie wymaga wyjaśnień. Dwa typy nośników to np. dysk twardy i płyta DVD/Blu-ray lub też dysk twardy i taśma streamera. Albo też dysk twardy i chmura, choć to akurat mniej dobre połączenie. Dlaczego tak? Najlepiej mieć jeden nośnik niekasowalny (lub trudno kasowalny) – to zabezpiecza przed wirusami, atakami hakerów czy modnym ostatnio zdalnym szyfrowaniem dysków. Wszystkie kopie na dyskach twardych, jeszcze do tego cały czas podłączonych do komputera, to proszenie się o problemy w przypadku przepięć. Z kolei jeden egzemplarz każdego zdjęcia poza domem daje pewną ochronę na wypadek pożaru, powodzi czy włamania. Nagrywanie fotografii na dyski optyczne i wynoszenie ich np. do dalszej rodziny jest oczywiście metodą pewniejszą niż automatyczna synchronizacja z chmurą, ale też – równie oczywiście – mniej wygodną i wymagającą dyscypliny.

A właśnie z dyscypliną przy tworzeniu backupów jest najtrudniej. Można opracować sobie najlepszy system na wszelkie złośliwości losu, ale jeśli się go nie stosuje regularnie, to tak, jakby skakać ze spadochronem, w którym niektóre linki zostały przecięte – może te ważne, a może nie.

Nie tak całkiem osobną kwestią jest struktura danych: porządkowanie zdjęć w katalogi. Tutaj nie ma co trzymać się cudzych reguł, trzeba wymyślić własne – po to, aby dziwaczny dla nas sposób segregacji materiału nie zniechęcał do tworzenia kopii bezpieczeństwa. Łatwiej stosować system, który jest dla nas wygodny i zrozumiały, nawet jeśli teoretycznie gorszy od opracowanego przez kogoś innego. No i własna, intuicyjna metoda rozdzielania zdjęć przyda się, jeśli kiedyś trzeba będzie sięgnąć do kopii zapasowej i coś tam znaleźć.

schody w klasztorze w Tomar, Portugalia

Choć reguła 3-2-1 jest rozsądnym sposobem postępowania w odniesieniu do wszelkich danych cyfrowych, to jej twórcą jest fotograf Peter Krogh, który jednak bardziej niż ze swoich zdjęć znany jest z porad dotyczących zarządzania danymi cyfrowymi (Digital Asset Management). Więcej porad Krogha na temat backupu, ale także odnajdywania się w cyfrowym bałaganie można poczytać tutaj.

Moja metoda? Skopiowanie z karty pamięci na dysk komputera, stamtąd na dysk zewnętrzny i dopiero wówczas ewentualne kasowanie karty pamięci. Później jeszcze, po wstępnym uporządkowaniu materiału (usunięcie zdjęć z poważnymi wadami technicznymi) kolejna kopia na serwer plików NAS. Wybrane, edytowane fotografie kopiowane są do katalogu, który synchronizowany jest z chmurą Irista. Czasem (przyznaję, zdecydowanie zbyt rzadko i nieregularnie), wrzucam zbiory na płyty Blu-ray. Moje 3-2-1 to więc bardziej: 3 i 2/3 – (1 (i częściowo 2 oraz 3)) – niekiedy 1. Prawda, że proste i logiczne? 🙂

Meandry archiwizacji ilustrują schody z klasztoru Tomar w Portugalii.

„Jeśli coś wygląda dobrze…

O świcie w Chani, Kreta

… zrób zdjęcie. Jeśli później będzie wyglądało lepiej, zrób drugie.” Warto posłuchać Galena Rowella, tym bardziej, że film jest ostatnio tani i nie ogranicza nas do 36 klatek. Przyjeżdżamy w piękne miejsce, rozglądamy się i myślimy: nieźle, gdy słońce będzie niżej (albo wyżej, albo gdy już wzejdzie, albo gdy zajdzie – niepotrzebne skreślić) lub gdy ta chmura przesunie się bardziej w prawo, to będzie idealny moment na zdjęcie! Prawda jest jednak taka, że będzie albo i nie będzie. Przy całym staraniu, przygotowywaniu się i studiowaniu prognoz pogody, jednak nie jesteśmy w stanie przepowiadać przyszłości, a wspaniały zachód od beznadziejnego może się różnić położeniem jednej chmurki. Kto jest w stanie przewidzieć pozycję każdej chmury na niebie, gdy wpływają na nią nawet tak niewielkie i niestabilne formy krajobrazu, jak na przykład krzaki? Jeśli więc widzisz dobrą kompozycję, ale światło nie jest optymalne – nie przejmuj się, zrób zdjęcie. Gdy zauważasz ciekawy kadr, nie czekaj, zrób zdjęcie teraz. Świat cały czas się zmienia, cienie się przesuwają, latarnie zapalają się i gasną, w urocze uliczki wjeżdżają samochody dostawcze i parkują w najlepszych miejscach. A jak już zrobisz, to poczekaj, bo może a nuż jednak uda się zrobić lepsze.

Zdjęcie na górze powstało w pewien wietrzny poranek w porcie w Chani, na Krecie. Aby łapać fale rozbryzgujące się na brzegu, ustawiłam aparat na statywie, ułożyłam w kadrze latarnię, ławkę i całą resztę, po czym zrobiłam zdjęcie próbne, żeby mieć pewność co do ekspozycji. To jest właśnie to zdjęcie próbne: druga tak efektowna fala już się nie pojawiła.

Świętokrzyskie Historie 2017

Panoramowanie amazonki, świętokrzyskie

Siódmą już edycję warsztatów Czarowne Świętokrzyskie zaczęliśmy od sesji w zabytkowej, pochodzącej z XVIII wieku hucie w Maleńcu. Mnóstwo prastarego żelastwa, trudne, ale ciekawe światło, przesączające się przez deski ścian budynku i parę godzin na szukanie interesujących form stanowiło niezłą estetyczną rozgrzewkę przed resztą fotograficznego weekendu.

Wewnątrz koła młyńskiego, świętokrzyskie

Sporym zainteresowaniem cieszył się „Szaleniec z Maleńca” – ogromne, 38-tonowe koło zamachowe, ale atrakcji było więcej – można było m.in. zrobić zdjęcie z wnętrza koła młyńskiego. A w ramach wzmożenia sił – pójść na grilla.

Staw w podczerwieni, świętokrzyskie

Zachód słońca zastał nas – wcale nie przypadkowo – nad pobliskim jeziorem.

Kolacja i wieczorne warsztaty nie były wcale końcem dnia, bo przed północą poszliśmy jeszcze fotografować gwiazdy. W środku miasta – a co! No dobra, Modliszewice nie są miastem, a wsią, a my starannie wybieraliśmy miejsce jak najmniej oświetlone lampami ulicznymi. Naszym pierwszym planem były ruiny obronnego dworu, fotografowane przez fosę, a nad nimi oczywiście rozgwieżdżone niebo. Ruiny sami sobie oświetliliśmy – latarką.

Gwiazdy nad Modliszewicami, świętokrzyskie

Sobotni poranek znowu przywitaliśmy przy tych samych ruinach, po śniadaniu czekała nas sesja w klasztorze w Sulejowie, a później – gwóźdź programu, czyli dwie dziewczyny w historycznych strojach, fantastycznie jeżdżące na koniach. Matylda i Dagmara chyba miały nie mniej frajdy, pędząc wokół naszej grupy niż my, fotografując je. Jeździecki pokaz trwał ponad półtorej godziny, było więc sporo czasu na poćwiczenie różnych sposobów fotografowania koni, w tym także na niełatwą technikę panoramowania.

Fotograficzne ćwiczenia ułatwiało nam to, że dziewczyny świetnie jeździły – prowadziły konie równo, szybko i płynnie, a co więcej – przewidywalnie. No i potrafiły skłonić konia do chodzenia nie tylko na czterech nogach…

Konne popisy, świętokrzyskie

Zachód słońca wśród rzepaku, kolacja i tradycyjna wieczorna dyskusja o wykonanych zdjęciach zakończyły sobotnią część warsztatów. A następnego dnia zeszliśmy do podziemia – przez godzinę mieliśmy tylko dla siebie jaskinie Kadzielni.

Jaskinie Kadzielni, świętokrzyskie

 

Panoramowanie Ogniem i mieczem

panoramowanie konia, Świętokrzysie

Może i każdy widzi, jaki jest koń, ale z pokazaniem tegoż konia, szczególnie w ruchu, już tak łatwo nie jest. Dostępne są dwie strategie: zamrozić pęd w jego najbardziej dynamicznej fazie albo wręcz przeciwnie – rozmyć, ale tak, aby co najmniej część sylwetki była ostra i wyraźna. Ten drugi sposób jest ciekawszy, jednak również trudniejszy.

Przepis na panoramowanie jest prosty: odpowiednio długi czas naświetlania i równe prowadzenie pędzącego konia w kadrze. Jaki czas naświetlania będzie odpowiednio długi? To zależy od szybkości biegu konia i ogniskowej obiektywu. Im koń porusza się szybciej, tym możemy sobie pozwolić na krótszą ekspozycję. Nasze modelki galopowały, więc 1/50-1/60 sekundy była ok, ale gdyby konie poruszały się kłusem lub stępa, to trzeba by jeszcze wydłużyć naświetlania, żeby „ruszyć” tło. Tutaj w użyciu były ogniskowe od 70 do 120 mm (na matrycy APS-C), ale gdyby przyszło użyć szerszego obiektywu, to pokazanie ruchu także wymagałoby dłuższego naświetlania.

panoramowanie konia, Świętokrzyskie

Przepis prosty, ale jego realizacja prosta nie jest, bo trzeba prowadzić pędzącego konia równo i dokładnie w jego tempie – aby był on w wizjerze cały czas w tym samym miejscu. Im dłuższy czas naświetlania, tym bardziej efektowne rozmazanie tła, ale też trudniejsze równe utrzymanie celu w wizjerze.

Pomaga oczywiście tryb seryjny, ale tylko pomaga – strzelanie setek zdjęć wcale nie gwarantuje sukcesu. To po co tryb seryjny? Bo najmniejsze szanse powodzenia są przy wciskaniu spustu migawki; to ze względu na ruch palca, ale nie tylko dlatego. Początek i koniec prowadzenia są najbardziej podatne na rozjechanie się w fazie. Początek – bo dopiero łapiemy rytm, a koniec – bo przeważnie już odruchowo się hamuje. Oczywiście hamować na koniec nie należy, a i początek serii powinien nastąpić dopiero po fazie prowadzenia „na sucho”, ale statystyka jest taka, że najwięcej udanych zdjęć jest ze środka serii.

Skuteczność też się ocenia statystycznie – nie ma co się stresować, że jedno, drugie czy trzecie zdjęcie nie wyszło. Ważne, ile udanych panoramowań ma się po sesji.

panoramowanie konia, Świętokrzyskie

Na zdjęciach Matylda i Dagmara, które wyczarowała świętokrzyska Czarownica na siódmych warsztatach świętokrzyskich. Więcej o tej edycji Czarownego Świętokrzyskiego w następnym wpisie.

Co tu jest nie tak?

Dom z Monsanto, Portugalia

Ekspozycja w normie, linie i kolory się układają, co w tym zdjęciu właściwie jest dziwnego? Obiekt. Drzwi w skale, schody wykute (choć wyglądają raczej jak wydeptane) w wielkim, obłym kamieniu. Wejście do wnętrza skały? Owszem, w pewnym sensie.

Fotografując w jakimś miejscu, warto zadawać sobie dwa pytania: co tu jest specjalnego? Oraz: w jaki sposób mogę tę charakterystyczną cechę pokazać? Portugalskie miasteczko Monsanto ma tę nietypową cechę, że domy są w nim wkomponowane w skały. Całe domy – nie komórki czy piwnice. Kawałek ściany jest zbudowany, a resztę domostwa ograniczają naturalne ściany o grubości ładnych paru metrów. Jeśli taki dom zaczyna się wyżej na skale, to prowadzą do niego schodki – w tejże skale wykute. To się nazywa solidna architektura! Oczywiście, są w Monsanto też normalne domy, zdarzają się schody zbudowane z drewna czy cementu, są też dachy z dachówki, ale takie rzeczy możemy znaleźć wszędzie. A skoro już znaleźliśmy się w miejscu tak nietypowym, to warto właśnie na tej oryginalności się skupić. Spiętrzone głazy, wykute stopnie i jedyna rzecz nie zrobiona z kamienia: drzwi do domu. Określenie „skalne miasto” jest w Monsanto wyjątkowo dosłowne.

P.S. Ciekawym wyjaśniam: prześwit między głazami w lewym górnym rogu naprawdę jest przejściem… do drugiego domu, również skalnego. Schody po lewej faktycznie tam prowadzą, to nie złudzenie.

Skalny dom w Monsanto, Portugalia

Dla rozwiania wątpliwości, zamieszczam jeszcze jeden domek, ten na pewno jest zamieszkany 🙂

Małe mieszkanko w Monsanto, Portugalia

P.P.S. Wiadomość z ostatniej chwili: Galaktyka wyprzedaje! Do 25. maja jest 40% zniżki na książki fotograficzne, a do każdego zamówienia można dostać Świat błysku McNally’ego za dziesięć zł! Jeśli jeszcze nie macie, to warto, oj warto.

Wykorzystać potencjał miejsca

Most i kij, Portugalia

Dobra miejscówka to skarb pejzażysty. A jaka jest dobra? Wcale nie taka, z której widać ładny widok. Miejsce, z którego widać ładny widok to punkt widokowy, a punkty widokowe dla fotografa są umiarkowanie atrakcyjne. Dlaczego? Bo nie dają możliwości wykazania się pomysłowością, nie pozwalają na swobodę wyboru pierwszego planu, kontroli perspektywy. Przeważnie też ograniczają co do charakteru oświetlenia – punkty widokowe zazwyczaj dobrze wyglądają tylko o jednej porze dnia, a o innych po prostu prezentują się źle i nie ma nawet co próbować. A przede wszystkim problemem punktów widokowych jest to, że skazują na powielanie kadrów już dawno wykonanych.

To jakie miejsce jest skarbem pejzażysty? Takie, wokół którego można chodzić dookoła, a przynajmniej mieć swobodę poruszania się, pozwalającą fotografować z różnych stron i pod różnym kątem. To pozwala wykorzystać zarówno wschód słońca, jak i zachód, ale także np. o poranku kadrować ze słońcem, pod słońce i jeszcze w oświetleniu bocznym. Świetnie, jeśli można zarówno podejść blisko głównej atrakcji, jak i się oddalić – to daje szansę na wyszukanie swojego własnego pierwszego planu, ale także umożliwia twórcze wykorzystanie perspektywy.

A jak już jesteśmy w ciekawym miejscu, dającym dużą swobodę manewru, to koniecznie tę swobodę trzeba wykorzystać, za pomocą nóg wyszukując swoje własne spojrzenie na to, co może jest znane, ale z pewnością da się pokazać w nowy sposób.

Pod Mostem Vasco da Gama, Portugalia

Na zdjęciach most Vasco da Gamy, który można fotografować z obu stron i spod spodu, a o poranku zarówno pod słońce, jak i ze słońcem z boku. Więcej zdjęć mostu w naszej portugalskiej galerii. Pod most wrócimy za dwa lata, bo w przyszłym roku iberyjskie klimaty ponownie w Andaluzji.

Duże rzeczy

Najdłuższy most, Portugalia

Wielkie, rozłożyste, rozbudowane, szerokie, wysokie, potężne. Jak je pokazać, żeby było widać o co chodzi? Jak skadrować stare drzewo, katedrę… albo na przykład najdłuższy w Europie most? Najpierw odzywają się ciągoty tradycjonalistyczne: przypiąć do aparatu obiektyw o jak najszerszym kącie widzenia i ująć całość. Oczywiście, najprościej jest pozbyć się pokusy, ulegając jej, więc przypinamy i ujmujemy. Powstaje zwykle zdjęcie pod roboczym tytułem „Jaki jest, każdy widzi”. Spokojnie można zaczynać sesje od takich zdjęć (żeby już mieć je z głowy), a dopiero potem zastanowić się, co naprawdę warto z fotografowanego obiektu pokazać? Jakie cechy sprawiają, że jest tym, czym jest? Które elementy go definiują? No właśnie – może nie trzeba fotografować całości, może ten czy ów fragment wystarczająco rzecz scharakteryzuje? Ba, może się nawet okazać, że pokazanie dobrze wybranego kawałka da zdjęcie mocniejsze w wyrazie, niż fotografia całego obiektu; podobnie jak suszone owoce są mniejsze, a bardziej intensywne w smaku niż świeże. Do pokazania ogromu drzewa czasem wystarcza kawałek pnia i jeden konar. Pół pylonu, kilka pali, ciągnąca się w nieskończoność nitka jezdni i ogrom wody wokół – to naprawdę wielki most. Czasem fragment więcej mówi o całości niż całość.

P.S. Może pora zastanowić się, co będziecie robić latem? W lipcu proponujemy spotkanie fotomaniaków w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Zupełnie niezależnie od tego proponujemy też wyjazd na Islandię, ale tu zmieszczą się już tylko dwie osoby, podczas gdy Jura jest bardziej pojemna.

Portugalia: jaskiniowcy i templariusze

Domek w Monsanto, Portugalia

Nasza portugalska fotowyprawa już się kończy, więc pominięte dotąd atrakcje w telegraficznym skrócie. Z pewnością do nich wrócimy – niekoniecznie do opisu samych miejsc, ale z pewnością do zdjęć stamtąd.

U góry typowy domek w wiosce Monsanto. Typowy, bo wciśnięty między dwa gigantyczne głazy. Bywają zresztą takie, które głaz mają w roli dachu. Mieszkańcy Monsanto zamiast kopać się z koniem i próbować usuwać skały, wykorzystali je jako fragmenty konstrukcji, bez specjalnego ich obrabiania – jedynie czasem wykuwali w nich schodki. Wnętrze takiego domu wygląda tak, jak się można spodziewać – obły głaz częściowo wypełnia wnętrze pomieszczeń, dając mieszkańcom bliski, choć twardy kontakt z naturą.

Charola Templariuszy, Portugalia

Powyżej Charola – okrągły kościół templariuszy w klasztorze w Tomarze. Konstrukcja zadziwiająca, z ośmiokątnym ołtarzem wewnątrz szesnastokątnej budowli i fantastycznie zdobiona. W klasztorze jest więcej niezwykłości.

Tramwaj w Lizbonie, Portugalia

Ostatnie zdjęcie to słynny żółty tramwaj z Lizbony. Niestety, nie do końca jest on żółty, podobnie jak nie do końca to tramwaj. To rodzaj windy, jeżdżącej tam i z powrotem stromą ulicą. Boki pojazdu są pokryte graffiti, a i tak jest on bardziej żółty niż większość tramwajów w stolicy Portugalii. Niestety, widzieliśmy tylko jeden naprawdę żółty tramwaj, a pozostałe służą za tablice reklamowe i straciły tradycyjny kolor. Nie mamy zresztą pewności, czy ten jeden żółty został taki z szacunku dla tradycji, czy też akurat ogłoszeniodawców zabrakło.

Portugalia: białe Obidos

Uliczki Obidos, Portugalia

Na liście bajkowych miasteczek Obidos z pewnością mieści się w światowej czołówce. Wysokie, kamienne mury otaczają kilkadziesiąt białych domków, ze trzy kościoły i dwa place. Domki mają krawędzie ścian i brzegi okien pomalowane na niebiesko, pomarańczowo i żółto. Na ścianach zawieszone są donice z kwiatami lub też zdobią je jakieś kolorowe pnącza. Po prostu sielanka z dodatkiem azulejos (szczególnie imponuje kościół – ten nadal pełniący swoją funkcję – który wyłożony jest od podłogi po sufit malowanymi niebiesko kafelkami).

Księgarnia w Obidos, Portugalia

Obidos potrafi jednak zaskoczyć. W miejscowym barze więcej jest półek z książkami niż butelek alkoholu. Książki wypełniają też… sklep z warzywami, a w jednym z kościołów urządzono księgarnię. Na ołtarzu wystawionych jest kilka wydań Biblii oraz portugalskie wydanie książki… Tony’ego Halika. Tu też był.

Miasteczko jest oczywiście atrakcją turystyczną, ale turyści trzymają się głównej ulicy, na której umieszczono wszystkie sklepy. Wystarczy skręcić w bok, by znaleźć się w zupełnie pustych uliczkach, gdzie do woli można tropić kompozycje z kwiatów, białych ścian, okien i drzwi.

Obidos o zmroku, Portugalia

Powyżej zdjęcie z murów, które są najbardziej poważnym elementem Obidos. Wysokie na kilkanaście metrów, od zewnątrz mają blanki, a od wewnątrz nie są niczym zabezpieczone. To świetne miejsce na wieczorne panoramy miasteczka – ale nie dla osób z lękiem wysokości.

Portugalia: plaża dla orłów

Światło na Praia da Ursa, Portugalia

Za nami prawdopodobnie najtrudniejszy plener – nie tylko na tej fotowyprawie, ale w ogóle w historii już prawie 40 fotowypraw. Praia da Ursa jest trudna nie fotograficznie, bo co i jak tam fotografować, staje się oczywiste zaraz po postawieniu stopy na piasku, ale logistycznie. Żeby dostać się na plażę, trzeba zejść ze 126-metrowego klifu. Owszem, jest ścieżka, a nawet dwie. Ta łatwiejsza, nie dość, że stroma, to jeszcze w sporej części składa się z drobnego żwiru, tworzącego świetną warstwę poślizgową. Nie sprawdzaliśmy, jak wygląda ta trudniejsza ścieżka. Dość jednak powiedzieć, że wchodziło się łatwiej i szybciej niż schodziło. Nie wszyscy uczestnicy fotowyprawy zdecydowali się na drogę w dół, ale kto dotarł na plażę – nie żałował, a na koniec wszyscy szczęśliwie wrócili do autobusu.

Światło na Praia da Ursa, Portugalia

Praia da Ursa to kilka skalnych bloków różnej wielkości w morzu oraz piękna plaża sąsiadująca z efektownym skalnym rumowiskiem tuż obok. Jednym słowem – marzenie pejzażysty. Piasek na pierwszym planie – proszę bardzo! Kamienie różnej wielkości i kształtu – kilka kroków i oto one. Mieliśmy też szczęście do pogody, bo przez cały czas na niebie widniały dość gęste, ale całkiem interesujące chmury, przez które przeświecało słońce, ale tuż przed zachodem jak odsłoniło się słońce i jak zaświeciło… Efekt na zdjęciu na samej górze. Spektakl trwał tylko kilka minut, ale obyśmy na każdym plenerze mieli takie minuty.

Droga na Praia da Ursa, Portugalia

Powyżej ścieżka prowadząca na Praia da Ursa. Na zdjęciu ona wygląda znacznie bardziej komfortowo niż okazuje się w pierwszym kontakcie.

Portugalia: rehabilitacja Ludwika

Tunele Quinta da Regaleira, Portugalia

Ktokolwiek nadał Ludwikowi Bawarskiemu przydomek Szalonego, z całą pewnością nie był w Quinta da Regaleira. Ludwik Bawarski był człowiekiem racjonalnym, rozsądnym, skromnym i pozbawionym wyobraźni – przynajmniej w porównaniu do Carvalho Monteiro, na którego zlecenie Luigi Manini zaprojektował ogród z bajki dla dużych chłopców. No i mamy na terenie Quinta da Regaleira m.in. 27-metrową Studnię Wtajemniczenia, w głąb której prowadzą kręcone schody, mnóstwo wież, murów z blankami, jeziorek i cystern, wodospady, fontanny, a do tego liczne groty oraz tunele i podziemne przejścia. Do samej Studni Wtajemniczenia można wejść i wyjść kilkoma drogami, z czego większość to długie tunele. Nie zabrakło też stylizowanego na średniowieczny zamek pałacu oraz kaplicy – wszystko to bogato zdobione w stylu neomanuelińskim. Między tym wszystkim chodzi się ścieżkami, które nigdy nie są proste, za to często prowadzą do ukrytych w murze kręconych schodów, grot lub podziemnych przejść. Na tle zwariowanego ogrodu Quinta da Regaleira, bawarski zamek Neuschwanstein wygląda jak konserwatywna mieszczańska kamienica.

Kaplica w Quinta da Regaleira, Portugalia

Fotografuje się to wszystko trudno. Ogród jest wspaniały, ale środek dnia i silne słońce to nie są warunki, pozwalające łatwo pokazać gęstą roślinność. Podziemne tunele i groty wymagają statywów, których z kolei nie lubi obsługa ogrodu. Co nie znaczy, że nie korzystaliśmy ze statywów – przynajmniej do czasu…

Studnia Wtajemniczenia, Portugalia

W Studni Wtajemniczenia przeszkadza obecność turystów, których nawet nie ma tam dużo, ale na kręconych schodach już kilka osób robi tłum. Fotografując z góry statywu i tak nie da się użyć, bo trzeba się wychylić (ostrożnie!), aby w obiektywie zmieścić konstrukcję aż do samego dołu. Pozostaje wiara w stabilną rękę i wysokie ISO. Lepiej też unikać godzin południowych, gdy świecące w głąb studni słońce stwarza dodatkowy problem z nadmiernym kontrastem.

Portugalia: tańce pod maszkaronem

Klasztor Hieronimitów, Portugalia

Hiszpania ma Alhambrę, Portugalia zaś – styl manueliński i klasztor Hieronimitów w Belem. Niby to gotyk, ale gotyk płomienisty – zupełnie inny niż znany nam surowy i mroczny gotyk środkowoeuropejski. Tu także podstawą są kolumny i łuki, ale gęsto zdobiono je motywami roślinnymi i orientalnymi. Jest więc co fotografować i z czego wycinać kadry.

Klasztor Hieronimitów, Portugalia

Zestawianie motywów wymaga nie tylko ich dostrzeżenia i wymyślenia, jak je ułożyć, ale też przeważnie serii drobnych kroków w różne strony, skłonów, przysiadów i przechyleń głowy. Wygląda to trochę jak taniec św. Wita, a trochę jak rytuały jakiegoś pierwotnego ludu – a to tylko fotograf próbuje ustawić sobie kadr tak, aby ten łuczek przesunął się nad tamtą kolumienkę i jednocześnie odsunął się od owej wieżyczki. Ponieważ w gotyku płomienistym takich drobnych, a urokliwych detali jest mnóstwo, więc jest wokół czego tańcować.

Maszkaron u Heronimitów, Portugalia

Płomienisty czy nie, ale gotyk to gotyk, więc maszkarony też mieszkają u Hieronimitów.

Portugalia: Lizbona od świtu do zmierzchu

Most Vasco da Gama przed świtem, Portugalia

Portugalską fotowyprawę zaczęliśmy od sesji o wschodzie słońca przy najdłuższym moście Europy. Miałbym pokusę napisania, że sfotografowaliśmy każdy jego metr, ale nie byłaby to prawda, nawet przyjmując bardzo przybliżoną dokładność owego obfotografowania metrów. Drugi koniec 17-kilometrowej konstrukcji niknie na horyzoncie i nawet teleobiektyw nie pozwala go zarejestrować. Mimo wszystko „nasz” koniec Ponte Vasco da Gama wykorzystaliśmy do maksimum: przed wschodem słońca, chwilę po nim, zarówno pod światło, jak i ze słońcem prawie za plecami. Most jest bardzo wdzięcznym tematem – tyleż imponujący rozmiarem, co elegancją i prostotą linii, pozbawiony jakiegokolwiek otoczenia poza wodą i niebem daje spore możliwości kompozycyjne.

Most Vasco da Gama po wschodzie, Portugalia

Później wędrowaliśmy po słynnej Alfamie, tropiąc azulejos, polowaliśmy na żółte tramwaje wspinające się stromymi ulicami i usiłowaliśmy się nie pogubić w rozległym i gwarnym mieście. W mieście, w którego centrum dzisiaj częściej słychać polski niż jakikolwiek inny język. Ale o Alfamie, azulejos i o tym, dlaczego w Lizbonie coraz trudniej o żółty tramwaj – innym razem.

Przed wieżą Belem, Portugalia

Fotografia zbliża ludzi. Na zdjęciu powyżej widać po prawej stronie naszego przewodnika Sławka Adamczaka, po lewej miłośniczkę fotografii ze Szwajcarii, a w tle wieżę Belem na chwilę przed zachodem słońca.