Granice ortodoksji

Dettifoss, Islandia

Dyskusje na temat tego, co jest prawdziwą fotografią i gdzie jest granica, za którą fotografia się definitywnie kończy, były, są i będą. I niezmiennie są zabawne. Ostatnio włączyła się tutaj Leica, która swój pozbawiony tylnego wyświetlacza dalmierzowiec M-D reklamuje hasłem „Fotografia w najczystszej postaci” (a także hasłem „Step back to the future”, które jednak w polskiej wersji jest już mniej zen i brzmi (zapewne nieintencjonalnie) racjonalnie: „Krok wstecz do przeszłości”). Brak możliwości podglądu wykonanego zdjęcia (a także np. sprawdzenia, ile jeszcze zostało miejsca na karcie pamięci) to ma być ta „esencja fotografii”? W kategorii ortodoksji i radykalizmu to żadna esencja, a ledwo roztwór homeopatyczny. Adama Fussa rozbawiłoby to do łez. Kim jest Adam Fuss? Fotografem, który twierdzi, że każdy obiektyw to już manipulacja obrazem i „kiedy tylko używasz obiektywu, reinterpretujesz świat zewnętrzny” („As soon as you have a lens, you’re reinterpreting the outside world.”). Zwolennik fotografii otworkowej, myślicie? Ależ skąd! Aparat także uznaje za manipulację rzeczywistością.

Eeee, to czym robić zdjęcia?

Adam Fuss: „Za czystą fotografię uważam fotogram” („I do see the photogram as pure photography”).

Fotogram to zdjęcie powstałe poprzez zbliżenie przedmiotu bezpośrednio do materiału światłoczułego – bez pośrednictwa aparatu i optyki. Możecie zobaczyć, jakie fotogramy pokazuje gugiel. Prawda, że interesujące? No i z pewnością trudno zrobić choć krok w stronę czystszej, bardziej ortodoksyjnej fotografii. Leica ma jeszcze sporo do usunięcia ze swoich aparatów – właściwie to sama czerwona kropka wystarczy.

Mostek w drodze do wodospadu Godafoss, Islandia

Jeśli ktoś Wam kiedyś zarzuci, że to, co robicie, to nie jest prawdziwa fotografia, bo… i tutaj padnie kolejna definicja prawdziwej fotografii, to zawsze możecie swojego rozmówcę przelicytować Adamem Fussem. A jego już nie da się niczym przebić.

Oba zdjęcia z Islandii. Zdecydowanie są manipulacją i reinterpretacją.

Pejzaż jesienny, pejzaż wiosenny

Dom, cyprys i Toskania

Pewnej toskańskiej jesieni, na plenerze o roboczym tytule „TE cyprysy”, zrobiłam klasyczny toskański pejzażyk: łagodne wzgórza zaplecione w jodełkę, jeden kamienny domek, jeden cyprys. Zdjęcie było już tu publikowane, ale przypominam je na dole wpisu. Kompozycja na tyle mi się spodobała, że nabrałam ochoty, by następnym razem powtórzyć ją w wiosennych zieleniach – to właśnie górne zdjęcie. Ale zanim mi się to udało, minął jeszcze następny rok.

Okazało się bowiem, że nie tak łatwo jest postawić statyw po raz drugi w tym samym miejscu. W scenerii nic się wprawdzie nie zmieniło (w Toskanii żadne istotne elementy krajobrazu nie mają prawa się zmienić), ale znalezienie po raz drugi tej samej perspektywy nie było proste. Domek, łuki wzgórz i cyprys układają się w ten sposób tylko, jeśli patrzy się z odpowiedniego miejsca. A ja nie pamiętałam, gdzie ono jest. Szukałam, chodząc tam, gdzie mi się wydawało, że chodziłam poprzednio, ale wciąż coś nie pasowało: a to domek nie wyłaniał się zza pagórka w tym miejscu co trzeba, a to cyprysa nie było. Gdzież ten cyprys – chyba go nie wycięli???

Szukałabym tak pewnie jeszcze długo, gdyby nie to, że grzebiąc w katalogu z poprzednią toskańską fotowyprawą (właśnie tą od pejzażu jesiennego), przypadkiem zerknęłam na sąsiednie, wcześniejsze zdjęcie. I w tym momencie wszystko mi się przypomniało i ułożyło, bo na dole zdjęcia zobaczyłam wąski, srebrzysty pasek: dach naszego autobusu. Załapał się tam przypadkiem przy kadrowaniu, a zauważyłam to dopiero po zrobieniu zdjęcia. Poprawiłam więc kadr i zrobiłam od razu drugie, to właściwe. Ale poprzedniego nie skasowałam. Wszystko stało się jasne: skoro na pierwszym planie był autobus, to znaczy, że zdjęcie zostało zrobione z drugiej strony drogi, spod TYCH* cyprysów. I rzeczywiście: gdy tam podeszłam tydzień temu, wszystkie elementy kadru ułożyły się wreszcie jak należy.

A wniosek z tych rozważań jest następujący: Nigdy nie wiadomo, do czego mogą się przydać nieudane zdjęcia.

Toskania

* Jak to których? Właśnie TYCH!

Fotografie na tę chwilę

  • Dolomity

    Dolomity

  • Świt nad Pragą

    Świt nad Pragą

  • Katedra Św. Wita

    Katedra Św. Wita

  • Most Pokoju. Na poprzednim zdjęciu też.

    Most Pokoju. Na poprzednim zdjęciu też.

  • Lalibela

    Lalibela

  • Książ: detal szafy

    Książ: detal szafy

  • W stronę burzy, Giorgioupolis

    W stronę burzy, Giorgioupolis

  • Rozmowy w lustrze

    Rozmowy w lustrze

  • Salony Książa: Sala Maksymiliana

    Salony Książa: Sala Maksymiliana

  • Palmiarnia Lubiechowska

    Palmiarnia Lubiechowska

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

Nie wierz meteorologom

Pienza o świcie, Toskania

No i po siódmej Toskanii. Okazała się znacznie lepsza niż zapowiadały to prognozy, a pozytywne myślenie znowu wygrało z meteorologami. Gdyby miały się sprawdzić zapowiedzi, to moklibyśmy podczas połowy porannych plenerów, a z wieczornych przeganiałyby nas burze. Tymczasem deszcz dopadł nas dopiero w sobotę, podczas 9-godzinnego postoju w Arezzo. Trochę kapało, gdy byliśmy w mieście, ale naprawdę solidnie lunęło dopiero, gdy ruszyliśmy autobusem do Polski.

Trzeba wierzyć w swoje szczęście lub siedzieć w domu, bo, niestety, wiara w prognozy pogody przy fotografii pejzażowej nie bardzo się sprawdza. Raz, że nawet krótkoterminowa prognoza może okazać się całkiem błędna, a dwa – że nikt jeszcze nie stworzył map przewidujących pokrywę chmur z dokładnością do kilkudziesięciu metrów, do tego koniecznie z uwzględnieniem umiejscowienia dziur w chmurach. Bez tego nawet prawdziwa prognoza jest prawdziwa tylko statystycznie, o czym mieliśmy się okazję przekonać na porannym plenerze pod Pienzą: statystycznie chmur nie było – oprócz tej jednej dużej, która wisiała między nami a wschodzącym słońcem. Kilkaset metrów w jedną lub drugą stronę było słonecznie, a nad nami wisiał cień. Na szczęście nie musieliśmy długo czekać, by wiatr przesunął tę chmurę tak, że słońce zaświeciło: nie tylko na pejzaże przed nami, ale też na Pienzę za nami. No i powyżej jest taka właśnie Pienza: oświetlona słońcem, ale jednocześnie z mroczną chmurą nad wieżami miasteczka. Na tym zdjęciu mamy jeszcze coś ekstra – sztuczną mgłę. Prawdziwej nie było za sprawą chłodnych dni, ale przy jednej z willi ktoś akurat palił gałęzie, a wiatr zwiał dym w kierunku miasteczka.

Poniżej zdjęcie z pleneru, który też – gdyby wierzyć prognozom – nie miał prawa się udać, a udał się całkiem nieźle. Więcej Toskanii w naszym portfolio, a jeszcze więcej – we wrześniu.

Fale Toskanii

Toskania w podczerwieni

Cyprysy w podczerwieni, Toskania

Nasza Siódma Toskańska zbliża się do nieuchronnego końca – jeszcze jutro przejazd do Arezzo, tam 9 godzin spacerów, zakupów i przesiadywania po kawiarniach i restauracjach, a później już powrót do Polski.

Bagnoregio w podczerwieni, Toskania

Pogoda okazała się lepsza od prognoz, aczkolwiek jak na kwietniową Toskanię wyjątkowo surowa. Zapowiadane od trzech dni burze zamieniły się w lekką mżawkę w drodze powrotnej z dzisiejszego San Gimignano. Wszystkie plenery odbyły się bez przeszkód ze strony warunków atmosferycznych, światło bywało czasem niezłe, a czasem świetne.

Monteriggioni w podczerwieni, Toskania

Jak już wspominałem, tegoroczny kwiecień jest wyjątkowo chłodny, ale dla odmiany tak intensywnej zieleni i wyrośniętych zbóż jeszcze o tej porze nie widzieliśmy. To ostatnie sprzyjało fotografii w podczerwieni, więc tym razem w ramach ilustracji kilka kadrów z aparatu przerobionego na pasmo IR – o samym aparacie i przeróbce pisaliśmy tutaj.

Toskania w podczerwieni

W ramach nowych odkryć spieszymy donieść, że odkryliśmy w San Gimignano bar, gdzie można dobrze i tanio zjeść – jeśli tylko uda się dogadać z obsługą, która nie rozumie słowa po angielsku. Idąc główną ulicą miasta, tuż przed północną bramą należy skręcić w prawo i po kilkudziesięciu metrach po prawej stronie będzie bar „Lo Spuntino”. Co istotne – bar jest czynny cały czas, a nie tylko w dziwnych godzinach otwarcia włoskich restauracji. Poniżej Ewa przed bombowym calzone (serio tak się nazywa).

Ewa nad calzone, San Gimignano

Toskania non stop

Toskański poranek

Siódma toskańska fotowyprawa idzie świetnie, co źle wpływa na nasze relacje, niestety. Dyskusje kończące się dobrze po północy i wyjazdy na wschód słońca przed szóstą rano nie zostawiają dużo czasu na pisanie. Robimy jednak co się da! :)

Oprócz nowego punktu widokowego San Quirico mamy też nową piwnicę z winem w Montepulciano (dolne zdjęcie). odwiedzamy też oczywiście mniej nowe punkty plenerowe i te całkiem stare (niektóre mają już prawie 4 lata… :) ). Na górnym zdjęciu właśnie taki prawie nowy plener – debiutował w zeszłym roku na jesieni, może się nas spodziewać we wrześniu.

Piwnica z winem w Montepulciano, Toskania

Fotograficznie jak na razie pogoda jest niezła, choć temperatury wyjątkowo niskie, jak na kwiecień. Przez te niskie temperatury w dzień nie trafił się dotąd nawet kawałek mgły, za to chmurki są całkiem niezłe. To na razie tyle, bo za 4 godziny następny plener.

Toskańska szczęśliwa siódemka

 

Villa Belvedere, Toskania

A my znowu w krainie cyprysów, falujących pól, miasteczek na wzgórzach, wina i sera – już po raz siódmy. Każda fotowyprawa do Toskanii jest podobna do poprzednich, ale też trochę od nich inna. Tym razem dzisiejszy poranny plener był zmianą, bo po raz pierwszy rozstawiliśmy się ze statywami pod (a właściwie nad) willą Belvedere. Później było bardziej tradycyjnie: sesja wśród uliczek i zaułków Pienzy, a na deser – czyli zachód słońca – znana i lubiana kępa cyprysów oraz okoliczne wzgórza. Tym razem trafiły nam się przy cyprysach rewelacyjne chmurki – najlepszy zachód słońca, jaki dotąd widzieliśmy w tym miejscu.

Cyprysy w podczerwieni, Toskania

A tu nowinka dla weteranów fotowypraw: mamy nowy autobus! Ma o kilka miejsc więcej (łącznie 35), mnóstwo miejsca na nogi i nieco mniej pojemne bagażniki – acz fotowyprawa w komplecie zmieściła się ze wszystkimi tobołami. Poniżej nasz nowy autobus i jego szczęśliwi kierowcy.

Autobus na fotowyprawy

Zbyt doskonałe zdjęcie

Wypatrując klienta. Etiopia

Czy fotografia może być zbyt dobra? Kompozycja zbyt doskonała? Moment złapany zbyt perfekcyjnie? Taką opinię o fotografiach Steve McCurry‚ego ma Teju Cole, regularnie piszący o fotografii na łamach „New York Timesa”. Cole zarzuca, że McCurry robi z Indii krainę fantazji białego człowieka – nawet nie przez selektywne wybieranie tematów i ujęć (co już było zarzucane zdjęciom z Indii), ale przez estetyzowanie tego kraju i przedstawianie go jako serii perfekcyjnych wizualnie scen. W opinii Cole’a doskonałość fotograficzna McCurry’ego powoduje, że na tych zdjęciach jest mało Indii, a dużo – właśnie McCurry’ego i jego perfekcji, a w efekcie widzimy nie prawdziwe Indie, ale fantazję białego człowieka na ich temat. Jako opozycję Cole proponuje Raghubir Singha, którego fotografie mają być bardziej prawdziwe, bo niezdominowane przez estetykę.

Czy faktycznie fotograficzna doskonałość utrudnia pokazywanie świata, a estetyka staje się wrogiem prawdy?

Powrót z targowiska, Etiopia

Zdjęcia nie McCurry’ego, tylko moje, nie z Indii, a z Etiopii, no i z pewnością mnie nie można zarzucić, że są zbyt doskonałe. :)

Szybciej, wyżej, mocniej

Dyrholaey inaczej. Islandia

Zdjęcie podoba się, gdy jest ostre, kontrastowe, kolorowe; zwraca uwagę nietypowymi technikami, specyficzną kolorystyką, niecodzienną perspektywą. Uczymy się więc wyostrzać, pracować nad kontrastem i kolorem, nadajemy kadrom ciepły blask i winietę, bo to zwraca uwagę, podoba się i zapewnia poklask. I nie ma w tym nic złego… dopóki nie wpadniemy w wyścig coraz mocniejszego wyostrzania, wyższego nasycenia, cięższej winiety.

Widzi się w galeriach internetowych bardzo dużo, i mam wrażenie że coraz więcej, zdjęć przesyconych, przekontrastowanych, przeostrzonych, z winietą taką, że prawie zasłania temat. A wszystko to w pogoni za większą oglądalnością i liczbą lajków (jakkolwiek one się akurat w danej galerii nazywają). Fotografia to jednak nie sport – dewiza olimpijska się do niej nie odnosi. A przynajmniej nie powinna.

Mechanizm tego „wyścigu” jest dość prosty. Ktoś edytuje zdjęcie tak jak mu się podoba, wstawia takie ładne i kolorowe do sieci. Zdjęcie zostaje pochwalone, więc następne zrobi tak samo. A może trochę mocniej, żeby się jeszcze bardziej podobało? I jeszcze trochę? Inni też nie są ślepi; widzą, co dostaje pochwały, więc naśladują. Trzeba więc przesunąć suwaczki jeszcze trochę, żeby się wyróżnić. I jeszcze trochę… i tak powoli, krok po kroku, dochodzimy do stanu, gdy suwaczkom trudno już przywrócić pierwotne położenie, bo pospadały na dywan i odkurzacz je wciągnął. Ale przecież takie zdjęcia się podobają, więc nie ma problemu. Nie ma?

Przejazd z obrotem: X-Curve dla Slidekamera SP-600

X-Curve dla Slidekamera SP-600X-Curve to dwa wsporniki, głowica i pręt sterujący. Potrzebna jest jeszcze szyna, na której to da się zamontować.

Dodatek X-Curve do szyny sprawia, że film z przejazdu jest jeszcze bardziej przestrzenny – tak, jakby szyna była znacznie dłuższa! Daje to świetny wizualnie efekt przy nadal w miarę kompaktowych wymiarach urządzenia.

O szynie SP-600 gdańskiej firmy Slidekamera można poczytać w sekcji Nasz sprzęt i oprogramowanie. Przypomnę, że to tzw. slider, czyli szyna, po której aparat lub kamera płynnie przejeżdżają w trakcie filmowania. Dzięki zjawisku paralaksy taki przejazd daje na filmie bardzo przestrzenne, niemal trójwymiarowe wrażenie – jeśli tylko pierwszy plan jest dostatecznie blisko. Do szyny (zarówno w rozmiarze o długości 60 cm, jak i 100 cm) dostępny jest teraz dodatek o nazwie X-Curve. Co to takiego?

Jak to działa
X-Curve to dodatek do szyny, który pozwala na płynny obrót aparatu w trakcie przejazdu. Składa się on z dwóch wsporników montowanych na brzegach szyny, obrotowej głowicy przykręcanej do wózka oraz pręta, montowanego do wsporników i przechodzącego przez głowicę. Konstrukcja jest w pełni mechaniczna, a rolę sterowania pełni pręt: gdy jest unieruchomiony równolegle do szyny na środku wsporników, aparat przejeżdża bez obrotu. Jeśli jednak pręt zamocowany jest niesymetrycznie, tzn. jeden jego koniec jest wysunięty do przodu, a drugi cofnięty, wtedy w trakcie przejazdu wózka głowica się obraca, a wraz z nią aparat.

Obrót aparatu w trakcie przejazdu odbywa się całkowicie mechanicznie – sam przesuw wózka po szynie powoduje stopniowy obrót wymuszony przez ustawienie pręta. Do tego celu nie jest potrzebny żaden dodatkowy silnik, ale oczywiście można skorzystać ze standardowego napędu szyny, który służy do przesuwu wózka – teraz będzie on dodatkowo powodował obrót aparatu. Można też oczywiście stosować X-Curve do wykonania zdjęć interwałowych z przejazdem – sterowanie się tutaj nie zmieniło.

Slidekamera SP-600 z modułem X-Curve
Szyna SP-600 z zamontowanym X-Curve.

Śledzenie i panoramowanie
Co ciekawe, mamy możliwość regulowania sposobu obrotu aparatu – ponownie za pomocą tego samego pręta. Jeśli lewa strona jest wysunięta do przodu, a prawa cofnięta, aparat obraca się wokół punktu, znajdującego się centralnie przed szyną. Mamy wówczas ciekawy efekt, jakby aparat krążył wokół pierwszoplanowego obiektu – w trakcie przejazdu ten najbliższy motyw jest „śledzony”.

Jeśli natomiast lewa strona pręta jest cofnięta, a prawa wysunięta, aparat w trakcie przejazdu „rozgląda się na boki”, czyli przy starcie od lewej obiektyw jest skierowany w lewo, a kończąc przy drugiej krawędzi szyny, w polu widzenia obiektywu mamy scenerię znajdującą się po prawej stronie. Takie prowadzenie kamery przypomina panoramowanie.

Oba tryby dają bardzo interesujący efekt na filmie. Śledzenie koncentruje uwagę widza na wybranym pierwszoplanowym obiekcie, jednocześnie prezentując obszerną panoramę drugiego planu. Panoramowanie z kolei sprawia wrażenie, że przejazd prezentuje większy obszar – tak, jakby szyna była znacznie dłuższa.

Wzrost, waga i cena
Z zamontowanym X-Curve szyna nie robi się dłuższa (choć filmy takie sprawiają wrażenie), natomiast robi się wyższa. Nadal mieści się w firmowym pokrowcu, ale… już nie z założoną głowicą. Można mieć więc X-Curve cały czas zamontowane na szynie, ale przed sesją trzeba przykręcić głowicę. Nieduża to uciążliwość, ale odrobinę wydłuża przygotowania – nieco wyższy futerał rozwiązałby problem. Dodanie omawianego modułu zwiększa wagę zestawu o 1,06 kg (dla wersji SP-600). Koszt X-Curve dla szyny SP to 1300 zł – niezależnie od tego, czy wybieramy wersję dla SP-600, czy dla dłuższej SP-1000.

Jazda po łuku
Filmy z szyny sprawiają wrażenie bardziej przestrzennych. Z modułem X-Curve efekt przestrzenności jest jeszcze silniejszy. Obsługa jest bardzo prosta, a dwa dodatkowe modele ruchu dają większe możliwości i pozwalają bardziej zróżnicować wideoklipy. Można też oczywiście prowadzić aparat bez obrotu – jak bez X-Curve, więc nic nie tracimy. Dodatkowy kilogram nie robi różnicy, więc jeśli tylko filmujemy z szyny, to nie ma się co zastanawiać nad dołączeniem X-Curve do arsenału.

Recenzja: Wszystko, czego nigdy nie chciałeś wiedzieć o fotografii

Michael Langford, Efthimia Bilissi i in., Fotografia według Langforda dla mistrzów, czyli jak osiągnąć doskonałość

Ta książka to wehikuł czasu: przewracamy kartki i cofamy się w czasie o dobre kilkanaście lat – do czasów, gdy podręczniki do fotografii zawierały dużo wzorów i wykresów, a niewiele dobrych zdjęć. Ale wizualna (nie)atrakcyjność to najmniejszy z problemów „Fotografii według Langforda”.

Technikalia teoretyczne
Książka jest potężną (ponad 450 stron) mieszanką informacji prawdziwych, nie do końca prawdziwych oraz zupełnie fałszywych. Co więcej, nawet informacje prawdziwe są mało praktyczne. Przy omawianiu drukarek autorzy nie wiedzą, jak odnieść rozdzielczość druku podawaną w zakresie 1440-2880 dpi do rozdzielczości z zakresu 300-400 dpi, piszą za to o ditheringu, który był metodą obchodzenia ograniczeń w druku w czasach drukarek igłowych (s.192-194). W rozdziale o popularnych formatach plików obrazowych (s.221-223) mamy obok JPEG-a, TIFF-a, PSD i DNG także PDF, EPS (sic!), GIF, PNG oraz JPEG2000. Przy tym ostatnim mamy całkiem fałszywą informację, jakoby JPEG2000 był wykorzystywany przez „niektóre lustrzanki DSLR”.

Niezłą próbką metody przyjętej przez autorów jest też omówienie matryc (s.146-169) z obszernym porównaniem CCD z CMOS. Nie dość, że CCD nie jest stosowane w aparatach fotograficznych od ładnych paru lat, to mamy tam takie kwiatki jak „bardzo niski poziom szumów” na liście zalet CCD! Autorom chyba pomyliła się też tzw. full frame transfer (jedna z technologii używanych przy konstrukcji matryc CCD – najtańsza i najbardziej problemowa) z pełnoklatkowym rozmiarem matryc w lustrzankach cyfrowych (s.150). Oprócz tego mamy omówienie różnic w budowie matryc Fuji Super CCD, Foveon X3, Kodak Truesense, Olympusa Live MOS oraz Sony BSI. Dodatkowo dostajemy wykresy, m.in.: wydajności kwantowej koloru w matrycy CCD z transferem IT, transferu ładunku oraz diagram ukazujący rozłożenie fotodiody i wzmacniacza na matrycy CMOS, a także wiele innych rysunków. Schematy ładne i zupełnie pozbawione praktycznego znaczenia dla fotografa. Udało się też uniknąć jakiegokolwiek praktycznego aspektu przy omawianiu szumów generowanych przez matryce. Dowiemy się więc, że występuje szum stały, przypadkowy, śrutowy (fotonowy), resetu, odczytu oraz śrutowy ciemnego prądu (termiczny) – ponad 3 strony o rodzajach szumów i na końcu pięć linijek, że „większość aparatów cyfrowych oferuje pewną formę redukcji szumów obrazu” oraz że szumy można usuwać podczas komputerowej obróbki.

Być może taka obfitość informacji technicznych miała czytelnikowi zaimponować i onieśmielić go. A może miała ukryć niekompetencję autorów, zamaskować technicznym szczególarstwem brak wiedzy naprawdę przydatnej zaawansowanym fotografom?

Cyfrowe retro i dużo o analogach
Książka jest stara. Wprawdzie polskie wydanie to 2015 rok, ale oryginał pochodzi z 2011 i jest to ósme wydanie. Próbowano dodać nieco nowych informacji (i np. w jednym zdaniu występuje Kodak DSC-14n i Canon EOS-1D X), ale nie udało się ukryć, że informacje techniczne pochodzą z czasów, gdy nowościami były Canon 400D i Nikon D90, Panasonic robił lustrzanki, a nowinką był format JPEG2000. A omówienia różnych technologii zajmują w książce mnóstwo miejsca. Gdybym był złośliwy, to za dobrą stronę uznałbym mało praktyczne podejście do opisów tych technologii: cóż z tego, że to wszystko przestarzałe, skoro i tak praktycznych informacji tam jak na lekarstwo i to homeopatyczne.

Mam nieodparte wrażenie, że koncepcja książki sięga lat 70. ubiegłego stulecia. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć takich perełek, jak np. zaliczenie zoomów do kategorii obiektywów specjalnych, obok obiektywów lustrzanych, rybiego oka i soft focus (s.72). Nawet jednak wiek nie tłumaczy zalecenia, iż „zoomów przeznaczonych do kompaktów na film 35 mm raczej nie należy bezpośrednio mocować na kompaktach cyfrowych” (s.73).

Sporo miejsca w książce poświęcono technice analogowej: zarówno filmom, jak i ciemni. I tu jednak dużo jest schematów i i zupełnie zbędnej technicznej teorii (polecam imponujący wykres krzywej charakterystycznej negatywu ze s. 126, ale później też nie brakuje prezentacji krzywych charakterystycznych), a mało wiadomości praktycznych.

Gorzej być nie może?
Strona wizualna nie jest atutem podręcznika. Dominują schematy i wykresy, a zdjęcia są małe i pośledniej urody. Poziom atrakcyjności fotografii zawyżają zdjęcia z popularnych sztoków – też nie ma się czym zachwycać, ale przynajmniej nie wyglądają na amatorskie pstryki. Ani się tej książki dobrze nie czyta, ani nie ogląda, a zaprezentowane fotografie nie uzasadniają tytułowych pretensji, by uczyć czegoś na poziomie mistrzowskim.

A na koniec dostajemy wisienkę na torcie: porady na temat prowadzenia profesjonalnej działalności fotograficznej… w amerykańskich i brytyjskich realiach księgowo-prawnych.

Jest to najgorszy podręcznik fotograficzny, jaki miałem okazję widzieć w ostatnich kilku latach. Co nie znaczy, że zaawansowanym fotoamatorom nie może on dostarczyć satysfakcji i rozrywki: wyszukiwanie błędów, przeinaczeń i stwierdzeń dziwacznych może pochłonąć na długie godziny.

Michael Langford, Efthimia Bilissi i in., Fotografia według Langforda dla mistrzów, czyli jak osiągnąć doskonałość, wyd. Wojciech Marzec, s. 466, cena 99 zł.

Czarowne Świętokrzyskie: Śniadka
Zdjęcie powyżej nie ma nic wspólnego z recenzowaną książką, pochodzi ze Świętokrzyskiego i jest rekompensatą dla wytrwałych Czytelników recenzji.

Islandzkie drapieżniki

Kirkjufell i bezsenność nocy letniej

Na Islandii można sobie zrobić krzywdę na sporo różnych sposobów. Zapewne najłatwiej dostępny to: spaść. Miejsc do spadania z naprawdę imponujących wysokości jest sporo. Jak się jednak okazuje, są i bardziej fantazyjne pomysły na skrócenie sobie życia. Listę „Rzeczy, które Cię mogą zabić na Islandii” zamieścił serwis GuideToIceland.is. Są tam niespodziewanie duże fale, którym zdarzało się zgarnąć do morza ludzi stojących na plaży. Na mnie wrażenie zrobili całkiem liczni ponoć turyści, którzy włażą na kawałki lodowca pływające po Lodowcowej Zatoce. Później taki kawałek lodu z pasażerem sobie odpływa na środek zatoki, a bywa, że obaj wypływają na pełne morze – prądy są tam silne. Do tego te bryły, topniejąc, czasem odwracają się do góry nogami… Wysoko na liście imponujących pomysłów jest również włażenie latem do lodowych jaskiń.

Z dobrych wiadomości: na Islandii jest tylko jeden gatunek zwierząt, które atakują ludzi. To… rybitwy. Wprawdzie nikt jeszcze nie został zabity przez rybitwę, ale ranni, owszem, zdarzają się wcale często. Te ptaki atakują wszystko, co będzie zbyt blisko gniazd. Jednocześnie nie mają oporów, żeby urządzać gniazda tuż przy ruchliwej drodze asfaltowej czy obok parkingu przy Lodowcowej Zatoce.

Co może zrobić rybitwa człowiekowi? Okazuje się, arsenał ma całkiem pokaźny. Oprócz przeprowadzania ataków pozorowanych, obliczonych na wystraszenie ofiary, ptaki te bombardują całkiem celnie (lepiej nie pytajcie czym…) oraz z lotu nurkowego atakują za pomocą szponów i dzioba.

Jak się bronić przed latającymi chuliganami? Tutaj fotografowie mają łatwiej: wystarczy wystawić wysoko nad głowę statyw. Rybitwy atakują głowę intruza, a że specjalnie sprytne nie są, to za głowę uznają najwyższy punkt. Przed bombardowaniem to niekoniecznie uchroni, ale przynajmniej unikniemy ran ciętych. Co mają robić osoby, które nie mają statywu? Zaleca się trzymanie wysoko nad głową dowolnego dużego przedmiotu, a w braku takiego – po prostu uniesienie wysoko rąk.

Powyżej kolejny widok góry Kirkjufell, do której z kwatery w Grundarfjörður szliśmy przez godzinę – drogą, koło której rybitwy zrobiły sobie gniazda. A później tą samą trasą wracaliśmy. Statywy przydały się nie tylko do robienia zdjęć!

Przy okazji – na zdjęciu widać słynny „midnight sun”, czyli poblask słońca widoczny na Islandii latem nawet w środku nocy.  I choć trudno w to uwierzyć, to naprawdę nie ma sensu zabierać o tej porze roku latarek.

Pewnego RAW-era życie po życiu

Obecni Dum w Pradze

Pamiętacie program LightZone? Pewnie nie… Pisałam o nim kiedyś na łamach DFV jako o sympatycznym RAW-erze z oryginalnym podejściem do korekcji jasności, i do korekcji w ogóle. Bezstratna edycja oparta częściowo na systemie strefowym, a częściowo na systemie półautomatycznych selekcji sprawiała, że łatwo można było w nim edytować poszczególne części zdjęcia. Program był komercyjny, ale niedrogi i intuicyjny – coś w sam raz dla tych, którym Adobe z jakiegoś powodu nie odpowiada.

Pewnego dnia LightZone po prostu znikło. Strona przestała się ładować, plików nie dało się znikąd pobrać, zero odzewu od sprzedawcy, wessała go czarna dziura. Poszła fama, że to nie tyle czarna dziura, co kolorowe jabłko – autor LightZone zatrudnił się w Applu, a nowy pracodawca nie pozwolił pracownikowi na skoki w bok, czyli prywatną działalność programotwórczą. Tak czy siak, ciekawy program zniknął z rynku całkowicie; nie został nawet wykupiony, po prostu przestał istnieć.

Do czasu. Najpierw kliku zapaleńców stwierdziło, że przydałaby się przynajmniej jakaś strona, na której użytkownicy LightZone mogliby ze sobą porozmawiać, poszukać (lub udzielać) rad, dzielić się wrażeniami. Tak powstała strona o znaczącej nazwie LightZombie. Później udało się wynegocjować uwolnienie kodu źródłowego programu i oto mamy wielki powrót z zaświatów: LightZone znowu istnieje.

Nie zmienił się jakoś znacząco od czasu swojego zniknięcia. Trochę drobnych usprawnień interfejsu, trochę poprawek usuwających błędy, ale żyje i jest rozwijany przynajmniej o tyle, żeby zapewnić zgodność z nowymi systemami i obsługiwać nowe aparaty. Działa na Windows, Maku i Linuksie, więc nikogo nie dyskryminuje. Jeśli więc ktoś szuka RAW-era, to być może właśnie znalazł – z wieloma narzędziami, sporymi możliwościami edycji miejscowej, a w dodatku za darmo. Nawiązanie do Ansela Adamsa i jego systemu strefowego wprawdzie nie przerobi wszystkich zdjęć na arcydzieła, ale może sprowadzi na fotografa natchnienie?

P.S. Gdyby ktoś nie mógł znaleźć przycisku Download na stronie LightZone, to informuję, że takowego nie ma. Najpierw trzeba się zarejestrować, korzystając z pola po prawej stronie, a dopiero później po lewej pojawi się okienko z możliwością pobrania programu.

P.P.S. Na zdjęciu u góry Obecni Dum, czyli miejski dom kultury w Pradze.

Lista odlotowych pomysłów

Toskański kot

Spieszę niniejszym potwierdzić, że wczorajszy wpis był żartem primaaprilisowym. To taki piękny dzień w roku, który pozwala zobaczyć, ile jest w ludziach fantazji. Jak się okazuje, jest jej całkiem sporo, na szczęście. Jeśli ktoś ma ochotę się pośmiać ze starych kawałów (primaaprilisowych) i nie boi się angielskiego, to tu: http://hoaxes.org/aprilfool/P90 jest lista stu najlepszych żartów w historii – oczywiście, najlepszych według układającego listę. Nie zawsze się z nim zgadzam, niemniej jednak pomysł na wspaniałe zbiory spaghetti rosnącego na szwajcarskich drzewach (pierwsze miejsce) jest powalający.

Fotograficzne żarty z konieczności są nieco ograniczone tematycznie, ale mimo to ludek fotografujący miast i wsi spisuje się dobrze. Zbiorek najlepszych (a przynajmniej niezłych) żartów z naszej działki można przeczytać klikając tutaj – znowu po angielsku wprawdzie, ale jest dużo obrazków, a nawet filmy :) Szczególnie polecam uwadze analogowy filtr usuwający owłosienie z twarzy, taksówkę z drona oraz nowy aparat firmy Sony, jak zwykle bardzo nowatorski, bo pozwalający fotografować duchy.

Zdjęcie na górze to też nawiązanie do pierwszokwietniowych żartów, aż dwóch: Olympus wypuścił aparat z absolutnie przełomowym filtrem artystycznym, dodającym automatycznie do każdego zdjęcia portret psa, rasy odpowiedniej do sytuacji w kadrze. Druga historia pochodzi od firmy od przechowywania danych Backblaze: specjalny program wyszuka na komputerze użytkownika zdjęcia zwierząt i automatycznie zrobi ich backup w chmurze, co ma z jednej strony poważnie odciążyć dyski użytkowników, a z drugiej – zapewni zachowanie tych najcenniejszych zdjęć. Kot by się zdziwił.

W tym towarzystwie news o filtrze do Lightrooma, który przerobi każde zdjęcie na arcydzieło Ansela Adamsa, brzmi prawie że poważnie. Przecież ciągle słyszymy takie reklamy, przez cały rok…

Canison – wreszcie połączenie Nikona, Canona i Sony!

Toskańskie pola o świcie

Teraz już wiemy, co kryło się za zmianami w Sony i wydzieleniem z koncernu części fotograficznej – w tle były negocjacje z Canonem i Nikonem. Połączenie trzech najpotężniejszych firm fotograficznych i konsolidacja rynku wydaje się dobrą reakcją na słabnącą sprzedaż aparatów fotograficznych. Nie wszystkie jednak napływające od nowego potentata informacje są optymistyczne. Trzech gigantów nie dogadało się co do przyjęcia za standard żadnego z dotychczas istniejących bagnetów. Ogłoszono natomiast dwa nowe bagnety: C2 i C3 – pierwszy będzie dla aparatów z matrycą APS-C, a drugi dla pełnoklatkowych. Wspomniano także o bagnecie C1, który jest identyczny z dotychczasowym bagnetem Nikona 1: menadżerowie Nikona wynegocjowali, że będą dalej mogli robić bezlusterkowce z malutkimi matrycami, ale będą one sprzedawane wyłącznie w sklepiku firmowym, dostępnym tylko dla pracowników. Nie dogadano się natomiast, czy wizjery w nowych Canisonach powinny być optyczne, czy elektroniczne, więc pierwsze konstrukcje będą w ogóle pozbawione wizjerów. Nowe aparaty, a także obiektywy z tymi bagnetami, mają pojawić się jeszcze przed wakacjami. Dotychczas oferowane modele lustrzanek i bezlusterkowców Canona, Nikona i Sony nie będą dalej rozwijane. Można spodziewać się sporych wyprzedaży i obniżek cen w połowie roku!

Informacja o powstaniu koncernu Canison nie była zaskoczeniem w branży, skoro jednocześnie Olympus zapowiedział wykupienie marki Pentax od Ricoha i wprowadzenie nowego standardu: m43+, który ma się wyróżniać matrycą o 4,3 mm2 większą od pełnoklatkowej. Pierwszym aparatem m43+ ma być przekonstruowany Pentax K-1.

Fuji wydało oświadczenie, że nie jest zainteresowane przyłączeniem się do żadnej z nowych inicjatyw, a rozmawiać o współpracy może wyłącznie z Leicą. Leica odpowiedziała, że rozmawia tylko z bankami i to wyłącznie o lokowaniu zysków.

Uciekając przed rekinem

Wybrzeże Riomaggiore, Cinque Terre

Jeśli nie dajesz rady wygrać w jakiejś grze, spróbuj zmienić boisko. Kiedyś zrobił tak Olympus z Panasonikiem, gdy nie dając sobie rady na rynku lustrzanek firmy te wymyśliły bezlusterkowce. Pomysł wydawał się niezły. Po pierwsze, zamiast walczyć o przetrwanie w basenie, gdzie żerują dwa wielkie rekiny, przenosimy się do własnego basenu. Po drugie, bezlusterkowce są prostsze w konstrukcji, mają mniej części (brak mechanizmu ruchu lustra i toru optycznego do wizjera) i przez to są tańsze w produkcji. W pierwszych wywiadach bossowie koncernów stojących za micro4/3 zapowiadali, że sprzedaż tego typu aparatów będzie pod względem liczby egzemplarzy pomiędzy lustrzankami a kompaktami – a było to w czasach, gdy kompaktów sprzedawano o rząd wielkości więcej niż lustrzanek. Wszystkie te zapowiedzi brzmiały dobrze, tylko coś nie wyszło.

Organizacja zrzeszająca japońskich producentów aparatów opublikowała raport z zestawieniem wyników za zeszły rok i… wygląda on mniej więcej tak samo, jak raporty z poprzednich lat (surowe dane tutaj, ładna infografika tutaj). Kompakty pikują i w ciągu 2-3 lat będzie się ich sprzedawało mniej niż aparatów z wymiennymi obiektywami. Bezlusterkowców jest nieco więcej niż poprzednio, a lustrzanek nieco mniej, ale nadal na 1 sprzedanego bezlusterkowca przypadają ponad 3 nowe lustrzanki. Nie wyszło więc stworzenie rynku bardziej masowego niż ten, na którym rządzą Canikon, ale to tylko część problemu.

Parking w Cinque Terre

Kolejny problem, że do basenu, który kiedyś sobie wykopali twórcy m4/3 wprowadziło się więcej uciekinierów. Wprowadzili się nie jako goście, przyłączając się do inicjatywy m4/3, ale jako rywale, próbujący sobie basen zawłaszczyć. Co zresztą już się udało, jako że liderem na rynku bezlusterkowców jest Sony (z dwoma systemami: pełnoklatkowym i APS-C). Jest tam też Fuji, być może Pentax (trudno mieć pewność, czy oba bezlusterkowe systemy Pentaxa są jeszcze żywe). Są też dwa rekiny (Nikon z kompaktową serią „1” oraz Canon, któremu np. na specyficznym rynku japońskim idzie zaskakująco dobrze). Poszedł sobie wprawdzie Samsung, ale dla pozostałych to kiepska pociecha, bo za to dołączyły dwie inne firmy: Leica i Sigma – każda z własnym systemem bezlusterkowym. Właściwie to Leica nawet z kilkoma systemami – T, SL i być może należałoby też doliczyć M, a nie liczę średnioformatowego S). Sigma miała w ofercie lustrzanki na własny bagnet SA, teraz te same obiektywy będzie można przypiąć do dwóch wariantów bezlusterkowca Quattro. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto używałby lustrzanki Sigmy, to były aparaty, delikatnie mówiąc, bardzo niszowe.

Jest zagadkowe, dlaczego szefowie Sigmy uznali, że skoro nie idzie im z aparatami na dużym rynku lustrzankowym, to lepiej sobie poradzą na trzykrotnie mniejszym i znacznie bardziej zatłoczonym rynku bezlusterkowym. Jest to zagadkowe – ale bardzo popularne. Wszyscy producenci uciekają od rywalizacji w dużym basenie lustrzankowym i tłoczą się na znacznie mniejszym bezlusterkowym, oddając walkowerem 3/4 rynku aparatów z wymienną optyką Canonowi z Nikonem (parę procent dostaje Pentax i być może coś skapnie dla SLT od Sony). Na 1/4 rynku aparatów z wymienną optyką o przeżycie walczy Sony, Olympus i Fuji, próbuje coś ugrać Pentax, Sigma wierzy w reinkarnację, a Leica, chyba w ramach podnoszenia sobie poprzeczki, rywalizuje sama ze sobą. 8 lat temu można był wierzyć, że ludzie chętniej będą kupowali bezlusterkowce niż lustrzanki, ale dane z rynku od lat pokazują to samo: basen z dwoma rekinami jest trzy razy większy. Co gorsza, dwa rekiny też tu zaglądają i choć jeszcze nikogo nie zjadły, to podgryzają, podgryzają…

Rozumiem niechęć do bezpośredniego rywalizowania z Canonem i Nikonem. Jeśli jednak coraz więcej firm będzie się tłoczyło w niszy, której główną zaletą jest brak dominacji Canikona, to nie ma szans, żeby wszystkim tam się żyło długo i szczęśliwie.

Oba zdjęcia powyżej z Cinque Terre.

Wesołych Świąt!

Wielkanoc 2016

Radosnej Wielkanocy, wiosennego nastroju przez cały rok i ciekawego światła na wszystkich plenerach

życzą Ewa i Piotr

Co ja mam fotografować?

Kościół Archiopactwa w Jędrzejowie

Czasem słyszę pytanie takie jak w tytule i mam wtedy zgryza. Osoba pytająca oczekuje, że pokażę palcem: „O, to tam sfotografuj, i tamto”. Ona (w sensie osoba, ale może to też być on) wtedy pójdzie, zrobi pokazane zdjęcia i one będą dobre, bo będzie na nich to, co należało sfotografować.

Tylko, że to tak nie działa. Że są marne szanse na pokazywanie palcem, to raz. A dwa, że nawet gdyby, to i tak guzik z tego wyjdzie. Nie chodzi o to, że zdjęcia nie wyjdą – aparat przeważnie jest w stanie zadbać o w miarę poprawną ekspozycję. Nie wyjdą dobre zdjęcia. Lepszą od pokazywania odpowiedzią jest bowiem pytanie: „A co cię tu może zaciekawić?”

Gdy zastanawiasz się, co fotografować – fotografuj to, co lubisz, co ci się podoba, co interesuje. Lubisz gotowanie i jedzenie? No to nadchodzi świąteczna okazja do fotograficzno-kulinarnego szaleństwa. Nie lubisz? Idź na spacer, właśnie kwitną krokusy (przynajmniej we Wrocławiu). Kwiatki są nudne? To może drzewa? Ludzie z psami na spacerze, chmury nad blokami, detale figur szachowych? COŚ cię chyba interesuje?

Tak jak do skutecznego fotografowania zwierząt jest potrzebna wiedza o ich zwyczajach, tak i do innych dziedzin przydaje się wiedza o obiektach, którym się robi zdjęcia. Jeśli się coś lubi, to się tę wiedzę ma albo jej z czasem nabywa. Czuje się, co jest w danym temacie ważne, co nietypowe, a co zwyczajne. Umie się spojrzeć głębiej, dostrzec nieoczywiste – albo przynajmniej się tę umiejętność stopniowo ćwiczy.

Fotografowanie to proces: proces dochodzenia do coraz lepszych kadrów, ale też do wiedzy o sobie samym. O własnych upodobaniach, ograniczeniach, pasjach i znudzeniach. Tego nikt palcem nie pokaże. Natomiast jeśli jednak pójdziesz na ten spacer i zaczniesz się przyglądać krokusom, ich barwom, żyłkom, układowi liści i płatków, to być może stwierdzisz, że kwiatki jednak nie są takie nudne. Dowiesz się czegoś o roślinach, o ich fotografowaniu – i o sobie. Ale z góry tego też ci nikt nie powie.

P.S. Na koniec coś technicznego: jeśli ktoś jeszcze o tym nie wie, informuję, że od wczoraj znane filtry Nik Collection są darmowe. Pasują do Photoshopa i Lightrooma, a większość również do PS Elements. Miłego filtrowania!

P.P.S. U góry zdjęcie architektoniczne ze Świętokrzyskiego (edytowane bez Nik-a), a po prawej zaproszenie na nowe warsztaty „Świętojańskie Świętokrzyskie”, które odbędą się, a jakże, w czerwcu. Zapraszamy!

Recenzja: Jak podejść świstaka

Henryk Janowski, Rafał Gawełda, Fotografia przyrodnicza dla wytrwałych

Poradników fotografowania zwierząt ukazało się na polskim rynku księgarskim kilka. Rzadkością jest jednak pozycja odnosząca się do polskiej przyrody i prezentująca sekrety fotografowania rodzimych gatunków.

Wydana nakładem wydawnictwa Helion „Fotografia przyrodnicza dla wytrwałych. Jak skutecznie fotografować zwierzęta” jest poradnikiem rodzimym od A do Z. Napisana przez Henryka Janowskiego i Rafała Gawełdę książka omawia techniki i metody fotografowania ptaków i ssaków występujących na terenie Polski. Owszem, znaczna część zawartych tu informacji i porad jest uniwersalna i sprawdzi się w każdym regionie świata, ale tutaj dodatkowo mamy podpowiedzi związane ze zwyczajami rodzimych gatunków fauny.

Zacznijmy od podstaw
W książce znajdziemy zarówno sugestie co do wyboru sprzętu potrzebnego w fotografii przyrodniczej, jak i omówienie sposobów radzenia sobie z różnymi gatunkami zwierząt w różnych porach roku i różnych sceneriach. Mamy tu omówione kwestie związane z budową kilku typów czatowni (stałej, przenośnej, a także pływającej), jak również wskazówki dotyczące stworzenia sobie „safari” we własnym ogródku.

Sporo uwagi poświęcono zagadnieniom związanym z optymalnym ubiorem fotografa – zarówno pod kątem skuteczności maskowania, jak i komfortu długiego czekania na „strzał”. Autorzy przedstawili też kluczowe informacje na temat zachowania różnych gatunków ptaków i ssaków, które są ważne dla udanej obserwacji.

Polska przyroda
Dużym atutem książki jest osadzenie jej w rodzimych realiach. Nie czytamy o sekretach fotografowania hien, szakali czy pum, ale lisów, borsuków i świstaków. Przytaczane przez autora historie o porażkach prowadzących do sukcesu – jak np. w przypadku pysznej historii o świstakach (s. 166-171) nie tylko są lekturą ciekawą, ale też dającą się bezpośrednio przełożyć na praktyczną wiedzę. Nie zabrakło sugestii, w jakich regionach Polski warto szukać konkretnych gatunków zwierząt.

Autorzy zwracają także uwagę na kwestie etyczne. Na samym początku znajdziemy „Kodeks etyczny fotografa przyrody”, później odnoszą się do takich kwestii jak fotografowanie zwierząt trzymanych w niewoli jako dzikich czy nęcenie żywą przynętą. W późniejszych rozdziałach odnoszą się do zasad, jakich trzeba przestrzegać fotografując w polskich parkach narodowych, a także zwracają uwagę, aby nie podejmować działań mogących narazić zwierzęta (zwłaszcza młode) na niebezpieczeństwo.

Minus sprzętowy
Słabym punktem książki jest rozdział z poradami dotyczącymi wyboru aparatu. Autorzy słusznie zwracają uwagę, że kluczowymi parametrami będzie matryca dająca dobrej jakości obraz na wysokim ISO oraz sprawny autofokus. Tym bardziej dziwi zakwalifikowanie do aparatów spełniających wymogi fotografii przyrodniczej prehistorycznych Canonów 10D, 20D i 30D oraz Nikonów D100 i D200, przy jednoczesnym zdecydowanym wykluczeniu serii trzycyfrowej Canona i czterocyfrowej Nikona. Jednak matryca i 19 punktów krzyżowych w Canonie 760D radzą sobie „odrobinę” lepiej niż ich odpowiedniki w 10D czy D100.

Nie ma takich kontrowersji w części doradzającej wybór obiektywów, statywów, głowic i plecaków. Trzeba jednak mieć na uwadze, że wszelkie porady sprzętowe w książkach starzeją się najszybciej.

To nie album, a szkoda…
Fotografii w książce jest bardzo dużo, jednak zdecydowana większość z nich została wydrukowana w niewielkim rozmiarze. Z jednej strony dzięki temu zmieściło się więcej materiału ilustracyjnego dla omawianych zagadnień, z drugiej jednak strony wiele z tych fotografii jest pierwszej urody i zasługuje na większy format. No cóż, nie ma wątpliwości, że książka została pomyślana jako poradnik, a nie album.

Trudno nie porównywać recenzowanej książki z również osadzoną w polskich realiach „Fotografujemy ptaki” Grzegorza i Tomasza Kłosowskich. Jednak te książki bardziej się uzupełniają niż konkurują ze sobą. „Fotografia przyrodnicza dla wytrwałych” omawia szerszy zakres zagadnień (m.in. fotografowanie ssaków), prezentuje unikatowe autorskie doświadczenia i niestandardowe pomysły na radzenie sobie w różnych przyrodniczych sytuacjach. Polecam!

Henryk Janowski, Rafał Gawełda, Fotografia przyrodnicza dla wytrwałych. Jak skutecznie fotografować zwierzęta, wyd. Helion, s. 190, cena 69 zł. Książka do kupienia w wydawnictwie Helion.

Zamknięte przejścia, otwarte pomysły

Uliczki Santorini

Fotografowie mają coś wspólnego z kotami: wąskie przejścia wciągają jednych i drugich. Niezmiennie. Niech no tylko się trafi ciasny zaułek, uchylona brama, kręta uliczka czy nawet po prostu rząd podcieni: fotograf od razu tam wsiąka. Najgorzej, gdy fotografów jest kilku: wtedy wsiąkają jeden po drugim, a czasem wręcz tworzy się kolejka. No chyba, że w okolicy jest więcej podobnych zakamarków; w takim przypadku znikają każdy w swoim, a później wymieniają się zaułkami. „Gdzieś ty to znalazł?” – „No jak to, zaraz za tobą, po prawej było przejście”. – „Ech, a mnie się wydawało, że tam nic nie ma”. Znacie to?

Nigdy nie ma „nic”. W zaułkach zawsze jest „coś”: ściany, linie, cienie i światła, drzwi, łuki, obdrapana farba, okazja do ćwiczeń z perspektywy i koloru. Wreszcie: ukryta obietnica przejścia gdzieś dalej, schowana możliwość, którą być może uda się odnaleźć. Nawet jeśli drzwi na końcu są zamknięte, to przecież samo ich istnienie sugeruje, że przejście istnieje. Zawsze warto się przyjrzeć, bo a nuż?

U góry jeden z miliona zaułków na Santorini, u dołu prawie że otwarte drzwi w dworku w Podzamczu Chęcińskim, z zeszłorocznych warsztatów świętokrzyskich.

Światło od drzwi. Czarowne Świętokrzyskie

Latanie z bateriami

Niebo nad Islandią

Przeloty samolotami są od lat coraz bardziej uciążliwe. Do kontroli i restrykcji antyterrorystycznych dochodzą jeszcze inne przepisy mające poprawić bezpieczeństwo. IATA, czyli organizacja zrzeszająca prawie 300 linii lotniczych, przygotowała nowe regulacje dotyczące przewozu akumulatorów litowo-jonowych – czyli takich, które służą m.in. do zasilania aparatów cyfrowych czy kamer. Nowe przepisy będą obowiązywały od kwietnia tego roku. Co wolno, czego nie wolno?

Akumulatory zostały podzielone na trzy grupy:

a) do 100 Wh

b) od 100 do 160 Wh

c) powyżej 160 Wh

I w zależności od pojemności akumulatora ustalone zostały dozwolone metody jego przewozu samolotem. I tak:

A) Akumulatory o mocy do 100 Wh możemy przewozić w bagażu podręcznym – zarówno gdy bateria jest w urządzeniu, które zasila, jak i gdy jest luzem (jako zapasowa). Możemy je też nadać z bagażem głównym (checked), ale tylko wówczas, gdy są w urządzeniu zasilanym. Tę ostatnią sytuację, choć prawnie dozwoloną, zdecydowanie odradzam – bo odradzam w ogóle pakowanie urządzeń elektronicznych do bagażu głównego. Nie wolno natomiast przewozić akumulatorów luzem w bagażu głównym! Co istotne, nie ma ograniczeń co do liczby akumulatorów o mocy do 100 Wh, które przewozimy w bagażu podręcznym.

B) Akumulatory o mocy między 100 a 160 Wh możemy przewozić w bagażu podręcznym, jeśli są umieszczone wewnątrz zasilanego urządzenia, a ponadto wolno nam mieć 2 sztuki luzem. W bagażu głównym takie akumulatory mogą być przewożone tylko wewnątrz urządzenia. Uwaga! Na przewóz takich akumulatorów musimy mieć zgodę linii lotniczej!

C) Tutaj sytuacja jest najprostsza: nie można akumulatorów o takiej mocy przewozić samolotem pasażerskim. W żaden sposób.

Jak sprawdzić, jaką moc ma używany akumulator, skoro są tam tylko oznaczenia w woltach (V) i w amperogodzinach (Ah) lub częściej – miliamperogodzinach (mAh)? Trzeba sobie policzyć. Wzór jest prosty: mnożymy wolty przez amperogodziny. Jeśli zamiast amperogodzin mamy miliamperogodziny, to wynik mnożenia trzeba podzielić przez 1000. I tak dla typowego akumulatora do aparatu (Canon LP-E6 – 7,2 V i 1800 mAh) mamy:

7,2 x 1800  /1000 = 12,96 Wh

Czyli znacznie, znacznie poniżej progu 100 Wh, za którym zaczynają się schody. I tak będzie ze wszystkimi akumulatorami do aparatów fotograficznych, nawet dużych i profesjonalnych, np. dla Nikona D4 zasilanie ma moc 22 Wh, dla Canona 1D X Mark II – 27-30 Wh. Także notebooki przeważnie mieszczą się poniżej granicy 100 Wh, choć trafiają się specjalne akumulatory o większej pojemności – lepiej takich w podróż nie zabierać, poprzestając na standardowej baterii. Dopiero profesjonalne kamery filmowe miewają akumulatory mocy większej niż 100 Wh – pamiętajmy o tym, jak będziemy kręcić hollywoodzki film. 😉

wejście do wodospadu Gljufrabui, Islandia

Uwaga jednak na drony! Akumulator najnowszego Phantoma 4 to 81 Wh, a zasilanie drona Inspire 4 mieści się dokładnie na granicy normy: 4500 mAh x 22,2V = 99,9 Wh. Istnieją też większe drony, dla których zasilanie ma moc powyżej 100 Wh, a nawet powyżej 160 Wh.

Kolejna istotna informacja: te wszystkie limity i ograniczenia nie dotyczą akumulatorów niklowo-kadmowych ani alkalicznych (czyli np. takich jak popularne paluszki AA i AAA) – te można bez problemów przewozić zarówno w bagażu podręcznym, jak i głównym. Trzeba tylko zadbać, żeby były zabezpieczone przed zwarciem, czyli indywidualnie zapakowane.

Wszystkie te informacje (i jeszcze wiele innych, np. o szkoleniach z pakowania baterii do przewozu samolotem – serio, serio) są podane na stronie IATA, przy czym najważniejsza dla nas jest ta infografika.

Powyżej zdjęcia z Islandii, na którą leci się samolotem. :) Oba zdjęcia z tego samego miejsca, różnią się obrotem o 180 stopni.