Wzory i ludzie

Przed katedrą w Perugii

Kamienne mury, rzeźbione schody i fontanny, ceglane dachy, piaskowiec, trawertyn i marmur – umbryjskie miasta są twarde, kanciaste i bogato zdobione, choć te zdobienia bywają nadgryzione zębem czasu. A jednak ta architektura ma ludzki wymiar. Pałace nie są przesadnie wielkie, rzeźbione lwy przy portalach mają wielkość wypasionych kotów (a czasem też ich miny), spotykani w kamiennych uliczkach ludzie uśmiechają się i życzą wszystkim dobrego dnia – nawet nam, ewidentnie obcym, snującym się po mieście z wielkimi aparatami na szyjach i cielęcym zachwytem w oczach.

Tych ludzi warto ująć w kamiennym krajobrazie miast. Przynależą do nich, nadają im sens i człowieczą skalę. Wprowadzają uśmiech, południowy luz i właściwy sens: środowiska przyjemnego życia.

U góry człowiek i gołąb przed fasadą katedry w Perugii, na dole główny plac niezmiernie sympatycznego miasteczka Bevagna.

Rynek w Bevagnia, Umbria

Okrągłe i puszyste

Cascia i jej kolumny, Umbria

Nie, tym razem również nie będzie o Włoszkach. Będzie o polarach. Majowa Italia zaskoczyła nas chłodną, wietrzną, a chwilami też deszczową pogodą, więc na plenery wychodzimy, zaopatrzeni w dwa rodzaje polarów: te okrągłe na obiektywy i te puszyste, dla ogrzewania nas samych.

Filtr polaryzacyjny to nie tylko doniebieszczanie nieba. Ulicom, dachom i ławeczkom miasteczek, błyszczącym od wilgoci, trzeba przywrócić ich normalne ubarwienie. Roślinność błyszczy zarówno w słońcu, jak i w deszczu, więc polarki są niezbędne dla przygaszenia odblasków. Dzisiejszym popołudniem zawitaliśmy do Marmurowych Wodospadów – największej w Europie sztucznej (!) kaskady. Mimo że stworzony ręką człowieka (jeszcze w starożytności, bagatela…), wodospad wygląda bardzo naturalnie, otoczony bujną zielenią. Rozmywaliśmy wodę długimi czasami, i tu również polary się przydały, zresztą razem z filtrami szarymi, bo dzień był słoneczny. A wieczorem zawitaliśmy do uroczego miasteczka Bevagna, gdzie wreszcie można się było pozbyć puszystej wersji polarów.

Marmurowe Wodospady, Umbria

Odpowiednio dużo tego co trzeba

Popołudnie w Ascoli Piceno

Znacie przepis na najlepszą włoską kawę? Trzeba wziąć odpowiednio dużo wody odpowiedniej jakości, odpowiednio dużo właściwej kawy, a potem gotować ją odpowiednio długo.

A przepis na zdjęcia z Włoch? Trochę podobny: odpowiednio dużo słońca w odpowiednich momentach, odpowiednio mało deszczu, również w odpowiednim momencie, a do tego jeszcze odpowiednio ukształtowane chmury. Och, no i jeszcze może się przydać paru Włochów w odpowiednim miejscu…

Tak właśnie mieliśmy dzisiaj. Piękne popołudniowe słońce w Ascoli Piceno, kilku eleganckich starszych panów dyskutujących w podcieniach kościoła, a wieczorem chwila deszczu, który przydał blasku brukom Nursji. Wystarczyło znaleźć się z aparatem, statywem i otwartymi oczami… w odpowiednim miejscu.

Nursja po deszczu

Fotografie na tę chwilę

  • Spotkanie na krzaczku

    Spotkanie na krzaczku

  • Dębowe opowieści

    Dębowe opowieści

  • Palmiarnia Lubiechowska

    Palmiarnia Lubiechowska

  • W zaułkach Burano

    W zaułkach Burano

  • Równiny Islandii

    Równiny Islandii

  • Książ: Detal

    Książ: Detal

  • Kamienie Elafonissi

    Kamienie Elafonissi

  • Kapliczka pod zębem czasu: Falasarna

    Kapliczka pod zębem czasu: Falasarna

  • Pychota po kreteńsku: gemista

    Pychota po kreteńsku: gemista

  • W toskańskiej mgle

    W toskańskiej mgle

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

Irista: chmurka dla fotografa

schody, Santorini

Kopii bezpieczeństwa nigdy dość. Dyski zewnętrzne, płyty DVD czy BR – jak najbardziej, ale swoje zalety mają też chmury. Wady zresztą mają również i np. do archiwizacji zdjęć w podróży nie bardzo się nadają, ale do domowej archiwizacji już jak najbardziej. Są różne Dropboxy, Dysk Google’a, OneDrive Microsoftu – wszystkie uniwersalne, do różnych zastosowań, co akurat dla fotografa niekoniecznie jest zaletą. Raz, że te chmury zapychamy różnymi danymi, niekoniecznie zdjęciami, a dwa, że interfejs dla danych wszelakich nie musi być wygodny przy zdjęciach. I tutaj mamy Iristę.

Irista.com jest serwisem dziwnym, aczkolwiek do pewnych celów użytecznym. Na dzień dobry może zaskoczyć, że nie można tam założyć konta podając adres e-mail – rejestruje się wyłącznie przez konto na Facebooku, Google+ lub też w serwisach Yahoo, Microsoftu, wreszcie za pomocą Canon ID.

Owszem, Irista jest własnością Canona, ale to nie wydaje się mieć żadnego znaczenia. Wrzucać można zdjęcia z aparatów różnych producentów, w tym RAW-y inne niż canonowskie CR2. Sprawdzałem kilka, jeśli ktoś trafi na RAW-y, których Irista nie wyświetla poprawnie, to proszę o komentarz. RAW-y oczywiście nie są wywoływane, a jedynie wyświetlany jest podgląd oparty na wygenerowanym JPEG-u.

Jedynym ograniczeniem jest łączny limit wynoszący 15 GB, więcej ograniczeń nie ma. Wrzucać można zdjęcia w dowolnych rozdzielczościach i dowolnie „ciężkie” megabajtowo, w tym RAW-y. Jeszcze ponoć w tym roku ma być możliwość wykupienia płatnego konta, gdzie będzie dostępne więcej niż 15 GB, ale to darmowe 15 GB ma zostać na zawsze. O ile istnieje jakieś zawsze w świecie serwisów internetowych…

Zdjęcia można wrzucać zarówno przez przeglądarkę, jak i za pomocą instalowanego na komputerze uploadera. Ten ostatni jest szczególnie wygodny, bo wystarczy wskazać katalogi do synchronizacji z chmurą, a automatycznie i w tle będzie dbał o to, aby zawartość tych katalogów była na Iriście.

Babel na Santorini

No i tu dochodzimy do pytania: a po co w ogóle z Iristy korzystać? No właśnie do backupu. 15 GB to nie jest astronomicznie dużo jak na kolekcję wszystkich zdjęć, ale wybrane najlepsze, nawet w pełnej rozdzielczości i formacie RAW, powinny się zmieścić. Backup i udostępnianie wybranych zdjęć lub albumów wybranym osobom to funkcje, które w Iriście wyglądają najlepiej. Nie ma natomiast w ogóle funkcji społecznościowych – lajkowania, komentowania, nawet nikogo nie da się znaleźć. To nie jest galeria, dzięki której zyskamy internetową sławę, natomiast jeśli chcemy udostępnić duże pliki wybranej osobie, to owszem, da się to wygodnie zrobić.

Trudno powiedzieć, czy Irista okaże się serwisem długowiecznym, ale na razie mamy do dyspozycji po 15 GB, więc korzystajmy, oczywiście stosując zasadę bardzo ograniczonego zaufania do trwałości i niezawodności darmowych serwisów internetowych.

PS. Zdjęcia u góry oczywiście z Santorini. A obok zapraszamy na fotowyprawę do Andaluzji. Zapraszamy serdecznie, aczkolwiek  nie wiemy, ile jest jeszcze wolnych miejsc, więc sugerujemy szybką decyzję i kontakt z Horyzontami.

Rzeczy, których nie ma

Cienie na Santorini

Fotografia odzwierciedla rzeczywistość? Bynajmniej. Gdyby tak było, obiekty nieistniejące nie ważyłyby na niej tyle samo, co solidny beton.

Bo czymże jest cień? Ledwo go zauważamy. Właściwie to musimy się dobrze skupić, żeby widzieć układ cieni na równi z tym, co materialne i namacalne. Ba, większość ludzi musi dopiero popatrzeć na gotowe, płaskie zdjęcie, żeby cienie w ogóle zauważyć. A tymczasem na fotografiach, inaczej niż w realnym świecie, cienie są obiektami materialnymi. Są równie konkretne i równie dobrze widoczne, co wszystko inne: drzewa, kamienie, domy, nawet ludzie. Ten fakt ma swoje plusy i minusy. Minusy objawiają się, gdy cień przechodzi byle jak przez istotne elementy sceny, psując ją. Nie da się go zignorować – on i tak będzie się pchał przed oczy. Wtedy trzeba sobie pójść i wrócić kiedy indziej, gdy światło się zmieni. Plusem jest z kolei możliwość wykorzystania cieni do uzupełnienia kompozycji – jeśli się je oczywiście zauważy. W tej sytuacji trzeba się pospieszyć, bo światło potrafi się zmieniać naprawdę szybko, a wraz z nim metamorfozie ulegnie cień.

Cień może być sugestią, kontekstem, kontrapunktem albo brakującym piecem piątym – ale tylko, jeśli złapiemy go w odpowiedniej chwili, we właściwym kształcie. Cień teraz jest, za chwilę może go nie być wcale albo zmieni się całkowicie, a wraz z nim charakter zdjęcia. Spieszmy się fotografować cienie – tak szybko znikają.

Cienie na Santorini

Obiektywy do makrofotografii, czyli dłuższy jest lepszy

Rosiczka

Nowy obiektyw Canona (EF-M 28mm f/3.5 Macro IS STM) do makrofotografii jest tyleż innowacyjny, co… mało interesujący. Owszem, wbudowanie w obiektyw lampy pierścieniowej, do tego opartej na LED-ach (a więc z możliwością zastosowania światła ciągłego), to jest nowość. Co więcej – nowość użyteczna, zwłaszcza w tym obiektywie. Natomiast sam obiektyw atrakcyjny jest umiarkowanie. Nie chodzi tylko o to, że przeznaczony jest on do niezbyt popularnych bezlusterkowców Canona. Najmniej zachęca ogniskowa – 28 milimetrów to bardzo mało, jak na obiektyw makro.

Ogniskowa ma znaczenie, w obiektywach makro szczególnie. Przy powiększeniach rzędu 1:1 (a ten obiektyw oferuje nawet imponujące 1,2:1), to ogniskowa określa odległość roboczą – czyli od przedniej soczewki obiektywu do fotografowanego przedmiotu. W przypadku obiektywów o ogniskowej 150 i więcej milimetrów dystans roboczy to ponad 20 cm, dla ogniskowych w okolicy 100 mm będzie to centymetrów kilkanaście, a ogniskowych 50 mm i krótszych – zaledwie kilka centymetrów. W przypadku tego EF-M 28/3.5 dystans roboczy dla największego powiększenia to zaledwie 1,3 cm. Nie dajmy się nabrać na podawany w specyfikacji minimalny dystans ostrzenia (w tym przypadku 9,3 cm)! Przypominam, że w przypadku aparatów z wymienną optyką ten parametr jest podawany zawsze dla odległości liczonej od płaszczyzny matrycy! Żeby uzyskać faktyczny dystans roboczy, to od minimalnego dystansu ostrzenia trzeba odjąć nie tylko długość obiektywu i głębokość od matrycy do bagnetu, ale też sprawdzić, czy przy największym powiększeniu obiektyw się nie robi dłuższy. Akurat ten się robi trochę dłuższy, ale są takie, które nie wysuwają tubusa (większość nowych konstrukcji o ogniskowej 100 mm i wszystkie dłuższe niż 100 mm obiektywy makro).

Fotografowanie czegokolwiek z odległości jednego centymetra, nawet jeśli nazywa się supermakro, wcale takie super nie jest. Wszelkie robaczki najprawdopodobniej będą wiały co sił przed wielką, zbliżającą się soczewką. Nawet jednak tematy niezdolne do ucieczki będą kłopotliwe, bo trudno je będzie fotografować w świetle przednim lub lekko bocznym bez rzucania cienia. Trzymając aparat o centymetr od modela, będziemy zasłaniać światło obiektywem, a pewnie też aparatem i własną osobą. W tym kontekście wbudowana lampa pierścieniowa jest użyteczna, ale bycie skazanym na sztuczne doświetlenie to mniejsze zło.

Atrakcyjność krótkiej ogniskowej, a więc i szerokiego pola widzenia, przy makrofotografii też jest co najmniej kontrowersyjna. Ogniskowe 100-150 mm ułatwiają wyizolowanie głównego motywu i dobranie eleganckiego, jednolitego tła. Przy szerszym polu widzenia łatwiej o pstrokate przeszkadzajki na drugim planie – wprawdzie płytka głębia ostrości (w makro głębia ostrości jest zawsze płytka, nawet przy f/32) ukryje, co tam z tyłu właściwie widać, ale będzie widać – kolorowe, pstrokate plamy.

Ten obiektyw może być użyteczny dla kogoś, kto w makrofotografii preferuje szerokie, wieloplanowe ujęcia i fotografowanie pod światło – ale wówczas po co mu doświetlenie lampą pierścieniową?

Rosiczki powyżej sfotografowane Sigmą 150/2.8 Macro.

Santorini mniej znane

Dzwonnica w Messarii, Santorini

Wczorajszy wieczór to oczywiście kolejny zachód słońca nad kalderą – tym razem ponownie w Firze. Spektakularnych baranków na niebie tym razem nie było, za to chmurka wisząca nad horyzontem przefiltrowała blask zachodzącego słońca na tyle, że można było bez żadnych kombinacji z filtrami połówkowymi czy HDR-ami fotografować znikającą za wyspą tarczę słoneczną.

Zachód słońca z Firy, Santorini
Przed popołudniowo-wieczorną sesją w Firze odwiedziliśmy Messarię – wioskę w centrum wyspy (o ile można mówić o centrum przy szerokości lądu poniżej 10 kilometrów), zamieszkaną przez cały rok, a nie tylko w sezonie turystycznym. Turyści tam nie zaglądają, więc dla mieszkańców byliśmy atrakcją dnia, zwłaszcza że zachowywaliśmy się dziwnie, obfotografowując cerkiewną dzwonnicę, bramy, uliczki, schody, a nawet dalmatyńczyka na tych schodach. Z pewnością pozostawiliśmy wrażenie przybyszy, którzy u siebie w domu nie mają ani schodów, ani dalmatyńczyków.

Zachód słońca z Firy, Santorini
Zaraz ruszamy na ostatnią sesję – popołudniowo-wieczorny drugi plener w Oia, a później ostatnia kolacja z mousaką, keftedesami, dolmadesami i saganaki. Następny świt przywitamy już na lotnisku, później jeszcze przesiadka w Atenach i do domu.

Oia duża i mała

Oia duża i mała

Oprócz Santorini islandzkiej i Santorini w chmurach jest też Santorini klasyczna, a trudno o bardziej klasyczną niż o zachodzie słońca w Oia. Ruiny fortu i okoliczne schody to późnym popołudniem miejsce spotkań połowy obecnych na wyspie turystów. Wszyscy z napięciem, zerkając na zegarki, czekają na moment, gdy słońce zanurzy się w Morzu Egejskim. Gdy doczekają tego fenomenu, biją brawo (słońce z pewnością docenia) i rozchodzą się. Niestety, ostatnio rozchodzi się tylko połowa z nich – reszta (być może w przekonaniu, że skoro statywowcy zostają, to musi być jeszcze coś ciekawego) nadal próbuje robić sobie selfie z kijów (wychodzą raczej czarne, ale to nie zniechęca).

Kamienny zamek błyskawiczny, Santorini
Oprócz fotografowania Oii w sposób klasyczny: zachód nad wiatrakami, popołudnie nad niebieskimi kopułami, domki i schodki z przepływającym opodal żaglowcem itp., można też w tym miasteczku znaleźć sporo motywów geometrycznych, mniej pocztówkowych, ale nadal bardzo greckich w tonacji. Schody i murki dostarczają obfitości linii prostych, a kopulaste lub walcowate dachy to materiał na łuki. No i z tych łuków i prostych można sobie składać dowolną liczbę kompozycji minimalistycznych, czasem monochromatycznych (gdzie indziej tak łatwo o architekturę utrzymaną w wysokiej tonacji?), czasem opartych na zestawieniu barw, np. żółtej ściany i niebieskiego nieba. Wystarczy chodzić i patrzeć.

niebiesko-żółte łuki, Santorini

Santorini: nieco Islandii

Z Nea Kameni na Santorini

No i mamy dwie wyspy w cenie jednej. 🙂 Wystarczy półgodzinny rejs statkiem, by z sielskich i idyllicznych miasteczek Santorini przenieść się w surowe klimaty Islandii. Surowość tutaj jest tylko wizualna, bo nadal jest ciepło (a niekiedy nawet za ciepło – słonko już solidnie grzeje w środku dnia). Tutejsza „Mała Islandia” nazywa się Nea Kameni i prezentuje klasyczne wulkaniczne pejzaże nie z tej ziemi. Spękane bryły lawy, przez które próbuje się przedzierać wątła roślinność, imponujący krater, a nawet…

Pelikan pod parasolem
kamienny pelikan pod parasolem (albo królik pod parasolem, tu zdania są podzielone). Pierwotne scenerie nie z tej ziemi dzieli tylko niezbyt szeroki pas wody od mousaki, dolmadesów i vinsanto na każdym rogu. Ech, żeby na Islandii równie łatwo było o tak pyszne jedzenie…

Życie na lawie, Nea Kameni

Z zimnej Santorini

Zachód słońca z Imerovigli

W tym roku nasze śródziemnomorskie fotowyprawy okazują się wyjątkowo chłodne. Kwiecień w Toskanii był zimny, teraz na Santorini nie widać śladu po upałach, które mieliśmy rok wcześniej. Za to tym razem mamy mnóstwo chmurek – mniejszych, większych, niekiedy też deszczowych, na szczęście tylko niekiedy. Wymiana zeszłorocznych upałów z bezchmurnym niebem na aktualne kilkanaście stopni i chmury jest korzystna – przynajmniej pod względem fotograficznym. Pierwszy zachód słońca, który fotografowaliśmy w Imerovigli, był niezły, a i wcześniej światło bywało ciekawe.
U góry zachód słońca w kolorach niemożliwych (ale realnych), na dole Santorini w chmurach, czyli zagadka z udziałem światła. Ktoś zgadnie, co to? Bo bynajmniej nie fotomontaż.

Odbicia Santorini

Uważaj, gdzie trzymasz filtry!

Hoya ProND fot. Andrzej Perkowski

Filtry szare serii Pro ND firmy Hoya to najlepsze takie akcesoria na rynku – są faktycznie neutralne, czyli nie wprowadzają żadnych przebarwień, dostępne w pełnym asortymencie gęstości aż do 10 EV (ND1000) oraz wszelkich średnicach. Pisałem o nich wcześniej tutaj i tutaj. Okazuje się, że w pewnych warunkach z tymi filtrami mogą być problemy. Andrzej Perkowski, który jeździ czasem na nasze fotowyprawy, zauważył, że nieużywany przez dłuższy czas filtr stracił powłoki: „To moja Hoya ProND. Była przechowywana w organizerze do filtrów z miękką wyściółką. Filtrom B+W nic się nie stało, Hoya jak widać jest delikatniejsza. Nie jest to wynik czyszczenia, bo od strony gwintu wewnętrznego filtr jest jak nowy. Raczej jest to jakaś reakcja z wyściółką (chemia?, grzyby? pocieranie?). Nie da się tego wyczyścić – uszkodzone są powłoki. Nie jest to też przypadek jednostkowy, bo „padły” oba filtry (drugi wygląda jakby ktoś coś metalicznego rozpylił na powierzchni).”

Wygląda na to, że niewłaściwe przechowywanie może uszkodzić powłoki tych filtrów i najlepiej przechowywać je w oryginalnych pudełkach.

filtry Hoya Pro ND uszkodzone powłoki

Zwróciłem się o komentarz do dystrybutora, jak dostanę więcej informacji, nie omieszkam się podzielić.

Zdjęcia filtrów autorstwa Andrzeja Perkowskiego.

A z bardziej pozytywnych spraw: w ramach Zerkacza zapraszamy teraz do odwiedzin na blogu Ewy Kudłaty, która wprawdzie niewiele pisze, ale publikuje dużo pięknych fotografii.

Granice ortodoksji

Dettifoss, Islandia

Dyskusje na temat tego, co jest prawdziwą fotografią i gdzie jest granica, za którą fotografia się definitywnie kończy, były, są i będą. I niezmiennie są zabawne. Ostatnio włączyła się tutaj Leica, która swój pozbawiony tylnego wyświetlacza dalmierzowiec M-D reklamuje hasłem „Fotografia w najczystszej postaci” (a także hasłem „Step back to the future”, które jednak w polskiej wersji jest już mniej zen i brzmi (zapewne nieintencjonalnie) racjonalnie: „Krok wstecz do przeszłości”). Brak możliwości podglądu wykonanego zdjęcia (a także np. sprawdzenia, ile jeszcze zostało miejsca na karcie pamięci) to ma być ta „esencja fotografii”? W kategorii ortodoksji i radykalizmu to żadna esencja, a ledwo roztwór homeopatyczny. Adama Fussa rozbawiłoby to do łez. Kim jest Adam Fuss? Fotografem, który twierdzi, że każdy obiektyw to już manipulacja obrazem i „kiedy tylko używasz obiektywu, reinterpretujesz świat zewnętrzny” („As soon as you have a lens, you’re reinterpreting the outside world.”). Zwolennik fotografii otworkowej, myślicie? Ależ skąd! Aparat także uznaje za manipulację rzeczywistością.

Eeee, to czym robić zdjęcia?

Adam Fuss: „Za czystą fotografię uważam fotogram” („I do see the photogram as pure photography”).

Fotogram to zdjęcie powstałe poprzez zbliżenie przedmiotu bezpośrednio do materiału światłoczułego – bez pośrednictwa aparatu i optyki. Możecie zobaczyć, jakie fotogramy pokazuje gugiel. Prawda, że interesujące? No i z pewnością trudno zrobić choć krok w stronę czystszej, bardziej ortodoksyjnej fotografii. Leica ma jeszcze sporo do usunięcia ze swoich aparatów – właściwie to sama czerwona kropka wystarczy.

Mostek w drodze do wodospadu Godafoss, Islandia

Jeśli ktoś Wam kiedyś zarzuci, że to, co robicie, to nie jest prawdziwa fotografia, bo… i tutaj padnie kolejna definicja prawdziwej fotografii, to zawsze możecie swojego rozmówcę przelicytować Adamem Fussem. A jego już nie da się niczym przebić.

Oba zdjęcia z Islandii. Zdecydowanie są manipulacją i reinterpretacją.

Pejzaż jesienny, pejzaż wiosenny

Dom, cyprys i Toskania

Pewnej toskańskiej jesieni, na plenerze o roboczym tytule „TE cyprysy”, zrobiłam klasyczny toskański pejzażyk: łagodne wzgórza zaplecione w jodełkę, jeden kamienny domek, jeden cyprys. Zdjęcie było już tu publikowane, ale przypominam je na dole wpisu. Kompozycja na tyle mi się spodobała, że nabrałam ochoty, by następnym razem powtórzyć ją w wiosennych zieleniach – to właśnie górne zdjęcie. Ale zanim mi się to udało, minął jeszcze następny rok.

Okazało się bowiem, że nie tak łatwo jest postawić statyw po raz drugi w tym samym miejscu. W scenerii nic się wprawdzie nie zmieniło (w Toskanii żadne istotne elementy krajobrazu nie mają prawa się zmienić), ale znalezienie po raz drugi tej samej perspektywy nie było proste. Domek, łuki wzgórz i cyprys układają się w ten sposób tylko, jeśli patrzy się z odpowiedniego miejsca. A ja nie pamiętałam, gdzie ono jest. Szukałam, chodząc tam, gdzie mi się wydawało, że chodziłam poprzednio, ale wciąż coś nie pasowało: a to domek nie wyłaniał się zza pagórka w tym miejscu co trzeba, a to cyprysa nie było. Gdzież ten cyprys – chyba go nie wycięli???

Szukałabym tak pewnie jeszcze długo, gdyby nie to, że grzebiąc w katalogu z poprzednią toskańską fotowyprawą (właśnie tą od pejzażu jesiennego), przypadkiem zerknęłam na sąsiednie, wcześniejsze zdjęcie. I w tym momencie wszystko mi się przypomniało i ułożyło, bo na dole zdjęcia zobaczyłam wąski, srebrzysty pasek: dach naszego autobusu. Załapał się tam przypadkiem przy kadrowaniu, a zauważyłam to dopiero po zrobieniu zdjęcia. Poprawiłam więc kadr i zrobiłam od razu drugie, to właściwe. Ale poprzedniego nie skasowałam. Wszystko stało się jasne: skoro na pierwszym planie był autobus, to znaczy, że zdjęcie zostało zrobione z drugiej strony drogi, spod TYCH* cyprysów. I rzeczywiście: gdy tam podeszłam tydzień temu, wszystkie elementy kadru ułożyły się wreszcie jak należy.

A wniosek z tych rozważań jest następujący: Nigdy nie wiadomo, do czego mogą się przydać nieudane zdjęcia.

Toskania

* Jak to których? Właśnie TYCH!

Nie wierz meteorologom

Pienza o świcie, Toskania

No i po siódmej Toskanii. Okazała się znacznie lepsza niż zapowiadały to prognozy, a pozytywne myślenie znowu wygrało z meteorologami. Gdyby miały się sprawdzić zapowiedzi, to moklibyśmy podczas połowy porannych plenerów, a z wieczornych przeganiałyby nas burze. Tymczasem deszcz dopadł nas dopiero w sobotę, podczas 9-godzinnego postoju w Arezzo. Trochę kapało, gdy byliśmy w mieście, ale naprawdę solidnie lunęło dopiero, gdy ruszyliśmy autobusem do Polski.

Trzeba wierzyć w swoje szczęście lub siedzieć w domu, bo, niestety, wiara w prognozy pogody przy fotografii pejzażowej nie bardzo się sprawdza. Raz, że nawet krótkoterminowa prognoza może okazać się całkiem błędna, a dwa – że nikt jeszcze nie stworzył map przewidujących pokrywę chmur z dokładnością do kilkudziesięciu metrów, do tego koniecznie z uwzględnieniem umiejscowienia dziur w chmurach. Bez tego nawet prawdziwa prognoza jest prawdziwa tylko statystycznie, o czym mieliśmy się okazję przekonać na porannym plenerze pod Pienzą: statystycznie chmur nie było – oprócz tej jednej dużej, która wisiała między nami a wschodzącym słońcem. Kilkaset metrów w jedną lub drugą stronę było słonecznie, a nad nami wisiał cień. Na szczęście nie musieliśmy długo czekać, by wiatr przesunął tę chmurę tak, że słońce zaświeciło: nie tylko na pejzaże przed nami, ale też na Pienzę za nami. No i powyżej jest taka właśnie Pienza: oświetlona słońcem, ale jednocześnie z mroczną chmurą nad wieżami miasteczka. Na tym zdjęciu mamy jeszcze coś ekstra – sztuczną mgłę. Prawdziwej nie było za sprawą chłodnych dni, ale przy jednej z willi ktoś akurat palił gałęzie, a wiatr zwiał dym w kierunku miasteczka.

Poniżej zdjęcie z pleneru, który też – gdyby wierzyć prognozom – nie miał prawa się udać, a udał się całkiem nieźle. Więcej Toskanii w naszym portfolio, a jeszcze więcej – we wrześniu.

Fale Toskanii

Toskania w podczerwieni

Cyprysy w podczerwieni, Toskania

Nasza Siódma Toskańska zbliża się do nieuchronnego końca – jeszcze jutro przejazd do Arezzo, tam 9 godzin spacerów, zakupów i przesiadywania po kawiarniach i restauracjach, a później już powrót do Polski.

Bagnoregio w podczerwieni, Toskania

Pogoda okazała się lepsza od prognoz, aczkolwiek jak na kwietniową Toskanię wyjątkowo surowa. Zapowiadane od trzech dni burze zamieniły się w lekką mżawkę w drodze powrotnej z dzisiejszego San Gimignano. Wszystkie plenery odbyły się bez przeszkód ze strony warunków atmosferycznych, światło bywało czasem niezłe, a czasem świetne.

Monteriggioni w podczerwieni, Toskania

Jak już wspominałem, tegoroczny kwiecień jest wyjątkowo chłodny, ale dla odmiany tak intensywnej zieleni i wyrośniętych zbóż jeszcze o tej porze nie widzieliśmy. To ostatnie sprzyjało fotografii w podczerwieni, więc tym razem w ramach ilustracji kilka kadrów z aparatu przerobionego na pasmo IR – o samym aparacie i przeróbce pisaliśmy tutaj.

Toskania w podczerwieni

W ramach nowych odkryć spieszymy donieść, że odkryliśmy w San Gimignano bar, gdzie można dobrze i tanio zjeść – jeśli tylko uda się dogadać z obsługą, która nie rozumie słowa po angielsku. Idąc główną ulicą miasta, tuż przed północną bramą należy skręcić w prawo i po kilkudziesięciu metrach po prawej stronie będzie bar „Lo Spuntino”. Co istotne – bar jest czynny cały czas, a nie tylko w dziwnych godzinach otwarcia włoskich restauracji. Poniżej Ewa przed bombowym calzone (serio tak się nazywa).

Ewa nad calzone, San Gimignano

Toskania non stop

Toskański poranek

Siódma toskańska fotowyprawa idzie świetnie, co źle wpływa na nasze relacje, niestety. Dyskusje kończące się dobrze po północy i wyjazdy na wschód słońca przed szóstą rano nie zostawiają dużo czasu na pisanie. Robimy jednak co się da! 🙂

Oprócz nowego punktu widokowego San Quirico mamy też nową piwnicę z winem w Montepulciano (dolne zdjęcie). odwiedzamy też oczywiście mniej nowe punkty plenerowe i te całkiem stare (niektóre mają już prawie 4 lata… 🙂 ). Na górnym zdjęciu właśnie taki prawie nowy plener – debiutował w zeszłym roku na jesieni, może się nas spodziewać we wrześniu.

Piwnica z winem w Montepulciano, Toskania

Fotograficznie jak na razie pogoda jest niezła, choć temperatury wyjątkowo niskie, jak na kwiecień. Przez te niskie temperatury w dzień nie trafił się dotąd nawet kawałek mgły, za to chmurki są całkiem niezłe. To na razie tyle, bo za 4 godziny następny plener.

Toskańska szczęśliwa siódemka

 

Villa Belvedere, Toskania

A my znowu w krainie cyprysów, falujących pól, miasteczek na wzgórzach, wina i sera – już po raz siódmy. Każda fotowyprawa do Toskanii jest podobna do poprzednich, ale też trochę od nich inna. Tym razem dzisiejszy poranny plener był zmianą, bo po raz pierwszy rozstawiliśmy się ze statywami pod (a właściwie nad) willą Belvedere. Później było bardziej tradycyjnie: sesja wśród uliczek i zaułków Pienzy, a na deser – czyli zachód słońca – znana i lubiana kępa cyprysów oraz okoliczne wzgórza. Tym razem trafiły nam się przy cyprysach rewelacyjne chmurki – najlepszy zachód słońca, jaki dotąd widzieliśmy w tym miejscu.

Cyprysy w podczerwieni, Toskania

A tu nowinka dla weteranów fotowypraw: mamy nowy autobus! Ma o kilka miejsc więcej (łącznie 35), mnóstwo miejsca na nogi i nieco mniej pojemne bagażniki – acz fotowyprawa w komplecie zmieściła się ze wszystkimi tobołami. Poniżej nasz nowy autobus i jego szczęśliwi kierowcy.

Autobus na fotowyprawy

Zbyt doskonałe zdjęcie

Wypatrując klienta. Etiopia

Czy fotografia może być zbyt dobra? Kompozycja zbyt doskonała? Moment złapany zbyt perfekcyjnie? Taką opinię o fotografiach Steve McCurry‚ego ma Teju Cole, regularnie piszący o fotografii na łamach „New York Timesa”. Cole zarzuca, że McCurry robi z Indii krainę fantazji białego człowieka – nawet nie przez selektywne wybieranie tematów i ujęć (co już było zarzucane zdjęciom z Indii), ale przez estetyzowanie tego kraju i przedstawianie go jako serii perfekcyjnych wizualnie scen. W opinii Cole’a doskonałość fotograficzna McCurry’ego powoduje, że na tych zdjęciach jest mało Indii, a dużo – właśnie McCurry’ego i jego perfekcji, a w efekcie widzimy nie prawdziwe Indie, ale fantazję białego człowieka na ich temat. Jako opozycję Cole proponuje Raghubir Singha, którego fotografie mają być bardziej prawdziwe, bo niezdominowane przez estetykę.

Czy faktycznie fotograficzna doskonałość utrudnia pokazywanie świata, a estetyka staje się wrogiem prawdy?

Powrót z targowiska, Etiopia

Zdjęcia nie McCurry’ego, tylko moje, nie z Indii, a z Etiopii, no i z pewnością mnie nie można zarzucić, że są zbyt doskonałe. 🙂

Szybciej, wyżej, mocniej

Dyrholaey inaczej. Islandia

Zdjęcie podoba się, gdy jest ostre, kontrastowe, kolorowe; zwraca uwagę nietypowymi technikami, specyficzną kolorystyką, niecodzienną perspektywą. Uczymy się więc wyostrzać, pracować nad kontrastem i kolorem, nadajemy kadrom ciepły blask i winietę, bo to zwraca uwagę, podoba się i zapewnia poklask. I nie ma w tym nic złego… dopóki nie wpadniemy w wyścig coraz mocniejszego wyostrzania, wyższego nasycenia, cięższej winiety.

Widzi się w galeriach internetowych bardzo dużo, i mam wrażenie że coraz więcej, zdjęć przesyconych, przekontrastowanych, przeostrzonych, z winietą taką, że prawie zasłania temat. A wszystko to w pogoni za większą oglądalnością i liczbą lajków (jakkolwiek one się akurat w danej galerii nazywają). Fotografia to jednak nie sport – dewiza olimpijska się do niej nie odnosi. A przynajmniej nie powinna.

Mechanizm tego „wyścigu” jest dość prosty. Ktoś edytuje zdjęcie tak jak mu się podoba, wstawia takie ładne i kolorowe do sieci. Zdjęcie zostaje pochwalone, więc następne zrobi tak samo. A może trochę mocniej, żeby się jeszcze bardziej podobało? I jeszcze trochę? Inni też nie są ślepi; widzą, co dostaje pochwały, więc naśladują. Trzeba więc przesunąć suwaczki jeszcze trochę, żeby się wyróżnić. I jeszcze trochę… i tak powoli, krok po kroku, dochodzimy do stanu, gdy suwaczkom trudno już przywrócić pierwotne położenie, bo pospadały na dywan i odkurzacz je wciągnął. Ale przecież takie zdjęcia się podobają, więc nie ma problemu. Nie ma?

Przejazd z obrotem: X-Curve dla Slidekamera SP-600

X-Curve dla Slidekamera SP-600X-Curve to dwa wsporniki, głowica i pręt sterujący. Potrzebna jest jeszcze szyna, na której to da się zamontować.

Dodatek X-Curve do szyny sprawia, że film z przejazdu jest jeszcze bardziej przestrzenny – tak, jakby szyna była znacznie dłuższa! Daje to świetny wizualnie efekt przy nadal w miarę kompaktowych wymiarach urządzenia.

O szynie SP-600 gdańskiej firmy Slidekamera można poczytać w sekcji Nasz sprzęt i oprogramowanie. Przypomnę, że to tzw. slider, czyli szyna, po której aparat lub kamera płynnie przejeżdżają w trakcie filmowania. Dzięki zjawisku paralaksy taki przejazd daje na filmie bardzo przestrzenne, niemal trójwymiarowe wrażenie – jeśli tylko pierwszy plan jest dostatecznie blisko. Do szyny (zarówno w rozmiarze o długości 60 cm, jak i 100 cm) dostępny jest teraz dodatek o nazwie X-Curve. Co to takiego?

Jak to działa
X-Curve to dodatek do szyny, który pozwala na płynny obrót aparatu w trakcie przejazdu. Składa się on z dwóch wsporników montowanych na brzegach szyny, obrotowej głowicy przykręcanej do wózka oraz pręta, montowanego do wsporników i przechodzącego przez głowicę. Konstrukcja jest w pełni mechaniczna, a rolę sterowania pełni pręt: gdy jest unieruchomiony równolegle do szyny na środku wsporników, aparat przejeżdża bez obrotu. Jeśli jednak pręt zamocowany jest niesymetrycznie, tzn. jeden jego koniec jest wysunięty do przodu, a drugi cofnięty, wtedy w trakcie przejazdu wózka głowica się obraca, a wraz z nią aparat.

Obrót aparatu w trakcie przejazdu odbywa się całkowicie mechanicznie – sam przesuw wózka po szynie powoduje stopniowy obrót wymuszony przez ustawienie pręta. Do tego celu nie jest potrzebny żaden dodatkowy silnik, ale oczywiście można skorzystać ze standardowego napędu szyny, który służy do przesuwu wózka – teraz będzie on dodatkowo powodował obrót aparatu. Można też oczywiście stosować X-Curve do wykonania zdjęć interwałowych z przejazdem – sterowanie się tutaj nie zmieniło.

Slidekamera SP-600 z modułem X-Curve
Szyna SP-600 z zamontowanym X-Curve.

Śledzenie i panoramowanie
Co ciekawe, mamy możliwość regulowania sposobu obrotu aparatu – ponownie za pomocą tego samego pręta. Jeśli lewa strona jest wysunięta do przodu, a prawa cofnięta, aparat obraca się wokół punktu, znajdującego się centralnie przed szyną. Mamy wówczas ciekawy efekt, jakby aparat krążył wokół pierwszoplanowego obiektu – w trakcie przejazdu ten najbliższy motyw jest „śledzony”.

Jeśli natomiast lewa strona pręta jest cofnięta, a prawa wysunięta, aparat w trakcie przejazdu „rozgląda się na boki”, czyli przy starcie od lewej obiektyw jest skierowany w lewo, a kończąc przy drugiej krawędzi szyny, w polu widzenia obiektywu mamy scenerię znajdującą się po prawej stronie. Takie prowadzenie kamery przypomina panoramowanie.

Oba tryby dają bardzo interesujący efekt na filmie. Śledzenie koncentruje uwagę widza na wybranym pierwszoplanowym obiekcie, jednocześnie prezentując obszerną panoramę drugiego planu. Panoramowanie z kolei sprawia wrażenie, że przejazd prezentuje większy obszar – tak, jakby szyna była znacznie dłuższa.

Wzrost, waga i cena
Z zamontowanym X-Curve szyna nie robi się dłuższa (choć filmy takie sprawiają wrażenie), natomiast robi się wyższa. Nadal mieści się w firmowym pokrowcu, ale… już nie z założoną głowicą. Można mieć więc X-Curve cały czas zamontowane na szynie, ale przed sesją trzeba przykręcić głowicę. Nieduża to uciążliwość, ale odrobinę wydłuża przygotowania – nieco wyższy futerał rozwiązałby problem. Dodanie omawianego modułu zwiększa wagę zestawu o 1,06 kg (dla wersji SP-600). Koszt X-Curve dla szyny SP to 1300 zł – niezależnie od tego, czy wybieramy wersję dla SP-600, czy dla dłuższej SP-1000.

Jazda po łuku
Filmy z szyny sprawiają wrażenie bardziej przestrzennych. Z modułem X-Curve efekt przestrzenności jest jeszcze silniejszy. Obsługa jest bardzo prosta, a dwa dodatkowe modele ruchu dają większe możliwości i pozwalają bardziej zróżnicować wideoklipy. Można też oczywiście prowadzić aparat bez obrotu – jak bez X-Curve, więc nic nie tracimy. Dodatkowy kilogram nie robi różnicy, więc jeśli tylko filmujemy z szyny, to nie ma się co zastanawiać nad dołączeniem X-Curve do arsenału.