Pizza, lody i projekty

Siedemdziesiąt cztery

Oryginalne pomysły przychodzą, gdy się ich nie spodziewamy. Najłatwiej jest się nie spodziewać, gdy się o tym nie myśli. Tak po prostu – gdy człowiek jest zajęty czym innym. Na przykład czekaniem. Albo siedzeniem z kawałkiem pizzy na schodach katedry, albo jedzeniem lodów na środku średniowiecznego placu i bezmyślnym przyglądaniem się uroczemu otoczeniu.

Ale nie zawsze to tak działa. W nowym miejscu, gdzie wszystko jest egzotyczne, nieznane i och jakie piękne, przychodzą do głowy przede wszystkim pomysły banalne. Wszystkie zobaczone gdzieś pocztówki, wszystkie obejrzane w internecie śliczne zdjęcia, powtórki z cudzych myśli. Co z tym zrobić? Zrobić zdjęcia. Wykonać wszystkie kadry, jakie się napatoczą, łącznie z tymi, jakie pamiętamy z sieci. Wszystkie „ogólne widoki miasteczka X”, „urocze uliczki Y” i „wieże w Z na tle błękitnego nieba”. Bo dlaczego by nie? Przecież nam się podobają? A gdy już tak oblecimy tę nową miejscówkę, to już nie będzie taka nowa. Wtedy przychodzi pora na pizzę, lody, chwilę bezmyślności i promień słońca na gzymsie, grę kolorów na ubraniach ludzi, wzór bruku, tabliczkę z numerem domu – wszystkie te charakterystyczne dla danego miejsca drobiazgi, które wcześniej ginęły przytłoczone pierwszym wrażeniem.

I może się zdarzyć, że taki pojedynczy drobiazg rozwinie się w większy projekt. Później, w następnych nowych, egzotycznych miejscach, taki projekt będzie nicią przewodnią, która poprowadzi do kolejnych zdjęć – i powstanie na przykład taki projekt jak „Włoskie numery”, z którego jedno zdjęcie można zobaczyć powyżej.

P.S. Chętnych na nowy włoski numer zapraszamy do majowej Umbrii – kamiennej, kwiecistej, górzystej i pysznej.

P.P.S. A gdyby ktoś miał ochotę na trochę nie-włoskich klimatów, to jeszcze można się zapisać na październikową Baśniową Bawarię. Zostały ostatnie miejsca do wykorzystania!

Siedem RAW-ów: Toskania

siedemrawow_toskania_okladka

Toskania to łagodne pejzaże, urokliwe miasteczka, ale przede wszystkim miejsce, gdzie zdjęcia robią się same. Trzeba pilnować aparatu, żeby ich nie robił za dużo 😉

A później trzeba te zdjęcia wywołać, bez wywołania nie ma efektu. Jak to robić – o tym można sobie poczytać w nowym fotobooku. Niskie światło, wysokie światło, zamglone światło, mieszane albo odbijające się od przeszkadzajek – z każdym z nich można sobie poradzić.

Dla szybkodecydujących się mamy przez tydzień tradycyjną zniżkę na nowość: wystarczy podać kod „7rawowToskania” (bez cudzysłowu). Zapraszamy!

Fotografie na tę chwilę

  • Wilczyca ze Sieny

    Wilczyca ze Sieny

  • Książ: Detal

    Książ: Detal

  • Książ: Widok z wieży

    Książ: Widok z wieży

  • Drzwi Cinque Terre

    Drzwi Cinque Terre

  • Kościół w Wąchocku: Schody

    Kościół w Wąchocku: Schody

  • Strumień w dolinie, Hallstatt

    Strumień w dolinie, Hallstatt

  • Rozmowy w lustrze

    Rozmowy w lustrze

  • Każdy niesie swój krzyż

    Każdy niesie swój krzyż

  • Manarola i zatoka

    Manarola i zatoka

  • Salzburg

    Salzburg

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

Pożegnanie z kartami CompactFlash

Afrykańskie światło, Rogalin

…albo i nie. :) Karty CompactFlash od początku fotografii cyfrowej były „cyfrowym filmem” dla aparatów profesjonalnych i półprofesjonalnych. W ostatnich latach nawet w lustrzankach – zwłaszcza tych tańszych – CF był zastępowany przez tańsze karty SD, a ostatnio Canon i Nikon chcą zastąpić stary standard czymś nowym także w topowych, reporterskich modelach. Jest tylko małe „ale” – dwaj najwięksi gracze na rynku nie zgadzają się co do tego, jaki typ karty powinien zastąpić starego CompactFlasha…

Nikon zmianę zaczął już kilka lat temu, w reporterskim D4 wprowadzając kartę XQD, ale nadal pozostawiając gniazdo dla CF. Dwa lata później D4 został zastąpiony przez D4s, gdzie znowu było miejsce dla XQD i do teraz były to jedyne dwa aparaty, które wykorzystywały ten typ kart pamięci. Ostatnio mieliśmy premierę Nikon D500 oraz D5 – w pierwszym jest jedno gniazdo na XQD (a drugie dla popularnych SD), natomiast w D5 mogą być dwa gniazda dla XQD, ale… nie muszą. D5 będzie dostępny w dwóch wersjach: z podwójnym gniazdem dla kart XQD oraz podwójnym dla CF. Wygląda jakby Nikon obawiał się, że próba zmuszenia profesjonalistów do całkowitego porzucenia kart CF może się źle skończyć dla wyników sprzedaży D5. Mamy więc D5 w wersji dla tradycjonalistów oraz w wersji dla wierzących (w przyszłość XQD).

Żeby było ciekawiej (w znaczeniu zbliżonym do chińskiego przekleństwa), Canon postawił na inny standard kart przyszłości: CFast. CFast to wersja rozwojowa CompactFlasha, ale niekompatybilna – styki są inne, nie da się stosować karty CFast w gnieździe CompactFlash i vice versa. W reporterskim 1D X Mark II (a więc bezpośrednim konkurencie Nikona D5) mamy dwa gniazda kart: jedno dla CF, a drugie dla CFast. Jak widać Canon też nie odważył się powiedzieć zawodowcom: wyrzućcie swoje karty CF do śmietnika!

Oczywiście, maksymalną wydajność w trybie seryjnym nowe reporterskie aparaty uzyskają tylko z nowymi typami kart, ale nie w każdej sytuacji i nie każdy zawodowiec potrzebuje ultrawydajnej serii. I tutaj odpowiedź obu producentów jest nieco inna: w Canonie można używać kart CF do wolniejszych tematów, a CFast, gdy potrzebna jest szybkość, natomiast w Nikonie trzeba się już przy zakupie D5 zdecydować, czy ma być szybko, czy taniej.

Nie licząc wycofanych D4 i D4s, mamy dwa aparaty obsługujące XQD (D500 i jedna z wersji D5) oraz jeden aparat korzystający z CFast (nie licząc kilku kamer wideo, które też korzystają z tego nośnika). Żeby było ciekawiej, więcej producentów kart ma w ofercie CFast niż XQD.

Który standard wygra? Ja bym się zastanawiał raczej, czy w ogóle któryś wygra? Na razie i CFast, i XQD stosowane są wyłącznie w bardzo niszowym sprzęcie – szans na większą popularność, a tym samym niższe ceny tych kart nie ma, dopóki także tańsze i bardziej popularne aparaty nie zostaną wyposażone w nowe typy kart pamięci. A na radykalne wymuszanie przesiadki jakoś ani Canon, ani Nikon nie mają odwagi. Zobaczymy, czy przy okazji premier następnych lustrzanek Canon i Nikon spróbują przesadzić użytkowników na nowe karty pamięci. I na ile skutecznie to się uda… To zadecyduje, czy któraś z nich stanie się standardem. Choć bardzo możliwe, że nie wygra ani XQD, ani CFast – pozostaną dziwactwem, podnoszącym cenę zakupu najdroższych Canikonów. Najpopularniejszym nośnikiem pozostanie zapewne jeszcze długo SD.

A co z CompactFlashem? Zobaczymy, czy Canon odważy się go pozbyć w następcy 5D Mark III, a Nikon w następcy D810.

A czy dla Was nowy aparat z nowym typem kart pamięci byłby bardziej czy mniej atrakcyjny?

Aparat z nowym typem kart pamięci kupiłbym:

Zobacz wyniki ankiety

Loading ... Loading …

U góry zdjęcie z tegorocznych warsztatów pod dębami w Rogalinie. Tam szybkość kart nie miała żadnego znaczenia. :)

Porozmawiajmy o kartoflu

papryczka B

Sporo szumu ostatnio wywołało zdjęcie pewnego kartofla – oczywiście nie dlatego, że to kartofel, tylko dlatego, że zdjęcie zostało kupione za okrągły milion euro. Autorem zdjęcia jest Kevin Abosch. Wszystkie komentarze pod informacją o tym zdarzeniu (a także część samych informacji) wyrażała zupełne niezrozumienie, jak to możliwe, żeby fotografię sprzedać za milion. I to jeszcze TAKĄ fotografię! Spróbuję pomóc na to niezrozumienie.

Kevin Abosch to nie jest nazwisko znane wśród fotoamatorów, ale jest znany tam, gdzie powinien – wśród swoich klientów. Zawodowcem jest od ponad 25 lat, a specjalizuje się w portretach biznesmenów z Doliny Krzemowej, a także gwiazd pobliskiego Hollywood. Jego znakiem firmowym jest czarne tło oraz umiejętność zrobienia portretu w kilka sekund – to ostatnie jest sporym atutem w kontaktach z zabieganymi prezesami firm technologicznych. Sprawność fotograficzna to jedna z kluczowych cech, ale nie jedyna. Abosch od lat obraca się wśród ludzi, którzy potrzebują jego zdjęć i są gotowi za nie dobrze zapłacić. Za sesję portretową bierze od 150 do 500 tysięcy dolarów – więc zdjęcie ziemniaka za milion nie podnosi mu bardzo poprzeczki. Miał w trakcie kariery kilka przełomowych momentów, które go ustawiły w miejscu, gdzie jest obecnie (i gdzie może sprzedać ziemniaka za milion). Przy pierwszym komercyjnym zleceniu w życiu zażądał brawurowo 5000 dolarów – bo topowy wówczas zawodowiec Herb Ritts brał za sesję 10 tysięcy. Po negocjacjach dostał 2500 USD i miał start z wysokiego pułapu. Później nawiązywał kontakty z nowymi klientami, wypracowywał markę i stale podnosił cenę usług.

Więc owszem, każdy w miarę sprawny fotoamator mógłby wykonać podobne zdjęcie. I nie – żaden fotoamator nie dałby rady go sprzedać nawet za ułamek tego miliona. A to dlatego, że fotograf amator potrafi robić zdjęcia, ale fotograf zawodowiec powinien mieć jeszcze całą masę innych umiejętności. Wśród nich na czołowym miejscu jest umiejętność dotarcia do klienta, który potrzebuje takich usług i gotów jest za nie odpowiednio zapłacić, a także umiejętność budowy własnej marki, co parę lat zajmuje. O tym, co fotograf-zawodowiec musi umieć oprócz robienia zdjęć, bardzo fajnie pisał David duChemin w „Poza kadrem. Żyć fotografią, żyć z fotografii” (niestety, książka już niedostępna u wydawcy).

Powyżej moje zdjęcie papryczki, wykonane 4 lata przed zdjęciem kartofla Aboscha i sprzedane w sałatce à la Andy Warhol. :)

A jeśli ktoś chce sprzedać jakieś swoje zdjęcie, choć niekoniecznie na nim zarobić, to tutaj jest bardzo fajna akcja wsparcia sprzedażą zdjęć odbudowy schroniska dla zwierząt w Korabiewicach (potrzebne konto na Facebooku).

Sztuka zadawania pytań

Chodząc po Petrze, Jordania

Żeby obraz był wart tysiąca słów, wymaga zadania sobie najpierw kilku pytań. No i, w miarę możliwości, odpowiedzi na przynajmniej część z nich. Pytania są jednak ważniejsze: te zadawane sobie w trakcie fotografowania i te, które sobie zadajemy, oglądając zdjęcia – swoje i cudze. A jeszcze ważniejsze jest to, CZY je sobie w ogóle zadajemy.

Oglądając zdjęcia (wszystko jedno, przez kogo zrobione), nie wystarczy sobie pomyśleć „to mi się podoba” albo „łeee, nie podoba mi się”. Istotne jest zastanowienie się, co dokładnie się w zdjęciu podoba, a co nie. Standardowe „podobają mi się kolory i kompozycja” nie jest więcej warte niż internetowo-galeryjne „suuuuper”. Trzeba sobie zadawać pytania o własne odczucia, i oczekiwać na nie jak najbardziej precyzyjnej odpowiedzi. Od siebie.

Co mi się podoba w tym zdjęciu z Petry w Jordanii? Podoba mi się kontrast między staranną regularnością rzymskiej budowli i chaosem skały, z której ona wyrasta. Żeby to pokazać, na zdjęciu musiał się znaleźć spory kawał surowej skały; co najmniej tyle, ile zajmują na nim dzieła ludzkie. Podoba mi się jedyny w kadrze człowiek – przydaje skali, a że jest w niebieskiej koszulce, w dodatku idąc na tle cienia, jest on bardzo, ale to bardzo kontrastowy. Jest dzięki temu najważniejszym elementem prawej części zdjęcia, równoważąc lewą, mimo swojej mizernej wielkości w kadrze. Podoba mi się też skromny, ledwo widoczny, cichy bohater, osiołek, choć jemu się tam pewnie nie podobało. To taki charakterystyczny rys tych terenów. No i oczywiście, wspaniały jest kolor ścian Petry, żółto-różowo-pomarańczowo-czerwony, niezwykły. A co mi się nie podoba? Nie ma, zostało obcięte.

Po to się właśnie ogląda cudze zdjęcia, przygląda się zdjęciom mistrzów: żeby nauczyć się rozpoznawać, co nam się podoba i dlaczego. Gdy będziemy umieli zobaczyć to na gotowych zdjęciach, to może się uda przyłożyć tę samą metodę do scenerii, zanim je sfotografujemy. Zadać sobie pytanie: co mi się tu podoba tak naprawdę-naprawdę, a potem następne: jak to pokazać? Co zrobić, żeby było widać mój zachwyt? Co koniecznie zmieścić na zdjęciu, a co trzeba z niego wykluczyć? Bez pytań nie ma odpowiedzi, i nie ma też postępów.

Trzeba polubić schody!

Bolonia z wieży

Perspektywa to jedno z podstawowych narzędzi komponowania zdjęć. Nietypowa, rzadko spotykana perspektywa to szansa na oryginalne i ciekawe ujęcie; można zobaczyć – i pokazać! – znane rzeczy w zaskakujący sposób. Perspektywę zmieniamy, przesuwając aparat. Tej mniej typowej perspektywy szukamy bardzo nisko albo wysoko. Jak wysoko? Wcale nie musi być bardzo wysoko – kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów wystarczy. Ba, ale skąd wziąć tak wysoką drabinę?

San Gimignano, Toskania

Nie każdy ma do dyspozycji samolot, jak najsławniejszy autor takich fotografii – Yann Arthus-Bertrand. Z kolei Kacper Kowalski, którego fotografie będą w lutym oglądali nowojorczycy, używa motolotni – też nie jest to narzędzie łatwo dostępne. Łatwiej o drona, choć niedługo tak łatwo nie będzie, bo przybywa ograniczeń, zakazów i restrykcji. Zostaje jednak technika zmiany wysokości dostępna dla każdego, przeważnie za darmo, niekiedy za niewielką opłatą: schody. Tak, schody – niestety, winda sprawdza się rzadko. Schody są w starych, zabytkowych wieżach, prowadzą na dzwonnice kościołów lub górne piętra zamków. Windy też się zdarzają, ale znacznie rzadziej, zwłaszcza że najciekawsze są te najstarsze budynki – przede wszystkim dlatego, że stoją wśród budynków podobnie starych, ale niższych. Trzeba polubić schody! Także te ciasne i kręte, na których fotograf ma szczególnie pod górę, zwłaszcza jeśli wybrał się z plecakiem i statywem. Schody są demokratyczne i dla każdego, i choć czasem za opłatą, to koszty są niższe niż kupno samolotu, motolotni czy drona, choć oczywiście kontrola perspektywy też mniejsza.

Na górze niski nieprzelot nad Bolonią, nieco niżej San Gimignano bez żadnej wieży w kadrze. Na obie wieże i jeszcze trochę innych można wspinać się podczas naszych toskańskich fotowypraw. Uprawnienia alpinistyczne zbędne. :)

Ludzie w zdjęciach

Olbrzym z Jokulsarlon, Islandia

Kiedyś pisaliśmy już o tym, że w każdym zdjęciu jest dwóch ludzi: fotograf i widz. Ale dzisiaj nie o tym; dzisiaj będzie o tym trzecim. Nie ma go w każdym zdjęciu, ale czasem się zjawia. Bywa, że zaproszony (znaczy: autor wiedział, że tam będzie), ale zdarza się, że zjawił się bez niczyjej wiedzy i dopiero jakiś wnikliwy odbiorca go znajduje, siedzącego gdzieś w kącie i po cichu spijającego śmietankę.

Chodzi o postać człowieka, której kształt znajduje się na zdjęciu, choć żadnych osób w kadrze nie było. Układ gałęzi przypominający ręce i nogi, kamienie w kształcie twarzy, tego typu rzeczy. Czasem nawet automatyczne rozpoznawanie twarzy się na nie nabiera, ale przeważnie zauważenie tego typu kształtów wymaga jednak udziału człowieka. Niby-ludzie w zdjęciach to nie przypadek. Nasz mózg jest zaprogramowany na rozpoznawanie kształtu człowieka, bo jest to umiejętność wspomagająca przetrwanie. Rozpoznawanie twarzy (niekoniecznie rodziców, ale twarzy w ogóle) jest jedną z pierwszych rzeczy, jakich się spontanicznie uczy noworodek (podobnie jak niewtykania sobie własnych palców w oczy). Nic dziwnego, że widujemy twarze nawet tam, gdzie ich nie ma – wystarczy układ przypominający oczy i usta, i już wystarczy. Kto zobaczył zamaskowanego wojownika ostatnio na Santorini?

Na dole kamienny Tatarzyn w odpowiednio kamiennej czapie oraz duch nieistniejącego drzewa. A na górze… coś mniej oczywistego, bo nie widać oczu… ale ON tam jest.

Tatarzy zawitali na Islandii

Duch kamiennego drzewa, Islandia

O czym zapomniano w Nikonie D500

Glen Coe, Szkocja

Inżynierowie z Nikona projektując D500 byli jeszcze nieco w XX wieku, gdy ustalali, jakie funkcje ten aparat ma mieć, a jakie są mu zbędne. Braki są tym bardziej bolesne, że ten model będzie ładnych parę lat na rynku, nim doczeka się następcy (może nie będzie aż tak wieczny jak D300s). Czego zabrakło, a czego mogłoby zabraknąć?

Wifi i Bluetooth – bardzo fajnie, ale dlaczego zamiast GPS-a? GPS-a nie ma, a obejście za pomocą smartfona, który przez Bluetootha może na bieżąco przesyłać dane nawigacyjne do osadzania w zdjęciach, jest mało eleganckie. Jest też, obawiam się, mało praktyczne, bo o ile każdy fotograf nosi ze sobą zapasowe akumulatory do aparatu, to teraz jeszcze powinien nosić dodatkowy akumulator (albo dwa) do smartfona, który szybciej padnie pod nieustannym obciążeniem GPS-a i komunikacji z D500. Użytkownicy iPhone’ów pewnie się ucieszą… 😉

Wbudowanej lampy błyskowej brak. Teoretycznie nieduża strata – w końcu te wbudowane lampy szczególnie ładnego światła nie dają. Czasem jednak trafia się sytuacja, że lekkie rozjaśnienie cieni by się przydało, a zewnętrznej lampy akurat nie ma pod ręką, więc ta wbudowana i stosowana z bliska jakoś ratuje sytuację. Użytkownikom D500 nie uratuje, ale to nie jedyny zgrzyt. Wbudowana lampa przydaje się też jako sterownik do bezprzewodowego wyzwalania błysku. Jasne, sterowanie radiowe jest lepsze niż optyczne, ale… wbudowanego sterownika radiowego D500 też nie ma. To ostatnie to naprawdę spore zaniedbanie (albo chciwość), bo wbudowanie sterownika radiowego do lamp błyskowych w korpus to byłaby zabójcza funkcja. A tak jak jest – D500 ma zerowe możliwości w zakresie używania lamp błyskowych, chyba że mamy przy sobie zewnętrzną lampę błyskową, a najlepiej najnowszą SB-5000 i jeszcze zewnętrzny sterownik radiowy WR-R10.

Szkockie drogi i bezdroża

Nabywcy D5 mogą sobie wybrać, czy chcą wersję na karty CF, czy na zdecydowanie rzadsze i droższe, choć wydajniejsze XQD. Ba, już po zakupie można wysłać aparat do serwisu, gdzie go przerobią z XQD na CF lub odwrotnie. Kupując D500 wyboru nie ma i dostaje się aparat obsługujący karty SD oraz XQD – nawet jeśli ktoś nie potrzebuje topowej wydajności przy trybie seryjnym (zwłaszcza że bufor aparatu mieści 200 RAW-ów). Wersji SD i CF nie ma.

Liczba gniazd jest imponująca (choć D5 imponuje tu bardziej gniazdem LAN), niemniej trochę dziwi, że zastosowano gniazdo USB typu mini B, a nie najnowszy standard – typ C. Raz, że USB C jest (teoretycznie przynajmniej) szybsze, a dwa, że jest po prostu wygodniejsze, bo góra i dół wtyczki są identyczne, nie ma więc ryzyka pomyłki przy wciskaniu. Za to nadal mamy prehistoryczne gniazdo PC Sync, służące do łączenia aparatu za pomocą kabla ze studyjnymi lampami błyskowymi. Ktoś naprawdę będzie fotografował w studio z kablem ciągnącym się za aparatem, zamiast zastosować dowolny radiowy wyzwalacz lub choćby wyzwalać studyjne flesze z użyciem fotoceli i lampy błyskowej?

I jeszcze last oraz least – wideo. Tryb Full HD jest bardzo ok – z elektroniczną stabilizacją, ale 4K jest chyba tylko po to, żeby odfajkować pole w specyfikacji. W D500 obraz dla 4K jest wycinany ze środka matrycy, co daje mnożnik ogniskowej ok. 1,5x (niezależnie od „naturalnego” mnożnika dla APS-C, czyli razem mamy mnożnik ok. 2,2 względem pełnej klatki). Jakiego obiektywu należałoby tutaj użyć, aby mieć odpowiednik pełnoklatkowych 16 mm, ale bez rybioocznych deformacji? Ups, nie ma takiego obiektywu? Nawiasem, elektroniczna stabilizacja działa dla Full HD, ale nie dla 4K – choć tutaj przecież jest zapas obrazu na brzegach, z którego dałoby się wycinać dla redukcji poruszeń. Nawiasem, D500 nie ma mechanizmu detekcji fazy realizowanego za pomocą matrycy, co np. w nowych lustrzankach Canona bardzo fajnie sprawdza się przy filmowaniu poruszających się obiektów.

Nikon D500 to z pewnością bardzo udany aparat, w wielu aspektach podnoszący poprzeczkę wyznaczającą granice możliwości. Niewiele brakowało, żeby był jeszcze lepszy.

U góry zdjęcia z doliny Glen Coe w Szkocji.

Gwiazdkowanie i porządki

kościół św. Wacława, Praga

Przeglądam zdjęcia z fotowyprawy i nagle zagwozdka: „Ale o co mi chodziło z tym zdjęciem? Kompozycja bez sensu, do tego dziwacznie obcięte”. Chwila rozważań i dopiero przejście do następnego zdjęcia wyjaśnia tajemnicę: tamten obrazek był początkiem panoramy, a następny to jej ciąg dalszy. A mogło być gorzej – jakbym skasował pierwsze, bezsensowne zdjęcie zanim bym się zorientował, że to gorsza część lepszej całości…

Podobnie jest ze składowymi do HDR-ów, choć tutaj ekspozycja zupełnie nietrafiona (zdecydowanie za ciemna lub zdecydowanie za jasna – zależy, jak kto ma ustawiony bracketing) powinna zapalić lampkę ostrzegawczą przed wciśnięciem przycisku kasowania.

Też miewacie takie momenty niepewności przy przeglądaniu zdjęć przywiezionych z wyjazdów?

Ja sobie z tym radzę za pomocą funkcji przypisywania zdjęciom gwiazdek, czyli oceniania ich. W 7D Mark II jest do tego osobny przycisk (z którym niewiele więcej da się zrobić), więc praktycznie od razu po zrobieniu szybko i wygodnie można sobie zdjęcie oznaczyć. Mój system to: * – HDR, ** – panorama, *** – tu jest jakiś problem, **** – kandydat na zdjęcie dnia. 5-gwiazdkowego oznaczenia nie używam, więc je sobie wyłączyłem. Później w aparacie można sobie przewijać między „tylko 4-gwiazdki”, żeby ocenić co najlepszego się dzisiaj upolowało. No i przy normalnym przeglądaniu, jeśli oprócz samego obrazka wyświetlane są w ogóle jakieś informacje, to gwiazdki także są wyświetlane – więc łatwiej się zorientować, że to dziwactwo to część panoramy lub HDR-a.

Co istotne, można też sobie sprawdzić na komputerze – te oznaczenia czyta np. Lightroom (niestety, nie widzi ich FastStone Image Viewer), więc łatwo wyselekcjonować tylko panoramy albo tylko najlepsze zdjęcia z wyjazdu (a przynajmniej te, które na gorąco wydawały się udane…).

Gwiazdki są nie tylko w 7D Mark II, ale też niższych Canonach (Nikonach też), choć bez osobnego przycisku do gwiazdkowania robienie tego na bieżąco, jeszcze w plenerze, jest nieco uciążliwe. Można wówczas oznaczać zdjęcia pod koniec dnia lub podczas przejazdów – gdy jeszcze pamiętamy, o co nam chodziło, gdy wciskaliśmy spust migawki. Gwiazdki ułatwiają życie i warto je polubić.

Powyżej zdjęcie z zeszłorocznej Pragi (kościół św. Wacława), gdy jeszcze nie byłem fanem gwiazdkowania. HDR poskładany przez Ewę i wersję alfa nowego SNS-HDR (aczkolwiek udział Ewy ograniczył się do wrzucenia składowych, a całą resztę zrobił SNS – i tak ma być! :) ).

„Nieważne, jak powoli się posuwasz…

Czarno-białe Santorini

byle się tylko nie zatrzymać.” Andy Warhol jest w swoich poglądach na ruch mniej radykalny niż Czerwona Królowa z Alicji w Krainie Czarów, która twierdziła, że trzeba biec bardzo szybko, żeby móc pozostać w miejscu. Obie postacie jednak, ta fikcyjna i ta prawdziwa, zgadzają się w jednym: stanie w miejscu jest niewystarczające.

Fotografii nie można się nauczyć do końca. Nie da się „być nauczonym” w trybie dokonanym. Zawsze jeszcze można wymyślić coś innego, próbować nowych smaków, kolorów, sytuacji. Naśladować kogoś, o kim się wcześniej nawet nie pomyślało; szukać scen, które kiedyś nie wydawały się interesujące. Umiejętności techniczne, owszem, da się opanować w skończonym czasie – ale zastanawianie się nad przysłoną czy technikami wydłużania czasu to dopiero początek. Kraina Czarów otwiera się później… i trzeba iść do przodu, by nie znikła za horyzontem, pozostawiając w tyle nieszczęsnego fotografa, dłubiącego wciąż, w kółko, te same zdjęcia.

Cień Santorini

Oba zdjęcia z Santorini.

Ilu aparatów potrzebuje fotograf?

Riomaggiore, Cinque Terre

Nie, nie liczymy aparatu zapasowego, którego użyje się wówczas, gdyby podstawowy sprzęt się zepsuł. Z ilu sprawnych aparatów fotograf korzysta naprzemiennie? Coraz częściej są to dwa aparaty. Czasem są to dwie lustrzanki (lub dwa bezlusterkowce), jeden z teleobiektywem, drugi z szerokokątnym. Coraz częściej widzę jednak, że drugim aparatem jest… telefon komórkowy. Po co? Żeby prosto z pleneru wrzucić zdjęcie na fejsa lub wysłać znajomym.

Część osób ma potrzebę dzielenia się wrażeniami na żywo, część woli zaprosić na prezentację po powrocie. Nie dyskutuję z potrzebami. Natomiast wydaje mi się schizofreniczne, żeby nosić ze sobą lustrzankę czy bezlusterkowca, obiektywy, statyw, a później prezentować zdjęcia wykonane komórką. Wszystko oczywiście dlatego, że nie ma prostego i wygodnego sposobu wysłania zdjęcia z aparatu na fejsa, a z komórki – owszem.

Schizofreniczność sytuacji zauważył Nikon (zauważył po ładnych paru latach istnienia smartfonów i Facebooka). W najnowszym D500 mamy próbę ułatwienia życia osobom dzielącym się wrażeniami na żywo. Służą do tego wbudowane mechanizmy aparatu: wi-fi do przesyłania zdjęć oraz bluetooth do podtrzymywania komunikacji D500 ze smartfonem. Całość nazywa się SnapBridge i ma pozwalać na przesłanie wybranego zdjęcia z lustrzanki do telefonu. W ustawieniach można wybrać, czy wysyłany plik (tylko w formacie JPEG) ma być w pełnej rozdzielczości, VGA czy rozdzielczości określonej przez użytkownika. Dodatkowo można zaprogramować dodanie do zdjęcia ukrytych informacji o właścicielu, a także nałożenie znaku wodnego (logo). Podobno można wysyłać zdjęcia do mediów społecznościowych, ale tutaj na razie brak konkretów i nie wiadomo, na ile ta procedura będzie płynna. Niemniej jest to duży krok we właściwym kierunku i fotografowie (na razie tylko ci z D500) nie będą musieli robić dwóch zdjęć: prawdziwego prawdziwym aparatem, a takiego na szybko – komórką.

Snapbridge ma się pojawić w nowych Nikonach, aczkolwiek nie jest powiedziane, że wszystkie nowe Nikony będą miały wi-fi.

Przydałoby się jeszcze parę usprawnień. Przede wszystkim zdefiniowanie sobie (np. w aplikacji na komórce) dokąd zdjęcie ma być wysyłane – na fejsa, Flickra, bloga, dfv.pl czy inny dowolny serwis. Predefiniowanie rozdzielczości i dodanie znaku wodnego są ok, ale przydałoby się jeszcze dodać w locie jakąś obróbkę, choćby w postaci wyboru ustawień jednego z Picture Control (idealne byłoby zdefiniować sobie krzywą i poziom wyostrzania). No i przede wszystkim Snapbridge powinien jak najszybciej trafić do niższych modeli niż D500, żeby ludzie przestali się zastanawiać: „Na cholerę mi duży aparat, skoro na fejsa i tak wrzucam zdjęcia zrobione komórką?”.

Most Karola nocą, Praga

Wpis o absurdalnej konieczności fotografowania komórką z powodu niezdolności lustrzanek do wygodnego wrzucania zdjęć do internetu od dawna czekał u mnie w kolejce. Cieszę się, że zanim się zabrałem za jego napisanie, to ktoś w końcu problem zauważył i rozwiązał. Rozwiązanie jest dobre, wystarczy jeszcze trochę je doszlifować i reszta producentów aparatów może kopiować. :)

Na górze zdjęcie z Cinque Terre, niżej – z Pragi. A my zapraszamy i do Cinque Terre, i do Pragi.

Sumiaste wróżby na 2016

Chmury nad Wadi Rum, Jordania

Nadszedł czas prognoz i rozliczeń. Po raz czwarty zgaduję, co w fotograficznych technologiach będzie piszczeć i komu to piszczenie wyjdzie na zdrowie. Można weryfikować moje zeszłoroczne wróżby tutaj.

Rok temu przewidywałem, że sprzedaż aparatów nadal będzie spadać i tak się dzieje. Pełne dane za cały 2015 rok będą za nieco ponad miesiąc, tutaj można natomiast zobaczyć ładny wykres za 3 ostatnie lata, obejmujący 2015 rok do października włącznie. Zakładałem, że z rynkiem fotograficznym może pożegnać się jeden z producentów – i pomachaliśmy na pożegnanie Samsungowi. Więcej pełnej klatki! – to hasło realizowała najbardziej firma Sony, sypiąc premierami różnych wersji A7. Niestety, trafiłem też z podnoszeniem cen – najbardziej to widać po RX-ach i A7-kach Sony, których nowe wersje są znacząco droższe, ale inni też podnoszą ceny – obiektywy Canona i Nikona kosztują wyraźnie więcej, niż modele, które zastępują. Oprócz czołowej trójki Canon-Nikon-Sony do swojej oferty dołączyła jeszcze jeden system pełnoklatkowy Leica (system SL).

Sony i Canon faktycznie rywalizują już ze sprzętem średnioformatowym, ale nie rozmiarem matryc, a ich rozdzielczością – 50-megapikselowe 5Ds i 42-megapikselowe A7R II oferują szczegółowość dostępną dotąd tylko w średnim formacie (w międzyczasie Phase One uciekł odrobinę do przodu i w Phase One XF100MP mamy już 100 megapikseli). To rozstrzyga ewentualną kwestię ujrzenia kiedykolwiek średnioformatowych Canonów czy Sony – matryce pełnoklatkowe są tańsze i jest ich sporo do wyboru, a skoro wystarczy rywalizować rozdzielczością… W każdym razie trafiłem z nieustającym wyścigiem na megapiksele – ale to nie było trudne. :)

Skały Wadi Rum, Jordania

Co nowego w tym roku? Generalnie – po staremu, żadnych rewolucji nie będzie. Ktoś jeszcze może dołączyć do tłustego torcika z aparatami pełnoklatkowymi (Pentax się zapowiada, ale może to nie koniec?). Spodziewam się, że typów bagnetów nam przybędzie i… ubędzie, choć ubywanie będzie bardziej dyskretne niż wyjście Samsunga. Zresztą, niektóre systemy wydają się martwe od dawna, ale dopóki nikt nie znajdzie trupa… 😉

Ten rok jest olimpijski, więc to czas na Nikona D5 (a także nowego Canona 1D-X II). Co oprócz nowego aparatu? Nikon powinien nadgonić Canona w tym, w czym najbardziej został z tyłu – sterowanym radiowo systemie błysku. Ciekawe, który z wielkiej dwójki zamontuje sterownik radiowy w korpusie aparatu? A może któryś producentów bezlusterkowców zdecyduje się w ten sposób zrobić coś z piętą achillesową wszystkich bezluster? Czy pojawi się jeszcze jakaś innowacyjna technologia? Nie wstrzymywałbym oddechu, czekając na nią, choć od ręki mogę podać kilka propozycji. Więcej megapikseli, ISO oraz klatek na sekundę za innowację nie uznaję, a tego możemy najprędzej oczekiwać.

I nadal, niestety, będzie drożej, co nie wyklucza promocyjnych obniżek. Obniżać zresztą łatwiej, jak się najpierw odpowiednio podniesie. :) Fotografia niekomórkowa nadal jest hobby masowym, ale rynkiem coraz bardziej niszowym, a nisze rządzą się swoimi prawami – efekt skali nie działa tak fajnie, trudniej dotrzeć do klienta, który zresztą jest bardziej wymagający. Nie jestem pewien, czy ten ostatni czynnik dotarł do świadomości wszystkich producentów…

Księżyc nad Petrą, Jordania

W naszej księgarence zagościł rocznik 2015 czasopisma Foto Plus i z okazji premiery przez tydzień obowiązuje solidna zniżka na wszystkie roczniki. Zniżkę daje kod: bddc35c.

U góry chmury nad Wadi Rum, później skały Wadi Rum, a najniżej księżyc nad Petrą, wszystko Jordania.

 

Fotograficznego Nowego Roku!

Kolorowy Kanion we mgle, Islandia

Przyjęło się, że pierwszy dzień stycznia to dobry moment na wybieranie celu, do którego będzie się dążyć przez resztę roku. Niech i tak będzie. Każdy inny dzień jest jednak równie dobry, żeby podjąć decyzje, które powinny być podjęte, i zrobić krok w stronę, w którą chcemy iść. Niech każdy dzień 2016 będzie dniem, gdy podejmujecie właściwe decyzje i jesteście o krok bliżej miejsca, gdzie chcielibyście być. A jeśli w swoich fotograficznych podróżach będziecie mieli ochotę przejść kilka kroków z nami, to będzie nam bardzo miło.

Vernazza z wieży, Cinque Terre

Na górze Islandia, niżej Cinque Terre.

Fotograf komputerowy

Dali na Santorini

Był sobie kiedyś, w czasach gdy pecety były młode, taki film: dzieje się akcja, a jednocześnie siedzi przy komputerze pisarz i ją opisuje – tak jakby na bieżąco ją tworzył. Na koniec pisarz wyłącza komputer i odchodzi. Ileż to było zastanawiania się: dlaczego on tego tekstu nie zapisał? Skasował całą akcję – czy to miało znaczyć, że nic się nie stało, czy może co innego? Aż w końcu zagadka została rozwiązana: nie zapisał, bo reżyser nie miał świadomości, że to, co się tworzy na komputerze, trzeba zapisać.

Czasy się trochę zmieniły i teraz już chyba wszyscy wiedzą, że się zapisuje. Nawet gdyby ktoś nie wiedział, to nie uda mu się tak po prostu wyłączyć komputera z otwartym tekstem, bez odpowiedzenia na pytanie o zapis. Tak się przyzwyczailiśmy do ikony z dyskietką (ostatnia pozostałość dyskietek w komputerach), że jej użycie jest oczywiste i automatyczne.

A potem przychodzi taki Lightroom, który twierdzi, że jest bardzo intuicyjny i zgodny z naturalnym sposobem postępowania fotografa. Ileż to ja się naodpowiadałam na pytania: No dobrze, poedytowałem tego rawa tak jak chcę, to jak go mam teraz zapisać? – Nie trzeba zapisywać, on zapamiętuje stan pliku na bieżąco. – Taak? Dooobra… ale na pewno nie nadpisze mi oryginału? – Nie, nie nadpisze. Dodaje tylko informację o zmianach, nic poza Lightroomem i Photoshopem jej nie uwzględnia. – To gdzie teraz jest to zdjęcie? Nie ma zdjęcia, jest tylko informacja o zmianach. – Czyli to co zrobiłem, to jest tylko w Lightroomie? To jak mam to wyjąć? – Wyeksportować, o tu klik-klik…

Taaak, pierwsze kontakty z programem, który ma nawiązywać do logiki działania analogowej ciemni, bywają szokujące. To gdzie właściwie jest ta nasza intuicyjność? Wczytywać kolekcje i eksportować obrazy, czy otwierać i zapisywać pliki?

Intuicyjne jest to, co jest zgodne z przyzwyczajeniem użytkownika. Doświadczenie współczesnego człowieka z komputerami obejmuje pliki, zapisywanie, kopiowanie, kasowanie. Są wśród fotoamatorów ludzie, którzy ciemnię pamiętają; ale czy znacie kogoś, kto jest do ciemni przyzwyczajony?

Mury Santorini

P.S. Na słoneczne zakończenie roku, zdjęcia z Santorini.

Wesołych Świąt!

Śnieżna choinka

Życzymy wszystkim naszym Czytelnikom najlepszych, radosnych, spokojnych, fotograficznych i fotogenicznych Świąt

Ewa i Piotr

P.S. A dla spragnionych białego Bożego Narodzenia zrobiliśmy, co się dało: powyżej śniegowo-lodowa choinka.

Zła technologia, dobra technologia

Śniegi Szkocji

Nadal nie mogę się nadziwić, że lata mijają, a producenci aparatów w dalszym ciągu nie rozumieją, czego potrzebują fotografowie. A także – czego zupełnie nie potrzebują. Panasonic pokazał, jak blisko można być naprawdę użytecznej funkcji, a stworzyć dziwactwo, nadające się tylko na ciekawostkę. Funkcja „Post Focus” mogła być marzeniem miłośników makrofotografii, a jest kolejną realizacją pomocy dla notorycznie niezdecydowanych „chcę mieć ostrość na lewym oku, prawym oku czy uchu?”.

Funkcja „Post Focus” została dodana przez aktualizację firmware’u do kilku aparatów Panasonica (GX8, G7 i FZ300) a realizowana jest przez nakręcenie sekwencji wideo w rozdzielczości 4K i przesuw punktu ostrzenia w trakcie filmowania. W efekcie powstaje 49 klatek-zdjęć, każda z innym miejscem ustawienia ostrości. Na końcu użytkownik wybiera jedną z nich i tylko ta zostaje zapisana. Wygląda jak kolejny pomysł na „Lytro bez Lytro”? A mogło być naprawdę użyteczne.

Wystarczyłoby dodać opcję, aby zapisane zostały wszystkie wykonane klatki (albo, jeszcze lepiej – wszystkie wybrane przez użytkownika). Można by wówczas zastosować technikę focus stacking i złożyć te klatki w jedno zdjęcie o bardzo dużej głębi ostrości. Powstałoby narzędzie nieocenione w makrofotografii, ale też przydatne niekiedy w pejzażu czy portrecie.

Oczywiście tak realizowany „Post Focus” miałby pewne ograniczenia, przede wszystkim związane z tym, że realizacja całej sekwencji trwa ponad półtorej sekundy, więc wszelki ruch w kadrze byłby problematyczny. Ograniczenie rozdzielczości do filmowego standardu 4K (czyli ok. 8 megapikseli) też nie wszystkich uszczęśliwi. Niemniej bardzo niewiele dzieliło Panasonica od stworzenia naprawdę użytecznego narzędzia, a skończyło się na podróbie Lytro (jakby Lytro było hitem rynkowym) oraz mocnym kandydacie do rankingu najbardziej bezsensownych funkcji.

A po sąsiedzku Olympus nieco wcześniej wprowadził focus stacking i focus bracketing do E-M1 (także przez aktualizację firmware’u). Funkcja ta od lat jest dostępna użytkownikom Magicznej Latarni – nakładki na firmware lustrzanek Canona (aczkolwiek tam korzystanie z niej wymaga inżynierskiego podejścia, jak wiele rzeczy w Magic Lantern).

PS. A w naszym sklepiku e-wydanie czasopisma Foto Plus 1/2016. Miłej lektury! :)

P.P.S. Zdjęcie ze Szkocji, na dowód, że coś takiego jak śnieg istnieje.

Zwierzęta i filmy

Sikorki bogatki w Białowieży

Nasz ostatni pobyt w białowieskich czatowniach zaowocował nie tylko zdjęciami, ale też pewną liczbą klipów wideo, pokazujących to, co z czatowni i okolic widać: myszołowy, dzięcioły różnych gatunków, sójki, sikorki, no i żubry, choć te ostatnie to już zdecydowanie nie przed czatownią paradowały. Filmy jak to filmy, trzeba je zmontować. Nic wielkiego: poprzycinać, poukładać w mniej więcej rozsądnej kolejności, dopasować trochę kolory (w międzyczasie światło się zmieniało), podłożyć muzykę i napisy. Całość pracy powinna zająć ze dwie, no góra trzy godziny – w końcu to tylko parę minut prostego filmu bez efektów, żadne tam Gwiezdne Wojny.

To dlaczego trwało kilka dni? Zaraz opowiem. No więc, układam sobie te klipy na ścieżce, a żeby wiedzieć co układam i czy się przejścia nie gryzą, muszę je oczywiście oglądać. W pewnym momencie widzę, że koło mnie stoi nasz kot, a oczy ma jak spodki. Tymi oczami wpatruje się w monitor, bo na monitorze są PTASZKI! Jedzą, podskakują, latają. Nie wytrzymał, wskoczył na biurko (ma zakaz, ale tam są PTASZKI! więc to silniejsze od niego). Zdjęcie kota z biurka pomogło na pięć sekund. Znowu wskakuje, nos do monitora – aha, nie pachnie, kot już wie: ptaszki są za szybą, na wprost się ich nie da złapać. Ale te sikorki w prawo odlatują – ha, muszą być gdzieś za prawą krawędzią monitora! Nie ma? To może z tyłu? Hmm, musiały tam jakoś wejść, może od góry? W obawie o całość monitora, musiałam odłożyć dalszy ciąg montażu do chwili, gdy kot będzie spał. Tylko że on jest czujny, no i dlatego tyle to trwało.

Na górze ptaszki (konkretnie: sikorki bogatki), na dole film. Miłego oglądania. Realizm filmu można testować na kotach, tylko uważajcie na monitory.

P.S. Uprzedzam pytania: film powstał z użyciem Canona 7D MkII i obiektywu Canon EF 100-400 f/4-5.6.

Ratujmy Islandię!

wodospad Gulfoss, Islandia

Wyspa słynna z niezwykłych, pięknych i dzikich krajobrazów w ciągu dwóch lat może stracić wiele ze swojej urody i dzikości. Zagrożone jest centrum wyspy (ok. 40% powierzchni kraju), gdzie islandzki rząd planuje zbudować 15 elektrowni wodnych wraz z zaporami, sztucznymi zbiornikami, infrastrukturą drogową i liniami przesyłowymi. Islandzkie organizacje ekologiczne prowadzą akcję nacisku na rząd, by wstrzymać te budowy, a na tych terenach utworzyć parki narodowe. Przeciwko inwestycjom w centrum wyspy jest ponad połowa Islandczyków, niemniej pomóc może także głos obywateli innych krajów. O takie wsparcie apeluje najsłynniejsza islandzka piosenkarka Björk – jej apelu można posłuchać tutaj. Więcej na temat zagrożenia dla „ostatnich dziewiczych obszarów Europy” można poczytać (po angielsku) tutaj, tutaj, tutaj i tutaj oraz oczywiście na stronie organizacji zbierającej podpisy. Poniżej zamieszczam mapkę, pokazującą, jaka część wyspy znajdzie się pod wpływem inwestycji energetycznych.

inwestycje energetyczne w centrum Islandii

Co można zrobić? Można podpisać petycję w obronie naturalnego piękna centrum Islandii. Wystarczy kliknąć tutaj i wypełnić formularz: na górze wpisać imię i nazwisko, niżej numer telefonu, następnie wybrać kraj zamieszkania, a na dole wpisać adres mailowy i kliknąć zielony przycisk „Sign the petition”. Na podany adres mailowy przyjdzie mail z prośbą o potwierdzenie udziału w akcji – należy kliknąć na znajdujący się w nim link „Please click here to confirm your mailaddress and your support.” I już. Jeśli wszystko poszło dobrze, to w przeglądarce powinniście zobaczyć obrazek podobny do poniższego. :)

Bronimy_IslandiiW lipcu, oprócz fotowyprawy „W krainie i lodu”, będziemy też po raz pierwszy prowadzili fotowyprawę do interioru wyspy „Podróż do wnętrza Ziemi” i mamy nadzieję, że nie będzie to ostatnia okazja, żeby sfotografować te miejsca bez słupów wysokiego napięcia, jeżdżących ciężarówek i rosnących betonowych zapór.

Urok demokracji, czyli nie trzeba biegać szybciej od niedźwiedzia

 

Dzięcioły duże, Białowieża

Żeby uciec przed niedźwiedziem, nie trzeba biegać szybciej od niedźwiedzia; wystarczy być szybszym od kolegi. To znana prawidłowość, sprawdzająca się nie tylko w niedźwiedziologii. Żeby wygrać konkurs zdjęć, nie trzeba mieć najlepszego zdjęcia – wystarczy, żeby było lepsze od tego obok…

Dziś coś dla osób, które bardzo potrzebują pochwał: istnieje serwis, w którym każde zdjęcie wygra jakiś konkurs i dostanie nagrodę. Serwis nazywa się Pixoto (nie, żebym go jakoś specjalnie polecała, taka po prostu ciekawostka) i opiera się na konkursach. Malutkich konkursach. Dużej ilości malutkich konkursów. Udział w nim polega (oczywiście) na wrzucaniu zdjęć, które wezmą udział w konkursie, oraz na głosowaniu. Przy czym, żeby zgłosić zdjęcie do konkursu, trzeba zapłacić punktami. Punkty dostaje się za głosowanie w konkursach albo kupuje za zupełnie prawdziwe pieniądze, alternatywnie. Konkurs jest prosty: wyświetlają się obok siebie dwa zdjęcia i klikasz to, które się bardziej podoba. Kliknięte zdjęcie dostaje plusa. Zdjęcia o największej liczbie plusów w dniu (tygodniu, miesiącu, roku…) zostają nagrodzone. Przy czym, żeby na pewno każdy się na jakąś nagrodę załapał, można dostać fejsowy pucharek nie tylko za pierwsze miejsce, ale również na przykład za załapanie się do najlepszych 10%. Albo najlepszych 40%. W dowolnej kategorii, a tych jest dość dużo.

Taki serwis ma swoje plusy i swoje minusy. Minus jest taki, że skoro moje zdjęcia są nagradzane, to muszą być świetne, co nie? A skoro są świetne, to nie muszę się starać i rozwijać. Plusem jest natomiast to, że w przypadku jakiegoś kryzysu twórczego czy po prostu chwili zniechęcenia, jest gdzie się trochę podbudować. W końcu, zawsze znajdzie się ktoś biegający wolniej, kto nakarmi niedźwiedzia.

Ale nagrody nagrodami, a mnie bardziej zainteresowało Pixoto jako zjawisko socjofotograficzne. Można się tam dowiedzieć na przykład, jakie zdjęcia „się” podobają. Każdy zalogowany może głosować, każdy głos się liczy jednakowo (jak to w demokracji), a głosować trzeba, żeby samemu móc wziąć udział w konkursie, więc głosów siłą rzeczy jest dużo. Zdjęcia wygrywające są więc piękną ilustracją popularnych gustów. Czy wygrywające zdjęcia są dobre, czy nie, tego się z demokratycznych konkursów nie dowiemy – ale na pewno można się dowiedzieć, co wywołuje pozytywne odczucia u większości. Można też zobaczyć, z jakimi zdjęciami się wygrywało, a z jakimi przegrywało (dostęp do pełnej historii jest płatny, ale kilka wyników widać bez sięgania po kartę kredytową). Warto się też zastanowić, dlaczego dane zdjęcie zostało uznane za lepsze od tego drugiego. Potrzebujesz wiedzieć, co lubią wszyscy? Nie zgaduj, po prostu zobacz!

Trzy razy sikorka bogatka, Białowieża

PS. Zdjęcia z Białowieży, gdzie w ten weekend wspólnie z Markiem Kosińskim i grupką fanatyków czailiśmy się w czatowniach i podchodziliśmy żubry. Obie fotografie z Canona 7D Mark II, dzięcioły na 3200 ISO, a sikorki na 16 000 ISO (szesnaście tysięcy, nie tysiąc sześćset).

PPS.  Możemy potwierdzić, że w trakcie styczniowych warsztatów w Rogalinie będziemy fotografować także na zamku Kórnik! I to ze statywami! W zamku mają remont, ale dla nas ten remont odwołali… 😉

Do czego służą plotki, czyli groźba Karmy

Fale Toskanii

Zaraz będzie miał premierę nowy aparat, obiektyw, pojawi się lepsza matryca, do sklepów trafi fajniejsza lampa błyskowa. Z pewnością tak będzie. Nowe produkty generalnie są lepsze od starszych, bo postęp jednak istnieje, a producenci dbali, dbają i będą dbali, żeby regularnie dostarczać nam nowe gadżety. Nihil novi…

Kilka serwisów internetowych wyspecjalizowanych jest w próbach przewidywania, co też nowego zostanie zaprezentowane i dostarczone do sklepów – zanim jeszcze zostanie zaprezentowane i dostarczone. Robią to na podstawie mniej lub bardziej wiarygodnych przecieków czy też ssania palca, a skuteczność tych przewidywań jest zbliżona do góralskich prognoz pogody: „Albo będzie pogoda, albo będzie deszcz”. Zabawa jak zabawa. Mniej zabawnie, jeśli to wróżenie z fusów traktuje się poważnie i od niego uzależnia to, co i kiedy się kupi.

Kierowanie się różnymi plotkami i wróżbami sprzętowymi prowadzi do tego, że się nie kupuje tego, co by się chciało, bo już za chwileczkę będzie nowe i lepsze. Niekupowanie generalnie nie jest złym nawykiem, ale jeśli się naprawdę potrzebuje sprzętu, żeby fotografować, to czekanie z zakupem oznacza też czekanie z fotografowaniem. Nie robiąc zdjęć, przegapiasz mnóstwo pięknych momentów, których później nie dogonisz – nawet z najlepszym sprzętem.

Z mechanizmu „nie kupuję, bo czekam” korzystają też producenci – w celu powstrzymania konsumentów przed udaniem się na zakupy do konkurencji. Jeśli od premiery aparatu do momentu, gdy można go kupić w sklepie, upływa ponad trzy miesiące, to nie była to żadna premiera, tylko akcja „Nie kupujcie u konkurencji, tylko czekajcie na nasz produkt”. Niekiedy to bardziej dramatyczny przekaz: „Nie spisujcie nas na straty, nadal żyjemy i coś robimy”. Temu samemu służą oficjalne anonse, że nad skonstruowaniem jakiegoś aparatu czy obiektywu firma pracuje, a także ogłoszenia typu „O naszym nowym cudzie na razie nic nie możemy powiedzieć, ale wymyśliliśmy dla niego nazwę”. Ta strategia deprymowania konsumenta to odmiana FUD (Fear, Uncertainty, Doubt – strach, niepewność, wątpliwość). W tę grę wzorowo pogrywa firma GoPro, która robi wszystkoodporne kamerki, a zamierza też robić drony, więc najpierw pół roku temu ogłosiła, że zrobi, a teraz – że wymyśliła już nazwę drona i brzmi ona „Karma”. Sam dron ma być gotowy gdzieś w połowie 2016 (jeśli nie później), ale przekaz jest jasny: nie kupuj teraz DJI Phantoma ani innego latadła, bo dopadnie Cię Karma…

Nie dajcie się manipulować. Jeśli jesteście zdecydowani coś kupić, to patrzcie na ofertę sklepową, a nie na plotki, przecieki i gdybania. Kupcie i fotografujcie, zamiast spędzać czas na hamletyzowaniu „kupić, czy nie kupić”.

Fale Toskanii

Powyżej zdjęcia z Toskanii zrobione w kwietniu 2014 obiektywem Canon EF 100-400/4.5-5.6L IS USM. Gdy kupowałem ten obiektyw w maju 2008, to serwisy plotkarskie co i rusz zapowiadały, że już za momencik będzie nowa wersja. Nowa wersja 100-400 naprawdę pojawiła się dopiero z początkiem 2015 roku i gdybym czekał, to przez 7 lat nie zrobiłbym tych ani wielu innych zdjęć.

A skoro już jesteśmy przy Toskanii, to miejsca na wiosenną fotowyprawę się kończą, podobnie jak miejsca na fotowyprawę na Islandię i maskonury – dwa miejsca, gdzie obiektyw o ogniskowej do 400 mm jest przydatny. A skoro jesteśmy przy ostatnich okazjach, to tylko do połowy grudnia jest zniżka na majową fotowyprawę na Santorini – zniżka, z której mogą skorzystać także osoby, które nie były dotąd na żadnej fotowyprawie ani naszych warsztatach. Podobna zniżka na fotowyprawę do Peru obowiązuje do końca stycznia 2016.

No i skoro o zniżkach i zakupach, to zapraszam na podchoinkowe zakupy do naszej księgarni. Od dzisiaj do Świąt kod SWIETA1520 daje 20% zniżki na całą ofertę, a jeśli ktoś ma ochotę na roczniki „Digital Foto Video”, to z kodem ROCZNIK15 będzie miał 30% zniżki.

I nie dajcie się zastraszyć żadną karmą! :)