Nikon: JESTEM NIEZDECYDOWANY

domek na Lofotach

W czasie, gdy my staraliśmy się nie dać zwiać z Lofotów, Nikon wykonał pionierski w świecie fotografii manewr. Prawie rok temu firma ogłosiła premierę trzech kompaktów z nowej serii DL. Wszystkie miały mieć dużą (jak na kompakt) matrycę o rozmiarze 1 cala, a najciekawszy model obiektyw o zakresie ogniskowych odpowiadających pełnoklatkowemu 18-50 mm, a więc dysponować rekordowo szerokim kątem widzenia (znowu: jak na kompakt) i niezłą jasnością (ten model i DL24-85 miały mieć zoomy o świetle f/1.8-2.8). Do sklepów aparaty miały trafić w lipcu zeszłego roku, ale nie trafiły. A teraz Nikon ogłosił, że jednak żadnego z trzech modeli DL nie będzie w ogóle. Tym sposobem po raz pierwszy mamy sytuację, że produkt oficjalnie zapowiedziany i ogłoszony, okazuje się fikcją technologiczną.

Trzy rybki, Lofoty

Mam od dłuższego czasu wrażenie, że Nikon ma problem z własną tożsamością i najchętniej zostałby kimś innym, byle nie Nikonem. Na przykład chciałby zostać GoPro, dlatego zrobił kamerki KeyMission (które, nawiasem, sprzedają się nędznie – nie tak łatwo zostać GoPro w czasach, gdy samo GoPro ma problemy). Teraz zrezygnował z produkcji zaawansowanych kompaktów, z których co najmniej jeden był unikatowy. Oficjalne wyjaśnienie: dochody nie będą dostatecznie wysokie. Sony potrafi sprzedawać kompakty z jednocalowymi matrycami (seria RX), Panasonic też, ale Nikon po zastanowieniu uznał, że on takich aparatów nie da rady zrobić porządnie i na nich zarobić. Żeby nie było zbyt różowo: Nikon wcale nie ucieka od kompaktów, w zeszłym roku zrobił ich tyle samo, co aparatów z wymienną optyką (dla porównania: Canon wyprodukował o 1/3 więcej lustrzanek i bezlusterkowców niż kompaktów). Z pewnością zobaczymy też niedługo jakieś nowe Coolpixy. Ale zaawansowane modele z dużymi matrycami – to za trudne. Nie bardzo rozumiem, co Nikon chce robić, jeśli uznaje, że na rynku fotograficznym nie jest bardziej kompetentny niż Sony czy Panasonic. Może wejść w budownictwo, produkty gastronomiczne czy usługi turystyczne? Powyżej propozycja do hasła „JESTEM PRZYTULNY”, w środku: „JESTEM POŻYWNY”, a poniżej: „JESTEM PODRÓŻNIKIEM”.

kuter rybacki, Lofoty

Jedyny pozytyw, jaki tu widzę, to potwierdzenie nauczki, żeby nie kierować się w swoich planach zakupowych żadnymi plotkami, przypuszczeniami co do przyszłych produktów ani nawet produktami oficjalnie zapowiedzianymi, ale tym, co jest dostępne w sklepach. Dzięki Nikonie! 😉

PS. Zdjęcia z Lofotów, więcej zdjęć stamtąd w naszej małej, ale rosnącej galerii norweskiej.

Lofoty: faustowska chwila

Słoneczny moment, Lofoty

Lofoty okazały się fotowyprawą, na której mieliśmy najbardziej fotograficzną pogodę – znaczy, pogodę, z której tylko fotograf może zrobić użytek. Dzisiaj było prawie bez deszczu, a nawet późnym popołudniem nastąpiła chwila, gdy słońce błysnęło (nie samo osobiście, ale chmury podświetliło, co udowadniam powyżej). Uprzedzam złośliwców – chwila była znacznie dłuższa niż czas synchronizacji aparatu z lampą błyskową. Chwila wręcz faustowsko trwała – zdjęcie powyżej to dziewięciominutowa ekspozycja.

Domki rorbu, Lofoty

Zanim jednak nastąpiła wieczorna kulminacja, mieliśmy dzień wypełniony fotografowaniem. Rano grasowaliśmy w okolicach naszego rorbuera (czyli grupy domków rorbu), później odwiedziliśmy wioskę o zwięzłej nazwie A, a na koniec kolejną plażę z obfitością głazów do ćwiczeń długiej ekspozycji. Na tej plaży spotkaliśmy surferkę… Pisałem wcześniej, że tu prawie lato.

Plaża za kręgiem polarnym, Lofoty

Przebojem dzisiejszego, ostatniego plenerowego dnia fotowyprawy (jutro rano rozpoczynamy podróż z trzema przesiadkami), były świeżo złowione ryby, ale o lokalnych przysmakach, miejscowych luksusowych hotelach i innych atrakcjach dorównujących tutejszej słonecznej pogodzie – następnym razem. Na razie dajemy ostatnią szansę zorzy, żeby się pokazała. Gęstość pokrywy chmur i okazyjna mżawka nie dają szczególnych nadziei, ale kto wie…

Lofoty: światła w cieniu wielkiej góry

Świt w Reine, Lofoty

Lofoty to nie tylko woda, kamienie i dzikie ostępy, ale też domy, a nawet całe miasteczka. Dziwnym trafem, sporo z tych miasteczek znajduje się w miejscach bardzo malowniczych: nad fiordami, pod górami, wśród skał i lasów. Nie ma to jak oświetlone latarniami miasteczko tuż przed świtem, odbijające się w wodach fiordu, prawda? Norwedzy bardzo lubią oświetlać; nic w tym w sumie dziwnego, skoro naturalnego światła o tej porze roku jest mało. Popularne są na Lofotach czerwone domki (sporo z nich to mieszkanka wynajmowane turystom), a przed każdym takim domkiem – latarnia. Dzięki temu turyści się mniej gubią, a miejscowości stają się bardziej atrakcyjne wizualnie. Same zalety.

Reine o poranku, Lofoty

Nawet gdy latarnie już pogasną, a pogoda utrudnia fotografowanie odbić w wodzie, w miasteczkach jest co robić. Wystarczy się przespacerować, żeby znaleźć mnóstwo charakterystycznych, lofockich detali do uwiecznienia. Zdobione drewniane domy, łodzie, liny, sieci, płotki i kutry tylko czekają na dobrze wycelowany obiektyw.

Odbicie łódki, Lofoty

Lofoty: ręka pewniejsza niż statyw

Kamienie na wybrzeżu, Lofoty

Od dwóch dni sens używania statywu bywa co najmniej wątpliwy. Owszem, jest zachmurzenie, a rozproszone światło jest delikatne i mało intensywne, więc wsparcie aparatu jak najbardziej by się przydało, ale… silny wiatr powoduje, że nawet najbardziej solidny statyw, nawet dociążony, nie gwarantuje dobrych jakościowo zdjęć. Co więcej, przy trójnogu trzeba cały czas zachować czujność, bo podmuchy są tak silne, że mogą wywrócić aparat razem ze wsparciem. Z poprzedniego dnia mamy kilka zdjęć nieudanych, bo poruszonych, mimo porządnego statywu i zachowania staranności – większość to próby wykorzystania dłuższych, wielosekundowych ekspozycji. Bezpieczniejsze okazywało się fotografowanie z ręki na podniesionym ISO, choć to oczywiście ogranicza możliwości twórcze.

Dzisiaj nadal wieje, choć mniej intensywnie, a wieczorna sesja na wybrzeżu nawet pozwoliła na kilkuminutowe naświetlania (powyżej – 154 sekundy z filtrem polaryzacyjnym i szarym ND64, ze statywu oczywiście). Pogoda się powoli poprawia: wiatr słabnie i prawie dzisiaj nie padało. Nadal jest pochmurno, o zorzy nie ma co wspominać, ale liczymy, że każdy następny dzień będzie lepszy.

Zamarznięty wodospad, Lofoty

My tu mamy prawie upały (8-9 stopni powyżej zera), ale na otaczających górach nadal śnieg i zamrożone wodospady, jak na zdjęciu powyżej.

Lofoty: pasażerowie klasy SBY

Odbicie drzewa, Lofoty

Nie bez pewnych komplikacji dotarliśmy na Lofoty. Cztery (!) loty (czyli trzy przesiadki!) poszły całkiem sprawnie, samoloty się nie spóźniały i nawet żaden bagaż się nie zgubił. Oboje z Ewą do Kopenhagi podróżowaliśmy jako normalni pasażerowie, ale od Kopenhagi podróżowaliśmy na biletach oznaczonych jako „SBY”. Jeśli ktoś z Was kiedyś będzie miał okazję dostać bilet lotniczy, na którym zamiast numeru miejsca widnieje „SBY”, może już cieszyć się na czekające go atrakcje.

Kod „SBY” nie oznacza, niestety, „Supreme Business Yuppie”. Oznacza „Stand by”, czyli „klient nadmiarowy, upchnąć w miarę możliwości”. Linie lotnicze robią overbooking, czyli sprzedają więcej biletów niż mają miejsc, a tym razem za nadmiarowych zostaliśmy uznani oboje z Ewą (reszta grupy miała normalne bilety). Jeśli trafi Wam się bilet z oznaczeniem miejsca „SBY” spodziewajcie się nawiązania w najbliższym czasie wielu relacji z pracownikami linii lotniczych. Ponieważ czekały nas jeszcze trzy przesiadki, to na trzech lotniskach mieliśmy okazję do przekonywania obsługi, że naprawdę musimy polecieć z grupą i lepiej, żeby nas zmieścili, bo jakoś nas dostarczyć i tak muszą (wszystkie połączenia mieliśmy na jednym bilecie), a dużo tych lotów na Lofoty nie ma. Po licznych wewnętrznych konsultacjach i wykonaniu sporej liczby telefonów miejsca za każdym razem się znajdowały i razem z resztą fotowyprawy dotarliśmy na Lofoty.

Norweska architektura - detal, Lofoty

Pierwszy dzień był najbardziej – mamy nadzieję – hardkorowy: lało, wiało i chmurzyło. Lofoty się skurczyły, kończą się szybko białymi oparami – jak widać powyżej. Poniżej detal z lokalnego apartamentowca (ale w takim nie śpimy, bo na luksusy nas nie stać).

Fotografie na tę chwilę

  • Słońce wschodzi nad Kaukazem

    Słońce wschodzi nad Kaukazem

  • Palmiarnia Lubiechowska

    Palmiarnia Lubiechowska

  • W zaułkach Burano

    W zaułkach Burano

  • Popołudnie w Ascoli Piceno, Umbria

    Popołudnie w Ascoli Piceno, Umbria

  • Portofino

    Portofino

  • Wrzos się budzi

    Wrzos się budzi

  • Lodowiec islandzki

    Lodowiec islandzki

  • Fale pod Kissamos

    Fale pod Kissamos

  • Salony Książa

    Salony Książa

  • Owady na wrzosowisku

    Owady na wrzosowisku

Po więcej zdjęć zapraszamy do Portfolio.

Po prostu: upraszczaj!

kapliczka na morzu, Kreta

Główny problem początkujących, a nawet średniozaawansowanych fotoamatorów z kompozycją sprowadza się do tego, że chcą pokazać za dużo, a w efekcie skutecznie dekoncentrują widza, który nie bardzo wie, co na takim zdjęciu jest ważne. Najprostsza i najskuteczniejsza metoda poprawy kompozycji: nie komplikuj. A jeszcze lepiej: zobacz, czy nie da czegoś odjąć, usunąć z kadru, zniknąć.

Nie żeby złożone, wieloelementowe kompozycje były złe. Są dobre, jeśli… są dobre. Z pewnością są natomiast trudniejsze do zbudowania. Im mniej klocków, tym łatwiej je poukładać. Ograniczenie sobie liczby klocków do ułożenia na zdjęciu pomoże nad nimi zapanować. Nie jest złym pomysłem, żeby w ogóle zacząć od jednego elementu, który zwrócił naszą uwagę, a następnie sprawdzać krok po kroku, ile można jeszcze dodać, żeby całość stała się mocniejsza. Jeśli zamiast stawać się mocniejsza, zaczyna słabnąć i rozmydlać się, to cofamy się do poprzedniego etapu i już nic nie dokładamy.

Nie przypominam sobie, żebym widział kiedyś fotografię, która była kiepska, bo zbyt ascetyczna kompozycyjnie. A niepotrzebnie przeładowanych jest mnóstwo.

Powyżej zdjęcie z Krety, a my znikamy za chwilę na fotowyprawę na Lofoty – jeśli tylko w tych śmiesznych domkach będzie internet, to spodziewajcie się relacji na żywo.

 

Na Zachodzie bez zmian

rzeźba Sahary, Maroko

Albo Canon zatrudnia wysokiej klasy szamanów i czarnoksiężników, albo fotografowie są konserwatystami. W czasach analogowych kolejność najpopularniejszych marek fotograficznych to: Canon, Nikon, Minolta. Przyszła cyfrowa rewolucja i mamy: Canon, Nikon, Minolta przejęta przez Sony. Pojawiły się bezlusterkowce, które miały zrobić następną rewolucję… Canon, Nikon, Sony. A Olympus, który chciał sobie wykroić bezlusterkową niszę, jest w tym samym miejscu, co zawsze, czyli desperacko walczy, aby przekroczyć 5% udziału w rynku. W bezlusterkowcach wyprzedzają go Sony i… Canon, któremu idzie na tym rynku lepiej, niż na to zasługuje. Ja rozumiem: siła rozpoznawalnej marki, efekt sieciowy („jeśli większość znajomych ma Canona, to ja też kupię Canona”), sprawny marketing, dystrybucja, optymalizacja produkcji itp. oraz brak spektakularnych wpadek, ale nadal to niezmienne panowanie na zmieniającym się rynku zadziwia. Konkurencję pewnie bardziej irytuje niż zadziwia.

Nic się nie zmienia? Trochę jednak się zmienia. Canon pobił historyczny rekord dominacji na rynku, uzyskując prawie 50%, a Nikon zaliczył historyczny dołek. Nikona prawdopodobnie dopadła karma – zadziałał efekt zachlapanych olejem matryc, lewych czujników AF, a zwłaszcza stylu reagowania na te problemy. Jeśli tylko Nikon wyciągnie wnioski z tego dołka, to nikoniarze powinni doświadczyć poprawy jakości serwisu. Oby!

w zaułkach Szafszawan, Maroko

Wyrównanie średniej ceny bezlusterkowca do ceny lustrzanki (przy znacznie niższych kosztach produkcji bezlusterkowca) świadczy o tym, że producenci porzucili ambicję przegonienia lustrzanek i po prostu próbują przeżyć w mniejszej i bardziej zatłoczonej niszy.

Obowiązująca tendencja, co zresztą koncerny potwierdzają wprost w swoich raportach giełdowych, to: aparaty z wyższej półki za wyższą cenę. Jeśli ktoś oczekuje lepszego sprzętu i gotów jest płacić więcej – to najbliższe lata będą dla niego ciekawe. Dla zwolenników aparatów tańszych, pozostaje rynek wtórny, także całkiem atrakcyjny, zwłaszcza że nie robi się już złych aparatów.

Niniejszy tekst to mój komentarz, a konkretne dane są na dfv.pl.

PS. Zdjęcia na ocieplenie nastroju – z Maroka. Fotografia pustyni nie jest metaforą rynku fotograficznego. 😉

PPS. Jeśli ktoś nie dostaje od nas powiadomień o nowych fotowyprawach i warsztatach, a chciałby dostawać, to zapraszamy do zapisania się na listę mailingową: http://www.ewaipiotr.pl/o-nas/powiadomienia-o-fotowyprawach-i-fotowarsztatach/

 

Kto rządzi w lesie

Dęby Rogalińskie trzy

Są różne powiedzonka na temat lasu. A to, że zza niego drzew nie widać, a to znowu, że im w niego dalej, tym tych drzew więcej. Ale żadne z nich nie mówi, jak się za fotografowanie lasu zabrać. Las to wielki chaos: pnie, gałęzie, latem dodatkowo liście. Do tego obiekty niższe: krzaki, trawa, zielsko, jakieś chaszcze. A na zdjęciach chaos nie jest dobry. Na zdjęciu trzeba wprowadzić porządek.

Zacząć najlepiej od znalezienia w kadrze jednej rzeczy, która będzie najważniejsza. To może być jedno drzewo, ale też na przykład kępa kwiatów albo… szczególnie kształtna zaspa, w zależności od sezonu. Potem trzeba coś do tej jednej rzeczy dodać, żeby był jakiś kontekst. Co to będzie – zależy od pory roku i ukształtowania terenu, ale ważne, żeby to coś było ewidentnie tłem, a nie konkurowało z głównym tematem. Są różne sposoby na podkreślenie głównego tematu, można sobie wybrać. Za najważniejsze ludzie uznają zwykle te elementy zdjęcia, które są: najjaśniejsze, najbardziej jaskrawe, najbardziej kontrastowe, ostrzejsze, większe. Jeśli powietrze nie jest całkiem przezroczyste, to ułatwia sprawę: to, co bardziej oddalone, automatycznie staje się mniej wyraziste i schodzi na drugi plan. Oddanie przestrzeni na płaskim obrazku staje się proste, a właściwie robi się samo. Na zdjęciu Wielki Boss Lasu i jego dwaj pomocnicy – nie ma wątpliwości, kto tu jest ważny, prawda?

P.S. Dobra wiadomość dla tych, którzy mają ochotę poćwiczyć fotografowanie w lesie, w cieplejszych okolicznościach przyrody: w sierpniu ponownie zapraszamy do Wrzosowej Krainy!

Dęby, piwo i mróz

Zima w Rogalinie

W ten weekend w Rogalinie było tak zimno, że fotografowie przymarzali do statywów. Dowód na górze: osiem sekund naświetlania, a fotograf przy statywie ani drgnął! Pozdrawiamy kolegę serdecznie. Mroźna pogoda, oprócz unieruchamiania ewentualnych elementów ludzkich w krajobrazie, ma jeszcze inne plusy. Po zamarzniętej wodzie można chodzić, dzięki czemu możliwe są inne niż zwykle punkty widzenia; na przykład można robić zdjęcia ze środka stawu. Zmrożone powietrze nabiera nietypowych właściwości: światło i kolory rozkładają się nieco inaczej niż zwykle, kształty stają się bardziej wyraziste, krystaliczne powietrze nabiera barw. A jak człowiek pobiega po mrozie, to później chętnie idzie na przykład do browaru, gdzie w ciepełku, w fotogenicznych kadziach warzy się piwo. Tak właśnie zrobiliśmy na trzecich warsztatach w Rogalinie, a relację z nich można przeczytać tutaj.

PS. Rogalin 2017 to już historia, ale mamy jeszcze jedno miejsce na warsztaty w Pradze – to dopiero będzie historia! 🙂

Światy nie z tej ziemi

Odcienie czerni, Islandia

Było spokojne, bezwietrzne popołudnie na Islandii, w środku lata. Nic nie zapowiadało, że nagle zostaniemy przeniesieni do innego świata, a jednak się stało. Wystarczyło podjechać na Vestrahorn i odejść kilka kroków od autobusu, a okazało się, że otacza nas szara pustka, w której widać tylko czarne wydmy, porośnięte gdzieniegdzie rozczochranymi kępami trawy. Miejsce zawieszone w przestrzeni nie wiadomo jakiej, nie wiadomo gdzie, bo przecież nie pod wysoką górą, pod którą mieliśmy fotografować. Ciszy nie mącił nawet odgłos kroków, bo nogi miękko zapadały się w czarnym piasku. Czerń, szarość, mgła i od czasu do czasu dźwięk migawki. W takich warunkach nie da się robić normalnych zdjęć – klasyczne ujęcia są po prostu niemożliwe. Pod wrażeniem takich warunków, do głowy przychodzą projekty. Powyżej jedno zdjęcie z mojego nowego projektu: zapraszam do obejrzenia Czarnych ogrodów; na razie w dość skromnej wersji, ale z czasem się rozrosną.

 

Nie szukaj własnego stylu

Poranek w górach Quairang, Szkocja

Z wypracowaniem sobie własnego stylu jest trochę jak z niemyśleniem o słoniach: im bardziej się starasz, tym bardziej się nie udaje. Jedyną szansą, żeby się udało, jest zupełne niestaranie się. Rozwijając się jako fotograf, możesz pracować nad wszystkim, oprócz stylu: techniką, kompozycją, edycją, koncepcjami. Próba pracy nad stylem to jak podnoszenie się samemu za włosy – był tylko jeden taki, który to potrafił. Ja wiem, że idę teraz pod prąd mnóstwa różnych poradników i nawet jednej książki, ale wszelkie porady dotyczące stworzenia sobie własnego stylu mają tyle sensu, co porady jak zostać bardziej inteligentnym. W obu przypadkach „da się z tym coś zrobić”, ale pracując nad bardziej podstawowymi umiejętnościami, których rozwój przełoży się na kwintesencję fotograficznej osobowości. Przełoży się, dodam, nie wprost i w niewielkim stopniu, ale inaczej się nie da i wszelkie drogi na skróty, presety obróbkowe, zasady i reguły to protezy – równie skuteczne, co protezy inteligencji.

Wymyślanie i pilnowanie, „co pasuje do mojego stylu”, a „co nie pasuje” to niemyślenie o słoniach. Nie trzeba pilnować, czy coś pasuje do własnego stylu, bo to pasowanie będzie oczywiste i naturalne, podobnie jak niepasowanie będzie równie oczywiście zgrzytać. Jeśli stylu trzeba pilnować, to znaczy, że albo stylu nie ma, albo to nie jest nasz styl.

Mglisty poranek, Toskania

Cały wysiłek włożony w kreację swojego stylu jest zupełnie daremny, bo po prostu widać sztuczność takich zabiegów. Jak bardzo by się nie starać, to i tak powstanie estetyczny frankenstein, w którym różne ciekawe same w sobie elementy nie tworzą całości.

Skąd więc wziąć własny styl? Po prostu – czekać aż sam przyjdzie. Pojawi się jako skutek uboczny nauki i rozwoju, efekt spasowania i umiejętności, i osobowości. Albo się i nie pojawi, trudno. Przyspieszyć się nie da, ale też spieszyć się nie ma po co, bo styl to zawężenie: z wielu możliwych tematów, technik i estetyk destyluje się tych kilka, które stworzą doskonałą całość. Zobaczcie, jak wspaniale jest zawężona wizja świata u najlepszego z żyjących pejzażowych stylistów – Michaela Kenny. I jeszcze – jak inaczej, ale także destyluje wizualnie Bruce Percy.

U góry wyspa Skye, niżej Toskania.

Nieniusy

Old Man of Storr, Szkocja

Chyba jestem bardzo stary, bo pamiętam czasy, gdy funkcją dziennikarza nie było kopiowanie materiałów reklamowych, tylko dostarczanie zweryfikowanych i sprawdzonych informacji. I choć, oczywiście, przy weryfikacji mogą trafić się potknięcia, a nie wszystko da się sprawdzić, to jednak dzisiejsze „dziennikarstwo internetowe” przypomina mi dowcip o pokrewieństwie krzesła do krzesła elektrycznego. Ostatnio co i rusz trafiam na „newsy”, które tylko zaśmiecają internet i głowy czytających. Albo są żadnym newsem, tylko raczej „oldsem”, albo stają się współczesną wersją dowcipu o rozdawaniu samochodów na Placu Czerwonym w Moskwie (gdy faktycznie to nie w Moskwie, a w Kijowie, nie samochody, tylko rowery, i nie rozdawali, tylko kradli). Na forum dfv.pl założyłem wątek do odkręcania takich nieniusów, natomiast nie jestem w stanie zrozumieć mechanizmów takiego „dziennikarstwa internetowego”. Jasne, nie każdy musi wiedzieć, że filtry dydymowe są od lat stosowane w fotografii, ale można spróbować się tego dowiedzieć przed ogłaszaniem tego jako nowinki niemal magicznej. Trudniej jeszcze mi zrozumieć, czemu informacja o niedziałającym darmowym kursie fotografii obiegła pół internetu – nikt nie zadał sobie trudu, żeby kliknąć i sprawdzić (kurs jest darmowy!), co to warte? W przypadku anonsu o lampie studyjnej, która kosztuje 7,5 tysiąca złotych, a moc ma niewiele większą niż wbudowany flesz dowolnego aparatu, owszem, trzeba sobie zadać nieco trudu i wyjść poza informacje prasowe od dystrybutora. Daleko iść nie trzeba – wystarczy na stronę producenta, gdzie jest dostępna specyfikacja. Jeśli ktoś byłby bardziej dociekliwy, to mógłby się zastanowić co ma niby znaczyć funkcja HSS w lampie o świetle ciągłym? Wszyscy tego samego dnia dostali dość bełkotliwą informację od dystrybutora, niektórzy ją skopiowali na żywca, niektórzy próbowali parafrazy, nikt nie poświęcił chwili, żeby stwierdzić, że to drogi gniot, a nie żaden nowy standard. I nikomu to nie przeszkadza?

PS. Na fotowyprawę na Lofoty zwolniło się jedno miejsce, znowu dla mężczyzny. Sorry, taki mamy parytet. 😉

 

Rynek fotograficzny 2016-2017

Niebo nad Andami, Peru

Jeden rok nam się skończył, drugi zaczyna – pora rozliczyć się z zeszłorocznych przewidywań i odpalić szklaną kulę na 2017 rok. Jak sprawdziły się moje prognozy na 2016 rok? Był Canon 1D X Mark II, Nikon D5 i D500, był radiowy system błyskowy u Nikona, pełnoklatkowa lustrzanka Pentaxa i ktoś jeszcze – tym kimś okazał się Fuji ze średnioformatowym GFX50S. Sprawdziły się też, niestety, prognozy dalszego spadku sprzedaży aparatów i dalszego podnoszenia cen. Bagnetów przybyło (średnioformatowy Fuji i Hasselblad X1D), ale też, być może, dyskretnie ubyło (Nikon 1 żyje czy nie? W Pentaxie ktoś jeszcze pamięta o dwóch systemach bezlusterkowych? Sony A99 II to zapowiedź renesansu bagnetu A czy epitafium?).

Sprzętowo, wbrew pozorom, nie działo się dużo – wszyscy producenci uprawiają pełzający postęp, usiłując przekonać, że to pełzanie to milowe kroki naprzód. Znacznie ciekawiej było w oprogramowaniu, w którym przez kilka lat panowała stagnacja. Adobe ogłosiło, że nigdy tak dużo nie zarabiało (robiąc tak mało) – to dobry sygnał, wbrew pozorom, bo pokazuje, że fotografowie gotowi są wydawać pieniądze na oprogramowanie, a to z kolei powinno zmotywować firmy softwarowe. Skoro Photoshop i Lightroom od lat praktycznie stoją w miejscu, to tylko ułatwia konkurencji dogonienie lidera. A konkurencja pojawiła się pod koniec roku, w postaci Affinity Photo i On1. Liczę na to, że oprogramowanie w 2017 roku będzie jeszcze ciekawsze, a chętni do podgryzania pozycji Adobe bardziej aktywni.

Wydarzeniem zeszłego roku była premiera dwóch względnie niedużych aparatów średnioformatowych: Fuji GFX50S i Hasselblada X1D. Zaczyna się moda na średni format? Niekoniecznie. Do tej pory średni format był zupełnie miniaturowym rynkiem, gdzie sprzedaż aparatów liczona była w tysiącach (całych sześciu), podczas gdy pełna klatka i APS-C to setki tysięcy korpusów sprzedawanych co roku. Hasselblad sprawdza, czy ten malutki rynek da się poszerzyć za pomocą aparatu małego (jak na średni format) i taniego (jak na średni format). A Fuji… tu jest ciekawiej.

Fuji dotąd miało bezlusterkowe APS-C i już – dla fanów magii pełnej klatki nie miało nic do zaoferowania. Teraz ma magię średniego formatu – coś dla fanów magii, a jednocześnie nie trzeba się kopać z pełnoklatkowymi Canikonami. Co istotne – większa matryca to możliwość podyktowania wyższej ceny, a to jest aktualny trend: dać więcej, ale ostro podnieść ceny. Najłatwiej uzasadnić wysoką cenę za pomocą dużej matrycy. Fuji obeszło tu konkurencję, przeskakując pełną klatkę i proponując mały średni format.

W tej chwili prawie wszyscy producenci mają w ofercie aparaty z dużymi matrycami, którymi łatwiej usprawiedliwić wysokie ceny: Canon, Nikon, Sony i Pentax mają pełną klatkę, a Fuji i Pentax – średni format. Zostają Olympus z Panasonikiem – z jednym tylko, najmniejszym (pomijając nieżywego Nikona 1) rozmiarem matrycy. I tu jest pytanie za 2017 punktów: Olympus z Panasonikiem będą próbowały przetrwać na rynku, utrzymując się tylko z mikro4/3, czy spróbują zaproponować nowy system z większą matrycą?

Machu Picchu w podczerwieni, Peru

Drugiego nowego systemu wypatrywałbym od strony Nikona. Ich system bezlusterkowy nie okazał się, delikatnie mówiąc, sukcesem. Spróbują jeszcze raz? A jeśli tak, to będzie to APS-C (śladem Canona), czy – znacznie mniej prawdopodobne – pełna klatka wzorowana na Sony?

Co jeszcze? Sprzedaż aparatów nadal będzie spadać, ceny może nie wzrosną, ale będą się stabilizować na wysokim poziomie (w przypadku modeli bardziej zaawansowanych). W przypadku modeli prostszych, stabilizować się będzie ich jakość – nie ma co oczekiwać tutaj znaczących nowości, mogą za to nastąpić cięcia kosztów produkcji, które będą skutkować pogorszeniem funkcjonalności (jak w Nikonie D3400).

PS. Zdjęcia powyżej edytowane za pomocą Affinity Photo. Nie będzie konkursu gdzie były robione. 🙂

PPS. Zwolniło się jedno miejsce na fotowyprawę do Holandii. Horyzonty twierdzą, że mają problem z parytetem i czekają na zgłoszenie od panów.

Deszcz jest fotogeniczny

Fotograf w górach Quiraing

Niby to nie sezon na takie tematy, ale my tu we Wrocławiu za bardzo na zimę nie liczymy. Wczoraj wieczorem spadł piękny biały puch, ale dzisiaj już go zastąpiły kałuże… co mnie skłoniło do zajrzenia do folderu ze zdjęciami ze Szkocji (no bo jak ciapa na dworze, to się zdjęcia chętniej ogląda, niż robi), a to z kolei przyniosło myśli o deszczu. To aż dziwne: tak patrzeć na zdjęcia i przypominać sobie, przy jakiej pogodzie były robione. W deszczu zdjęcia krajobrazowe robi się zaskakująco dobrze – jeśli pominąć trudności techniczne wynikające z konieczności zapakowania aparatu w pokrowiec i odwracania się tyłem do wiatru. Deszcz jest fotogeniczny, i to nie tylko taki letni, z dużymi kroplami fotografowanymi na 1/60 sekundy. Mokre rośliny przybierają bogatszą paletę kolorów, wilgoć w powietrzu oddziela od siebie kolejne plany, bo każdy z nich ma inne nasycenie i wyrazistość. A najbardziej fotogeniczny jest deszcz, gdy jest się w okolicy drugiego fotografa: oni wtedy tak pięknie się pakują w łopoczące na wietrze płaszcze, a mokre statywy efektownie im błyszczą. I od razu wiadomo, że to na zdjęciu, to z pewnością jest piękne miejsce. Inaczej nie byłoby tam fotografa.

Czy tam tak wyglądało?

Toskański poranek

Był piękny, złoty toskański poranek, a mgły snuły się pomiędzy wzgórzami. Ale czy on był tak złoty, czy trochę inaczej? Te chmury były takie niebieskie? Moment, czy one w ogóle są niebieskie??? (Podpowiedź: nie, w większości są szare z lekkim ciepłym odcieniem.) Pola były rudobrązowe… ale w takim odcieniu, czy trochę innym?

Lepiej nie zaprzątajcie sobie głowy próbami odpowiedzi na takie pytania. Niestety, ludzie, ogólnie rzecz biorąc, słabo pamiętają kolory. Bardziej pamięta się wrażenia, a te są z natury raczej mało precyzyjne. Porównywanie kolorów to w ogóle śliska sprawa: jeśli obiekty porównywane nie są postawione obok siebie, to trudno stwierdzić, czy są takie same, czy tylko podobne; no chyba, że ktoś dysponuje kolorystycznym odpowiednikiem słuchu absolutnego.

Można sobie zrobić taki teścik: wyświetlić na ekranie planszę (okienko, jakąkolwiek grupę pikseli) w jakimś kolorze. Wziąć jakiś program, w którym można dobierać kolory – może być nawet Paint – i, po schowaniu tamtej planszy, spróbować z pamięci odtworzyć jej kolor. Potem porównać oryginał z własnym tworem pamięciowym. Prawie na pewno nie będą identyczne. Gdy zrobi się tak kilkanaście razy z różnymi odcieniami, można stwierdzić, jaką ma się tendencję do przeinaczania kolorów. Moje na przykład konsekwentnie są bardziej nasycone i przeważnie jaśniejsze. Na dobry początek, poniżej trzy kolory. Znajdziecie je na górnym zdjęciu? A gdy weźmiecie pędzel w jakimś Szopie, czy jesteście w stanie te odcienie odtworzyć? Bez używania kroplomierza, oczywiście.

No więc, czy tam tak wyglądało? Przecież tak to pamiętam, a innych danych nie mam. Musiało tak wyglądać.

Najlepszy ultraszeroki zoom

wodospady przy górze Kirkjufell, Islandia

Tytuły nie pozwalają, niestety, na wstawianie gwiazdek i zastrzeżeń małym druczkiem, więc gwoli uczciwości, muszę tutaj od tego zacząć. Więc, owszem, najlepszy ultraszeroki zoom, ale dla aparatów z matrycą APS-C (i tu pożegnałem pewnie połowę czytających). Więc, owszem, ale przede wszystkim dla pejzażystów, choć w pewnym stopniu też dla miłośników architektury (znowu straty wśród publiczności, choć chyba nie tak duże, jak poprzednio). Na razie starczy małych druczków, bo będę one-man-band: sam sobie napiszę i sam sobie przeczytam.

No dobra, nie będę trzymał w niepewności tych, którzy dotąd dotrwali: najlepszy ultraszeroki zoom dla aparatów niepełnoklatkowych to Sigma 10-20/4-5.6 DC EX HSM, który obecnie można kupić za ok. 1600 zł. Brawa dla zwycięzcy! Ale dlaczego najlepszy? To proste: bo pozostałe są gorsze. Gorsze na różne sposoby, niekiedy dość nieoczywiste.

Zaczynając od powodów nieoczywistych. U góry zdjęcie wykonane tą SuperSigmą z użyciem jednocześnie filtra polaryzacyjnego i filtra szarego na ogniskowej 10 mm, a poniżej także na 10 mm i także z filtrami polaryzacyjnym i szarym zdjęcie zrobione Canonem 10-22/3.5-4.5 EF-S USM. Widzicie problem? Trudno go nie zauważyć – winietowanie z dwoma filtrami wymusza obcięcie części kadru (lub oznacza żmudną robotę z klonowaniem) i wyklucza praktycznie użycie najkrótszej ogniskowej. Dla jasności – w obu przypadkach filtry są te same, czyli niskoprofilowy polar Hoya HD (7 mm grubości) i jeszcze cieńszy Nisi ND 1000 (6 mm – w obu przypadkach grubość z gwintem). Sigma sobie ładnie radzi, a o połowę od niej droższy Canon nie ma odpowiednio dużego zapasu pola widzenia, żeby móc stosować więcej niż jeden filtr. Do tego, choć tu na potwierdzenie mam bardziej wrażenie niż twardy dowód, Canon 10-22 z polarem i szarakiem gubi mikrokontrast.

Canon 10-22/3.5-4.5 z dwoma filtrami

No dobra, a co z innymi obiektywami?

– Canon 10-18/4.5-5.6 EF-S STM – najtańszy tak szeroki obiektyw (poniżej 1000 zł), nie jest zły optycznie, ale też nie tak dobry jak Sigma czy większy Canon, a do tego też ma problem z dwoma filtrami.

– Sigma 10-20/3.5 EX DC HSM – jaśniejsza (stałe światło f/3.5!) i droższa od starszej Sigmy, ale niestety nie tak dobra optycznie. No i wymaga większych filtrów (średnica gwintu 82 mm zamiast 77 mm). Jak sobie radzi z dwoma filtrami – nie wiem, nie mam filtrów na 82 mm. Dla pejzażysty większa jasność jest rzadko potrzebna, a wyższa cena, gorsza jakość obrazowania i droższe filtry raczej skłaniają do zainteresowania się starszą Sigmą.

– Tamrony i Tokiny – to, jak radzą sobie pod światło, nie zachęca. Niestety, przy obiektywach ultraszerokich to bardzo istotna kwestia, bo bardzo często gdzieś w kadrze jest źródło światła – lub tuż za kadrem, a to jeszcze gorzej.

– Nikon 10-24/3.5-4.5 G ED – nie wiem, jak się zachowuje z dwoma filtrami, ale kosztując dwa razy (!) więcej niż Sigma 10-20/4-5.6, musiałby być absolutnie genialny (a nie jest).

– Sony E 10-18/4 OSS – ultraszeroki obiektyw dla bezlusterkowych Nexów (które już nie są Nexami), ceną dorównujący Nikonowi 10-24/3.5-4.5 – czyli 3300 zł trzeba na niego wyłożyć.

Jest jeszcze Sigma 8-16/4.5-5.6 DC HSM – bardzo interesujący obiektyw, ale ze względu na wypukłą przednią soczewkę mocno komplikuje użycie jakichkolwiek filtrów.

I to tyle alternatyw dla Sigmy 10-20/4-5.6. Są gorsze i prawie zawsze droższe. No to teraz czas na dalszy ciąg złych wiadomości.

Sigma nie jest dla użytkowników systemu m4/3 – nie ma tego obiektywu z tym mocowaniem, zresztą słusznie, bo 10 mm przy mnożniku x2 to już nie jest imponująco szeroko. Dla Pentaxa i Sony też już tego obiektywu raczej nie znajdziemy, bo przestał być produkowany. Spore trudności mogą mieć właściciele Nikonów, aczkolwiek nie są bez szans. Jedynie Canonierom jest względnie łatwo, choć to też do czasu – aż się wyczerpią zapasy.

 

Zasada Złotej Piramidy

Jest taka tajna reguła kompozycyjna, która gwarantuje, że zdjęcia wykonane za jej pomocą będą nie tylko świetne, ale też ostre i nie zestarzeją się, zawsze robiąc wrażenie świeżych i odkrywczych. Wystarczy zastosować Zasadę Złotej Piramidy. Ta zasada opiera się na proporcjach, w oparciu o które zbudowana jest słynna piramida Cheopsa (a pośrednio także na Złotym Podziale): długość podstawy podzielona przez wysokość równa się mniej więcej połowie wartości liczby pi. Najlepiej jest oczywiście sfotografować kształt o takich proporcjach, ale nieźle działa też, gdy da się taką piramidę nałożyć na kluczowe elementy zdjęcia. Stosowanie Zasady Złotej Piramidy ma dodatkowe atuty: tak, jak w piramidzie da się ostrzyć żyletki, tak samo zdjęcie będzie ostrzone automatycznie, a tak, jak żywność w piramidzie zachowuje świeżość, tak samo świeża nawet po latach będzie nasza fotografia. Wystarczy nałożyć schemat Złotej Piramidy na najsławniejsze zdjęcia i obrazy mistrzów malarstwa, żeby odkryć, czemu zawdzięczają one swój sukces.

Mam nadzieję, że wszyscy już zdążyli się zorientować, że powyższy akapit to piramidalna bzdura. Nie jedyna, niestety, wśród tzw. zasad kompozycyjnych. Ostatnio „popisał się” serwis Petapixel, dając łamy wesołkowi, który ponakładał złotą spiralę na różne zdjęcia Ansela Adamsa i ogłosił, że właśnie znalazł wyjaśnienie wybitności tych fotografii. Warto zerknąć na tę bzdurę, bo ona jest bardzo klasyczna dla wszelkich matematycznych „zasad” kompozycyjnych: nałożone linie mają się nijak do tego, co jest na zdjęciach. Te spirale wypadają w zupełnie nieistotnych miejscach, podobnie jak skrzyżowania linii w większości ilustracji prezentujących trójpodział czy złoty podział.

W Glen Coe, Szkocja

W Nowym Roku życzę wszystkim, żeby nie nabierali się na żadne piramidalne bzdury, magiczne triki ani tajemne przepisy, lecz rozwijali się fotograficznie – powoli, ale do przodu.

Pod znakiem obżarstwa

Ciasto z Elgol, Szkocja

Czy wiecie, co przedstawiają zdjęcia w tym wpisie? Biorąc pod uwagę ostatnie dni, zagadka wydaje się łatwa: łososia oraz dobrze wyrośnięte ciasto drożdżowe. Łosoś pochodzi z Petry w Jordanii, a takie ciasto wypiekają tylko w Elgol, w Szkocji. Oczywiście, nic nie jest tym, czym się na pierwszy rzut oka wydaje, bo byłoby nudno. W pustynnej Petrze nie łowi się łososia, a w Elgol pewnie i coś czasem wypiekają, ale na pewno nie takie duże. Jak się już zapewne domyślacie, oba zdjęcia przedstawiają skały. „Łosoś” obejmuje jakiś metr w poziomie, a dziury w „bułce” są niektóre wielkości pięści, a niektóre tylko palca. Skojarzenia to jednak potężna siła: mogą sprawić, że na zdjęciach widać zupełnie nie to, co zostało sfotografowane. Szczególnie, gdy nie ma na nich nic pokazującego skalę.

Łososie z Petry, Jordania

 

P.S. Po prawej stronie wisi już ogłoszenie o przyszłorocznej fotowyprawie na szkocką wyspę Skye, zapraszamy serdecznie! Będzie słynne ciasto z Elgol… Między innymi, oczywiście.

Wesołych Świąt

Radosnych, szczęśliwych, rodzinnych Świąt

życzą

Ewa & Piotr

P.S. Życzenia docierają do nas tak tłumnie, że nie dajemy rady dziękować. Więc dziękujemy tutaj Wam wszystkim!

Aparat to narzędzie…

Wenecja po deszczu

… do uczenia się, jak patrzeć bez aparatu. Dorothea Lange tym przewrotnym zdaniem mówi, jak być lepszym fotografem: trzeba się nauczyć patrzeć. Biorąc do ręki aparat, ludzie zaczynają się mocniej przyglądać otaczającemu światu. Tam, gdzie normalnie przeszliby bez zwrócenia uwagi na cokolwiek, wypatrują czegoś ciekawego. I czasem widzą: „O, od kiedy na tym budynku są takie rzeźbienia? Wyglądają na stare… serio były tu w zeszłym tygodniu?” Pewnie były… ale gdy się chodziło bez aparatu, widziało się tylko zielone i czerwone światła na ulicy, no i może jakieś wystawy, czasem przechodzących znajomych. Układ dachów, światło odbijające się od okien, kompozycja z linii ulicy i dwóch bram, przeróżne większe lub mniejsze zestawienia kolorów, obiektów, ludzi z otoczeniem – to wszystko zaczyna się zauważać, gdy szuka się kadrów. Rzeczy niekoniecznie mające praktyczne znaczenie, ale wyglądające ciekawie, niecodziennie albo po prostu ładnie. Z biegiem czasu, osobnik fotografujący zaczyna dostrzegać kompozycje nie tylko, gdy ma przy sobie aparat. Po prostu chodzi po świecie i widzi różne rzeczy – znacznie więcej, niż dostrzegał wcześniej. Świat robi się bardziej interesujący, tyle w nim piękna! Nawet zwykła kałuża potrafi zaciekawić. I gdy już użyjemy aparatu do tego podstawowego zadania, czyli nauczenia się jak patrzeć, to wtedy warto go też zastosować w drugiej roli: rejestratora tego, co udało się dostrzec.

Wenecja i jej chaos

Oba zdjęcia oczywiście z Wenecji.