Dlaczego nie smartfon

Festiwal w Cuzco

Z pewnym zdziwieniem obserwuję, jak od dłuższego czasu internetowe serwisy poświęcone fotografii coraz więcej uwagi poświęcają smartfonom. Jasne, narzędzie to narzędzie, liczy się efekt jego użycia. Są jednak narzędzia wygodniejsze do realizacji pewnych zadań, mniej wygodne i takie, które nadają się np. jak mikroskop do wbijania gwoździ – owszem, da się, ale są lepsze sposoby. Upraszam o nieprzysyłanie mi przykładów interesujących fotografii smartfonowych – widziałem ich już sporo. Widziałem też żonglerkę piłami spalinowymi i jakkolwiek było to imponujące, to nie czuję się przekonany, że piły spalinowe są idealne do żonglowania.

Zgadza się, smartfonami można robić zdjęcia. Czym się owe zdjęcia będą różnić od zrobionych aparatem fotograficznym? W pewnych warunkach nie będą się różnić wcale, częściej różnica będzie wyraźnie widoczna. I nie chodzi tu wcale o jakieś techniczne szczegóły typu rozpiętość tonalna, szczegółowość obrazu czy szumy. Zasadnicze różnice między użyciem smartfona i aparatu fotograficznego występują jeszcze przed zrobieniem zdjęcia.

Peruwiański policjant

Fotografia jest fajna, bo daje swobodę tworzenia obrazu. Wybiera się perspektywę (to akurat da się zrobić też smartfonem), pole widzenia (dobierane ogniskową), głębię ostrości, czas naświetlania ultrakrótki lub długą ekspozycję, moment zatrzymania świata w kadrze. Taką swobodę daje aparat fotograficzny, ale już nie smartfon. Tak, nawet moment rejestracji w smartfonie jest równie precyzyjny, co mikroskop w roli młotka. Smartfony są dobre do dokumentacji zdarzeń rodzinnych czy towarzyskich, ale jako narzędzie dla fotografa są nieznośnie toporne i ograniczające.

Po co recenzje i testy fotograficznych modułów w smartfonach obok testów i informacji o obiektywach, lustrzankach i bezlusterkowcach? Dla pozyskania reklam od Samsunga czy Apple’a? Owszem, to jest dobry powód. I jedyny dobry. Reszta to wciskanie kitu, jakoby smartfony były po prostu mniejszym rodzajem aparatów fotograficznych. Tymczasem są nimi w takim samym stopniu, jak statyw jest rodzajem kijka trekkingowego, lampa błyskowa – latarką, a obiektyw – wałkiem do ciasta.

Zdjęcia powyżej i poniżej to obiecane portrety peruwiańskich policjantów – z różnych powodów nie do zrobienia smartfonem (a nie byłem złośliwy i nie wybrałem jako ilustracji wpisu np. zdjęć kondorów w locie). Vox populi – vox dei, więc zapraszam też do portfolio z fotowyprawy do Peru – zdjęć będzie przybywać, oj będzie… 🙂

Peruwiańskie policjantki

Powrót z dżungli

Ukrywając się wśród liści. Peru

Nasza peruwiańska fotowyprawa nie zaginęła w dżungli – tam zaginął jedynie internet, stąd brak wieści. Wróciliśmy już do Limy, do nadmorskiej dzielnicy Miraflores, skąd ruszymy na lotnisko i przez Paryż odlecimy do Warszawy. Ale po kolei…

Godzinny przelot z Cuzco do Puerto Maldonaldo zaoszczędził nam całego dnia jazdy busem przez góry i dżunglę. Stamtąd busem dotarliśmy do lodge’y w amazońskiej dżungli, która na 3 dni stała się dla nas domem. Z domu tego robiliśmy fotograficzne wypady.

Zaczęliśmy od porannego rejsu na papugi, które mają zwyczaj rozpoczynać dzień od wizyty w naturalnej solance.

Papugi, dużo papug. Peru

Najbardziej efektywny fotograficznie był rejs rzeką Madre de Dios, później popołudniowy spacer przez dżunglę i wreszcie rejs łodzią po jeziorze, znajdującym się w obrębie parku narodowego. W drodze do jeziora towarzyszyły nam małpki, całymi stadami przeskakując po gałęziach z jednej strony ścieżki na drugą, tym samym testując refleks uczestników i sprawność układów ustawiania ostrości w aparatach. W dżungli fotografuje się paskudnie, bo raz, że jest ciemno i jednocześnie bardzo kontrastowo, a dwa, że prawie zawsze między fotografem a celem są jakieś krzaki, gałązki i liście. Wyzwaniem jest też oczywiście naturalna skłonność wszystkich zwierząt do maskowania się – gdyby przewodnik nie wypatrzył dwóch jaszczurek na pniu drzewa, to z pewnością sami byśmy ich nie dostrzegli.

Mimikra w dżungli, Peru

Na jeziorze było już łatwiej. Uczestnicy fotowyprawy sprawnie wypatrywali ptaki stojące na gałęziach, brodzące w przybrzeżnej wodzie czy ukryte w krzakach. Wracając, już po zmroku, trafiliśmy dwa razy na potężne włochate pająki, przechodzące akurat przez ścieżkę oraz ptaka, który zabrał się do spania praktycznie na naszej drodze powrotnej.

Popołudnie w dorzeczu Amazonki, Peru

Pozostałe sesje nie były tak obfitujące w zwierzynę. Z drapieżników widzieliśmy tylko kajmany, ale w nocy i z odległości wykluczającej udane zdjęcia. Bliżej, nawet zdecydowanie bliżej, były za to krwiożercze moskity, których wprawdzie na terenie lodge’y prawie nie było, ale wystarczyło wejść kilka kroków w dżunglę, by pojawiały się setkami.

Po eksploracji amazońskiej dżungli z Puerto Maldonaldo wróciliśmy samolotem do Limy (z międzylądowaniem w Cuzco), co ponownie zaoszczędziło nam ze dwa dni jazdy busem. W Limie powitała nas znajoma garua. Gdy będziecie ten wpis czytali i oglądali, pewnie będziemy już w samolocie do Europy.

PS. Wszystkie zdjęcia tutaj zrobione obiektywem EF 70-200/4 IS L USM z telekonwerterem x1.4 i przy wysokich czułościach do 6400 ISO. W dżungli jest naprawdę ciemno, nawet w dzień i na obrzeżach.

Zaginiona fotowyprawa i niespodziewana okazja

Peru

Oczekujecie pewnie dalszego ciągu relacji z Peru, a tu już trzeci dzień posucha? Spieszę wyjaśnić, że posucha jest dlatego, że fotowyprawa utknęła w dżungli, a tam wynalazki w rodzaju internetu jeszcze nie dotarły. Zdjęć nie dało się więc przesłać. Korzystając z okazji, zaprezentuję więc dwa obrazki z poprzednich etapów fotowyprawy oraz jedno ogłoszenie.

Ogłoszenie brzmi: zwolniło się właśnie miejsce na Świętojańskie Świętokrzyskie, które odbędzie się już w przyszły weekend w Śniadce, niedaleko Starachowic. Teraz mamy więc dwa wolne miejsca – idealne dla jakiejś pary, która do tej pory nie mogła się zdecydować. Albo dla połowy pary 😉 Dla dodatkowej zachęty dodam, że oprócz tego co już ogłoszone w zajawce, w ramach warsztatów załapiemy się na zlot starych Starów, oczywiście w Starachowicach, bo gdzieżby indziej. A w Pałacu Biskupów Krakowskich w Kielcach będą się z naszym udziałem działy rzeczy, których tam jeszcze nie widziano… Zapraszam!

Górne zdjęcie przedstawia miłe peruwiańskie zwierzątka, czekające na wyjście fotowyprawowiczów z dżungli, a dolne – tarasy uprawne w Andach. Dla uzmysłowienia skali: po prawej stronie trochę poniżej połowy kadru znajdują się trzy zielone pola obok siebie. Na prawym z nich, tuż poniżej krzaków obramowujących je od góry, stoi krowa (pozioma ciemna kreseczka), a na prawo od krowy – pasterz (pionowa ciemna kreseczka). Czujecie tę przestrzeń?

Tarasy uprawne w Andach, Peru

Machu Picchu o poranku i nieco retrospekcji

Machu Picchu o poranku

Nie wchodzi się dwa razy do tego samego Machu Picchu. Za drugim razem wakacyjna stolica Pachacuteka przywitała nas nie gęstą mgłą i mżawką, ale lekką mgiełką i chmurkami przewiewanymi wte i we wte, dzięki czemu przez dobrą godzinę mieliśmy co pół minuty zupełnie inny widok na Machu Picchu. Słońce też wyszło zza góry najszybciej, jak tylko mogło, więc trudno było sobie życzyć lepszego początku dnia. Głównym problemem uczestników fotowyprawy było: jak później wybrać z tych wszystkich wariantów mniej lub bardziej odsłoniętego kamiennego miasta ten najlepszy? Poza porankiem pogoda była jednak gorsza niż wczoraj, bo z nieba zniknęły chmury i został tylko blachobłękit oraz ostre słońce. Nie żałowaliśmy więc, że dzisiaj ze szczytu musieliśmy zjechać znacznie wcześniej, bo po obiedzie pojechaliśmy z powrotem do Cuzco, aby następnego dnia zupełnie zmienić klimat i polecieć do dżungli amazońskiej.

Moray, czyli laoratorium na schodach. Peru

Przy okazji migawki z wcześniej tylko wspomnianych miejsc. Kamienne tarasy z wysuniętymi stopniami schodów to część Moray, gdzie Inkowie prawdopodobnie eksperymentowali z wpływem temperatury i nasłonecznienia na różne odmiany roślin uprawnych. Istnieje też teoria, że była to wielka maszyna do liofilizacji ziemniaków – temperatura mocno tam się zmienia z jednego stopnia na drugi. Reszta tarasów to już Ollantaytambo – forteca, którą Inkowie obronili przed szturmem Hiszpanów. Później jednak uznali, że jest ona nie do obrony i wycofali się do Vilcabamby, gdzie utrzymali resztki imperium przez kilkadziesiąt lat.

Ollantaytambo, Peru

Patrząc na zdjęcia z Ollantaytambo, Machu Picchu, Moray czy Salineras de Maras trudno nie zauważyć, że Inkowie uwielbiali budować tarasy na stromych zboczach. W efekcie zwiedzanie pozostałości po tej cywilizacji to nieustanne chodzenie po schodach – tereny płaskie tam prawie nie występują, a inny sposób pokonywania wzniesień (np. trawersem) chyba kłócił się jakoś z ich wyobrażeniem ergonomii. W efekcie fotografowanie tych zabytków to ćwiczenie z fotografowania schodów: gigantycznie powiększonych, więc można je oglądać nie tylko z góry, ale też z dołu i pod dowolnym kątem.

Na marginesie – Ollantaytambo prawdopodobnie nie było budowlą militarną, a po prostu jedną z siedzib władcy, natomiast tarasy nie miały utrudnić dotarcia na szczyt, lecz służyły za ogródki warzywne dla głównego lokatora. Jak się okazuje, dobrze pomyślany ogródek warzywny może pomóc odeprzeć najeźdźcę. Nie należy też niedoceniać roli schodów.

Ollantaytambo, Peru

Miasto we mgle

Mgły Machu Picchu

Ruszyliśmy szukać dzisiaj jakiegoś zaginionego miasta. Nie wiadomo, kto je zgubił, ale z zebranych informacji wynika, że mieli z tym coś wspólnego Pictowie, którzy zgrywali Macho. Wstępne oględziny potwierdziły, że ostatni użytkownik musiał faktycznie mieć jakiś problem, bo stan techniczny miasta nie był najlepszy. Pogodę zresztą też trudno było nazwać pogodną, co jakoś wyjaśniało, jak doszło do zaginięcia miasta.

Mgły Machu Picchu II

Wstępne próby identyfikacji miasta wskazywały na Angkor Wat lub kopuły indyjskiego Taj Mahal. Upewniliśmy się jednak, że nikt nie zgłaszał zaginięcia tych dwóch lokacji, więc tutaj musi chodzić o coś innego. Dalsze eksploracje stały się bardziej efektywne, gdy pogoda się poprawiła. No i znaleźliśmy zaginione miasto! Oto Machu Picchu!

Odkrycie Machu Picchu

Wizyta w Machu Picchu to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju – całkiem niezależnie od urody inkaskich ruin. Już kilka minut po godzinie piątej rano ustawiliśmy się w… długiej kolejce czekającej na autobus. Jeśli ktoś pamięta kolejki w czasach PRL-u, to i tak byłby pod wrażeniem tej kolejki – solidne kilkaset metrów. Nie przypuszczałem, że w jednym miejscu może spotkać się tylu fanów wschodów słońca. Na szczęście gdy autobusy ruszyły, to całym stadem – podjeżdżały jeden za drugim i kolejkę udało się dość sprawnie rozładować.

Kolejka kolejką, ale najpierw trzeba kupić bilety – i na autobus, i do Machu Picchu. Ten drugi lepiej jest kupić z wyprzedzeniem, bo ilość odwiedzających jest limitowana. Ciekawie kupuje się też bilety na autobus, który w ciągu nieco ponad kwadransa wwozi do położonego na sporej skale inkaskiego miasta. Przy zakupie biletów trzeba okazać paszport i dane z paszportu są wprowadzane na biletach – czyli są one nie tylko imienne, ale też wymagają legitymowania się, bo przed wpuszczeniem do autobusu sprawdzany jest nie tylko bilet, ale też paszport. Bilet wstępu na teren wykopalisk archeologicznych oczywiście również jest imienny i także wymaga okazania paszportu.

Kolejną ciekawostką, zdecydowanie mniej przyjemną, jest zakaz wnoszenia statywów. Prawie cała nasza grupa została zmuszona do oddania trójnogów do przechowalni bagażu. Wyjątkiem były dwie sprytne osoby, które ukryły swoje statywy przed cerberami kontrolującymi wchodzących. Jest jednak wątpliwe, czy dałoby się ich użyć w trakcie pierwszych kilku godzin zwiedzania, bo teren Machu Picchu, choć bardzo rozległy, jest naszpikowany pracownikami pilnującymi, aby turyści ani na krok nie zbaczali z wyznaczonych ścieżek. Co ciekawe, po godzinie 14 robi się pustawo – znika nie tylko większość zwiedzających, ale też mniej widoczni są „dozorcy”, z przechowalni bagażu można odebrać statywy i spokojnie rozstawić je.

Machu Picchu i jego schody

 

O ile na wschód słońca czeka zaskakująco dużo ludzi (a wśród nich niewielu jest fotografów – zdecydowana większość tworzy wyłącznie selfie na tle), a od 10 rano do godziny 13 zwiedzających jest naprawdę dużo, to już wczesnym popołudniem robi się zaskakująco pustawo. Zresztą nawet w godzinach szczytu da się znaleźć miejsca zupełnie bezludne, bo turyści mają silny instynkt stadny i wędrują grupami po najpopularniejszych ścieżkach. Machu Picchu jest naprawdę rozległe i bez problemu da się unikać tłumów. Nie jestem przekonany, że w ciągu dzisiejszych 10-godzinnych eksploracji (z godzinną przerwą) udało mi się dotrzeć we wszystkie zakątki.

Na terenie samych wykopalisk nie ma ani baru czy restauracji, ani nawet toalety. Wszystko to jest natomiast dostępne przed brama wejściową. Na szczęście na jednym bilecie można dwukrotnie opuścić teren wykopalisk, odpocząć i wrócić do zwiedzania. Oczywiście przy ponownym wejściu sprawdzany jest zarówno bilet, jak i paszport.

Przerwy warto sobie robić, zwłaszcza jeśli trafi się słoneczny dzień, bo na terenie Machu Picchu praktycznie nie ma miejsc ocienionych. Nam się dzisiaj trafił mglisto-mżawkowy poranek, a później słońce było przesłaniane przez cumulusy, co ułatwiło przetrwanie tego… zimowego i momentami gorącego dnia.

Jutro drugi dzień fotografowania Machu Picchu, przed świtem znowu ustawimy się w kolejce do autobusów.

Oglądając Machu Picchu

Solna mozaika

Salineras de Maras V, Peru

Fotografowaliśmy dzisiaj Moray, czyli inkaskie laboratorium GMO, wspinaliśmy się po tarasach monumentalnej twierdzy w Ollantaytambo, niegdysiejszej siedzibie Pachacuteka – twórcy inkaskiego imperium. Ale o tym wszystkim innym razem. Tym razem zapraszam na szczyptę soli z Salineras de Maras, czyli preinkaskiej fabryki soli. Strumienie wody ze słonych źródeł wpuszczane są w tarasy, gdzie przepływając powoli, pod wpływem słońca parują i wytracają sól. Prosty mechanizm został setki lat temu rozbudowany do gigantycznego kompleksu, z setkami tarasów na wielu piętrach stromego wzgórza. Ta fabryka soli należy do mieszkańców okolicznych wiosek – zgodnie z tradycją każdy z nich ma prawo do własnej części kopalni soli. Nowi członkowie społeczności muszą tylko znaleźć nieużywane tarasy (jest ich zawsze sporo) i uzyskać akceptację lokalnej starszyzny. Jeśli ktoś chciałby zostać właścicielem (i pracownikiem jednocześnie) kopalni soli, wystarczy że przyjedzie tu i ożeni się (względnie: wyjdzie za mąż) za tubylca.

Nasza fotowyprawa obecnie dotarła do Aguas Calientes – miejscowości leżącej tuż poniżej Machu Picchu i stanowiącej bazę wypadową do zwiedzania ruin. Z Ollantaytambo dotarliśmy tu jedynym w swoim rodzaju pociągiem. Obowiązuje w nim ograniczenie przewożonego bagażu do walizeczki podręcznej mniej więcej zgodnej z wymogami linii lotniczych dla bagażu podręcznego. Co gorsza, walizeczka ma prawo ważyć 5 kilogramów, choć podobno nie powinno być problemu, jeśli sięgnie 8 kilogramów. Łaskawcy… Co to jest 5 kilo dla fotografa mającego przez dwa dni eksplorować słynne Machu Picchu? Na szczęście Sławek stanął na wysokości zadania, a następnie wyszedł z siebie i we dwóch załatwił rzecz absolutnie niemożliwą do załatwienia, czyli zgodę dla całej grupy na zabranie całości naszego bagażu. Zanim zostaliśmy zaszczyceni wpuszczeniem na peron musieliśmy ponad pół godziny odstać pod strzeżoną bramą, a następnie każda walizka i torba została zaplombowana plastikową pętlą. Pociąg to straszliwe dodatkowe obciążenie wytrzymał i nawet zgodnie z rozkładem dotarł do Aguas Calientes (aczkolwiek więcej czasu stał niż jechał). My jutro (a właściwie dzisiaj) skoro świt (raczej: solidnie przed świtem) ruszamy do najsławniejszych peruwiańskich ruin.

A teraz coś, co nijak nie da się przekazać na jednym zdjęciu, czyli wrażenia z solniska. Na poniższym zdjęciu znajdują się cztery osoby:

Salineras de Maras I, Peru

Na następnym też są cztery, choć nie te same:
Salineras de Maras II, Peru

I jeszcze bliżej, już w ludzkiej skali:

Salineras de Maras III, Peru

A tak się tam pracuje:

Salineras de Maras IV, Peru

Cuzco jest boskie

Festyn w Cuzco, Peru

Była stolica imperium Inków jest fantastyczna pod każdym względem. Kolonialne, zdobione kamienice obok imponujących solidnością spasowania inkaskich murów, kręte uliczki i hippisowsko-artystyczny klimat okolic rynku… A do tego trafiliśmy jeszcze na festyn – święto miasta. Parady dzieci w strojach ludowych, procesje niosące potężne figury Matki Boskiej, kolorowy tłum widzów, sprzedawcy wszystkiego i – last ale zdecydowanie not least – mnóstwo policjantów z mnóstwa różnych formacji, a każdy ubrany w inny mundur i inne nakrycie głowy. Jestem fanem peruwiańskiej policji we wszystkich jej setkach odmian i uniformów – pewnie będzie o tym kiedyś osobny wpis. Wszystko to gwarne i kolorowe, ale na luzie – bez zadęcia, bez nerwowości czy nachalności. Nawet przechodzenie przez tłum było łatwiejsze niż gdziekolwiek indziej. Policjanci z tak efektownych formacji jak „Esquadron Verde” czy „Special Operations” grzecznie gestami przesuwali widzów, a widzowie równie grzecznie się odsuwali.

Na festynie w Cuzco, Peru

W Cuzco zadomowiły się też różne duchowości alternatywne, z newage’owskimi na czele (były punkty usługowe stawiające tarota i wróżące z liści koki), po ulicach kręcili się hippisi pamiętający chyba pierwszy Woodstock, ale też osobnicy nieco przypominający derwiszy – jasne, to nie ta bajka, choć w sumie tutaj chyba każdy może mieć swoją bajkę. No i nie mogło zabraknąć prawdziwych Inków.

Prawdziwe Inki, Peru

Kultyści na Titicaca

Pachamama, Peru

Trzcinowe wyspy i rejs trzcinowymi katamaranami zapowiadane w poprzednim wpisie okazał się na szczęście tylko krótkim występem folklorystycznym. Jakkolwiek wyspy naprawdę zbudowane są z trzciny, a ich mieszkańcy wyjaśnili nam zasady sprawiające, że te konstrukcje utrzymują się na wodzie, to ciekawsza, choć mniej efektowna była następna wyspa, solidna i niewymagająca dokładania z wierzchu tego, co zgniło pod spodem.

Prawie trzygodzinny rejs na Amantani daje wyobrażenie o rozmiarze jeziora Titicaca – a wyspa ta leży dość blisko Puno, skąd nasz statek wyruszył. Wyspa Amantani nie jest duża (raptem nieco ponad 9 km kwadratowych), ale wystarczająco rozległa, żeby zmieściło się tam kilka wiosek i ponad 3,5 tysiąca mieszkańców, a ponadto dwa wzniesienia: Pachatata („Ojciec-ziemia”) i Pachamama („Matka-ziemia”). Ponieważ nie ma jak spacer przed snem, więc po zakwaterowaniu w domu rodziny amantańczyków większa część grupy ruszyła na szczyt Pachamamy. Wejście z 3800 na 4140 metrów n.p.m. zajęło nam… akurat tyle, żeby zdążyć na zachód słońca.

Nazwa wzniesienia pochodzi od miejsca kultu prekolumbijskiej boginii, który pojawił się 500 lat p.n.e. wraz z cywilizacją Pukara i… do dzisiaj ma swoich wyznawców, a rytualne składanie ofiar odbywa się 20 stycznia każdego roku. Próba wchłonięcia Pachamamy przez katolicyzm i włączenia jej w kult maryjny nie do końca się udała, a wyznawcy żyją nie tylko w Peru, ale też w Boliwii, Ekwadorze, Chile i Argentynie.

Rejs na wyspę potwierdził wcześniejsze obserwacje, że w Peru zasięg sieci komórkowej występuje niezupełnie tam, gdzie można by się go spodziewać. Owszem, w dużych miastach jest z tym nieźle, ale niech ktoś będzie miał problem gdzieś na trasie np. do kanionu Colca, to może swojego smarftona użyć do puszczania zajączków i sygnalizacji Morsem. Na wyspie Amantani w najwyżej położonych miejscach zasięg sieci się pojawiał, za to podczas rejsu praktycznie cały czas byliśmy w zasięgu stacji GSM.

Wspominałem, że w Peru cały czas mamy fantastyczne chmurki od rana do wieczora? 🙂

Jezioro Titicaca i Puno, Peru

Grobowce Sillustani

Grobowce Sillustani, Peru

Wyobrażenie historii Peru to: wpadli Hiszpanie i zabrali Inkom imperium. Bardziej prawdziwe byłoby: wpadli Inkowie i zabrali się do budowy imperium podbijając sąsiednie kultury, ale zanim zdążyli się urządzić, przypłynęli Hiszpanie i zrobili Inkom to, co Inkowie od stu lat robili sąsiadom. Sillustani nad jeziorem Umayo to miejsce, gdzie w przestrzeni (bo nie w czasie) spotykały się różne kultury, wznosząc tu grobowce w formie okrągłych wież. Ludy Colla, Aymara, a później Inkowie grzebali swoich zmarłych, wznosząc dla nich kamienne konstrukcje. Konstrukcje Inków wyróżniają się typową dla tego ludu niezwykłą precyzją spasowania ogromnych głazów – prace kamieniarskie wykonywali przedstawiciele podbitych plemion, przesiedlanych przez Inków w ramach systemu robót przymusowych. Wieże wcześniejszych kultur były budowane mniej trwale. Wkład Hiszpanów w Sillustani to zniszczenia, dokonane przy okazji poszukiwania w grobowcach złota i kosztowności.

El Kondor pasa turystów, Peru

Jak widać kondory jednak dopisały, a jeden próbował lądować na grupie turystów, ale w ostatniej chwili się rozmyślił. Kondory są padlinożercami i nie polują, ale to nie znaczy, że nie potrafią pomóc padlinie stać się padliną – ich znanym popisowym numerem jest straszenie przyszłego obiadu symulowanymi atakami w co bardziej przepaścistych miejscach.

Jutro relacji nie będzie, bo płyniemy na trzcinowe wyspy na jeziorze Titicaca. Trzcina to doskonały budulec do budowy trwałych wysp na najwyżej położonym zamieszkałym jeziorze, prawda?

El Condor Pasa, Peru

P.S. Na islandzką fotowyprawę W krainie ognia i lodu zwolniły się dwa miejsca, a w naszym Portfolio pojawiła się nowa galeria, efekt fotowyprawy do Umbrii. Zapraszamy i tu, i tam!

O zmroku, gdzieś w Andach

Peruwiańskie pustkowie

Wracając z kanionu Colca i polowania na kondory znowu przekroczyliśmy andyjskie przełęcze, wjechaliśmy na 4900 m n.p.m. i… utknęliśmy w korku. Korek okazał się być zorganizowany – zorganizowano go, żeby wyciągnąć ciężarówkę, która zjechała z drogi i stoczyła się kilkanaście metrów w dół. Nic nie wiem o losie kierowcy, bo cały wypadek miał miejsce co najmniej dzień wcześniej, a teraz zorganizowano odzysk ciężarówki.

Zablokowana droga, Peru

Pejzaże w tym miejscu były piękne, więc jeśli kierowca się na nie zagapił, to jest trochę usprawiedliwiony. Choć wątpię, żeby był szczególnie wrażliwy na piękno krajobrazów, bo wówczas by raczej nie popracował jako kierowca w Peru. Pejzaż z okolic miejsca wypadku poniżej.

Peruwiańskie pustkowie II

Gdy po jakimś czasie zrobiono przerwę w akcji ratowania resztek po ciężarówce i puszczono wahadłowo ruch, pojechaliśmy dalej i dojechaliśmy na zachód słońca. Właściwie to dojechaliśmy do momentu, gdy słońce zachodziło i zatrzymaliśmy się na wieczorną sesję. Efekty wieczornej sesji na górze. Miejsce zupełnie nieplanowane i raczej nieznane, znajduje się jakieś 2 godziny jazdy od Arequipy na trasie z kanionu Colca.

Jak widać, we wpisie nie ma ani jednego kondora, ale po podśmiechujkach z wczorajszego wpisu kondory, wikunie, alpaki i lamy stanowczo zabroniły publikacji wizerunku. O wiskaczy nawet nie ma co mówić – foch i tyle.

Koka, wulkany i wikunie

Wikunie w górach Peru

Wszystko ma ze sobą ścisły związek. Dzisiaj jechaliśmy do kanionu Colca i jechaliśmy w górę. Do przodu jechaliśmy również, ale ruch do przodu nie robi takiego wrażenia, jak ruch w pionie. Na 3500 m n.p.m. było nieźle, na 4000 odkrywaliśmy, że chwila bezdechu przy wyzwalaniu migawki wymaga następnie 10 sekund dyszenia, na 4500 przestaliśmy żartować z chodzenia jak zombie, a z 4900 szybko zjechaliśmy na dół. Nocleg mamy na 3500, czyli prawie jak w domu.

Jesteśmy w tej części Peru, gdzie dookoła wznoszą się wulkany (jeden nawet trochę dymi), po łąkach hasają alpaki i wikunie, a za nimi czasem hasają pasterze, którzy muszą mieć gdzieś sprytnie ukryte butle tlenowe, bo przecież niemożliwe, żeby ktoś na tej wysokości biegał i to jeszcze niekiedy pod górkę.

Peruwianki

Zwalczamy problemy metodami naturalnymi, czyli żując liście koki, jedząc cukierki i czekoladki z koką oraz pijąc herbatę z liści koki. Entuzjastów fantastycznych odlotów rozczaruję – trzeba zjeść jakieś 3,5 kilo liści koki, żeby wchłonąć 1 gram kokainy, a że liście koki do żucia są suche i bardzo lekkie, to nie jestem w stanie wyobrazić sobie zjedzenia tego w ilości 3,5 kilograma. Garstka wystarczy, żeby poczuć się krową, bo wygląda to jak liście i smakuje jak liście. Dodawana w śladowych ilościach lokalna substancja, która ma przyspieszyć wydzielanie z suchych liści soku, też nie poprawia smaku (tę substancję można zastąpić sodą oczyszczoną i pewnie będzie to równie apetyczne).

Jutro jedziemy sprawdzić, czy kondory naprawdę latają, czy też, jak podejrzewam, czołgają się i żebrzą o kokę.

Herbatka z koki, Peru

Western w klasztorze i wulkan o zachodzie

El Misti, Peru

Godzinny przelot do Arequipy zaoszczędził nam 20 godzin – bo tyle co najmniej trwa przejazd autobusem z Limy. Jesteśmy teraz na około 2400 metrów n.p.m. i intensywnie się aklimatyzujemy, bo to jeszcze nie jest wysoko. W ramach aklimatyzacji spędziliśmy kilka godzin fotografując rozległy, pochodzący z XVI wieku klasztor Santa Catalina. Zbudowane z białego kamienia wulkanicznego i malowane na czerwono lub niebiesko (lub niemalowane wcale) ściany, wąskie uliczki i dziedzińce przypominają miasteczka z westernów rozgrywających się w Meksyku.

Później spacerek na punkt widokowy na wulkan El Misti. Tym razem nie było żadnej efektownej chmurki nad wulkanem, ale sama góra jest ładnie ustawiona bokiem względem zachodzącego słońca, a przedmieścia Arequipy prawie dochodzą do jej podnóża. Stamtąd jeszcze na chwilę taksówkami pod katedrę (owszem, wiedzieliśmy, że za późno, bo albo zachód nad El Misti, albo nad katedrą), a na koniec kolacja z alpaką w roli głównej – znaczy, głównego dania.

Klasztor w Arequipa, Peru

Garua o poranku

Lima: życie codzienne

W Limie nigdy nie pada deszcz. Przez prawie pół roku na porządku dziennym jest za to garua – stan między mgłą a lekkim kapuśniaczkiem. Garua przywitała nas po przylocie, późnym wieczorem, była także następnego dnia rano. W południe jednak się przejaśniło, widać było nawet trochę błękitu, a temperatura przekroczyła 20 stopni.

Po 12 godzinach lotu (i godzinie czekania na start z Amsterdamu) dotarliśmy na drugą półkulę, a nawet na dwie półkule: południową i zachodnią jednocześnie. Lima to dopiero rozgrzewka, ale już jest ciekawie. Jak na 9-milionową metropolię jest niemal prowincjonalna i… pustawa. Nie można powiedzieć, żeby główny plac w historycznym centrum był bezludny, ale tłumów także tu nie ma. Na wieczornym pokazie największego ponoć na świecie kompleksu fontann też nie trzeba się było wcale przeciskać, a nawet była spora swoboda w doborze miejsca do ustawienia statywu. Do tego większość zwiedzających to miejscowe nastolatki, robiące sobie selfie parami i w grupach na tle podświetlonych fontann. Dość zaskakujące jak na stolicę państwa, stanowiącego jedną wielką atrakcję turystyczną. Ciekaw jestem, czy w następnych dniach utrzyma się to wrażenie, że Peru to miejsce nadal czekające na odkrycie.

Sporo tu poloników. W ten weekend odbędą się wybory prezydenckie, gdzie według sondaży największe szanse ma kandydat o swojskim nazwisku Kuczyński (i mniej swojskich imionach Pedro Pablo). Większość budynków na centralnym placu projektował Ryszard de Jaxa-Małachowski, a linie kolejowe budował w XIX wieku Ernest Malinowski. Oprócz Polaków w zabudowie historycznej widać udział ducha Gaudiego – jego samego tu wprawdzie nie było, ale duch z pewnością inspirował architektów. Powiew secesji też wyraźnie pokonał Atlantyk, co widać np. na suficie byłego dworca kolejowego, który obecnie pełni funkcję biblioteki.

Lima: sufit biblioteki

Oprócz kolonialnej architektury wiele radości czeka miłośników mundurów i ich nosicieli. Pierwsze wrażenie po krótkim nawet spacerze ulicami: szykuje się wojna, trwają przygotowania do inwazji terrorystów? Ale jednak nic z tego: mnóstwo patroli i posterunków, żołnierze i policjanci w różnorodnych mundurach i z długą bronią to raczej lokalny koloryt niż objaw nerwowości władz. Nie wiąże się to z żadnymi kontrolami, legitymowaniem ani nawet dezorganizacją ruchu samochodów (żeby próbowali go usprawnić, też raczej nie można powiedzieć). Jedyną konkretną działalnością umundurowanych i uzbrojonych, którą dało się zaobserwować, jest pilnowanie, aby turyści nie przeszkadzali za bardzo paradnej warcie wystawionej przed pałacem prezydenckim.

Pięciu opancerzonych i pies, Lima

Prawdziwa fotografia

Latarnia świętej Rity, Umbria

Całkiem niechcący udało się Steve’owi McCurry’emu wywołać ogólnoświatową dyskusję na temat granic fotografii. O tym, jak mu się to udało, pisałem w postpostscriptum poprzedniego wpisu (istotne jest też postpostpostpostscriptum 🙂 z odesłaniem do Time’a, gdzie McCurry przyznaje, że fotoreporterem był dawno, ale przestał i reguły oraz ograniczenia reporterskie go już nie dotyczą. Dyskusja sprowadza się do dwóch stanowisk. Pierwsze: nie wolno McCurry’emu fotoszopować, a jak był reporterem, to ma nim zostać na zawsze. I drugie stanowisko: robi piękne zdjęcia i nieważne, jak je robi. Trafia się jeszcze bardziej radykalna postawa: fotoszopowanie takie, jakie popełnił McCurry, na zawsze wyłącza z grona fotografów, a to, co oglądamy na jego zdjęciach, to już żadną miarą nie jest fotografia, ale grafika, zapewne komputerowa.

Zostawię kwestię, czy wolno McCurry’emu przestać być reporterem. Niech się McCurry martwi, co mu wolno. 🙂 Ciekawsze jest stanowisko osób wywodzących się z fotografii prasowej, jakoby reguły obowiązujące w fotoreportażu obowiązywały w całej fotografii, a kto się ich nie trzyma, ten fotografem nie jest. Dyskusja, czy fotografia jest dokumentacją, czy kreacją, sięga początków tej sztuki. Fotografia jako dokumentacja jednak zawsze była mocno umowna, a realizm fotograficzny właśnie bardziej fotograficzny niż realistyczny, bo najpierw ograniczenia techniczne, a później narzędzia pozwalały tworzyć obrazy, które z naszym postrzeganiem świata niewiele mają wspólnego. Zdjęcia czarno-białe są naturalne tylko dla osób z bardzo rzadkimi uszkodzeniami neurologicznymi. Długie czasy ekspozycji (ale też rejestracja szybkiego ruchu bardzo krótkim otwarciem migawki) to też świat, którego w żaden sposób oczami nie zobaczymy. Płytka głębia ostrości jest zabiegiem nienaturalnym, acz jak najbardziej akceptowalnym nawet w najbardziej rygorystycznym fotoreportażu. Podobnie jak zabiegi z ławą optyczną w aparatach wielkoformatowych (co w węższym zakresie można uzyskać obiektywami tilt-shift) pozwalają z głębią ostrości wyczyniać rzeczy przedziwne. Z realizmem to wszystko ma niewiele wspólnego, ale mieści się w tradycji, więc zawsze jest dopuszczalne. Ukryć tło cudami płytkiej głębi ostrości, zniknąć idących ludzi kilkuminutową ekspozycją, pozbyć się pstrokatych kolorów konwersją do czerni i bieli – sam realizm i wierność dokumentu. Ale wyklonować leżącego w rogu kadru peta – straszliwe oszustwo i natychmiastowa eksmisja z grona fotografów.

Jak tak eksmitujemy z fotografii, to należałoby zacząć od wyrzucenia piktorialistów, z tak uznanymi postaciami, jak Edward Steichen, Alfred Stieglitz i Edward Weston na czele. Ulubione techniki piktorialistów, czyli guma arabska i bromolej, praktycznie gwarantowały, że nie da się uzyskać dwóch takich samych odbitek z jednego negatywu, jakby się ktoś nie starał. Piktorialiści po to pracowicie odchodzili od realizmu, żeby fotografia mogła zostać uznana za dzieło sztuki – czyli efekt kreacji, a nie mechanicznej rejestracji.

Widok na Trevi, Umbria

Dalej wyrzucamy Ansela Adamsa. Z piktorialistami było mu zupełnie nie po drodze i jako członek grupy f/64 odrzucał piktorialistyczne „maziaje”, ale i tak nie ma szans na utrzymanie się w gronie prawdziwych fotografów, bo popełniał wszystkie grzechy fotoszopowe na ponad pół wieku przed pierwszym Photoshopem. Klonowanie, selektywne rozjaśnianie i przyciemnianie, łączenie kadrów i wszystko, co się dzisiaj da zrobić z fotografią cyfrową, Ansel Adams robił w czasach analogowych. Nie dość, że to wszystko robił, to jeszcze pisał o tym książki (m.in. słynna „The Print”), w których uczył i promował te techniki.

Dalej wylatują portreciści, fotografowie reklamowi i komercyjni, gdzie nie tłumaczy się z retuszowania, tylko z braku retuszu. Kilka lat temu miałem przyjemność poznać Douglasa Kirklanda – „fotografa gwiazd”. Podczas bardzo interesującego seminarium wyjaśniał, co i dlaczego na swoich fotografiach poprawiał, a przez myśl by mu nie przeszło, że powinien za to przepraszać. Jeśli przyjeżdżał na zlecenie zrobić portret hollywoodzkiej aktorce nad basenem przed jej willą, a nad tą willą biegły druty telefoniczne, to było oczywiste, że z tymi drutami trzeba coś zrobić. Dynamit nie wchodził w grę, więc… Inna aktorka zażyczyła sobie mieć znacznie bujniejsze włosy niż dostała od natury. Wizażystka doczepiała jej pasemka, ale efekt nadal nie był satysfakcjonujący, więc Kirkland wzbogacił jej fryzurę cyfrowo. Portrecistów generalnie żegnamy.

Z wieloma współczesnymi pejzażystami też będziemy musieli się rozstać. Art Wolfe przyznał, że na potrzeby albumu „Migrations” doklonowywał zwierzęta tam, gdzie w stadzie były dziury. Z pewnością nie uchowa się Bruce Percy. Nie wiem, czy nie przyjdzie się rozstać z Michaelem Kenną, którego prace są tyleż piękne, co mało realistyczne.

Pusto się zaczyna robić w fotografii, więc może starczy tej eliminacji.

Właściwie w sporze z ortodoksyjnymi realistami wystarczyłoby odesłać do piktorialistów, dla których sztuka i kreacja zaczynała się dopiero, gdy wychodziło się poza mechaniczną dokumentację. A dalej każdy sobie sam odpowiada, ku której z tych dwóch dróg bardziej go ciągnie. Tylko po co się zaperzać, że wyłącznie moja droga jest prawdziwą fotografią?

Oba zdjęcia z Umbrii.

Modułowy aparat cyfrowy

Holandia w podczerwieni

Pomysł na aparat cyfrowy, który wszystko miałby łatwo wymienne, krąży po świecie pewnie od początku techniki cyfrowej. Dawno temu były nawet przymiarki, żeby zrobić tylną ściankę do aparatów analogowych, które w te sposób stawałyby się cyfrowe. Silicon Film miał nawet jakieś prototypy, ale do sklepów nie trafił. Jasne, są aparaty średnio- i wielkoformatowe, do których można doczepić tylną ściankę z cyfrową matrycą. Tylko że to pierwszy krok w stronę aparatu modułowego, a drugiego… nadal nie ma. Do tego ten pierwszy krok już pokazuje część problemów związanych z takim podejściem – przede wszystkim wcale nie jest to tańsze niż aparat „scalony”. A przecież podział na szkielet z obiektywem jako jeden składnik i cała elektronika jako drugi składnik to jeszcze wcale nie aparat modułowy. Wymienna matryca niezależnie od wymiennego wizjera (pryzmat lub kominek, jak to potrzebuje, a pentalustro dla oszczędnych), autofokus prosty (do krajobrazu i architektury) lub wyrafinowany (do sportu i ptaków w locie), wydajna elektronika zoptymalizowana pod kątem szybkiego trybu seryjnego lub składania hdr-ów i panoram mozaikowych. No i oczywiście unowocześnianie tylko tego komponentu, którego przestarzałość nam przeszkadza – bez wymiany całego aparatu. Fajnie by było…

Tak naprawdę nie jestem przekonany, że byłoby to takie fajne. Jeszcze więcej mam wątpliwości, czy byłoby to tańsze niż zmiana całego aparatu co parę lat. Raczej nie byłoby lżejsze i poręczniejsze niż dzisiejsze lustrzanki i bezlusterkowce. Być może jednak będziemy mogli się przekonać bo… nie, nic mi nie wiadomo, żeby któryś z producentów zdecydował się na prawdziwie modułowy aparat fotograficzny. Google natomiast zdecydował się na modułowy smartfon – na razie w formie Projektu Ara. Nie chodzi nawet o to, jakie moduły fotograficzne będzie można w takim telefonie wymieniać, ale na ile cały pomysł wypali rynkowo. Jeśli Ara okazałaby się to sukcesem, to rosną szanse, że któryś z producentów fotograficznych zdecyduje się na modułową lustrzankę lub bezlusterkowca.

Wiatraki o wschodzie, Holandia

PS. Ewa wraca z Umbrii, więc jako ilustrację wrzucam, co mam – padło na zdjęcia z Holandii, z bardzo starych czasów.

PPS. Z Zerkaczy znika blog Steve’a McCurry’ego, bo… autor zniknął swój blog. To efekt afery, o której pisał Petapixel (tutaj i tutaj), a dość wierne tłumaczenie artykułów Petaxela można znaleźć tu i tu. Wszystko zaczęło się od tego, że ktoś na wystawie zdjęć McCurry’ego we Włoszech zauważył efekty nieudolnego klonowania. Wówczas więcej osób zaczęło szukać i porównywać fotografie autora sławnej „Afganki”. I znaleźli więcej przykładów klonowania różnych rzeczy. Sam McCurry przysłał Petapixelowi oświadczenie – na początku zapowiadało się, że po prostu przyzna, że reporterem był kiedyś, a teraz jest opowiadaczem historii obrazami („and thus became a photojournalist […] Today I would define my work as visual storytelling […] Much of my recent work has been shot for my own enjoyment in places I wanted to visit to satisfy my curiosity about the people and the culture.”). Ale pod koniec oświadczenia nie postawił kropki nad i, tylko zwalił winę na asystentów.

No i bloga też zniknął. A szkoda. Ale nic w internecie nie ginie, więc jeśli ktoś chce pooglądać fotografie McCurry’ego, to znajdzie je tutaj. Nic nowego już tam oczywiście się nie pojawi, ale i tak jest co oglądać.

PPPS. Dzięki Marcinowi do Zerkaczy jednak wraca Steve McCurry, acz pod innym adresem niż do tej pory. 🙂

PPPPS. 🙂 Wygląda na to, że McCurry jednak zdecydował się postawić kropkę nad „i”: http://time.com/4351725/steve-mccurry-not-photojournalist/

Wzory i ludzie

Przed katedrą w Perugii

Kamienne mury, rzeźbione schody i fontanny, ceglane dachy, piaskowiec, trawertyn i marmur – umbryjskie miasta są twarde, kanciaste i bogato zdobione, choć te zdobienia bywają nadgryzione zębem czasu. A jednak ta architektura ma ludzki wymiar. Pałace nie są przesadnie wielkie, rzeźbione lwy przy portalach mają wielkość wypasionych kotów (a czasem też ich miny), spotykani w kamiennych uliczkach ludzie uśmiechają się i życzą wszystkim dobrego dnia – nawet nam, ewidentnie obcym, snującym się po mieście z wielkimi aparatami na szyjach i cielęcym zachwytem w oczach.

Tych ludzi warto ująć w kamiennym krajobrazie miast. Przynależą do nich, nadają im sens i człowieczą skalę. Wprowadzają uśmiech, południowy luz i właściwy sens: środowiska przyjemnego życia.

U góry człowiek i gołąb przed fasadą katedry w Perugii, na dole główny plac niezmiernie sympatycznego miasteczka Bevagna.

Rynek w Bevagnia, Umbria

Okrągłe i puszyste

Cascia i jej kolumny, Umbria

Nie, tym razem również nie będzie o Włoszkach. Będzie o polarach. Majowa Italia zaskoczyła nas chłodną, wietrzną, a chwilami też deszczową pogodą, więc na plenery wychodzimy, zaopatrzeni w dwa rodzaje polarów: te okrągłe na obiektywy i te puszyste, dla ogrzewania nas samych.

Filtr polaryzacyjny to nie tylko doniebieszczanie nieba. Ulicom, dachom i ławeczkom miasteczek, błyszczącym od wilgoci, trzeba przywrócić ich normalne ubarwienie. Roślinność błyszczy zarówno w słońcu, jak i w deszczu, więc polarki są niezbędne dla przygaszenia odblasków. Dzisiejszym popołudniem zawitaliśmy do Marmurowych Wodospadów – największej w Europie sztucznej (!) kaskady. Mimo że stworzony ręką człowieka (jeszcze w starożytności, bagatela…), wodospad wygląda bardzo naturalnie, otoczony bujną zielenią. Rozmywaliśmy wodę długimi czasami, i tu również polary się przydały, zresztą razem z filtrami szarymi, bo dzień był słoneczny. A wieczorem zawitaliśmy do uroczego miasteczka Bevagna, gdzie wreszcie można się było pozbyć puszystej wersji polarów.

Marmurowe Wodospady, Umbria

Odpowiednio dużo tego co trzeba

Popołudnie w Ascoli Piceno

Znacie przepis na najlepszą włoską kawę? Trzeba wziąć odpowiednio dużo wody odpowiedniej jakości, odpowiednio dużo właściwej kawy, a potem gotować ją odpowiednio długo.

A przepis na zdjęcia z Włoch? Trochę podobny: odpowiednio dużo słońca w odpowiednich momentach, odpowiednio mało deszczu, również w odpowiednim momencie, a do tego jeszcze odpowiednio ukształtowane chmury. Och, no i jeszcze może się przydać paru Włochów w odpowiednim miejscu…

Tak właśnie mieliśmy dzisiaj. Piękne popołudniowe słońce w Ascoli Piceno, kilku eleganckich starszych panów dyskutujących w podcieniach kościoła, a wieczorem chwila deszczu, który przydał blasku brukom Nursji. Wystarczyło znaleźć się z aparatem, statywem i otwartymi oczami… w odpowiednim miejscu.

Nursja po deszczu

Irista: chmurka dla fotografa

schody, Santorini

Kopii bezpieczeństwa nigdy dość. Dyski zewnętrzne, płyty DVD czy BR – jak najbardziej, ale swoje zalety mają też chmury. Wady zresztą mają również i np. do archiwizacji zdjęć w podróży nie bardzo się nadają, ale do domowej archiwizacji już jak najbardziej. Są różne Dropboxy, Dysk Google’a, OneDrive Microsoftu – wszystkie uniwersalne, do różnych zastosowań, co akurat dla fotografa niekoniecznie jest zaletą. Raz, że te chmury zapychamy różnymi danymi, niekoniecznie zdjęciami, a dwa, że interfejs dla danych wszelakich nie musi być wygodny przy zdjęciach. I tutaj mamy Iristę.

Irista.com jest serwisem dziwnym, aczkolwiek do pewnych celów użytecznym. Na dzień dobry może zaskoczyć, że nie można tam założyć konta podając adres e-mail – rejestruje się wyłącznie przez konto na Facebooku, Google+ lub też w serwisach Yahoo, Microsoftu, wreszcie za pomocą Canon ID.

Owszem, Irista jest własnością Canona, ale to nie wydaje się mieć żadnego znaczenia. Wrzucać można zdjęcia z aparatów różnych producentów, w tym RAW-y inne niż canonowskie CR2. Sprawdzałem kilka, jeśli ktoś trafi na RAW-y, których Irista nie wyświetla poprawnie, to proszę o komentarz. RAW-y oczywiście nie są wywoływane, a jedynie wyświetlany jest podgląd oparty na wygenerowanym JPEG-u.

Jedynym ograniczeniem jest łączny limit wynoszący 15 GB, więcej ograniczeń nie ma. Wrzucać można zdjęcia w dowolnych rozdzielczościach i dowolnie „ciężkie” megabajtowo, w tym RAW-y. Jeszcze ponoć w tym roku ma być możliwość wykupienia płatnego konta, gdzie będzie dostępne więcej niż 15 GB, ale to darmowe 15 GB ma zostać na zawsze. O ile istnieje jakieś zawsze w świecie serwisów internetowych…

Zdjęcia można wrzucać zarówno przez przeglądarkę, jak i za pomocą instalowanego na komputerze uploadera. Ten ostatni jest szczególnie wygodny, bo wystarczy wskazać katalogi do synchronizacji z chmurą, a automatycznie i w tle będzie dbał o to, aby zawartość tych katalogów była na Iriście.

Babel na Santorini

No i tu dochodzimy do pytania: a po co w ogóle z Iristy korzystać? No właśnie do backupu. 15 GB to nie jest astronomicznie dużo jak na kolekcję wszystkich zdjęć, ale wybrane najlepsze, nawet w pełnej rozdzielczości i formacie RAW, powinny się zmieścić. Backup i udostępnianie wybranych zdjęć lub albumów wybranym osobom to funkcje, które w Iriście wyglądają najlepiej. Nie ma natomiast w ogóle funkcji społecznościowych – lajkowania, komentowania, nawet nikogo nie da się znaleźć. To nie jest galeria, dzięki której zyskamy internetową sławę, natomiast jeśli chcemy udostępnić duże pliki wybranej osobie, to owszem, da się to wygodnie zrobić.

Trudno powiedzieć, czy Irista okaże się serwisem długowiecznym, ale na razie mamy do dyspozycji po 15 GB, więc korzystajmy, oczywiście stosując zasadę bardzo ograniczonego zaufania do trwałości i niezawodności darmowych serwisów internetowych.

PS. Zdjęcia u góry oczywiście z Santorini. A obok zapraszamy na fotowyprawę do Andaluzji. Zapraszamy serdecznie, aczkolwiek  nie wiemy, ile jest jeszcze wolnych miejsc, więc sugerujemy szybką decyzję i kontakt z Horyzontami.

Rzeczy, których nie ma

Cienie na Santorini

Fotografia odzwierciedla rzeczywistość? Bynajmniej. Gdyby tak było, obiekty nieistniejące nie ważyłyby na niej tyle samo, co solidny beton.

Bo czymże jest cień? Ledwo go zauważamy. Właściwie to musimy się dobrze skupić, żeby widzieć układ cieni na równi z tym, co materialne i namacalne. Ba, większość ludzi musi dopiero popatrzeć na gotowe, płaskie zdjęcie, żeby cienie w ogóle zauważyć. A tymczasem na fotografiach, inaczej niż w realnym świecie, cienie są obiektami materialnymi. Są równie konkretne i równie dobrze widoczne, co wszystko inne: drzewa, kamienie, domy, nawet ludzie. Ten fakt ma swoje plusy i minusy. Minusy objawiają się, gdy cień przechodzi byle jak przez istotne elementy sceny, psując ją. Nie da się go zignorować – on i tak będzie się pchał przed oczy. Wtedy trzeba sobie pójść i wrócić kiedy indziej, gdy światło się zmieni. Plusem jest z kolei możliwość wykorzystania cieni do uzupełnienia kompozycji – jeśli się je oczywiście zauważy. W tej sytuacji trzeba się pospieszyć, bo światło potrafi się zmieniać naprawdę szybko, a wraz z nim metamorfozie ulegnie cień.

Cień może być sugestią, kontekstem, kontrapunktem albo brakującym piecem piątym – ale tylko, jeśli złapiemy go w odpowiedniej chwili, we właściwym kształcie. Cień teraz jest, za chwilę może go nie być wcale albo zmieni się całkowicie, a wraz z nim charakter zdjęcia. Spieszmy się fotografować cienie – tak szybko znikają.

Cienie na Santorini