Islandia – niezbędnik zweryfikowany

Kirkjufell, Islandia

Nasza najbardziej hardkorowa fotowyprawa jutro się kończy, można więc podsumować, co z ekwipunku się sprawdziło.
Mieliśmy świetną pogodę – tylko dwa dni bez słońca, co jest chyba rekordem na Islandii. Niemniej nawet mając takie szczęście mokliśmy często i niekiedy solidnie, więc goretexy i inne kurtki i spodnie membranowe były bardzo, bardzo przydatne. Przydatne tym bardziej, że padało czasem, a wiało nieustannie, niekiedy bardzo silnie, zawsze zimnym wiatrem. Przydawały się też rękawiczki chroniące przed wiatrem.

Ze względu na deszcze bardzo przydały się pelerynki na aparaty Op/Tech USA – mało wygodne, ale poręczne i tanie. Odpukać w niemalowane, ale jak do tej pory żaden aparat ani obiektyw nie zamókł na śmierć. Swoje zalety też miała pelerynka z wyższej półki firmy Kata – mniej wygodna w transporcie, ale za to wyposażona w rękawy, które zarówno chroniły dłonie od wiatru, jak i ułatwiały obsługę aparatu.

Na żadnej fotowyprawie nie chodziliśmy tyle, co tutaj, w tak różnej pogodzie, przeważnie po terenie bardzo nierównym – nieocenione były solidne trekkingowe buty o dużej wodoodporności.

Silny wiatr i konieczność solidnego wbijania statywów w ziemię premiowały solidne trójnogi. Wprawdzie rozpadł się tylko jeden Velbon Sherpa (a drugi taki sam statyw uszkodził obiektyw), ale dopiero za jakiś czas uczestnicy będą mogli zweryfikować na podstawie ostrości zdjęć, czy ich statywy okazały się dostatecznie solidne na Islandię.

Lista strat sprzętowych okazała się całkiem spora, choć na szczęście nie rekordowo kosztowna. Właścicieli pożegnało kilka dekielków na obiektywy, w tym jeden bardzo spektakularnie został wyrwany z dłoni przez wiatr i poszybował nad Atlantykiem w stronę Ameryki. Jedna osłona przeciwsłoneczna leży w połowie wysokości pewnego klifu, a inna jest, ale uszkodzona. O połamanym statywie i obiektywie pisałem, do wymiany jest też uchwyt na filtry systemu Lee. Zaginął też co najmniej jeden wężyk spustowy i poziomica. Najważniejsze jednak, że nie zaginął ani nie został porwany przez wiatr żaden z uczestników.

Ciąg dalszy nastąpi za rok. Zdjęcia pochodzą z niedokończonego projektu „49 widoków góry Kirkjufell”.

Kirkjufell, Islandia

To nie jest Islandia

Islandia, Krafla

Na moich ostatnich zdjęciach nie ma Islandii. Jeśli ktoś myślał inaczej, to przykro mi, że się rozczaruje. Nie pokazuję Islandii. Pokazuję moje wyobrażenia Islandii. Związek wyobrażeń z rzeczywistością może być lub może go nie być, nie ma to znaczenia. Rzeczywistość ma pokazywać Wikipedia, podręczniki geografii, może też przewodniki turystyczne – tam zapraszam po obrazki „jak to tam naprawdę wygląda”. Tutaj zawsze były i będą obrazki „jak ja to widziałem”. A widzieć mogę zupełnie inaczej niż to wygląda. Lubię widzieć tak, jak chcę zobaczyć. Czasem trzeba się trochę namęczyć, żeby zobaczyć tak, jak się chce, bo rzeczywistość przeszkadza. Fotografia służy do zwalczania oporu rzeczywistości i przerabiania jej na wyobrażenia.

Dyskutowana tu niedawno fotografia smartfonowa jest – w swojej masowej realizacji – też niezłą rejestracją obrazu rzeczywistości, bo jest rejestracją bezrefleksyjną i mechaniczną. Ludzie nic nie zauważają, więc fotografują wszystko. Szerokimi smartfonowymi ujęciami pokazują wszystko, nie pokazując nic.

Islandia, Krafla

Fumarole, solfatary i wulkany błotne

Fumarola, Islandia

Dzień bez wodospadów poświęciliśmy na zanurzenie się w oparach siarki. Opary można obejrzeć powyżej, zapach należy sobie wyobrazić. :) Oprócz wyziewów fotografowaliśmy erupcje wulkanów – po kilka wybuchów na sekundę. Strzelał tym razem nie Eyjafjallajökull (napis na koszulce „What part of Eyjafjallajökull don’t you understand?”), ale wulkany błotne. Jedna z erupcji poniżej, nie ma zagrożenia dla ruchu lotniczego nad Europą.

Blob, Islandia

Powróciliśmy też do starej tradycji fotowyprawowej i żegnamy jeden statyw: nie wróci z nami Velbon Sherpa, stracił biedak nogę, a jako duopod został odrzucony przez stado tripodów.

Na dole dowód na sprawność islandzkich służb zajmujących się oznaczaniem szlaków: patyczki wyznaczające ścieżki wprawdzie małe, blade i rzadko, za to można czasem spotkać taki krzepiący komunikat, jak poniżej.

You Are Not Lost

Wszystko płynie

Dettifoss, Islandia

Ile wielkich wodospadów może być na jednej rzece? Dzisiaj widzieliśmy trzy: górny, Selfoss, wybitnie szeroki i średnio wysoki (to ten na dole), środkowy, Dettifoss, tak wysoki, że bijący z niego pył wodny przelewał się ponad szczytami wyżłobionego przez rzekę kanionu i dolny, Hafragilsfoss, który się w tej relacji nie zmieścił, ale błękitną wodę spod jego podnóża jeszcze kiedyś pokażemy. A wszystkie trzy w zasięgu rzutu (sporym) beretem, a w każdym razie spaceru.
Jedyne, czego nam na Islandii brakuje, to chusteczki. Potrzeba dużo chusteczek, żeby wycierać aparaty z całej tej wody, lecącej z wiatrem w różnych, nieoczekiwanych kierunkach.

Selfoss, Islandia

Kolorowy spacerek

Wąwóz Hvannagil, Islandia

Ponieważ wczoraj grzecznie bawiliśmy się na plaży zabawkami (żadna zabawka nie ocalała), to dzisiaj nasz przewodnik Radek zabrał nas na spacerek do kolorowego wąwozu Hvannagil. 15 kilometrów spacerku i scenerie takie, jak widać na zdjęciach. Czego nie widać, a może kiedyś pokażemy w wersji filmowej, to przechodzenie boso przez górski strumień.

Wybaczcie, że tym razem zabrakło miejsca na zdjęcia wodospadu – nam wodospadu nie zabrakło, fotografowaliśmy słynny Wodospad Wacława, nazwany tak od imienia kierowcy Horyzontów, który był odkrywcą tego cuda – a przynajmniej odkrył je dla uczestników wypraw horyzontowych. To też pokażemy kiedyś.

Wąwóz Hvannagil, Islandia

Dzisiaj bawiliśmy się na plaży

Lodowcowa Laguna, Islandia

Byliśmy grzeczni i bawiliśmy się na plaży. Powyżej plaża, piasek i zabawki. Były też większe zabawki w Lodowcowej Lagunie po drugiej stronie szosy – to te, na zdjęciu na dole. Tymi większymi bawiły się foki i różne ptaki. W Jökulsárlón wszyscy się dobrze bawią.

Lodowcowa Laguna, Islandia

Nie uszło nam to na sucho

Maskonury, Islandia

Jeden z popularnych napisów na sprzedawanych tutaj pamiątkowych koszulkach głosi: „Jeśli nie podoba Ci się nasza pogoda, poczekaj 5 minut”. Zmienność pogody rzeczywiście jest imponująca, ale nie możemy mówić, żeby nam się coś nie podobało. Właściwie to pogoda je nam z ręki jak maskonury, który całymi stadami stawiły się do pozowania. Pada w nocy lub w trakcie przejazdów autobusem (jakiejś mżawki od czasu do czasu nie warto liczyć), do mrocznych islandzkich pejzaży mamy mroczne chmury, ale gdy na koniec dnia potrzebowaliśmy słońca, żeby nam podświetlił wodospad Seljandfoss, to słońce wyszło i pięknie podświetliło co trzeba. Ale i tak solidnie zmokliśmy.

Seljandfoss jest o tyle nietypowym wodospadem, że można go obejść, zaglądając pod spadającą wodę: ścieżka prowadzi obok i za kaskadę. Scieżka ścieżką, ale spadająca z kilkudziesięciu metrów woda rozbija się na wodny pył, który niesiony jest wiatrem (to jest Islandia, tu zawsze wieje!) raz w jedną stronę, raz w drugą. Dotyczy to wszystkich wodospadów, więc odpowiedź na pytanie: „na jaką odległość można podejść, żeby nie zmoknąć” brzmi: „Zależy od kierunku i siły wiatru”. Za Seljandfossem można przejść, ale z pewnością nie suchą nogą, bo z pewnością w pewnym momencie tak zawieje, że cały strój spacerowicza przejdzie (lub nie przejdzie) test na wodoodporność.

Sami widzicie, że fotowyprawa jest ciężka i wymaga poświęceń, więc słusznie nie ma nam czego zazdrościć. ;) U góry maskonury na klifach Dyrhólaey, a na dole wodospad Seljandfoss od spodu.

wodospad Seljandfoss, Islandia

Islandzka pogoda

gejzer Strokkur, Islandia

Poranek był zgodny z prognozami: mgła i mżawka. Po drodze do pierwszego miejsca plenerowego przestało padać i znikła mgła, ale pierwsze minuty w kotlinie Tingvellir to solidny kapuśniaczek. Zanim jednak zeszliśmy do rozpadlin i oczek wodnych (które są mniej ważne niż historyczna rola tego obszaru, ale na zdjęciach się ciekawiej komponują), to nawet wyszło jakieś słońce. Solidne słońce i prawie upał towarzyszył nam w trakcie polowania na gejzer Strokkur, który strzela średnio co 10 minut, co w praktyce oznacza najpierw dwa razy na minutę, a później po kwadransie. Zanim od gejzeru dojechaliśmy do wodospadu Gulfoss, upał się skończył, a ostatnie pół godziny tej przeszło dwugodzinnej sesji to już solidna ulewa. W tej chwili nie pada, choć jest pochmurno. Zobaczymy, czy jutro pogoda da radę nas zaskoczyć.

Powyżej polowanie na Strokkura, poniżej Gulfoss tuż przed deszczem.

wodospad Gulfoss, Islandia

Gotowce kontra indywidualiści

Wenecja, fotowyprawa o świcie

W odwiecznej walce poprawności z artystyczną dowolnością pojawiła się nowa odsłona: DxO w połączeniu z angielskim Practical Photography oddaje za darmo do dyspozycji użytkowników przed-przedostatnią wersję programu DxO Optics Pro, opatrzoną szczęśliwym numerkiem 7 (najnowszy ma numer 9,5). Program jest do pobrania tylko do końca lipca. Warto się rzucać na darmowy soft, czy nie? A to już zależy…

DxO Optics Pro służy do wywoływania RAW-ów, ale to specyficzny program. Jeśli ktoś liczy na darmowe coś w rodzaju Lightrooma, to się przeliczy. DxO daje mniejsze możliwości twórcze niż LR, Scarab, Nama czy nawet RawTherapee, ale w tym, co robi, jest naprawdę, naprawdę dobry. A robi poprawne zdjęcia – co należy czytać: usuwa z realnych zdjęć wszelkie możliwe wady techniczne. Prostuje beczki, prasuje rogi, wyrównuje aberracje, dopasowuje kolorystykę, odszumia – a myk polega na tym, że robi to wszystko właściwie automatycznie. Można traktować korekcje wybiórczo, ale nie można sobie zaszaleć – dostajemy po prostu zdjęcie poprawne. Bardzo poprawne.

Czasem to dobrze, a czasem nie. Dla osób używających kiepskich obiektywów, które chciałyby jednak uniknąć ich wad optycznych, takie DxO to sama wygoda: wrzuca się to co jest, a dostaje na wyjściu wyprostowane ściany. Natomiast dla miłośników krzywienia świata rybimi oczami ten program będzie mało przydatny – bo nie po to się krzywi rybioocznie, żeby ktoś to potem prostował. Nawet jeśli potrafi. Prawidłowy balans bieli – dobra rzecz, ale dla osób lubiących raczej kreatywne podejście do kolorów nic specjalnie przydatnego. A jeśli chcecie osobiście stwierdzić, czy lubicie DxO, czy nie – do końca lipca jest okazja się o tym przekonać.

PS. U góry zdjęcie z naszej fotowyprawy Wenecja-Dolomity. Jeśli ktoś chce pojechać tam z nami w przyszłym roku, to już może sobie rezerwować termin w czerwcu 2015.

P.P.S. od Piotra-Nosiciela. Od wtorku wypatrujcie relacji z Islandii, a my na miejscu będziemy wypatrywać Wi-Fi. Jak tylko jakieś znajdziemy, to relacja będzie. Jesteśmy spakowani, a to spakowanie już wygląda baaardzo poważnie. Zawsze mieściliśmy się oboje „ogólnoturystycznie” w jedną dużą torbę, a fotograficznie w jeden spory plecak i małą torbę na ramię. Teraz mamy nową, większą torbę „ogólnoturystyczną”, ale ta starsza też jedzie i obie zapakowane są po brzegi (większa wagowo jest tuż pod dozwolony limit – będę dźwigał 19,5 kg). Oprócz mojego starego plecaka fotograficznego Kata Bug 255 jedzie też nieco mniejszy plecak Lowepro i oba są zapakowane są tak, że nawet 50/1.8 się nie wciśnie (wagi Katy Wam nie podam, żeby jakieś linie lotnicze nie użyły tego przeciwko mnie ;) ). Nie wiem, czy ta Islandia jest jakoś inna od wcześniejszych 10 fotowypraw (tak, Islandia to nasza 11.!), czy my dostaliśmy nagle reisefieber i bierzemy więcej, niż potrzeba. W każdym razie przygotowani jesteśmy solidnie, ja np. mam 6 sztuk baterii do mojego 50D (bo połowa zdycha po wyjęciu z ładowarki, tylko nigdy nie pamiętam, która to połowa), a oboje mamy po 64 GB na kartach pamięci (a jakby się skończyło, to będziemy walczyć GoPro 3, na które mamy następne 64 GB na dwóch kartach microSD ;) ). Pokrowce, peleryny, goretex – jesteśmy przygotowani na wszystko, oprócz wybuchu wulkanu. Ale jeśli któryś z wulkanów walnie, gdy właśnie będziemy koło Wi-Fi, to też dostaniecie relację. Niekoniecznie live. ;)

W cudzym grajdole

Synagoga Hiszpańska w Pradze
Dostaję setki maili z pytaniem: „Jak żyć, skoro Konkurs Błyskawiczny na DFV.pl ma wakacyjną przerwę?”. No dobra, nie dostaję wielu maili z takim pytaniem. Tak całkiem szczerze, to nie dostałem żadnego takiego maila, ale gdyby jednak komuś brakowało wyzwań związanych z realizacją zadanego tematu fotograficznego, to może zerknąć na serwis o oryginalnej nazwie OkDoThis.com.

Serwis ma oryginalną nie tylko nazwę, ale i zasady publikacji zdjęć. Nie jest to typowa galeria, tylko jakby nieustający Konkurs Błyskawiczny, tyle że zamiast jednego tematu mamy ich wiele, nie ma natomiast rozstrzygnięcia, głosowania ani nagród. Jak już przy różnicach jesteśmy, to OkDoThis nie ma też kłopotów z frekwencją… Każdy może zadać temat i każdy może wrzucić swoje zdjęcie jako ilustrację jednego z wcześniej zadanych tematów. Po co to robić, skoro nie ma zwycięzców ani nagród? Cel jest ten sam, który przyświecał powstaniu KB: służy wymianie pomysłów, inspirowaniu się, wymianie doświadczeń i pokazaniu, jak różnie można spojrzeć na ten sam temat.

Z czasem KB nie okazał się specjalnym sukcesem frekwencyjnym, co z pewnością jest i moją winą, jako pomysłodawcy większości tematów. Wierzę jednak, że sama formuła ma duży potencjał, a konieczność realizacji zadanego tematu popycha do rozwoju. Wartość właśnie tkwi w pracy nad cudzym pomysłem – każdy z nas ma swoje własne idee, tematy i projekty, ale wówczas kręcimy się w kręgu wyznaczonym przez granice własnej wyobraźni. Zmierzenie się z cudzymi pomysłami to konieczność wyjścia poza własny grajdołek – to zawsze rozwijające, choć często niekomfortowe lub wręcz nieprzyjemne.

PS. Zdjęcie powyżej z Synagogi Hiszpańskiej w Pradze, wykonane za zgodą i dzięki uprzejmości Muzeum Żydowskiego.

Przejście po prostu

Widzieliście Matrixa? Władcę Pierścieni? Incepcję, albo chociaż Homeland czy House of Cards? A czy pamiętacie, jakie tam były efekty przejścia między scenami? No właśnie… pewnie nie. Bo były niezauważalne.

Tymczasem zarówno programy do tworzenia pokazów slajdów, jak i te do montażu filmów – nawet bardzo poważne, jak Premiere – wręcz prześcigają się w podsuwaniu użytkownikom efektownych efektów. Wybuchy, gwiazdy, pikselowanie, rozsuwanie, rzeczy nawet trudne do nazwania; wszystko pod ręką, a w niektórych programach wręcz domyślnie włączone w postaci losowania efektu dla każdej sceny spośród setki dostępnych. A wtedy to już widać wyłącznie efekty.

Tymczasem w normalnych warunkach, czyli gdy chcemy pokazać obrazki (ruchome lub nie), przydatne są tylko cztery rodzaje przejść: twarde, miękkie, przez czerń i przez biel. W wyjątkowych sytuacjach można zastosować coś innego, ale tylko jeśli mamy na to naprawdę dobre uzasadnienie. Jeśli nie wiesz, po co konkretnie – nie szalej z przejściami.

Każde z tych czterech przejść coś oznacza – i będzie oznaczało, czy tego chcemy czy nie. Przejście twarde, czyli proste zestawienie dwóch klipów bez żadnego efektu, jest tak naprawdę podstawowe i w większości przypadków wystarczające. Mignięcie ujęć oznacza dla widza po prostu, że zmieniła się scena i jest to interpretacja ogólnie zrozumiała. Miękkie przejścia jednego obrazu w inny niosą już ze sobą bardziej skomplikowany przekaz, bo przez jakiś czas (sekunda-dwie, ale zawsze to czas) dwa obrazy widać na ekranie jednocześnie. Muszą więc mieć ze sobą wiele wspólnego, ale też różnić się na tyle, żeby uzasadnić zmianę ujęcia. Przejście od obrazu detalu do szerszego ujęcia będzie w porządku, ale od miasta do morza już nie bardzo, no bo jak to – morze zalewa miasto, czy co?

Przejście przez czerń to duża zmiana: noc (długie przejście) albo kłapnięcie migawki (krótkie przejście), po którym powstaje zdjęcie (nieruchomy obraz). Przejście przez biel jest wręcz dramatyczne: jak olśnienie słońcem albo bardzo, bardzo duża zmiana. Świetnie pasuje do ujęć z flarą. I to tyle. Wszystkie pozostałe efekty przejścia służą do zadań bardzo specjalnych… a i to nie więcej, niż jeden na film.

Do analizy zupełnie nieefektownych efektów przejścia zapraszam na górę – na filmową impresję o Krecie: Wyspie Labiryntu, pięknych plaż i stromych gór, ale też łagodnej pogody, dobrej kuchni i życzliwych ludzi.

P.S. Z przyczyn od nas niezależnych, warsztaty z filmowania podróżniczego, odbywające się pod Ogrodzieńcem, zmieniły termin na weekend 10-12 października. Zapraszamy!

Kapliczka na morzu II

Wznosząc się ku niebu

Wieża dzwonnicy w Utrechcie

Istnieją takie efekty, które na większości zdjęć wyglądają absurdalnie, na niektórych zabawnie, a naprawdę nielicznym przydają sznytu, który pokazuje, że rzeczony efekt w ogóle ma po co istnieć. Tak jak tu – prosta rzecz: silne rozmycie kierunkowe nałożone na część fotografii. W zdjęciu na górze sprawiło ono, że brama łącząca normalnie dwie zupełnie zwyczajne ulice, teraz prowadzi gdzieś w tajemnicze przestrzenie.

Rozmycie nie musi być zawsze pionowe, ale ważne jest, żeby jego kierunek zgadzał się z przebiegiem najważniejszych linii na fotografii – inaczej grozi nam kompletny chaos zamiast strzelistości i dynamiki. Warto sobie popróbować na różnych ujęciach, no i jak zwykle pamiętać, że efekty powinny być podporządkowane wymowie zdjęcia.

Na dole ten sam efekt w wersji nie całkiem poważnej, czyli odrzutowe organy z kościoła w Loenen an der Vecht.

Loenen an der Vecht

Przedislandzkie zakupy

Nida wschód słońca

Coraz bliżej naszej 11. fotowyprawy, która będzie pierwszą realizowaną tak blisko koła podbiegunowego. Wiadomo, że wiatr mamy jak w banku, a deszcze są bardzo prawdopodobne, w tym takie, które padają poziomo. Ja oczywiście liczę na nasze szczęście do pogody na warsztatach i fotowyprawach, ale nadzieja to jedno, a przygotowanie drugie. Od paru dni biegamy więc po sklepach sportowych i mamy już pewne sukcesy. Oboje jesteśmy właścicielami wodoodpornych spodni, a ja dodatkowo porządnej kurtki przeciwdeszczowej. Ewa zamiast kurtki dostała impregnat w spraju, bo producenci kurtek chyba w życiu kobiety na oczy nie widzieli albo preferują hermafrodytyczne wychudzone modelki. Odzież się przyda także na mniej ekstremalne wyjazdy. Zdjęcie u góry jest z tegorocznych warsztatów w Świętokrzyskim, gdzie pogodę mieliśmy świetną, ale poranna mgła i rosa sprawiła, że po sesji o wschodzie słońca niektórzy byli mokrzy po biodra.

Na marginesie – zdjęcie u góry to panorama, choć wcale na to nie wygląda. Miałem pomysł na szeroki kadr, ale Sigmę EX 10-20/4-5.6 miała Ewa, która buszowała w innej części nadnidziańskiej łąki, a mi został do dyspozycji Canon EF 24-105/4 L IS. No i tutaj są cztery pionowe kadry, dające łącznie perspektywę szerokiego kąta.

Na islandzkie huragany zabieramy też drugi porządny statyw. Obok Ewowego Gitzo Mountainer GT2540 jedzie także jego prawnuk, czyli Mountainer GT 2543L – to ten poniżej. Nowy model jest nieco większy, sprawia wrażenie masywniejszego, ale waży tylko 100 gramów więcej. Ma fajnie rozwiązany „Ground Level”, czyli konfigurację, w której statyw jest całkiem rozpłaszczony, a aparat jest maksymalnie nisko: jeden obrót pierścienia umieszczonego poniżej platformy odczepia całą kolumnę centralną. Jak oba statywy (a także statywy uczestników fotowyprawy) sprawdziły się na Islandii – zdam relację po powrocie.

Gitzo Mountainer GT2543L

Fotografia niesmartfonowa

Sowa w locie

Rzeczywista różnica między jednym a drugim aparatem sprowadza się do tego, co możesz zrobić, a czego nie możesz. To też tłumaczy przyczyny problemów producentów, objawiające się spadkiem popytu na nowy sprzęt – skoro dotychczasowy aparat pozwala na zrobienie prawie wszystkiego, to po co kupować nowy? Tym bardziej mnie dziwi, że jak do tej pory producenci aparatów po tej linii nie bronią się przed inwazją smartfonów – o ile nowa lustrzanka nie daje wiele argumentów typu „tego nie zrobisz starą lustrzanką”, to już w opozycji „lustrzanka – smartfon” da się bez specjalnego trudu tak właśnie punktować fotokomórki. Dwie podstawowe różnice, widoczne nawet w rozmiarze fejsbukowym i dla laika to sprawność w fotografowaniu ruchomych obiektów oraz zdolność do uzyskania płytkiej głębi ostrości. Co więcej, są to różnice trwałe – raczej nie grozi, że kolejna generacja iFonów dokona na tym polu rewolucyjnego przełomu. Prezentacja tych dwóch cech w sposób, który trafi do zupełnych niefotografów, też specjalnie trudna nie jest: ujęcie biegnącego dziecka z ładnie rozmytym tłem będzie tyleż różne od smartfonowych pstryków, co przekonujące dla młodych mam (a więc przedstawicieli najbardziej wpływowej grupy nabywców). Dziwne, że nie widzimy takich reklam.

Jak potwierdziły zakończone wczoraj warsztaty z fotografowania ptaków, jedna z tych cech różnicuje też lustrzanki od bezlusterkowców. Wysoka skuteczność fotografowania szybkiego ruchu, wymagająca sprawnego ciągłego pomiaru ostrości i użycia trybu seryjnego, to nie jest coś, czym producenci bezlusterkowców mogliby się chwalić. Nie spodziewajmy się więc, że tak będą reklamowali się Olympus, Panasonic czy Fuji. Mogłoby to zrobić natomiast Sony, którego A77 (pierwsza wersja) całkiem dobrze sobie dawała radę w Ustroniu. Tylko czy Sony jest nadal zainteresowane promowaniem swoich „postlustrzanek”?

Zostaje Canikon, który ma zarówno lustrzanki z bardzo sprawnym autofokusem, jak i bogatą kolekcję obiektywów, pozwalających uzyskać płytką głębię ostrości. I nie rozumiem, czemu te cechy nie są akcentowane w reklamach tego duetu.

Sokół w locie

PS. Powyżej puchacz i sokół wędrowny z Ustronia. Z punktu widzenia fotografujących sokół mógłby trochę zwolnić, a puchacz latać bardziej w słońcu. :)

PPS. Miłośników zdjęć niewymagających szybkości zapraszamy na wystawę „Bursztynowy zwierzyniec”. Fotografie bursztynowych inkluzji wykonane przez Aleksandra Chmiela i Marka Wyszomirskiego będzie można oglądać do 3. sierpnia w warszawskim Muzeum Ziemi PAN, Al. Na Skarpie 27.

Jesień w sierpniu albo krokodyl na okładkę

Jesień w sierpniu - DFV 2007

Historia Digital Foto Video zaczyna się w 2007 roku numerem październikowym, ale, jak wszystkie numery październikowe wszystkich czasopism, szykowany on był w lecie. No i w sierpniu 2007 roku Rednacz zażądał od nas jesiennego zdjęcia na okładkę pierwszego numeru DFV. „Chcę złote liście lecące z drzew. Wymyślcie coś i zróbcie!” W sierpniu. Jesienne zdjęcie. Złote liście. Poczuliśmy się trochę jak Papkin po usłyszeniu „Krokodyla daj mi luby”.

Dookoła lato w pełni, wszędzie zdrowa, intensywna zieleń. Może gdzieś pojechać? Budżet mamy na dwa bilety tramwajowe. To może tańszy transport. Bierzemy rowery i ruszamy szukać czegoś, co miałoby szanse wzbudzić jesienne skojarzenia. Jeździmy i jeździmy aż coś znaleźliśmy.

Coś było niedużym, prawdopodobnie chorym drzewkiem, które jedno jedyne w całym rzędzie podobnych drzewek miało żółknące liście. Żeby nie było nam za łatwo, rosło sobie to drzewko na niewielkim, pokrytym zieloniutką trawą nasypie, na drugim planie miało więcej zielonej trawy i pokrytych zieloniutkimi liśćmi drzewek, a w tle blokowisko, przynajmniej nie zielone. Jakby się nie ustawić, pojedyncze żółknące drzewo na tle bloków i zielonego trawnika jesieni nie robi. Chyba, że położymy aparat na ziemi tak, aby łapał w tle tylko niebo. Co też zrobiliśmy. Później zbieraliśmy liście i jedno z nas rzucało je do góry, a drugie wyzwalało migawkę – aż za którymś razem spadające liście ułożyły się w widoczne na zdjęciu S. Złota jesień w sierpniu? Proszę bardzo.

Cała historia przypomniała mi się przy okazji szykowania pierwszego rocznika DFV w formacie PDF do sklepiku. Jeśli ktoś chce zobaczyć, jak wyglądały pierwsze numery Digital Foto Video, to kod jesien2007 z 15-procentową zniżką działa do następnej niedzieli.

Degradacja polara

Dolomity

Są dobre filtry polaryzacyjne i kiepskie filtry polaryzacyjne. Kiepski filtr nie stanie się z czasem lepszy, ale czy dobry może się popsuć? Całkiem niechcący poznałem odpowiedź na to pytanie.

Miałem kilka filtrów polaryzacyjnych o średnicy 77 mm. Jeden z nich parę lat temu nie przeżył upuszczenia na kamienie. Inny sprzedałem, bo życie jest zbyt krótkie, żeby spędzać je na czyszczeniu szkiełek, a czyszczeniu filtra Hoya można poświęcić sporą część życia. ;) Najstarszym moim polarem jest B&W F-Pro KSM MRC, czyli najlepsze, co wówczas renomowany Schneider-Kreuznach miał w ofercie. Przez lata był to mój najlepszy filtr polaryzacyjny, a miałem okazję go porównywać z produktami kilku innych firm. Od pewnego czasu zacząłem jednak mieć wątpliwości, czy ten filtr nadal jest tak dobry…

Część zdjęć zaczęła wyglądać podejrzanie miękko i niskokontrastowo. Ponieważ mam dwa polary o średnicy 77 mm, a do tego jeszcze stosuję filtr o średnicy 67 mm, to chwilę trwało, zanim ustaliłem głównego podejrzanego. No i efekt ostatecznej weryfikacji podejrzeń macie poniżej. Światło się nie zmieniło, aparat i obiektyw te same, oba zamocowane na statywie. Różnica między zdjęciami to tylko filtr polaryzacyjny: na jednym ujęciu był to B&W F-Pro KSM MRC, a na drugim Marumi DHG. Zrobiłem jeszcze trzecie zdjęcie – bez polara, które było trochę mniej kontrastowe niż z Marumi, ale nie tak miękkie jak z B&W.

Cóż, wygląda na to, że filtry B&W ulegają biodegradacji. Podejrzewam jakieś reakcje w powłokach przeciwodblaskowych, które zaczynają być przeciwskuteczne i obniżają kontrast obrazu. Podobne doświadczenia z polarami tej firmy miał Mariusz ze sklepu Foto-Master. Czy Wam też się filtry degradują z wiekiem?

before
after

PS. W Galaktyce letnia wyprzedaż książek fotograficznych. Obniżka prawie tak fajna jak rabat dla uczestników naszych warsztatów i fotowypraw, więc jeśli ktoś chce uzupełnić biblioteczkę, to to jest dobry moment.

PPS. Marek Kosiński, którego niektórzy z Was mieli okazję poznać na warsztatach w Białowieży, a niektórzy mogą kojarzyć z wywiadu w DFV 12/2013, startuje w tegorocznej edycji konkursu Wildlife Photographer of the Year. Możecie Marka wesprzeć, głosując na jego zdjęcie na stronie konkursu.

Fotowczasy w Jurze

Ogrodzieniec

Wszystkich, dla których nasze weekendowe warsztaty są zbyt krótkie lub zbyt intensywne (ach, te nocne wyjścia na wschody słońca… :) ), zapraszamy od 7 do 14 sierpnia tego roku na fotowczasy „W obiektywie”, realizowane we współpracy z hotelem Poziom 511. Edukacja fotograficzna zaplanowana jest na popołudnia i wieczory, a wcześniej można się wysypiać, zwiedzać atrakcje Jury Krakowsko-Częstochowskiej i korzystać z atrakcji hotelu, w tym dużego krytego basenu i zabiegów spa. Można zabrać ze sobą niefotografującą część rodziny – z pewnością nie będą mieli okazji się nudzić. Więcej informacji o pakiecie „W obiektywie” po prawej stronie oraz na stronie hotelu Poziom 511, do hotelu również należy kierować zgłoszenia oraz załatwiać wszystkie formalności. Zapraszamy!

Sztuka autoiluzji

Dolomity, Włochy

Jakiś czas temu rozmawiałem z pewnym miłośnikiem fotografii, który skarżył się, że lustrzanki są strasznie ciężkie, a lata i kondycja już nie te, więc chyba przejdzie na bezlusterkowca. Przyglądam się mojemu rozmówcy: na szyi dwucyfrowy Canon z gripem i jasnym zoomem.

- Odkręć ten grip, od razu Ci będzie lżej – proponuję.

- No ale jak? A ergonomia i wygoda fotografowania portretów? – słyszę w odpowiedzi.

- A jak przejdziesz na bezlusterkowca, to jaką będziesz miał ergonomię?

- Hmm…

W tym dysonansie mój znajomy nie jest jedyny. Całkiem sporo fotoamatorów chciałoby używać aparatu dużego i solidnego, ale nosić mały i lekki – zaprawdę, paradoks trudny do rozwiązania. Trudny tym bardziej, że sami zainteresowani starają się nie dostrzegać tutaj sprzeczności i miotają się w decyzjach (a czasem nawet w zakupach) od pełnoklatkowej lustrzanki z profesjonalnymi obiektywami po zaawansowany kompakt. Może dlatego liczba modeli bezlusterkowców przekroczy niedługo liczbę sprzedanych egzemplarzy, że w badaniach rynkowych ludzie chętnie deklarują plany zakupu aparatu małego i lekkiego, ale jednocześnie nie mogą się rozstać z solidnymi lustrzankami?

Bo korpus aparatu musi być magnezowy, inaczej rozpada się trzeciego dnia rodzinnych wakacji. Obiektyw w obudowie innej niż metalowa nie przetrwa niedzielnego spaceru. Grip – koniecznie, bo ergonomia. To jest wersja obowiązująca podczas dyskusji siedzącej – przy stole w knajpie albo przed klawiaturą na forum internetowym.

Podczas plenerów aktualne stają się inne poglądy: „jak tylko wrócę, to sprzedam to cholerstwo i kupię najmniejszy i najlżejszy aparat, jaki znajdę”. Choć czasem i tu pojawiają się warunki: „…byle miał pełnoklatkową matrycę, pancerną obudowę, solidny grip i zoomy co najmniej f/2.8”.

Problemem nie jest to, że sami nie wiemy, czego chcemy. Gorzej, że nie chcemy się zastanowić, czego naprawdę potrzebujemy dla fotografii, jaką uprawiamy.

PS. Nasz sklepik trochę się rozrósł, już przyjmuje płatności kartami płatniczymi (a nie tylko przelewami, jak na początku), a ponadto dane podawane w trakcie logowania są chronione szyfrowaniem za pomocą certyfikowanego SSL-a (dane związane z płatnościami od początku były bezpieczne, bo obsługuje je PayU ze swoim systemem szyfrowania i ochrony). Z tej okazji kod EDFV714ST ważny jest na wszystkie pakiety Digital Foto Video. Miłej lektury!

Teoria firanki

Burano

Ten wpis jest specjalnie dla kobiet, szczególnie tych będących lekko na bakier z techniką. Panowie są proszeni o nieczytanie. Jeśli przeczytacie, będziecie sami sobie winni. Zostaliście ostrzeżeni.

To teraz do rzeczy: chodzi o to, jak skojarzyć wartości przysłony, głębię ostrości, zależność między czasem a przysłoną i wiedzieć intuicyjnie, co jest otwarte a co zamknięte. Wszystkie te kwestie tłumaczy przystępnie teoria firanki (przystępnie dla kobiet, ma się rozumieć, bo wszyscy mężczyźni, którzy tej teorii jak do tej pory wysłuchali, mieli potem takie dziwne, obłędne spojrzenie).

No więc drogie koleżanki, wyobraźcie sobie aparat jako pokój, do którego przez okno-obiektyw wpada światło. Przy czym to światło wlewa się powoli, nie tak że myk i już jest, tylko z taką prędkością jak, powiedzmy, ściekający miód. Na tym oknie (czyli obiektywie) wisi firanka. W zasadzie powinnam mówić raczej o zasłonie, ale f/ jak firanka lepiej się zapamiętuje. Oczywiście ta firanka to, jak sama nazwa wskazuje, przysłona. Przez szeroko rozsuniętą firankę światła przedostaje się więcej, więc i pokój szybciej się nim napełni. Logiczny wniosek: przy otwartej przysłonie wystarczy krótszy czas naświetlania. Analogicznie, jeśli firankę zasuniemy tak że tylko szparka zostaje, to zanim przez tę szczelinę naleje się wystarczająco dużo światła, to musi minąć więcej czasu. Im bardziej zamknięta przysłona, tym dłuższy czas naświetlania będzie konieczny.

A liczba f/ oznacza powierzchnię firanki. Im więcej f/, tym większa powierzchnia firanki zasłania okno, czyli tym mniejsza jest dziura, przez którą światło może wpadać, więc potrzeba więcej czasu, by dobrze naświetlić kadr. F/8 to większa powierzchnia firanki niż f/2,8, a f/1,4 to takie tylko cienkie paseczki po bokach okna. Z kolei powiązanie tego z głębią ostrości jest już trochę bardziej metaforyczne: wyobraźcie sobie nagłe rozsunięcie zasłon, światło razi oczy, mało co widać = mała głębia ostrości. Zasłony zasunięte, przez szparkę widać ostro = duża głębia ostrości.

To może jeszcze dodam od razu, jak się do tego wszystkiego ma czułość, czyli ISO. Otóż ISO przyspiesza światło. Przy dwa razy większym ISO światło jest dwa razy szybsze, więc napełnienie nim pokoju potrwa dwa razy krócej. Prawda, że to intuicyjne?

 

Zdjęcie powyżej pochodzi z Burano, koło Wenecji. Było tam mnóstwo światła, a jeszcze więcej kolorów.

Tylko dzisiaj, tylko u nas!

DFV 07 / 2014
No dobrze, nie tylko dzisiaj, bo zostanie na stałe, ale zawsze chciałam tak powiedzieć.

No więc: Na razie tylko u nas, nowe, śliczne, elektroniczne wydanie Digital Foto Video, numer lipcowy. W środku coś o fotografowaniu jedzenia i imprez, czyli w sam raz na sezon grillowy. Do tego co nieco o drukowaniu, panoramach, wykorzystywaniu balansu bieli do tworzenia nastroju oraz o tym, jak się nie dać zwariować technice i pozostać twórczym, czyli nowy odcinek „E jak Estetyka”. Całość w PDF-ie bez DRM, do czytania na dowolnym nośniku.

Dla czytelników Szturchańca mamy kupon zniżkowy obniżający cenę o 10%, ważny przez tydzień: EDFV714ST

UWAGA! Prenumeratorzy oraz osoby, które wsparły akcję pomocy DFV na Zrzutka.pl, powinni zajrzeć do maila. Znajdą tam kod pozwalający pobrać lipcowe DFV bez płacenia.

P.S. To nie koniec ciekawych rzeczy do czytania z DFV w naszym sklepiku. Niedługo będzie tego więcej, więc zerkajcie do nas w najbliższych dniach!